II

........................................................

„Starzec odgonił konia upiornika

W mgłę... i klnąc chodził... depcąc białe grzbiety

Mogił... Ja cały drzał... na kształt czyżyka

W liściach... i w ziemię rad bym wszedł jak krety...

A starzec chodził pośród mogilnika

I pytał... „Córko! łyra moja, hde ty362?”

A wtenczas serce grać zaczęło u mnie

Strachem... bo lira ta zagrała w trumnie.

„Na jakąś dziwną nutę niesłyszaną

Odezwała się w grobie, jak anioły.

Starzec... zasłuchał się... padł na kolana

I z płotu stare wyłamawszy koły

Grób rozkopywał... i tę rozpłakaną,

Brzęczącą jemu w rękach na kształt pszczoły,

Lirę ja widział... z mogił zmartwychwstałą

I dotąd nie wiem, Lachu363, co w niej grało.

„Duch jakiś starej matki Ukrainy,

Co jeszcze nie chciał spać pod mogiłami,

Hetmańska dusza... i hetmańskie czyny,

Groby, kraczące we mgle sokołami,

Dawność stepowa... pomrok mgłami siny

Za...stał w strunach... i szedł klawiszami

Jakby dziecinna rączka nieuważna...

A czasem starca dłoń ciężka i ważna...

„Wy teraz tego nie pojmiecie, Lachy,

Jak to dawnemi czasy, w wasze dwory

Wchodziły stepów pieśni, czarów strachy

I siwe często z lirami znachory

Siadali w progu, a wam lip zapachy

W dom zalatały, i pieśń i wieczory

Mieliście ciche na gankach drewnianych,

I myśl o rzeczach dawno zapomnianych.

„Potem wy dziada lirnika prosili

W dom, lub dzieciątko swoje wysyłali

Z groszem, i zdrowie wy hetmanów pili —

I z pieśnią ludu mogilną płakali,

I sami jakby na pieśń robiąc żyli,

Na koniach waszych po stepie latali

I powracali o smętnych wieczorach

Do domów — w krwawych wozach i taborach.

„A dziady znowu z lirami srebrnemi

Na ucztę lub na pogrzeb, jak sproszeni,

Ciągnęli stepem, siadali na ziemi

Albo pod lipą, albo w waszej sieni,

W płaszczach, co były od słońca złotemi,

A od łat — niby królewskiej czerwieni,

A od błękitnych łat — jeszcze innemu

Podobne były płaszczowi — Bożemu.

„Teraz już nie ma tej z pieśnią przyjaźni,

Ze starym ludem nie ma zażyłości !

Jesteście jeszcze wy do korda raźni,

Jesteście jeszcze wesołej starości,

Jesteście jeszcze w ubiorach pokaźni,

Są jeszcze u was ludzie sercem prości:

Ale już nie ma u waszego proga

Ludu, co wnosi pieśń i imię Boga!”

— Tu się Beniowski porwał: „Kozaczyno!

Przysięgam tobie, że gdy kasztelanem

Zostanę, a mieć będę stare wino

W lochu, nareszcie kiedy będę panem,

A ty zostaniesz dziadem starowiną

I przyjdziesz szarym okryty łachmanem,

A wspomnisz nasze dzisiejsze wędrówki:

Nie pożałuję białej sorokówki.

„Nawet pić będę z tobą, i odprawię

Nie wprzód, aż twoje rubinowe lice

Podobne będzie piwonii, a w stawie

Moim zobaczysz całe trzy księżyce.”

Ledwo to wyrzekł, uczuł na rękawie

Ręce tnące mu żupan, jak nożyce;

I ktoś nań krzyknął po chłopsku: — „Oj panku!

Nie tobie słuchać lirników na ganku

„Przy kasztelańskiej szabli, w siwych włosach,

W złotym żupanie, śród maleńkich wnuków.

Trzy zorze świecą na twoich niebiosach

I trzy tęczowych jest nad tobą łuków,

I żywot słychać twój w trzech różnych głosach,

Podobnych głosach do kościelnych stuków,

Gdy przy grającym na chórze organie.

Słychać podziemne trumien zabijanie!...

„Nie tobie zorza u grobowca złota

Przez szablę twoją i konia zdobyta;

Nie tobie przyjdą przed zamknięte wrota

Żniwiarki w wieńcach łanowego żyta!

