SCENA CZWARTA

Gotfryd

Dzierżawca folwarku Henrykowego, wychodzi z krzaków, za które się był ukrył210.

Najdroższy panie, ja jestem —

to ja, dzierżawca Gotfryd.

Benedykt

On, naprawdę!

I nie przychodzisz tutaj po próżnicy —

ból nas tu przygnał i gorzka niedola.

Henryk

Patrzy na niego osłupiałym wzrokiem, potem spokojnie.

Wstań! Co się stało? Wstań! Któż to ci umarł?

Jakaż to gwiazda spaliła nareszcie

swym jadowitym światłem twoje skromne

gniazdo?

Gotfryd

Prawie z płaczem.

Ma córka, panie...

Henryk

Dym mi oczy

żre — co? Umarła?

Gotfryd

Nie!

Benedykt

Gotfrydzie, pozwól!

Ja będę twoim tłumaczem i wszystko

powiem pokrótce... Wszak ci211 ja dotychczas

twojego dziecka byłem spowiednikiem!

Żyje! — Tak, żyje! Ale od tej pory,

kiedyście, panie, rzucili zagrodę,

prowadzi życie wielce osobliwe —

inne, niż zwykle... strasznie przemienione,

życie, jak gdyby poza krańcem świata,

pośród którego oddychamy — życie

nie do pojęcia, niesycone niczym,

a tylko jakby wewnętrznym płomieniem,

który wydrąża jej ciało...

Gotfryd

Nic nie je —

odpycha wszelki pokarm, nieruchoma

leży i leży z utkwionymi w niebo

szklanymi oczy212, obstając przy jednym —

przy tym jednym — — —

Benedykt

Odpychając Gotfryda.

Cierpliwości, panie!

Tak jest — w tej chwili, gdy myśmy tu przyszli,

spowodowani ciężkim jej uporem,

ona, wzgardziwszy trunkiem i jedzeniem,

od pięćdziesięciu spoczywa już godzin

bezwładna, sztywna jak łoże drewniane,

które, prócz słomy, nie ma ani krztyny

jakiegoś pierza.

Henryk

Siada i zaczyna skrobać marchew.

Gadajcie wyraźniej!

Jeżeli chora, sprowadzić lekarza...

Będąc lekarzem, sam bym się uzdrowił,

Po cóż więc do mnie, bracie łysa-pało?

Weźcie rumianku albo rozchodniku213:

choroby dzieci, chociażby największe,

w rzeczywistości śmieszne mają źródło.

Jestli214 czymś więcej ona niźli dzieckiem?

Ha! Wówczas idźcie i połóżcie przy niej

to, co dziewice przemienia w niewiasty

kipiące zdrowiem.

Benedykt

Miłościwy panie!

Znam ci215 ją dobrze, byłem przy jej łożu...

Henryk

Ja znam ją lepiej — wiesz?

Benedykt

Przychodzi do mnie

z wszystkim, co tylko jej dolega.

Gotfryd

Bywał

u mnie codziennie od chwili, gdy ona,

ta córka moja, przyszła na świat...

Henryk

Zatem

mówcie!

Gotfryd

Prawdziwie, pan ma słuszność: lata,

wszystkiego tutaj lata są przyczyną.

I dawno wszystko byłoby sprawione,

gdyby nie wy tu, ojcze, i Brygita...

Benedykt

Pomyślcie tylko, coście uczynili —

jak owa próba spełzła wam na niczym.

Gotfryd

Wiem i przed Boga zanosić mi skargi!

Gdybym był córkę wychował jak dziewkę

wiejską, czyż oczy spuściłaby na dół,

kiedym jej przywiódł zalotnika?... Panie,

czemu odeszła od nas wasza miłość?

Złe rozpoczęło szaleć z całą mocą

owego rana, gdy przyszedłszy do was,

jak zwykle, z dzbankiem świeżutkiego mleka,

łóżko zastała próżne... I jeżeli

dziś nie wrócicie z nami, ona umrze.

