SCENA DRUGA

Henryk

Sam, dzikim wybucha śmiechem, śmiech ten o mało że nie przybiera bolesnego, prawie łkającego piętna; atoli Henryk mityguje się, milczy, a potem mówi.

Tak! Cisza! Dobrze!... To me państwo... dzielny mnie chroni pancerz — świat mój znowu dla mnie się tylko otwiera... Tak, dla mnie... jam nie samotny... Nie, samotność serca mego nie zmiażdży! Nie zdusi mnie! Nigdy!... Być pogrzebionym w lodowym krysztale pustej przestrzeni!... Nie jestem samotny!... Milczenie... cisza... w okrąg ani głosu... Nie zberczą dzwonki, nie chrupią czerepy... Morze wszechświata... swoboda!... Wyżyny i wszystkie głębie — przeczyste, rozległe, milczące — w chłodnej jasności...

I cóż mi

jeszcze potrzeba?...

Do dzieła!

kopie dalej grób

Z zgniliznyś

powstał i znów się obrócisz w zgniliznę —

O śnie żywota! O głębszy śnie śmierci...

O ty żebraku i królu!... O śmierci,

wiecznie milcząca, wiecznie zadumana,

ty w tej brunatnej szacie sypkich grudek,

cóżże189 ty możesz wiedzieć? Czyż na oślep

nie pcha nas w życie straszna ręka kata,

nas, bezlitośnie spłodzonych w lubieżnym,

jurnym szaleństwie? Czyż zdradliwy poszept

grzechu nie wabi co noc w sieć rozkoszy

tysiące głupców?... Życie czyż jest kaźnią?

Czy my chodzimy w jarzmie? Czy ty, śmierci,

jesteśli190 groźnym dozorcą tej kaźni

i furtyjanem, który li zagradza191

wyjście!?... A!... Szczebiot! Myśmy wszyscy niemi,

od urodzenia my niemi, na szlaku

niemi wojennym — niemi wobec człeka

i — alboż głazy mówią?... Głazy krzyczą!...

Bracia!... Jam nic jest... nic — nawet w cierpieniu!...

droga krzyżowa i... szczęście!