SCENA VII
Kotwicz, Strasz, Szambelanic, Maurycy, Władysław, później Dzieńdzierzyński
SZAMBELANIC
Nie! teraz jest niemożliwem polowanie w swoim własnym lesie, słowo uczciwości daję.. komunizm jakiś, zuchwalstwo bez granic... Co to był za jeden?
WŁADYSŁAW
śmiejąc się
Pisarz wójta.
SZAMBELANIC
oburzony
Nie może być! No patrzcież, i taki fagas, panie, pozwolił sobie zająć stanowisko obok mnie, za pan brat... Lis szedł prościusieńko na mnie, wtem jak go poczuł..
WŁADYSŁAW
Za pozwoleniem, bo to jeszcze pytanie kogo on poczuł... może nie jego, tylko właśnie stryja.
SZAMBELANIC
niecierpliwie
Jakże chcesz... palił jakieś śmierdzące cygaro i nadto jeszcze przygwizdywał sobie, bo to jest!... na stanowisku, gdy psy gonią, słyszeliście co podobnego?... Złości mnie porwały... wołam: cicho, tam! a ten zdejmuje czapkę i powiada: moje uszanowanie panu dobrodziejowi.. jeszcze mi się błazen kłania.
WŁADYSŁAW
No, grzeczny, cóż stryj chce.
SZAMBELANIC
Mój Władysławie, nie dowcipkuj kosztem zdrowego sensu, a przedewszystkiem nie pozuj na demagoga, bo ja cię dobrze znam.
STRASZ
poufale, stając przed Szambelanicem
To pewno ten sam lis był, co wyszedł później na mnie... nie wiedziałem nawet że to lis, ale domyślam się po ogonie.
SZAMBELANIC
zdziwiony
A!... n. s. A toż znowu kto.. (głośno) Z kimże mam szczęście?
KOTWICZ
n. s.
A to palnął! głośno Przedstawiam kuzynowi naszego nowego sąsiada... pan Strasz, dziedzic Zagrajewic z przyległościami.
SZAMBELANIC
rozweselając się
Aha! to pan jesteś..
KOTWICZ
Pan Szambelanic Czarnoskalski..
STRASZ
podając rękę
Bardzo mi przyjemnie.
SZAMBELANIC
drwiąco, podając palce
A! i mnie także... nie wiedziałem, że przybył w sąsiedztwo taki myśliwy... Więc jakże to było z tym lisem?
STRASZ
A no, ja stałem, a on przyszedł do mnie... ot tak blisko...
SZAMBELANIC
I nie strzelił pan?
STRASZ
Myślałem, że to był pies... chciałem nawet na niego zawołać, bo bardzo lubię psy, ale skorom się poruszył zniknął mi, tylko zobaczyłem ogon ogromnie długi.
SZAMBELANIC
z drwiącą powagą
No, to oczywiście był lis.
WŁADYSŁAW
do Maurycego
Wiesz ty, że on paradny sobie.
SZAMBELANIC
oglądając Strasza
Dubeltóweczka ładna bo ładna...
STRASZ
Dałem za nią dwieście rubli... lepażówka.
SZAMBELANIC
Widzę, widzę, caca... z tem wszystkiem, wielkiej szkody zwierzynie pan nią nie zrobi.
STRASZ
Bo też mnie o to nie chodzi poufale Za to na inną zwierzynę to ja jestem majster.
SZAMBELANIC
Naprzykład?
STRASZ
Jaką pan szambelanic masz dziewczynę w tym tu domku, to dawno nie zdarzyło mi się spotkać.
SZAMBELANIC
obrażony
Cóż to za koncept?
MAURYCY
Ojcze, mieliśmy jechać.
SZAMBELANIC
wyniośle z gestem
Padam do nóg! n. s. Przyznam się, że trochę zanadto poufałości...
Idą w głąb.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
wchodząc z zającem przy torbie
No, gdzie? dokąd?... quousque tandem? już odjeżdżacie? jakżeż można, comment peut on! ja w najlepsze zaczynam, jestem w sztosie... patrzcie, quel zając!
WŁADYSŁAW
I po co to samemu dźwigać, zamiast oddać strzelcowi.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Savez vous quoi, c’est bon!... kot moją własną ręką zabity? nie czuję ciężaru... ja to noszę, jak znak honorowy... spostrzegłszy Strasza, do Kotwicza Qui es-ki-e-sa ce monsieur?
KOTWICZ
Strasz z Zagrajewic.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
A! sąsiad, sąsiad idzie do Strasza podając mu obie ręce; nagle wpatrując się weń, n. s. Jak on mi przypomina...
STRASZ
Pan Dzieńdzierzyński?
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Pan mnie znasz?
STRASZ
Doskonale... Miałeś pan handel kolonjalny na miodowej uiicy.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
n. s.
To ten sam... głośno Tak... z amatorstwa... bawiłem się... zaambarasowany Pardon... patrzy na zegarek już tak późno... n. s. człowiek, któremu dałem w łapę kilka rubli za kopję wyroku... Jezus Marja! oni tu chyba o tem nie wiedzą... głośno panie szambelanie... monsieur chambelan... ja jadę do was, bo tam jest moja Pola... pojechała właśnie do szambelanówny.
SZAMBELANIC
I owszem, bardzo nam będzie przyjemnie do Kotwicza, który mu mówił do ucha Co? zapraszać go! a dajcież mi pokój... w imię ojca i syna!... czy ja wiem co za jeden..
WŁADYSŁAW
do Dzieńdzierzyńskiego
Oddajże papka tego zająca na wóz, bo krwawi... powala siedzenie w wolancie.
DZIEŃDZIERZYŃSKI
Comment?... attendez... mam tu papier od butersznitów...
Dobywa z torby i obwija zająca; odchodzą, Maurycy i Władysław kłaniają się zdaleka Straszowi.