Benedykt

W lesie do zimy czekać nie możecie...

wszakże ja nawet, jakkolwiek przywykły

do wszelkiej doli, schron mający lepszy

w mojej pustelni i w kaplicy, muszę

ogniska szukać u poczciwych ludzi,

posadnych216 murów i pewnego dachu.

Henryk

Łysy rajfurze! Błaźnie! I ty stary,

siwy głuptasie! Czego wy tu chcecie?

Żądacie wina z głogów, figi z ostów?

Kimże ja jestem? Gdzież nadmiar mych bogactw,

że przychodzicie, wy, marni żebracy,

by się nim dzielić ze mną. Mnie tu szukasz,

szalony trutniu?... Pusty śmiech mnie bierze!

Czy cię śmiertelna nie trafiła trwoga,

kiedym przebywał pod twym dachem? Powiedz!

Czyż przerażenia twego nie widziała

czeladź? Czyż z oczu twych i twojej żony

nie biły zgroza i przestrach, i waszych

serc najtajniejsze życzenie? Te serca

czyż nie jęczały z ukrytej kryjówki:

«Idź stąd! Idź sobie, byśmy znowu mogli

zacząć oddychać?»...

Gotfryd

Przebóg! Wasza miłość

myli się, panie, myli!

Henryk

Nie! Nie myli!

Dosyć słów pustych, kłamliwych zarzekań,

czczej paplaniny dosyć mi w mój kojec

narzucało się wasze miłosierdzie!

Na krótką chwilę pokarm ten wystarczył,

lecz nie na długo... Uciekłem, zabrałem

ostatnie resztki, zgarnąłem to wszystko,

co jeszcze ze mnie zostało, i zbiegłem —

zbiegłem przed sobą... tak, książę uciekał,

a za nim poszedł, gnan217 straszliwą trwogą,

zmiażdżony sługa, który dotąd żyje.

Krzyczał ci218 za mną i jęczał, i młode

ofiarowywał mi ciała na sprzedaż —

ciała dziecięce... Wyrażam się jasno...

Czy rozumiecie, co mówię?... Odejdźcie!

Precz mi! Precz z drogi! Wyrażam się jasno!...

Wy — przychodzicie do mnie — przychodzicie —

wy jako czyiś spólnicy? — Powiedzcie!

Po co stoicie! Posłuchajcie! Ona

była tu u mnie — zaraz — dnia trzeciego...

Wywęszyła mnie, bo węch ma charcicy...

Tak! Była tutaj... tak! Ja ją widziałem,

i to wam mówię, wam — na tego Boga,

który mnie nie zna i na me katusze

żadnej nie zwraca uwagi: to była

najgorsza sztuczka szatana... Lecz podstęp

ten się nie udał!... Śmiałem się, gwizdałem,

jak gdyby była drzewem tam, na skraju

tej dzikiej puszczy — takem się zachował219,

jakby mnie wcale nie podeszła, w oczy

całą jej nędzę rzuciłem, szalałem

i kamieniami trzymałem ją z dala...

Benedykt

Chce was ocalić, panie — oto powód,

że was tu przyszła nawiedzić. Dotarła

wieść do tej biednej — sługa wasz, Ottaker

przyniósł ją pierwszy — że lek krwi uzdrowić

może was, panie. Jakiś mistrz w Salernie

chełpi się, panie, że gotów wytępić

waszą zarazę, jeśli młode dziewczę,

jeśli dziewica dobrowolnie, z wiarą

pójdzie pod ostrze jego noża...

Henryk

Jak to?

Wy w to wierzycie?

Gotfryd

Ja nie wierzę, panie —

ja nie! Lecz dziecko moje uporczywie

trzyma się tego obłędu — na włosek

nie chce odstąpić od niego... Pomóżcie —

pomóżcie, panie, wyrwać ją z obieży220

złego...

Benedykt

Zbyt jesteś pochopny w swym sądzie:

któż tu odgadnąć może, co się dzieje

z wszechmocnej woli Boga, a co zasię

idzie z podszeptu szatana... W jej łonie

święta się toczy walka, jakaś siła

pcha ją z ciasnego życia ku ofiarnej

śmierci — zaprawdę, na oścież ku wiecznej

pcha ją światłości w tajemniczy sposób,

a któż odgadnie, dla czyjego szczęścia

i wybawienia?

