Gdy ja dla Ciebie stałem się pojęciem, Ty pozostałeś dla mnie człowiekiem, kształtem ludzkim, jednem słowem Henrykiem Reeve o wysokiej postaci, bladej twarzy, słodkim i czarującym, a niekiedy wyniosłym i szorstkim w obejściu, którego znałem i którego widuję prawie co dzień, skoro rozkażę mym myślom zebrać siły. Zdaje mi się tylko, że wiele lat minęło od chwili, gdym po raz ostatni uścisnął Twą rękę przed katedrą salzburską; i w pewnej mierze nie jest to złudzeniem, gdyż od dnia tego dokonała się we mnie praca lat kilku. Z początku wstrząsnęły mą duszą gwałtowne wzruszenia, później nastąpiły gorączkowe marzenia, dalej wyrzuty sumienia, to znaczy świadomość, że zakłóciłem porządek i harmonię piękności tego świata, wreszcie zjawiły się rozumowania i rozmyślania, które prawie zawsze występują z czasem po nieustannych cierpieniach fizycznych. Dużo myślałem też o ludziach. Niech Bóg mi przebaczy, że doszedłem do konkluzyj, poniżających ludzkość: oto, że tłum zna tylko pożądania, a nigdy nie rządzi się rozumem, że człowiek jest wszystkiem, że on wszystkiego dokonywa, a ludzie są niczem. A jednak człowiek zawsze obowiązany jest poświęcać się dla ludzi, a nigdy nie poświęcać ich dla siebie. Choć przekonany, że szczęście na tej ziemi jest niemożliwe, musi w nie wierzyć dla innych i dążyć ze wszystkich sił ku temu urojonemu celowi. Wielka to i święta mistyfikacja; źródło jej leży w stanie niedoskonałości naszej. Przekonany jestem, żeśmy wszyscy istotami niedokończonemi: na tem polega grzech pierworodny. Następnie myślałem o kobietach i znalazłem, że są to istoty ziemskie, zdolne w chwili przełomu stać się aniołami; złudzenie trwa krótko i anioł opuszcza ziemię. Jednak dziwne zjawiska we mnie się odbywają; zdaje mi się nagle, że słyszę skrzydła anielskie wkoło siebie, a później spośród tych wszystkich postaci, które podnoszą się z przeszłości, jedna nigdy nic ze swego podniosłego charakteru nie traci, wydaje mi się zawsze czystą i świętą, spokojną i promienną, a wtedy budzi się w mej duszy cała moja tkliwość i rezygnacja. Zwróć na to uwagę, że sen ów odgrywa się całkowicie w przeszłości, że nie ma żadnego związku z przyszłością, żadnego bezpośredniego działania na teraźniejszość. To jakby święta, zmarła w kwiecie lat swoich i pochowana przez pierwszych chrześcijan w katakumbach rzymskich. Noc i milczenie otaczają jej grobowiec, a ja przychodzę czasami, by uklęknąć i zmówić modlitwę.

Myślałem również o świecie i jego ustroju. Odkryłem w nim prawa niewzruszone, mechanizm kompletny, koła i liny, jednem słowem całość matematyczną. Ale się na tem nie zatrzymałem, chociaż jest to może wystarczające. Poznałem nadto, że przy każdem kole, każdej linie, każdej cyfrze, już w całość związanych, w ruch wprawionych i wypełniających swe przeznaczenie, było nadto coś jeszcze, jakieś działanie bezpośrednie, jakaś myśl uduchowiona, być może, że duch jakiś lub anioł, i to nazwałem życiem. Jednakowoż istnieje już życie organiczne w każdem kole, w każdej linie, ale to inne życie, o którem mówię, jest wyłącznie mistyczne. Każde zdarzenie, każde zjawisko może być wytłumaczone przez jedną z tych metod, co jest mi dowodem, że obie działają wspólnie i są słuszne. Każdej chwili, sądzę, odbywa się we wszechświecie przemiana, transfuzja jednej z tych form życia w drugą. Oto dlaczego wierzę również silnie w ducha Cezara, mówiącego do Brutusa: „Zobaczysz mię pod Filippi”, jak w prawa Keplera i Newtona.

Ale w życiu realnem trzeba być wielkim mechanikiem, gdyż świat dnia powszedniego jest jednym olbrzymim mechanizmem. Zamknij ogrom ten w jednem pojęciu, a będziesz miał życie mistyczne, anioła stróża ziemi. Ale, ponieważ trzeba żyć w szczegółach, w analizie, a nie w syntezie, i my zmuszeni jesteśmy zapomnieć o aniele, a chwycić się koła i liny. Tam całe życie mistyczne wymyka się spod obserwacji naszych słabych oczu, jak powietrze, zamknięte w butelce. Butelka jest dla nas wszystkiem, ważymy ją, nie zwracając uwagi na wagę powietrza; wszystkie obliczenia nasze się zgadzają, choć, ściśle biorąc, są tylko przybliżonemi. Otóż we wszechświecie matematyka jest też tylko przybliżeniem; trzeba być szaleńcem, by się nią nie posługiwać w życiu codziennem.

Nie pisz mi do Petersburga, jeno do Warszawy. Czy przyjedziesz do Wiednia? Od tygodnia jestem chory, jak pies, a zdrowie pogarsza się stopniowo. Żegnaj, drogi Henryku! Uszanowania dla matki Twojej i niech Bóg Cię chroni i błogosławi.

Zyg. Krasiński

76. Do Henryka Reeve’a

Warszawa, 4 kwietnia 1833 r.

(List dyktowany)

Drogi Henryku!

Byłem w drodze, przeżyłem zimę całą. Odebrałem 5 listów od Ciebie i nie mogłem na nie odpowiedzieć, nie mając już sekretarza. Ponieważ teraz znowu opuszczam dom ojców swoich, będę Ci mógł pisywać jedynie, o ile miłosierny przypadek pozwoli mi spotkać jakiegoś współczującego śmiertelnika, raczącego podjąć się pisania pod mojem dyktandem. Ty zaś pisuj mi, jak możesz najczęściej, do Wiednia.