Szubienica Hamana
W dniu, w którym miał zawisnąć na szubienicy, Haman wszedł do swego ogrodu, żeby choć na chwilę zaznać spokoju ducha. Krążył na pół przytomny wśród wysokich drzew, przenosząc wzrok z jednego na drugie, jakby zadawał im pytanie: „Powiedzcie mi, starzy druhowie, na kim z was zawiśnie dzisiaj Haman, najwyższy dostojnik i minister w Persji i Medii”. W tej samej chwili wietrzyk poruszył gałęzie drzew. Szelest liści wydawał się rozmową, jaką drzewa prowadziły między sobą:
— Nie na mnie! Nie na mnie! — Zatrzęsło się drzewo winorośli i zasłoniło kiśćmi winogron. — Ze mnie biorą wino do świętego ołtarza. Ja nie zniosę na sobie tego złoczyńcy.
Oliwkowe drzewo także zatrzęsło się.
— Ze mnie — powiedziało — biorą oliwę do menory.
Drzewo figowe również odmówiło:
— Moimi liśćmi Adam i Ewa okrywali swoją nagość. Moje soczyste owoce są ozdobą święta pierwszych plonów w Jerozolimie.
— Na mnie z całą pewnością nie może zawisnąć Haman — powiedziała palma, z której wyplatają na święto Sukot lulawy. — Nie chcę, żeby ten złoczyńca, ta kłująca gałąź krzywego ciernistego krzaka wisiała na moim równym smukłym pniu, do którego dzieci żydowskie są przyrównywane. Nie, za nic nie chcę.
— Ja także nie chcę — zakołysało się drzewo etrogowe (cytrusowe). — Moimi pięknymi i delikatnymi owocami ludzie radują się przed Bogiem podczas świąt.
— I ja także nie chcę — oświadczyło drzewo mitrowe. — Soczysty zapach moich gałęzi ma na celu krzepić i ożywiać ludzi.
— Pode mną leży Debora, mamka Rebeki — oświadczył dąb.
— Do mnie przyrównani są cadycy — oświadczyło drzewo granatu.
— Jeśli tak — stwierdził cedr — niech go powieszą na mnie. Ja do niego w sam raz pasuję, ponieważ mnie przygotował na szubienicę dla Mordechaja.