SCENA III

Maurycy, Władysław, Dzieńdzierzyński potem Michałek

Dzieńdzierzyński w eleganckim stroju myśliwskim z wszystkiemi przyborami, przy kordelasie, ale mina mieszczańska; wyrazy cudzoziemskie wymawia mocno polskim akcentem.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Tak się strzela, moi panowie... cały nabój w centrum! do Władysława wskazując na Maurycego, który na boku zwija papieros voyez vous, quel nez... jak mu się nos wyciągnął.. nie strawi tego mojego trjumfu... ale bo też to był strzał kapitalny. n. s. Zkąd mi się wziął, ani wiem.. głośno No cóż, nic nie mówisz?

WŁADYSŁAW

Zdziwienie odebrało mi mowę.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Aha! Zdziwienie... widzisz! nie spodziewałeś się?

WŁADYSŁAW

Ale bo papka tak sobie z pod pachy strzelił.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

dotknięty

Comment? jakto z pod pachy? co gadasz! czy myślisz, że nie wiem jak trzymać strzelbę? ja myśliwy!... z pod pachy!

WŁADYSŁAW

Proszę! papka myśliwy, a nie zna myśliwskiego wyrażenia. Z pod pachy, to jest z niechcenia, nie mierząc, tak sobie, o!...

Pokazuje, podrzucając strzelbę lufą ku niemu.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

przechodząc na drugą stronę

Savez vous quoi, c’est bon! śmiejąc się Złapałeś mnie za słówko... no! patrzcież! przecież znam doskonale... Istotnie, prawie nie mierzyłem, je n’ai pas mesuré, ma parole... tak sobie, paf!... to już z natury, znajcie prawowiernego szlachcica, którego nie macie żadnej racji prześladować o mieszczańskie nawyknienia, jak sobie pozwalacie.

WŁADYSŁAW

Papko, żarty.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Jeżeli burze krajowe jednego z moich przodków wypędziły do miasta, gdzie wziął się do kupiectwa... comme cela... z nudów... pour le passez-temps, to mimo to, nie przestaliśmy być szlachtą łęczycką, piskorzami z dziada pradziada... Dzieńdzierzyńscy de Kurzy-jama... Weź herbarz!

WŁADYSŁAW

Więc istotnie, dla tego papka trafił w centrum?

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Comment? a dla czegoż? dobra krew przemówiła i kwita.

WŁADYSŁAW

Fe! któż dziś wierzy w takie przesądy.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Mój panie Władysławie, jakże można odzywać się w ten sposób, comment peut on? to świętokradztwo! uroczyście są rzeczy sakramentalne, których lekceważyć nie wolno. Kpijcie sobie ile wam się podoba z majątku, bo tego lada dureń może się dorobić; ale to co mamy po antenatach, imię, stanowisko, noblesse oblige, którego za pieniądze nie kupi, powinniśmy czcić jak świętość... Panie Maurycy, nie prawdaż? poprzej mnie.

MAURYCY

Ale czy pan go nie zna?... kontent, gdy może dowcipkować.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Masz rację... z nim nie ma szansy.

WŁADYSŁAW

Ale bo papka jest plus pape que le pape.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Savez vous quoi, c’est bon!... papka plus pape que le pape... ha, ha, ha... to jest niby innemi słowy, że... n. s. co to właściwie może być? tuż za sceną słychać parę zadęć trąbki a! mój Miszel.. bierze trąbkę i dmie w nią, wydobywając tylko chrapliwe tony; za pierwszem zadęciem Michałek wchodzi i staje tuż przy nim. Cóż u djabła! czy tę trąbkę kto zaczarował. do Michałka Gdzieżeś ty się chował? trąbiłem, aż mnie płuca bolą.

MICHAŁEK

Słyszałem, ale nie mogłem odtrąbić, bo upatrzyłem kota i nie chciałem go płoszyć.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Aha!

MICHAŁEK

Zaprowadzę jaśnie pana prosto do kotliny, jaśnie pan będzie miał satysfakcję.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Bon! n. s. plus pape que le pape... muszę się spytać Poli, co to znaczy. gł. ale on ucieknie tymczasem.

MICHAŁEK

ciszej

Nie ucieknie, bo już ze dwie godziny jakem go zastrzelił... leży pod sosną.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Cicho! ściska mu ramię Masz u mnie rubla, tylko tak zrób, żeby się nikt nie domyślił. głośno Je vous dis, mój Miszel, to perła między strzelcami... nieraz jem sobie śniadanie, a on przychodzi i powiada: jaśnie panie, upatrzyłem w kotlinie zająca. Bon! gdzie? przy borsuczych dołach; nawiasem mówiąc, pół mili drogi... un joli morceau.. zaprzęgać! jedziemy... prowadzi mnie, ustawia w dobrem miejscu, a sam idzie prosto na kota... wystrasza go, kot pomyka... kiedy sadzi w najlepsze, ja paf, paf...

WŁADYSŁAW

Kot sadzi jeszcze lepiej.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

zbity z tonu

A to jakim sposobem?

WŁADYSŁAW

No, ze strachu, cóż dziwnego.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Ale nie ma czasu, bo go trafiam... koziołkuje w miejscu, i... finita la comedia.

WŁADYSŁAW

Dramat chyba.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

No, dla niego dramat, to prawda... ale dla mnie...

WŁADYSŁAW

Czy to papce robi przyjemność?

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Comment? to nie ma robić przyjemności?

WŁADYSŁAW

Ciekaw jestem jaką... patetycznie że biedne zajączysko które nikomu nic nie zawiniło, porażone z pańskiej ręki skrzeczy głosem krającym serce? to ma być przyjemność? winszuję.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

patrząc na Michałka

Skrzeczy?

WŁADYSŁAW

Czy papka tę krwiożerczość odziedziczył w spadku po przodkach?

DZIEŃDZIERZYŃSKI

n. s.

Jużcić, że to nie musi sprawiać miłej sensacji.

MICHAŁEK

Jaśnie panie, jeżeli mamy iść, to się spieszmy, bo kot może nie dosiedzieć.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

po chwili wahania

A dobrześ go zabił?

MICHAŁEK

Ani zipnął.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Ręczysz, że nie będzie skrzeczał?

MICHAŁEK

Chyba na rożnie.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

z fantazją do Władysława

Mów sobie co chcesz, jak się ma już żyłkę, to się ma... nie wyprujesz jej. do Michałka No, idź naprzód, allons... do siebie plus kap... klu pak... jakże tam, a! plus papa que le papa.

Wychodzą na prawo. Dzieńdzierzyński odwodzi kurki u strzelby i trzyma ją w pogotowiu do strzału.