Starość — to twoja za krajem tęsknota,

Starość — to chmura piorunami ryta,

Starość — to czeluść nędzy otworzona,

Wygnanie, srebrne morze i... korona.”

Gdy to usłyszał pan Beniowski, wcale

Nie zatrwożył się, bowiem ruskiej mowy

Nie znał, albo ją znał niedoskonale;

Więc nie rozumiał proroctwa połowy.

Ale mu starzec stojący na skale

Przedstawiał wtenczas typ zupełnie nowy

Chłopa, co nie był chłopem ani szlagą364,

A waryjował z wdziękiem i powagą.

Przypomniał sobie stare pasieczniki,

Co przy dębowych lasach na lewadach

Jak pszczół pasterze siedzą, i kwiat dziki

Znają i znani są w całych gromadach

Jako lekarze, albo czarowniki,

Dobrzy i bardzo potrzebni w osadach.

Takim się właśnie Beniowskiemu zdawał

Ów dziad stepowy, waryjata kawał,

Śledziennik, żółcią złoty, krwią nalany

W oczach; a jednak postać ta lirnika

I różno-farbne te na nim łachmany,

I but czerwony, spłowiały — i dzika

Postać, i ten włos srebrny, często rwany

W żałości, i te zrennice z krwawnika,

Patrzące prosto w słońce, w błyskawicy

Ducha i złości, jak oczy orlicy,

I ten głos, który gdzieś zaskalne głosy

Wyrwał i kazał wkoło gadać skałom,

I ta wyryta na nim wiara w losy,

I te oddanie siebie wszystkim szałom,

I okolica, gdzie stał, i brzóz włosy

Odszeptujące lirniczym zapałom

Piosenką cichą, słodką, a wiosnianą,

Jakoby kobiet płacz za skalną ścianą.

To wszystko dziwnie na mego szlachcica

Działało; strachu jednak nie pokazał

I rzekł: — „Mój ojcze, przyszłość — tajemnica!

Bylem się żadną podłością nie zmazał,

Bylem miał serce, co jest jak kaplica

Święte, a czynił to, co Bóg rozkazał,

Nie dbam, co ze mną na starość się stanie,

Czy w senat poszle365, czyli na wygnanie.”

— A lirnik: „Śpiąc ja dziś na mojej lirze,

Obaczył ciebie we śnie za mgłą krwawą;

Ludzie wbijali ciebie na trzy krzyże,

A ty się cały opromieniał sławą;

A potem brzoza na nocy szafirze

Zgięła się niby nad twoją postawą,

U twojej niby nachylona truny,

Gałązki lejąc w dół, jak z ognia struny.

„A duch wychodził z jednego krawędzią

I miał otwarte usta, pełne blasku...

Takiego jeszcze ja nie znał narzędzia,

Ani na żadnym go widział obrazku.

Widział ja lirę zmienioną w łabędzia,

Widział ja w cerkwi, przy piorunnym trzasku,

Grający organ na pół roztrzaskany;

Ale tej brzozy sen, o tobie grany,

„Straszniejszy, niż to cerkiewne śród burzy

Granie organów piorunem łamanych;

Dlatego ja klnę, bo mój duch ci służy,

Jak gdyby jeden z szlacheckich poddanych;

Bo mniejszym jest ten, co drugiemu wróży,

Niż ten, o którym w snach ogniem pisanych

Widać; i dosyć blasków sny nie mają,

Gdy o nim we śnie lirnikom gadają.”

Tu się nachylił dziad, i pod kolana

Dawnym zwyczajem szlachcica uścisnął

A ten zdziwiony: „W imię Ojca Pana!

Dopieroś co klął, ojcze, gniewem błysnął,

Jak chmura ogniem wrącym szpikowana:

Teraz gniew twój tak na niczem sprysnął!

Nechaj mię diabli!... lecz w tobie być musi

Szlachecka także nasza krew, z krwią Rusi

„Zmięszana...” Starzec nic nie odpowiedział,

Lecz zdjąwszy czapki baraniej, zaprosił

Do groty; w grocie jakiś szlachcic siedział

Chudy i oczu wcale nie podnosił;

Pisał proroctwa, których się dowiedział,

Abych ich nigdy drukiem nie ogłosił,

Jak dawniej czynił każdy szlachcic polski:

Był to starosta zamku, Suchodolski.

