27 kwietnia

To było z pewnością konanie... Obudziłem się — oni klęczeli koło łóżka, patrząc się na mnie jakimś strasznym wzrokiem. Tylko przerwali mi... podobno to można tak przerwać konanie... Nie wiem... A gromnica się paliła i dawała ohydne światło. Ja widziałem wszystko, wiedziałem, o czym oni myśleli, tylko sam nie mogłem ani myśleć, ani mówić. Chciałem im coś powiedzieć, choćby ręką poruszyć, i nie mogłem. Byłem jak obumarły. Nie czułem zupełnie ciała, tylko nogi mi lodowaciały, a życie w oczy mi weszło. Tędy jedynie dusza moja łączyła się ze światem. Rzężałem i patrzyłem na nich... A oni czekali, bezlitośnie czekali... Nikt nic nie mówił... a może i mówili, alem nie słyszał. Wiedziałem, że konam, ale to mnie nic nie obchodziło.

Tylko ta gromnica, ten jej blask straszny, obijający się o ściany — utkwiły mi w pamięci. A potem kamionki gorące kładli mi pod stopy, rozpinali koszulę na piersiach, ale nic nie czułem, tylko widziałem. Nie płakali wcale...

Tak zeszło do rana. Poprosiłem o wino — to były moje pierwsze wyrazy. Amelce ręce drżały, bo wylała całą filiżankę wina, grzejąc je nad lampą. Światło zgasło i zrobiło się niebiesko w pokoju.

Dalej nie wiem, co było. Oszołomiony winem, zasnąłem widać.

Teraz mi lepiej o wiele... Wiem, co to znaczy...

To tak zawsze przed śmiercią. Wszystko jedno...

Ciężko mi tylko...