Gotfryd

Nie, dla niczyjego!

Natomiast, ojcze, dla jej własnej zguby.

Benedykt

Bóg nie opuszcza tych, co go szukają!

A choćby była w pazurach szatana

zbawienia żądna grzesznica, to jeszcze

na dnie przepaści dostrzeże ją boże

ojcowskie oko. Nie dajcie się zgnębić

małoduszności! Miejcie wiarę w sercu!

Prawda: jest upór w niej! I to jest prawda,

że walczy z Bogiem, ażeby z rąk Jego

wymóc dla siebie męczeńską koronę —

ale poza tym: gratia praeveniens221!

Któż śmiałby z góry zaprzeczać wszystkiemu,

co widzi w swoich wizjach. Leviticus222

mówi: «Krwią człowiek okupuje życie»...

To samo wszakże szepce coś w jej wnętrzu.

Henryk

Hm! Tak sądzicie? Ona śni... ma wizje...

Mniema, że Bogu miłe są opary

krwi, ona wierzy, wierzy, iż zdołamy

krwią utargować cośkolwiek z procentu

od tej lichwiarskiej pożyczki, ciążącej

na naszym wnętrzu. Mylicie się: idźcie!

Ona się myli! Słyszycie? Prócz tego:

z czasów, gdym jeszcze błąkał się po księgach,

gdym nie posiadał tej niemej mądrości

duszy, jak dzisiaj, wiem, że jest błazeństwem

takie lekarstwo....

Trzeba jej to rzeknąć223

idźcie! Widzicie: zupełniem spokojny224;

w tym przepaścistym tchnieniu głupstwa byłem

— rzecz dziwna — chłodny od razu i zimny

i oto patrzcie, to co teraz mówię,

zdrowe i zimne jest, jakby leżało

o tam, w strumieniu, a nie pochodziło

z mojej gorącej piersi: jam bez grzechu!

Powiedzcie to jej, że bez grzechu jestem,

że czysty jestem i niepokalany

i że zaraza w mojej krwi dotychczas

ani na chwilę nie umiała splamić

sukni mej duszy. Powiedzcie jej — proszę —

iż krwią nie można prać czystego płótna

i że ktokolwiek chciałby to uczynić,

jest służebnikiem prastarego węża:

błędu, nie Boga!

Benedykt

Z zaprzeczającym ruchem głowy.

Chcieć jej to powiedzieć,

to znaczy, panie, niecić ją do tego,

ku czemu rwie się z bolesną rozkoszą,

bo sądzić będzie, jak i ja to sądzę,

że tymi słowy pomnażacie winę,

gdyż tylko skrucha i wielka pokora

do wybawienia otwiera wam drogę.

Henryk

Nie wierzcie swojej pokorze, albowiem

zbyt jeszcze pyszni jesteście! Na karku

pycha ci siedzi, jak dziewka bezczelna,

kiedy się chylisz i w prochu się tarzasz

przed Bogiem. Czymże ty jesteś, odpowiedz —

że On ma pomnąć225 ciebie i twej śmiesznej,

mój przyjacielu, skruchy? Żali226 mniemasz,

żeś czegokolwiek dokonał bez Niego?

Spójrz! Częstokrotnie staję na tym szczycie

skały i bluźnię, i echo bluźnierstwem

wraz odpowiada i szydem227: my oba —

i ja, i echo — mniemamy przekrzyczeć

głosy płaczące i liści szelesty,

i rozhuk228 wody — a jednak, a jednak:

o ile my się znajdujemy niżej

popod229 poziomem tego, coby można

nazywać grzechem przeciw Bogu.

Gotfryd

Panie!

Sam to jej powiedz — — mów z nią sam.... Głos jeden

z waszego łona może ją orzeźwić,

jak chleb, jak woda orzeźwia spragnionych.

Nie wiem, kto dał wam tę czarowną siłę,

kto tak przywiązał ku wam to jej serce...

