Bóg nie pobłogosławi takiemu jak ja człowiekowi. Żegnam Cię. Pamiętaj, że chociaż jestem może wszystkiem, czem tylko pomyślisz, to jednak, Henryku Reeve, nikt w tym stopniu co ja, nie jest Ci przyjacielem. Przyjaciel, to nie źdźbło słomy, które zdmuchnąć można. Byliśmy przyjaciółmi i będziemy przyjaciółmi, a wrota piekielne nas nie przemogą. Żegnaj, żegnaj! Pisz do Petersburga.

Zyg. Kras.

23 września

Ponieważ jestem dzisiaj spokojniejszy, powiem Ci jeszcze słów kilka przed zapieczętowaniem tego listu. Zacząłeś właśnie rok dwudziesty. Niech Bóg Ci błogosławi, Henryku, niech Ci da siły do zniesienia życia, bo życie teraz jest czemś więcej, niż życie dawniej. Za dni naszych opuszczają nas i sen i spokój. Jesteśmy wszyscy podobni żebrakom, którzy chodzą przez dzień cały, a nie wiedzą, gdzie spoczną wieczorem. W tym wieku wiele nam potrzeba miłości, a pod tem słowem „miłość” rozumiem wszystkie więzy, wszystkie uczucia, łączące dwie dusze, które się rozumieją. Koniecznem jest dla harmonii wszechświata, by w chwili, gdy wszystko się załamuje, przynajmniej dusz kilka, duchy niektóre łączyły się, zbliżały ku sobie i kochały tak silnie, jak inne wzajemnie się nienawidzą. Dwóch ludzi, którzy są przyjaciółmi, to dziś wyspa pokryta zielenią na morzu ciemności. Henryku, według tego świata jesteśmy młodzi, a jednak obaj jesteśmy starzy uczuciami swemi. Wieleśmy sfer przebiegli; wszystko, prawie wszystko nas zawiodło, oprócz nas samych. A więc zadawalajmy się sobą, stwórzmy z nas dwu jedność i niech ziemia rozpada się i pęka wkoło nas! Nie zapomnisz nigdy, jestem pewien, że rozpocząłeś rok dwudziesty życia w tych starych, tajemniczych Niemczech. Niech Bóg Ci błogosławi, Henryku! W tej chwili cały do Ciebie należę. Czuję, jakbym był przed krzyżem w Kolizeum, gdyż myślę o Tobie, gdyż błogosławię Ci z oddali całem jestestwem swojem, a uczucie to czyste, spokojne, majestatyczne. Namiętność jest wielką poezją — spokój większą. Patrz, Henryku, jak olbrzymie robię Ci ustępstwo. Może być, dlatego, że spalony jestem namiętnością i potrzeba mi chwili ciszy. List Twój mi ją przyniósł, list ten tak słodki i spokojny, zawiera tyle z przeszłości! Wszystko w nim, aż do imienia Konstancji, wyraża modlitwę i przebaczenie, smutek i opatrzność. O, tak, jesteś pod względem moralnym o wiele doskonalszą istotą ode mnie. Idziesz krokiem wolnym, ja biegnę. Padnę któregoś dnia, ale Ty nie padniesz. Żegnaj! Kochaj swego prawdziwego przyjaciela, który Cię kochał i tak bardzo kocha!

Zyg. Kras.

68. Do Henryka Reeve’a

22 października 1832 r., Petersburg

Drogi Henryku!

Oto znów jesteśmy połączeni, wiedząc, gdzie się nawzajem szukać mamy. Masz słuszność — dla nas nie ma już błogosławieństwa miłości. Mogę zginąć ze wzruszenia u stóp jakiejś kobiety, ale nie ukocham nigdy obrazu niewinności, nigdy już złudzenie nie będzie równie święte, jak wówczas, gdy w Paquis całowałem, jak brat, moją kochankę, chociaż drżałem z namiętności. Co do osoby, o której Ci mówiłem, to chce mi ona być jedynie siostrą: „Żywię dla ciebie” pisze mi ona „uczucie bardziej czyste, bardziej eteryczne, niż miłość. Nie ma nic samolubnego w mojem przywiązaniu. Błogosławić będę tym, którzy Ci szczęście dadzą, ukocham tych, których Ty kochać będziesz, a gdy świat cały Cię opuści, odnajdziesz mię taką, jaką dzisiaj jestem. Moje uczucia dla Ciebie są tak czyste, że aniołowie by je przyjąć mogli”. Oto jej własne słowa. Oceń myśl i styl.

A więc odnalazłeś Sw.? Stachelberg, który tu bawi, zawsze jeszcze w niej zakochany. Czy mówiła Ci o mnie? Z oczyma memi źle. Lekarze tutejsi wróżą mi utratę wzroku. Duwal oddał mi Twój liścik. Kocham go prawie, bo widział Cię prawie miesiąc temu. Ojciec mój jest dla mnie aniołem. Zresztą jestem chory i samotny przez dzień cały, wieczór spędzam w swoim pokoju i nic robić nie mogę. Życie mi cięży. Daj mi nicość, a złożę w niej moją zmęczoną głowę, ale nicość jest chimerą.