SCENA TRZECIA

Ojciec Benedykt

Pustelnik, zjawia się na krawędzi polanki.

Bóg wspieraj,

biedny Henryku!

Henryk

Nadsłuchuje, do siebie.

Zberkający dzwonku!

Czerepie! Głosie ludzki!

Benedykt

Wchodzi z wolna polaną i Henrykowi, spokojnie kopiącemu dalej, kładzie z tyłu rękę na ramieniu.

Przyjacielu!

Henryk

Któż tam?

Benedykt

Co robisz?

Henryk

Kopię grób!... Ty czego

pragniesz?

Benedykt

Uczynek spełnić dobry... Masz tu

wino, owoce, mąkę, świeży bochen

pszennego chleba.

Henryk

Wynoś się! Uciekaj,

bo cię, mój klecho, przygwożdżę, jak sowę,

nad mą chałupą. Syp się — w mysią dziurę,

jak szczur brunatny!

Benedykt

Miłościwy panie —

trafiłeś w sedno.

Henryk

Rozwiej się w powietrzu,

bym cię już więcej nie widział, lub spraw to,

bym ja się rozwiał i tyś mnie już więcej

na swoje oczy nie ujrzał... Nie jestem

ni tym ni owym, ni panem ni sługą —

dla ciebie — słyszysz? Nie jestem ni zdrowym

ani też chorym; nie jestem dla ciebie

niepostrzyżonym ani postrzyżonym,

ty postrzyżeńcze — rozumiesz: ja jestem

niczym! Rozumiesz? Niczym!

Benedykt

Cobykolwiek192

myślał o sobie człek zbłąkany, zawsze

będzie on dzieckiem Boga.

Henryk

Nagle podskoczywszy, odkłada rydel na bok.

Co ty mówisz?

Chodź no193 tu do mnie, księżuniu, i siadaj,

jeżeli lubisz paskud, plug i wrzody...

Uwierzę w tego, kto mnie dziś rozśmieszy!...

Witam.... hm... dziecko Boga... co ty mówisz?!

Ktoć to powiedział194?... Wyłóż to dokładniej!

Ja jestem dzieckiem, a to ma kołyska...

na pergaminie wszystko to zapiszę195.

Benedykt

W ciężkim strapieniu jesteś, biedny mężu —

wiem — gorzka ciebie nawiedziła dola...

Henryk

Zowiesz mnie biednym... Któż tu, mój księżuniu,

może być nazwan196 biednym?... Chodź tu bliżej —

do tego głogu — tutaj w te pokrzywy

i te krwawniki — wybałusz te ślepie

i patrz: gdzie tylko dojrzeć jesteś mocen197,

to wszystko moje, ty marny żebraku!

Od Hozzenwaldu aż po Raumuenzachthal,

od cesarskiego stołbia198 aż po morze

szwabskie — te lasy górskie, te dolinne

zboża — to wszystko moje! A choć dzisiaj

wszystko sprzątnięte i puste, owoce

w moich się piętrzą spichlerzach199. Mym las ten —

mą trawa, ryba w strumyku, iglica

i liść na drzewie; w liściu każda żyła

i każde włókno. Patrz — to babie lato

na twym habicie mój ci200 uprządł pająk.

Żądło komara, kiedy mnie ukąsi,

jest moim żądłem, wziętym z moich komór.

Benedykt

Prawda! A jednak...

Henryk

W tym jest sęk! W tym właśnie!

Znudziło mi się grać pana, w jedwabiach

chodzić i ciasnych butach, wyprostowan201,

niewolnik służby, błaznów, przyjacieli202,

nie widzieć garnka, z którego jadałem...

Znudziło mi się stać na szczycie góry,

uginać krzyży, kiedym chciał przemawiać

i, niby ślepiec, nie widzieć człowieka,

z którym mówiłem. Biedny, w jarzmie skuty

rab203 do wolności zrywa się — do świata:

lecz gdy pan jakiś chce być uczestnikiem

swobody, świata, musi wejść w głąb jego —

tak jak ja — patrzaj!...

Wskakuje, w grób.

Benedykt

Podnieście się, panie,

lub gdy nie chcecie, to uklęknę z wami,

by razem serca wznieść w górę, ku Temu,

co był i jest dziś, i będzie — na wieki.

Henryk

Wyskakuje z grobu.

On sam podnosi! Ani ty, mój księże,

ni ja! — Podnosi, jeżeli sam zechce,

a nie na skutek jęków ani według

twej mózgownicy! Bo gdyby inaczej

dziać się to miało, gdyby załamane

mogły Go wzruszać ręce, wskazujące

na pogryzione paznokcie, na zżarte,

bezwargie204 twarze — gdyby Go nakłonić

mogły ku temu krwawe, szukające

Jego litości puste oczodoły

i bełkocące języki, daremnie

usiłujące ukształtować wyraz,

który by zamknął Jego imię: mnichu,

raj by naówczas powstał na tej ziemi,

my byśmy byli bogami lub Pan Bóg

nie zmarłby z bolu tylko raz jedyny —

nie! Dziesięć razy marłby i sto razy

i zapomniany leżałby na wieki

w trumnie naszego świata... Czy pojmujesz?

Benedykt

Wierzcie mi, panie! Pan Bóg żyw jest — wierzcie!

I jeślibyście chcieli Go naprawdę

szukać...

Henryk

Przychodzisz do mnie, by mi mówić,

iże Bóg żywie205? Dobrze! Dzięki! Odejdź!

Bo to, co mówisz, tom sam zgłębił w ciszy...

dla mnie samego: wiem ci206, wiem, że żywie

a i zaprawdę! Był on u mnie przedtem,

nim się tu zjawił mnich i Go wypędził.

Tak jest — zaprawdę! Choć potrząsasz głową:

Bóg był i jest tu ze mną. Ale Bóg ten

niszczy to oko, co go dostrzec może,

rozdziera serce, co go kochać pragnie,

łamie dziecięce ramiona, co k’Niemu207

wznoszą się biedne, a kiedy On przeszedł,

to, co ktoś, uszy mający, usłyszał —

to śmiech szyderczy...

z dzikim śmiechem

Tak jest! Bóg się śmieje!

O Bóg się śmieje!

zmieniony, opanowawszy się, szorstko

Kogo szukasz tutaj?

Benedykt

Ciebie! Twojego łagodnego serca

z czasów minionych... szukam rady twojej...

miejże208 cierpliwość...

Henryk

A więc spraw się krótko:

Muszę się zająć mym małym puchaczem

i mym pajączkiem, co tak skrzętnie przędzie —

zaczynaj.

Benedykt

Panie, jestem wysłannikiem,

upoważnionymli209 przez ten mój habit

i przez dzierżawcę Gotfryda.

Henryk

Zrywa się i rzuca kamieniem.

Uciekaj!

Po coś tu przylazł w dziedziniec biednego

Henryka? Po co? Strzelcy! Wartownicy!...

Puść psy z obroży!... Nauczę ja ciebie

słuchać!...