78. Do Henryka Reeve’a
Warszawa, 9 kwietnia 1833 r.
Drogi Henryku!
Mamy dziś dzień wielkanocny, dzień długiego monologu, który wypowiedział Faust, gdy, zrozpaczony po wyczerpaniu wszystkiego, chciał skończyć ze sobą. Ale dzwony rezurekcji wytrąciły mu z ręki zatrutą czarę. Powietrze wiosenne przemknęło do sali, gdzie rozmyślał i łono jego, przed chwilą suche i puste, wezbrało jakiemś tajemniczem, a ogromnem życiem. Nie ma nic bardziej wzruszającego i poetycznego, niż Wielki Tydzień w kraju katolickim. To dramat skończony a wspaniały. W pierwszych dniach mamy chwałę ziemską, tryumf. Chrystus przechodzi przez Jerozolimę, pokrytą kwiatami i zielenią, lud jest obecny, krzyczy, klaszcze w dłonie, pijany entuzjazmem. Lecz trwa to dzień zaledwie. Scena się zmienia, wszystko się ściemnia. Następują prześladowania, niepewność, obawa; powoli niebo i ziemia zaczynają przyjmować udział w dramacie. Śpiewy w naszych kościołach stają się żałosne, ołtarze pokrywają się kirem. Przeczucie katastrofy wzrasta z każdą chwilą i pokrywa wszystko. Nadchodzi wieczór ostatniej wieczerzy, którą Syn Człowieczy spożywał na ziemi; i tu jeszcze budzi się coś wzruszającego, słodkiego i promiennego, jak gdyby nie miał umrzeć, ale natychmiast potem organy ryczą i rozlega się grzmot beznadziejnego zniszczenia, nieskończonego potępienia. Wtedy w przybytku świętym zasłona rozsuwa się na dwoje, burza grzmi, a później wszystko znów staje się spokojem. Ostatnie westchnienie wydarło się z piersi. Bóg umarł, a więc musi nastąpić spokój, spokój nicości. Wtedy nie ma w naszych kościołach ni złota, ni srebra, ni świateł. Cała wspaniałość została usunięta, cała piękność zniknęła. Schodzimy gdzieniegdzie do ponurych podziemi i padamy twarzą na ziemię u stóp grobowca. To zmierzch nieożywionego chaosu, to wspomnienie życia, które już nie jest życiem. Nagle z tego uroczystego milczenia, z tego tytanicznego spoczynku, z tego bezmiaru boleści wznosi się okrzyk zwycięstwa, młodości wieczystej i miłości. Przyroda święci zmartwychwstanie Pańskie wiosną. Precz z czarnemi zasłonami! Niech drzwi grobów zamkną się na wieki! Muzyka, światła, drogie kamienie, kwiaty wychodzą z ukrycia, jak gdyby następowało znowu stworzenie nowego świata. Dramat skończony, duch złego rozwiał się, nie pozostawiając śladów nawet w przestrzeni. Podnieśmy oczy: niebo jest błękitne, słońce lśni. Któż myślałby o śmierci w dzień podobny! Nie ma więcej śmierci we wszechświecie! Faust został zbawiony, bo w dzień ten wierzył.
Odkąd człowiek, z którym jadę, grywa mi Wolnego Strzelca, zrozumiałem walkę złych i dobrych duchów. Ta muzyka jest niezrównana. To nie wytwór daleko posuniętej i znudzonej sobą cywilizacji. Przeciwnie, to wieki średnie i więcej może, niż wieki średnie. Gdyż w tych akordach przerażających, głębokich jest coś z podań skandynawskich; niejasne wspomnienie walk bogów z olbrzymami wypełnia duszę. To Eschylos, Szekspir, to Nibelungi. Niekiedy słyszymy głos biednej Małgorzaty, anioła, porzuconego na ziemi, który wyciąga ręce ku niebu, a w oddali odpowiadają z kolei głosy nadprzyrodzone, ginące wkrótce wśród burzy. Wtedy rozpacz ogarnia serce, las jęczy i stary dąb pada pod uderzeniem piorunu. Piekło jedynie pozostaje na świecie, demony wyją i same nie wiedzą, czego pragną. Wszystko im jest obojętne, byleby panowały nieład i ciemności. Lecz anioł nie będzie zwyciężony, choć pochylił swą słodką głowę na piersi i zamilkł na chwilę. Nawet jego milczenie, jego zmieszanie zawiera obietnicę szczęścia i, gdy wzdycha, westchnienie jego, choć słabe i niepewne, słyszymy wśród burzy i czujemy, że szatan nie przemoże. Każ sobie zagrać tę muzykę, a staniesz się podwójnie poetą! Rozumiem tę walkę równie dobrze, jak Dante, jak sam Goethe, ale nie umiem jej wyrazić. A jednak kiedyś ją wyrażę, jeśli nie padnę przedwcześnie. Żegnaj, drogi Henryku, pisz do Wiednia! Uszanowania dla matki Twojej a błogosławieństwo boskie dla Ciebie. Jeśli możesz, przyślij mi wiadomości o H. Czy nie można by w jakikolwiek sposób dostać jej portretu? Pomyśl o tem, drogi Henryku! Byłoby to szczęściem dla mnie.
Zyg. Krasiński
79. Do Henryka Reeve’a
Kraków, 20 kwietnia 1833 r.
Drogi Henryku!
Miłosierny przypadek, wielkie bóstwo tego świata, sprawił, że spotkałem w Krakowie mego krewnego, Karola Krasińskiego, który w dobroci swojej zechciał mi służyć za sekretarza. Mam nadzieję, że tym razem przynajmniej list będzie pisany ortograficznie.