Dosyć, że ona całuje stóp waszych

samotne ślady na polnej ścieżynie,

którąście kiedy chodzili; we waszej

sypia komorze; waszego nazwiska

dźwięk ma tę siłę, że od kurczów zbawia

drętwe jej członki... Jeśli przeklinacie,

jak ja przeklinam, leki przeklętego

mistrza, tak chodźcie230: powróćcie jej życie.

Oświadczcie biednej, że lekarz jest kłamcą,

że żadna wiedza na świecie i... — — —

Henryk

...żadna

potęga w świecie zdurzyć231 mnie nie może —

że saraceński ten lekarz to chłystek,

podlec, poganin, żądny mego złota —

i że to wszystko jest kłamstwem!... Jam chory,

ale ja jeszcze nie stałem się głupcem,

co leci w sidła byle jakich głupców

i chce korzystać z krwawego obłędu

dziecka... Tak, wiem ja to i jeszcze więcej...

Jam to powiedział — i jeszcze coś więcej.

Cóż tak patrzycie na mnie? Tak jest, mówię —

albowiem była u mnie drugim razem...

Tak, jam ją widział... I ja, niewiedzący,

jak się odgrodzić od piekła, wrzeszczałem,

plułem, kamieniem rzucał232 i wyciągał

oskorupiałe ku niej ręce, z zgrozą,

przerażon233 w tajniach duszy, że niedługo

mógłbym wytrzymać, by się jej nie dotknąć,

by jej nie schwycić, by jej nie pokazać

ramion i szyi z tym pulsem bijącym...

Idźcie, powiadam, idźcie! Nie ma rady —

Koniec wszystkiemu!... Wiecie, kiedy na mnie

tak zawołała — głosem, co mi z duszy

wyrywał łkanie: «ja, biedny Henryku

chcę cię ocalić» — tak krzyknąłem: «odejdź —

jam trędowaty!»... Lecz w tej chwilim upadł234

i leżał, nie wiem, jak długo... A kiedym

znów się przebudził235, ona była przy mnie —

i tak! Bliziutko — stała tu, siedziała,

opowiadając, że jest lekarz... lekarz...

że jest... O Jezu!... I że ta ofiara

będzie niebiosom miła... i tak dalej...

i że na świecie niedługo pobawi,

że chce umierać, ja zaś nie mam prawa

zamykać przed nią bramicy niebieskiej

i żem powinien podążyć z nią razem

co tchu — w te tropy — do Salerny236. Potem

kiedy już wszystko wyrzuciła z duszy,

kiedy w prostaczej naplotła mi wierze

o potępieńczym tym leku, tak byłem

całkiem bezradny. Od razum się zerwał237

i przez wykroty i potok uciekłem —

biegłem i biegłem, aż mi dech zaparło,

aż gdzieś milami od niej — gdzieś daleko

padłem na ziemię. I to było dobrze.

Pomyślcie sobie, panowie, rozważcie,

com ja uczynił, żem uciekł! Nie jestem

ubezpieczony od najgorszej klątwy,

zbawion od wszelkiej słabości? Wypędzon

z waszego świata, wolny od prawideł,

wiążących nawet książąt... Czyż nie jestem

więcej niż książę?... Rozważcie, pomyślcie:

przybyła do mnie samotna i w moim

wnętrzu wygrzane bije serce: — straszny,

przeklęty anioł, który po rycersku

słabiznę Boga ochrania!... Co więcej

chcecie ode mnie? Dobrze! Precz stąd! Ze mną

koniec!... Skończona już moja litania...

Głód mi doskwiera, trza pożywić trupa,

którego włóczy za sobą ma tchórzem

oblazła dusza: sam Bóg wie, dlaczego?!

Sam Bóg wie, dokąd?! Dosyć...

Benedykt

Wstrząśnięty i po długim milczeniu.

Żegnaj, panie.

Szukaj przytułku!

po cichu i litośnie

Panie, zima będzie

ciężka... Szukajcie przytułku! ...

do Gotfryda

Tak, chodźmy,

chodźmy, Gotfrydzie.

Gotfryd

Szukajcie przytułku!

Odchodzą.