SCENA III

Kotwicz p.c. Dzieńdzierzyński, Pola.

KOTWICZ

Wlazłem w kabałę, djabli wiedzą po co... potrzeba mi to było?... ale któż mógł przewidzieć, że będzie taki twardy. Może Dzieńdzierzyński na to poradzi, jak mu córka zacznie robić sceny... najpewniej na niego rachuję.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

wchodząc, zdejmuje z Poli okrycie; wesoło

Niechże pani hrabina pozwoli usłużyć sobie.

POLA

podobnież

Niechże papka ze mnie nie żartuje.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

No, to pani szambelanowa.

POLA

I do tego tytułu nie mam prawa.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

To trudno, ja cię muszę koniecznie tytułować... będziesz wkrótce Czarnoskalską, tak jakbyś już nią była, a przecie Czarnoskalscy... spostrzega Kotwicza a! pan hrabia... witamy... powiedz mi, cóż tu słychać?

KOTWICZ

Nie widziałem się z nikim.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Comment?

KOTWICZ

Przyjeżdżam prosto z Zagrajewic.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

krzywiąc się

Z Zagrajewic? cóż wy tam macie jeszcze z Zagrajewicami? spodziewałem się, że już skończone ztym Straszem... zanadto się zblamował... il s’est trop blamangé.

KOTWICZ

Są jeszcze pewne stosunki.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Jakie? pieniężne? do Poli, która poprawia włosy w zwierciadle Idźże do szambelanównej, proszę cię... ona może słaba Pola wychodzi; do Kotwicza pieniężnych stosunków żadnych z nim już nie mają, ponabywałem wszystkie te sumy pod cudzem nazwiskiem z dumą wykupiłem Czarnoskałę dla mojego zięcia... tylko cicho! sza! niech nikt o tem nie wie, przyjdzie czas. Tymczasem co innego hrabiemu powiem: musiałem mu pozwolić na jeden wybryk, bo to ci wielcy panowie mają zawsze swoje chimery. Wystaw sobie hrabia, mojemu zięciowi zachciało się bawić w kupca.

KOTWICZ

Ale fe!

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Zupełnie jak nieboszczykowi memu dziadkowi. Co ja z nim przeszedłem to na wołowej skórze by nie spisał, ale nareszcie ułożyło się jakoś. Zakładamy dom komisowy rolników z trzech powiatów... będzie wilk syty i owca cała; chociaż się będzie handlować tem i owem, to jakoś zachowa się decorum. To teraz w modzie... najpierwsze nazwiska dają na takie rzeczy firmę, co innego zwyczajny sklep. Uważa hrabia, jak to będzie dobrze brzmieć: Czarnoskalski, Dzieńdzierzyński i spółka... spółka, to się znaczy akcjonarjusze... obywatelstwo trzech powiatów... będzie solidarność... Tylko ja miałem ochotę żeby było: hrabia Czarnoskalski, ale się uparł i nie chciał. Powiedz mi hrabia, dla czego oni się nie tytułują tak samo, jak wy?

KOTWICZ

Dla tego, że nie mają tego prawa co ja

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Ale to być nie może, c’est impossible! po jakiemuż to... ja muszę tego koniecznie dojść: nie ma najmniejszego sensu, żeby ludzie już nie mówię jednego nazwiska, ale z tej samej familji tak się różnili.

KOTWICZ

Czy z Maurycym rzeczy już ułożone?

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Comment?

KOTWICZ

No, niby z panną Pauliną.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Możemy sobie już mówić: kuzynie.

Całuje go.

KOTWICZ

Bardzoby mi było przyjemnie, ale... jeszcze, kto wie? czy pańska córka go kocha?

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Co za pytanie, naturellement że go kocha... i jak! oboje się kochają.

KOTWICZ

Tem gorzej tajemniczo gdyby do pana coś doszło przypadkiem o nim, zachowajcież to przy sobie.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Comment?

KOTWICZ

W sekrecie przed panną Pauliną.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Nie rozumiem kuzyna.

KOTWICZ

Maurycy ma dziś pojedynek.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

przerażony

Com... comment? pada na kanapę W oczach mi pociemniało... po pojedynek... dziś?... p. c. słabym głosem Z kim?

KOTWICZ

Ze Straszem.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

E!

KOTWICZ

Co? e!

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Kpiny. Z nim?

Wstaje.

KOTWICZ

Z nim.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Onby się miał pojedynkować? jakiś dependent, który miał do czynienia tylko z piórkiem i z knajpą?

KOTWICZ

Ja sam nie spodziewałem się spotkać w nim tyle odwagi i zimnej krwi... pokazało się, że jest gotów na wszystko.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Ale o cóż im poszło?

KOTWICZ

Jakto, pan nie wiesz?

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Wiem, że mu pokazano drzwi, i bardzo dobrze zrobiono... nie może mieć o to pretensji.

KOTWICZ

Innego był zdania; mszcząc się zbezcześcił rodziców niedoszłej żony i Maurycy go wyzwał.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Maurycy! co za szaleństwo, jemu nie wolno się narażać... mógłby zginąć.

KOTWICZ

Nic niepodobnego. Jako wyzwany Strasz ma pierwszy strzał, a strzela podobno arte; odgrażał się z fanfaronadą, że trupem położy napastnika.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Trupem! łamiąc ręce kuzynie!

KOTWICZ

Kto wie, czy niezawcześnie jeszcze ten tytuł, panie Dzieńdzierzyński.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Na Boga! żeby przypadkiem Pola o tem się nie dowiedziała.

KOTWICZ

To panu nie wskrzesi zięcia, jeżeliby zginął.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Vous avez raison!... chodzi; p. c Trzeba koniecznie znaleźć na to jaki sposób... Kiedyż ma być to spotkanie?

KOTWICZ

patrząc na zegarek

Fe, jak to czas leci... Do widzenia, nie chciałbym się spóźnić.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Dokądże?

KOTWICZ

Na plac.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Po co?

KOTWICZ

Jestem sekundantem Strasza.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Comment? hrabia jego sekundantem?

KOTWICZ

Nie mogłem mu odmówić... nie miał nikogo. Zresztą, lepiej, że się to odbędzie pomiędzy nami... potrzebną jest tajemnica.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

I gdzież to ma być?

KOTWICZ

Na granicy Czarnoskały i Zagrajewic... w lesie... na Pustkowiu.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Tam, gdzie niedawno znaleźli wisielca?... wiem, słyszałem, ma być bardzo dzikie ustronie... cóż za miejsce obrali.

KOTWICZ

Chciałeś pan żeby się strzelali na dziedzińcu? i tak jest ryzyko... wszystko przygotowane do natychmiastowego wyjazdu za granicę w razie nieszczęścia... odchodząc Proś pan Boga, żeby do tego nie przyszło... ale nie powiem żebym miał dobre przeczucie

Odchodzi głębią.