Lecz gdy mu słońce odjęły trzy cienie

W grotę wchodzących, wziął pióro za ucho

I spojrzał prosto w przyćmione promienie

Słońca, a twarz miał Chrystusową, suchą —

Na twarzy wielkie bardzo zamyślenie —

Włosy zwichrzone myśli zawieruchą;

Słowem, poeta to był, ale o tem

Nie wiedział wcale wtenczas — ani potem.

A jednak wojna mu się ta zaczęta

W dziwacznych bardzo kształtach malowała,

Jak jakaś cudna krucyjata święta,

Która pod tęczą Bożą szła i stała

W niej jako w bramie. Znał polskie panięta;

Ale im większe dał dusze i ciała,

I większą cnotę śnił obywateli,

I większą w sercach odwagę... niż mieli.

Lirnik mu także zdawał się figurą

Podobną do tych dawnych czarodziei,

Których Tassowe366 malowało pióro

W Jerozolimie... Pełny był nadziei

Jasnych. I gdyby swą twarzą ponurą

Nie straszył szlachty, to z jego idei

Może by wówczas wykwitnęła nowa

Polska, jak chcemy dziś, święta-duchowa...

On to był panem groty, i swe dziwne

Manuskrypta w niej chował pod kamieniem.

Było to w lecie mięszkanie przedziwne,

Zakryte z góry lecącym strumieniem.

Stamtąd był widok na wzgórza przeciwne,

Na płachty lasów, pól obłękitnieniem

Dalekim oczy smętniący, tą siną

I pełną mogił dawnych Ukrainą.

Stamtąd, piszący swoje pamiętniki

Szlachcic, gdy wdumał się i wpatrzył w pola,

Dzwoniły mu gdzieś hufce i lirniki,

Choć ich nie było; a dalej Podola

Domy i gaje, pasieki, słowiki

Grały, jak harfa przez starca Eola

Na to zrobiona, aby wichru szały

Znalazły sobie mowę — i śpiewały.

Stamtąd on wszystkie duchowe męczeństwa

Ukraińskiego ducha widział w pyłach

Kurzu złotego, i słyszał przekleństwa

Dawne, i skargę będącą w mogiłach.

Nie był historyk ten bez nabożeństwa

Dla dawnej szlachty i czuł, że w jej siłach,

Dopóki z ludu nie wytrysną nowe,

Leżało całe życie narodowe.

Znał ją więc, i wnet w Beniowskim wyczytał

Szczery szlachecki typ, szczery, wesoły;

Zaraz więc go tam na wstępie zapytał,

Z jakiej jest partii? jakiej pańskiej poły

Trzyma się? to jest, kto go pierwszy schwytał

Na krupnik i na upieczone woły?

Na to z szczerotą wielką rzekł Beniowski,

Że dotąd, jak wie, jest Radziwiłłowski.

„Spotkałem, rzecze, tego wojewodę,

Błędnego, jak ja, odartego prawie,

Jak ja, stepową pijącego wodę

I cierpiącego nędzę i bezprawie.

Lux367 jego dawniej moje myśli młode

Nęcił i bawił, jako tęcze pawie,

Pokazujące się z litewskich lasów;

Teraz męczennik to jest naszych czasów.

„Z temi więc, którzy dziś niesprawiedliwość

Cierpią, ja jestem, szlachcic podupadły!...”

Kiedy to mówił, w słowach była żywość,

Lecz z oczu jakieś duże łzy upadły,

Perłowe, jasne; a jakaś straszliwość,

Rycerska wzrok mu zrobiła zajadły;

Widać, że nagle na kształt słońca wschodu

Obaczył krzywdę całego narodu.

I krzyknął: „Radzwiłł czy nie Radzwiłł, ja się

Ojczyzny mojej pomszczę pohańbienia,

Dziś nawet biedny jeden szlachcic zda się,

Gdy przeciw wrogom stanie jak z kamienia.”

To rzekł... a lirnik popchnął na zawiasie

Drzwi i w dalsze go groty wygłębienia

Zawiodł... gdzie dziwne rzeczy wyszły z cieni,

O których inna moja pieśń nadmieni.