Wyjechałem z Warszawy z człowiekiem, o którym Ci mówiłem. Jest to wielki muzyk, o bladej twarzy, umiejący lepiej wyrażać swoją poezję w akordach, niż we wierszach; zresztą myśli głęboko i może dojść do ogromnej abstrakcji. Dziś mamy dzień wiosenny i stare kościoły Krakowa wydają się odmłodzone w tem powietrzu łagodnem i pełnem światła. Wszędzie tutaj znajdują się ślady dawnej Polski. Kraków jest polską Weroną. Czy przypominasz sobie naszą przechadzkę do grobu Julii? A więc doznaję tych samych wrażeń tutaj. Przeszłość wyciąga ku mnie ramiona i przygarnia mię łagodnie do swego łona, by dać mi starcze błogosławieństwo. Każda wieża, każda strzała, każda dzwonnica myśl jakąś dla mnie wyraża. Ukołysany jestem marzeniami jak dziecię, które niczego nie oczekuje i żyje z dnia na dzień w domu ojców swoich, sądząc, że zawsze tak będzie. Chcę dzisiaj, żeby wiek dziewiętnasty dla mnie nie istniał. Zanurzam się cały w czasy, w których symbole wznoszą się wkoło mnie jako arabeski gotyckie, arkady fantastyczne i nawy katedralne. Spójrz na tych wszystkich rycerzy, którzy wyszli z swoich grobów, na tych wszystkich królów, wybranych przez naród, idących ku ołtarzowi i padających na kolana dla przyjęcia olejów świętych! Spójrz na przodków moich, którzy drżą wkoło mnie! Cała dawna Polska powstała na mój głos. Oto ona, jest tu, tu! Spójrz, jaka wielka, jaka wspaniała, błyszcząca orężem, głośna krzykiem, harmonijna śpiewem, jedyna tarcza Europy przeciw niewiernym, prowadząca sama jedna walkę olbrzymią od wrót Konstantynopola aż do murów Wiednia. A teraz nie ma już śladów dawnej Polski: jest to przeszłość skończona, zupełna, poetyczna. Nowa może powstać i do tysiąca przemian da się zastosować, lecz rzeczy samej nie ma i nie będzie.

Napiszę Ci do Wiednia krótki list, do którego włożę długi urywek. Proszę Cię, przeczytaj go i prześlij w jakikolwiek sposób H.!

Żegnaj, mój drogi! Z oczyma memi co dzień gorzej. Uszanowania dla matki Twojej. Kochaj mię zawsze, a gdy oślepnę, będziesz mię jeszcze bardziej kochał.

Z. Kras.

80. Do Konstantego Gaszyńskiego

Wiedeń, 7 lipca 1833

Drogi Konstanty! Przypadkiem się dowiedziałem, że jesteś w Montpellier i że Ci się wcale nie wiedzie; wierzaj mi jednak, dobrześ zrobił, żeś nie pojechał do Ameryki. Nie wiem, czyś odebrał list, który przeszłego roku w miesiącu auguście napisałem do Ciebie z Opinogóry wraz z Danielewiczem, w odpowiedzi na ten, w którym mi donosiłeś, że za kilka dni odbijasz i płyniesz tam, gdzie jeszcze są ideały. I w tem gorzko się myliłeś, drogi mój Konstanty, bo na tej ziemi nigdzie ideałów nie ma, są tylko one w sercu naszem jako przeczucia i w niebie, jako rzeczywistość, ludzkie zaś życie oddane analizie potu i krwi. Ucieszyło mnie mocno, kiedym się dowiedział, żeś został w Europie, kiedy pomyślałem, że łańcuch, który nas łączył od lat najmłodszych, nie zapadł w głębie oceanu, rozciągnął się tylko, rozdłużył po naszym starym lądzie.

Teraz winienem Ci zdać rachunek z dopełnienia życzeń Twoich i danych zleceń odjeżdżającemu do Polski. Pisałem do Twojej matki trzy razy, donosiłem jej o wszystkich sprawach, tyczących się Ciebie, wreszcie jej donosiłem, jakoś przykazał, że opuszczasz Europę. Właśnie w kilka dni po odebraniu tej smutnej nowiny sam pojechałem do Petersburga i tam w środku zimy odebrałem list od Twojej matki, w którym była łaskawa mi dziękować za doniesienia o Tobie.

Przeleżawszy cztery miesiące i pół w łóżku, coraz słabszy na oczy i na duszy, wyjechałem do Polski i stamtąd puściłem się do Wiednia wraz z Danielewiczem i tu odbywam kurację długą, nudną, niewiele mi polepszenia przynoszącą. Wierzaj mi, Konstanty, nieraz myślałem i myślę o Tobie, nieraz, leżąc w gorączce, cierpiąc z zamkniętemi oczyma, przypominam sobie twarz Twoją, głos Twój, wszystkie ruchy Twoje. Jakżeś Ty się musiał zmienić od czasu, w którym zawsze wesół, zawsze z konceptem lub wierszem na ustach przychodziłeś do mnie, zapisywałeś na kominie „erę fajkową”, czytywałeś mi o Władysławie Łokietku, a ja Ci się odpłacałem Władysławem Hermanem. Mój drogi, cóż Ty robisz teraz? Smutnym jesteś w krainie południa i wiosny; piękności natury, o których tyle marzyłeś dawniej, na nic się nie zdały Twojemu sercu. Cóż Ci po cieniu pomarańczowych drzew, cóż Ci po woniach kwiatów, rosnących naokoło, kiedy przyjaciół nie masz wokoło siebie, kiedy matka Twoja nie wie może o Tobie, jedyną tylko ma pociechę w powtarzaniu czasem imienia Twego. Ależ i mnie los nie obdarzył swojemi dary: w głębi duszy mojej osadził wiele myśli i uczuć wiele, które żrą i palą, i nasłał na mnie wielu nieznajomych, wielu obojętnych, którzy mi krzyczą chórem: „Tyś szczęśliwy”, bo słyszą śmiech mój nieraz, konceptów tłum, żartów mnogość, a nie domyślają się nigdy, że pod tą powłoką coś głębszego smuci się, czasem rozpacza.

Coraz gorzej zdrowie mi się psuje: nerwy moje drgają wciąż, jak struny, i przyjdzie do tego, że same fałszywe akorda wydawać będą. Wiek, który nas otacza, ciąży na mnie. Tytan starożytności jednej góry, złożonej z warstw gliny, z popiołu bez myśli, z lawy i ognia bez duszy, zrzucić nie potrafi — gdzież się człowiekowi jednemu spodziewać, że zepchnie sponad siebie nawał tylu myśli, cisnących go na dół, ogrom, pełny życia i przekleństwa. Piszę jeszcze czasem, ale nie z taką wiarą, jak dawniej; gdzież się podziały wszystkie wiary moje!