Kilka dni temu przyszedł mi w nocy pomysł poematu, pomysł potężny. Wyskoczyłem z łóżka, wołając: „Anch’io sono pittore!96”. Poezja jest częścią składową mego jestestwa. Oczy mię palą, czaszka moja się rozszerza, cierpię... Ach, Henryku, gdybyś był przy mnie, przy Twoim Zygmuncie! Jakże lubiłem słyszeć, gdyś nazywał mię Zygmuntem, a wolałem zawsze, by inni nazywali mię Krasińskim. To wielkie miasto, Petersburg, masa olbrzymia granitu; gdy śnieg pokrywa jego domy, wydaje mi się, że jestem między skałami. Matce Twojej moje uszanowania i przywiązanie mego serca. Dla Moultonowej i dla Rogeta tysiąc pozdrowień. Czy nie mógłbyś się dowiedzieć, co H. porabia? Nie ma dnia, żebym o niej nie myślał; to rodzaj mgły, która mię nigdy nie opuszcza. Pędzimy obydwaj w pustyni, biały koń na przedzie, chmury, sępy, skały ustępują nam z drogi, naprzód, zawsze naprzód, aż nadejdzie godzina spoczynku wiecznego, aż nastąpią dla mnie mroki ślepoty. Wątpię, czy będę miał siły, by żyć jako ociemniały. Boże mój, odwróć ode mnie ten kielich! Ale czy mam prawo modlić się do Boga? Ach, módl się za mnie Ty, który jesteś czysty i mniej namiętny! Módl się za przyjaciela swej młodości! Żegnaj! Pisuj do mnie możliwie często! Nie wiem, z kim się Leach żeni. Żegnaj, żegnaj! Ani Salcburg, ani nic innego nas nie rozdzieli. Jacky jest głupcem. Bądź zdrów!
Z. K.
69. Do Henryka Reeve’a
Dn. 1 listopada 1832 r., Petersburg
Kochany Henryku!
Przeczytaj jeszcze raz ostatni list, który Ci napisałem z Wiednia. Mylisz się bardzo, mówiąc o dobrych obiadach, pięknych kobietach itp. Posłuchaj opisu mego życia. Siedzę od rana do wieczora w swoim pokoju o srebrno-zielonem obiciu. Pośrodku niego cztery kolumny greckie, za niemi łóżko moje, piec i kominek, fortepian i kanapa, a wreszcie dwa okna, które wychodzą na podwórze i na niebo, zwykle pokryte ciężkiemi chmurami. Zresztą zbytku mam powyżej uszu. Wstaję, przechadzam się, piszę trochę, później kładę się, przechadzam się — i tak w kółko, zawsze to samo. Nauczyłem się myśleć. Stanę się dzikim i głębokim myślicielem. Oczy mnie bardzo bolą. Wiesz, dawniej wina, cygara, kobiety było mi trzeba, by mię oszołomić — dzisiaj upijam się, myśląc intensywnie, śledząc tok rozumowania. Czasami czuję, jak nerwy rozprężają się w moim mózgu. Wiesz, co za stworzenie ze mnie? Jak Ci się zdaje, do czego mię podobne życie doprowadzi? A zdrowie mi nic robić nie pozwala. Nie wychodzę, nie widuję się z nikim, nie znam nikogo. Wskutek klimatu tutejszego cierpię na swój dawny reumatyzm itd., itd. Mógłbym powiedzieć, jak człowiek z Longwood: „Ten klimat mię zabije”. Zresztą nie sądź, że dusza odchodzi razem z ciałem. To prawda, że nuda i obrzydzenie bezustannie mi towarzyszą, ale siła, która tkwi na dnie, tam pozostanie i nie ulegnie zmianie. Hamlet jest piękną tragedią. Czy przypominasz sobie tę piękną Wenecję i te dni promieniste, i Lido, gdzie Trevor walczył ze żmiją, i żagiel wzdęty, krzyżem haftowany, który ukazał się nam o zachodzie słońca jak widzenie niebiańskie? Przypominasz sobie naszą przechadzkę po ogrodzie? Czy przypominasz sobie przejażdżkę konną do Gex i tę noc ciemną, podczas której powiedziałeś, mijając mię cwałem, że kochasz Konstancję? Wydaje mi się, jakby to wszystko zdarzyło się na innej planecie przed mojem urodzeniem i, gdy słyszę głos Twój, to jest on jakby głosem ducha z innego świata. Żegnaj. Nie zrozumiesz nigdy, jak Cię kocham.
Zyg. Krasiński.
Twoje wiersze do K. są smutne i spokojne, poważne i proste; są dobre.
70. Do Henryka Reeve’a
12 grudnia lub 22 grudnia 1832 r., Petersburg