IV. Szałas Jelińskiego

Dziwne, trudne do wiary, a jednak prawdziwe. I Kowalczyk, który jeśli nie pierwszy nawet, to przecież był jednym z pierwszych, i Łęgowski — obaj zubożeli doszczętnie: Kowalczyk został stróżem Miłosny, Łęgowski ogrodnikiem w szałasie, którego był właścicielem.

Najbogatszy, najpiękniejszy w Miłośnie — to szałas Jelińskiego.

Jeliński jest uczniem Bartyzka z Łysej Góry. W ogóle stara metoda opierania szałasu o drzewo rychło wyszła z użycia i wszystkie następne budowane już były na wzór Bartyzkowego. Kopie się dół okrągły lub czworoboczny, niezbyt głęboki, wbija się skośnie trzy albo cztery grube gałęzie lub kije tak, by w górze schodziły się i opierały na sobie. Wierzchołki lepiej jest związać brzozowymi rózgami, jeśli nie ma sznurka, bo mogą się zesunąć130 i szałas się zwali. Taki jest szkielet szałasu. Teraz przestrzeń między kijami zarzuca się gałęźmi rozłożystymi, a wszystkie szpary zasypuje trawą, liśćmi, małymi gałązkami.

Jeliński kopał dół rękami, bo łopaty jakoś nie dostał. Nie zawsze łopaty sprawiedliwie mogły być wydane, bo wydawał je pan, a pan co może tam wiedzieć? Przy kopaniu pomagali niby to Królik, Mały i wścibski Cieniewski; ale Królik więcej przeszkadzał, Cieniewski więcej gadał, niż robił, a Mały niewiele miał czasu jako dyżurny warcab i fortec, a jeszcze bibliotekarz. Jeliński dwa dni sam pracował, bo go porzucili koledzy, a kiedy szałas był już gotów, przyszedł znów Mały i za radą pastucha zaczął wiercić komin w szałasie.

— Daj spokój, bo zwalisz — przestrzegał Jeliński.

Ale pastuch tak kusił, tyle pięknego obiecywał dymu, zobowiązał się nawet sam dostarczyć zapałek, że Mały szedł dalej za jego zwodnymi radami.

— Pan nie pozwoli — przestrzegał Jeliński.

— A przecież w statucie nic o kominach nie ma — mówi Mały.

Mały liczy na to, że ma dużą u władz protekcję, bo już nie tylko pędzelki robi, ale i jodynuje teraz zadrapania, a wczoraj nawet ważny opatrunek na nodze robił po wyjęciu z pięty dużej igły sosnowej. Może uda mu się uzyskać koncesję na budowę kominów w Wilhelmówce? Wiktor Mały dużo piastuje urzędów, szybko awansuje, a powodzenie psuje przecież ludzi. Mały już się gorzej obchodzi z chorymi, nie zawsze chce jodynować: „Idź, z takim głupstwem przychodzi, jodynę tylko marnuje” — powiada, gdy zadrapanie zbyt drobnym mu się zdaje. Raz nawet wlazł na barierę łazienki w kąpieli i omal nie dostał dymisji, i tylko jedno go uratowało: że wzorową czystość utrzymywał w aptecznym pokoju i salce opatrunkowej.

Ale z kominem mu się nie udało: najgłówniejszy drążek wyleciał, szałas chwiać się zaczął i trzeba go było rozwalić. Jeliński uczciwie mu nawymyślał i wyrzucił z szałasu.

Czy miał słuszność Jeliński?

Do pewnego stopnia. Po pierwsze: na palenie ognia w szałasie pan nigdy by nie pozwolił; po drugie: jeśli nie budowałeś szałasu i nie znasz jego konstrukcji, nie bierz się do ulepszeń; jesteś felczerem — po co ci zduńska robota? Z drugiej jednak strony — ulepszenia i nowe próby są potrzebne, a nawet konieczne, a każda próba połączona jest ze stratami i niebezpieczeństwem. Ileż to ofiar pochłonęły koleje żelazne, okręty, samochody, aeroplany? Sam Jeliński zrobił w szałasie półeczkę na warcaby, piwniczkę na grzyby, a czyż one nie mogły podważyć drążka i zniszczyć szałasu? Gdyby nie ciągłe ulepszenia i dążenie do coraz doskonalszej budowy, czyżbyśmy mieli schodki do szałasów, wały przy wejściach, ogródki obok szałasów, siadanki do opowiadania bajek?

Nieudana nawet próba uczy i przynosi pożytek. Kiedy Jeliński odbudował swój szałas, wejście zrobił teraz od północy, żeby tak słońce nie piekło, i rozszerzył je, i przybrał tatarakiem.

Na miejsce Małego wziął Jeliński ogrodnika.

Chwilowo gościł w szałasie Iwanicki, ale Iwanicki chciał się przekonać, czy mocny, zatrząsł szałasem i zasypał piaskiem puszysty dywan z trawy, którą wysłana jest miękko podłoga.

Jeliński pogniewał się z nim o to, a Iwanicki wstąpił do współki z Chabińskim i doszedł do godności pomocnika burmistrza, kiedy już górka się zabudowała, otrzymała nazwę i zupełny samorząd.

W ten sposób Jeliński został sam tylko z ogrodnikiem Łęgowskim, że jednak samemu żyć smutno, więc poprosił do siebie Rozuma, z którym zna się z Warszawy i wie, że spokojnym będzie lokatorem.

Rano odświeżają dywan, zmieniają kwiaty w ogródku i tatarak nad wejściem, poprawiają wał koło szałasu, oczyszczają dróżkę ze śmieci; a to siadanko się rozsypie, a to dziura się zrobi w dachu. Pracy koło gospodarstwa jest dużo. Tylko wieczory są wolne, przychodzi Karas, zasiadają obok szałasu i bajki opowiadają albo tak sobie gawędzą. I Karas spokojnym jest gościem.

Raz przyszedł Dajnowski i prosił, żeby go wzięli na miejsce Iwanickiego. Dajnowski ma scyzoryk, a dobrze mieć przecież lokatora ze scyzorykiem. Ale ten znowu śmiecił, bo ciągle łódki z kory wycinał, leniuch był, robić nic nie chciał, aż zwyciężyła w nim natura marynarza, rychło porzucił wygodny szałas, puścił się na burzliwe wody Morza Pompowego, został admirałem i niepodzielnym jego właścicielem. Miast być przybłędą w obcym szałasie, został panem, gdzie nikt mu już śmiecić zabronić się nie ośmieli.

Szałas Jelińskiego stał się pałacem. Ogród oparkanili, dróżki czysto musiały być wysypane piaskiem, a bogaczom już się pracować nie chciało. Cały dzień by tylko leżeli jak książęta na brzuchu i w warcaby grali. A przy tym bali się teraz, żeby im kto szkody nie zrobił, kiedy są poza domem, w palanta sobie grają. Więc zgodzili stróża — Kowalczyka.

Zbudowali Kowalczykowi lichy szałas, bo nie chcieli trzymać w swoim salonie patyków służących za miotły, widły, młotki, grabie. Kowalczyk teraz musiał wszystko robić, bo ogrodnik tylko kwiaty zmieniał w ogrodzie.

Smutno musiało być Kowalczykowi: toć on z Chruścickim i Maliszewskim jeden z pierwszych tu się osiedlił; przyszli zdolniejsi i są teraz panami, a on słuchać ich musi. Osada się rozrosła, dużo szałasów przybyło, a więc i pracy coraz to więcej.

Aż zbuntował się, nazbierał własnych gałęzi i przeniósł się na Łysą Górę jako gospodarz i wolny obywatel.