Zyg. Kras.

66. Do Henryka Reeve’a

20 sierpnia 1832 r., Opinogóra

Gdy nie jesteśmy już u brzegu życia, gdy oddaliliśmy się trochę w stronę pełnego morza, wtedy zdarzają się czasami chwile ciszy. Jak to się stało, że miłość i sława przestały mię dręczyć? Bo młodość moja nie jest już tak świeża i gwałtowna, jak za dni namiętności mojej i szału.

Ukląkłem na grobach przyjaciół z lat moich dziecinnych, by modlić się i rozmyślać. Wkoło cmentarza przelewają się fale kłosów, nic tylko kłosy, nieocienione niczem; ani jedna kępa drzew nie wynurza się ponad ten ocean zboża. Wiatr północny wyje i zrywa w dole na widnokręgu chmurę po chmurze, wznosi je aż do słońca, a później strąca z wysokości nieba. Błękit ukazujący się między chmurami blady jest, powietrze chłodne, kilka modrzewi kołysze się koło mnie, a jednak spokój panuje w mem sercu i modlitwa moja prostszą drogą dochodzi do Pana, niż te, które szeptałem przed laty na szczycie gór i nad brzegiem morza, bo ci, którzy śpią wkoło mnie, kochali mię niegdyś.

Nagle inne obrazy mieszają się z otaczającemi mię wspomnieniami. Twarz cudzoziemki goni za mną, aż do trumny mojej matki. Dwie kobiety są w tem podziemiu. Jedna, której miłość błogosławiła memu urodzeniu, odziana w strój umarłych, milcząca, nieruchoma — druga, strojna w kwiaty życia, z okiem błyszczącem, wsparta o ołtarz, wskazuje mi palcem stopnie, na których nigdy nie uklęknę obok niej. Widzenie łzy mi wyciska z oczu; dawniej szał by we mnie wywołało.

Myśli moje innym popłynęły torem. Rozkosz bezwładu mię ogarnia; głos mój stał się cichy i rzadko kiedy słowo jakieś pada z ust moich. Ale dziwne sceny odgrywają się w mojej duszy i żyję w świecie, którym nie rządzi żadna jedność. Marzenia moje przenoszą się w przeszłość, potem podsuwają mi coś z przyszłości, lecz i to prędko znika. Białe żagle i błękitne fale, pieśni włoskie i dźwięki jakiejś obcej mowy wirują wkoło mnie. Wszystko o czem marzyłem i myślałem, wszystko co budziło we mnie niepewne pożądania, znowu przychodzi mi na pamięć — lecz to labirynt, gdzie błądzę na wpół odurzony, na wpół śpiący, a sił mi nie staje, by się ze snu otrząsnąć i skłaniam się ku temu czarowi, który mną włada, jak człowiek złamany zmęczeniem pochyla się ku łożu.

5 września

Zaszła zmiana w scenie mego widzenia. Jak Manfred, wywoływałem duchy: „Astarte, mów do mnie!”. Namiętności są błaznami, którzy drwią ze mnie. Nienawiść stała się miłością, a później? Później — było to o zmierzchu: czy widzisz piękny księżyc? A później? Później — było to w pewien piękny poranek. Oto moja ostatnia strofka, przyjacielu. Zrozum i lituj się nade mną! Znowu kilka chwil szczęścia, a później przyjdzie skrucha i kara.

Nie mam anioła stróża, jak Schelling, lęgnę się pod skrzydłami szatana.