SCENA DRUGA

Hartmann

Tak! On to! On!...

Benedykt

Co rzucił pana?

Hartmann

I głowę dziecka nabił poczwarami.

Ta jego czaszka to gniazdo jaj żmiich336,

z których co chwila jedno się wylęga

pod niespokojnym żarem jego ciała.

On wam nabożnie będzie znosił kłody

na stos dla żydów i dla trędowatych,

cały wypchany jest amuletami,

wiarę ma w ptactwo trupie i w złodziejskie

palce i nosi zawsze buteleczkę

krwi ludzkiej w sakwie i klnie się na sprawy

dziwne, nieczyste, zgroźne337, tajemnicze.

Benedykt

Tak, świat się roi od demonów... Zawszeć

człowieka hańbi przeniewierstwo.

Hartmann

Patrzcie!

Drab ten, co ongi338 odbiegł swego pana339,

jak tchórz, niedawno rzucił się z tej twierdzy

właśnie na wrogów tego pana: straszny

dzik rozjuszony, urągliwy śmierci.