63. Do Henryka Reeve’a

Wiedeń, 25 lipca 1832 r.

Szwadron huzarów poprzedzał trumnę, inny postępował za nią; i trumna i oba szwadrony przemknęły prędko, prawie galopem, nie, jak to we zwyczaju przy pogrzebach. Lud przyglądał się temu tłumnie, ale widział niewiele poprzez dwa rzędy żołnierzy i bagnetów, którymi ulice były obramowane. Potem żołnierze otoczyli kościół. Przybytek Boga otworzył się tylko dla kilku wybitnych osobistości i znikło w nim na zawsze ciało syna napoleonowego. Inaczej wcale stać się nie mogło. Napoleon był dziełem, dzieckiem rewolucji, sam niczem innem jak rewolucją, a tacy ludzie nie zakładają nigdy dynastyj. Toteż syn jego był tylko czemś przypadkowem. Umarł trzy dni temu w dwudziestym pierwszym roku życia, z temi słowami na ustach: „Nie ma nic między moją kolebką a grobem”. A jednak do łez mógł pobudzić widok tego pogrzebu, przechodzącego tak szybko, jak przesunęło się w ciągu chwil kilku tyle sławy i nadziei. Urodził się królem Rzymu, umarł księciem Reichstadtu, a później cisza i zapomnienie.

Stajesz się uosobieniem zdrowego rozsądku; czuję, że czeka mię to samo: trzeba będzie pożegnać wszystko. Przekleństwo! Ale obaj marzyliśmy i kochali się wzajemnie. Kochajmy się tak samo po przebudzeniu. Jednak poezja wróci jeszcze do nas kiedyś.

Wyjeżdżam stąd 6-go. Pisz jeszcze tutaj, a później do Warszawy.

Zyg. Kras.

64. Do Henryka Reeve’a

Warszawa, 15 sierpnia 1832 r.

Drogi Henryku!

Jestem w Warszawie, chory jak pies. Mam pijawki wkoło pleców i oczy zaczerwienione, jak potępieniec. Wychodzę za kilka minut, żeby się spotkać z moim ojcem w naszej willi. Żegnaj, mój drogi! Mam tylko czas napisać te kilka słów i prosić Cię, żebyś zawsze był mi przyjacielem, choć nadejdzie może czas, a z nim wiadomości, które usłyszysz z przykrością.