Pieśń X

Kto widział tylko swój dach i swój kurnik

I swoje grzędy i swoją parafią270,

Ten nie wie, co czuć może awanturnik,

Kiedy go różne losu gromy trafią;

Kiedy poduszkę czasem ma jaszczurnik271

Dziś wodę pije, a jutro ratafią272.

Ta strofa bardzo szanowna i prosta,

Przetłumaczona dosłownie z Ariosta273.

Dant274 także, drugi poeta epiczny,

Mówi: O! szczęsny, szczęsny, co się rodzi

I nigdy w życiu za obręb graniczny

Swoich zegarów miejskich nie wychodzi!

W tym wierszu słychać dźwięk melancholiczny

Rodzinnej wieży, który starce wodzi

Wokoło domu... piastunki sposobem

I nie pozwala oddalić się — grobem.

Ale kto zawsze chodził tak, zda mi się

Na starca dobry, lecz na czytelnika

Zły bardzo; w oczach mu książeczka ćmi się,

Nie doczytawszy strof, często zamyka.

O różach jemu mówisz i cyprysie —

Woli w drużbarta zagrać albo w ćwika275.

Patrz, jaki los był biednego Torkwata276,

Ledwo gdzie o nim wie dom, albo chata.

Dziś jeszcze jego głos harmonią szklaną277

Ślizga się, jako Syrena tęczowa,

Po złotym płacząc kanale Orfano278

W ciemnym szpitalu279 wyjęczane słowa.

Lecz moje... i tych dźwięków nie dostaną,

I czas je w długim grobowcu pochowa...

Więc — a więc piszmy, niech rym będzie świeży!

Reszta od Boga i ludzi zależy.

Beniowski więc mój, przebiwszy się w tłumie,

Dopadł pałacu, drzwi stały otworem;

Wschód się w pałacach zamykać nie umie,

Lecz dwór jest karczmą — a karczma jest dworem.

Więc obłąkany trochę na rozumie

Nocną przeprawą i sennym upiorem

Zmęczony, pełny rozpaczy i troski —

Wpadł do pałacu Chana pan Beniowski.

Za rękę trzymał dziewczynę oblaną

Wstydu rumieńcem, lecz nadzwyczaj ładną;

Spojrzał — Chan siedział na sofie pod ścianą,

Przy nim ministry280, co lud drą i kradną,

A czasem z brody gęstej coś dostaną

I wcale tego na paznokć nie kładną,

Ale puszczają wolno i z uśmiechem,

Bowiem zabijać rzecz żywą — jest grzechem.

Ministry stali w kaftanach z czerwieni,

Na wszystkich twarzach była dziwna radość;

Świateł tysiące, woń drogich korzeni,

I wszystkim ludzkim zmysłom było zadość.

Almeje281 także, te córki płomieni,

W szat przezroczystych osłonięte bladość,

Tańczą przy fontann lazurowych chłodzie

Blisko — a drugie daleko w ogrodzie.

Zda się, że ciągle się roją i rodzą

Z krzewów, z jaśminów, z róż, i znowu nowe

Przez rozwidnione aleje przechodzą,

Lecąc przez słońca różnokolorowe.

W tych słońcach giną smętne, z tych się płodzą

I szybkim tańcem zawracają głowę;

Królowa tańcu282, młodziutka dziewczyna,

Płeć283 miała żółto-ciemną, jak cytryna,

Oczy jak węgiel czarne, Indyjanka!

Oczy jak dwoje czarnej kawy ziarek,

Na głowie na kształt kręconego wianka

Koronę, z chińskich jajek i latarek;

Zmęczona, tańcu szybkiego sułtanka,

Siadła na czarnym Chanie, jak kanarek,

A Chan maleńkie złote brał chiryje284,

Na twarz przylepiał spotniałą i szyję.

Muzyka także grała; muzykanty

Na różnokwietnej siedzieli rogoży285

U drzwi, i grali okropne drabanty286,

Zachowując się z taktem jak najgorzej —

Piekielne jakieś muzykalne Danty,

Na których ucho się dziś moje sroży;

Pomiędzy niemi siedział muzyk dworu,

Który w urzędzie był — turbator choru287.

Więc śpiewał — przy nim siedział cymbalista,

Przy cymbaliście siedział bardzo blisko

Skrzypak, a raczej Orfeusz288 lutnista

Z wielką glinianą ostrunioną miską,

Na której szczypał struny na kształt Lista289,

Wysoko biorąc ton, a potem nisko;

Trzeci — co bardzo mały efekt czyni

Na smyczku smyczkiem grał, jak Paganini290...

Wszyscy z ogromną artystów powagą,

Jak gdyby czuli, że świat dzisiaj cały

Muzykami jest, jak Mojżesza plagą,

Skarany. — Włochy od rulad291 zgłupiały,

Europa także z polityczną wagą

Rusza się na głos lutni, na kształt skały292

Po bizantyńsku swoje ciało kruszy293

I serca więdną w niej — a kwitną uszy.

Ten wziąwszy opium zapału — dopóki

Włoch kastrat — krzyczy: o patria294! w ruladach —

Czuje się w sercu bohatyrem sztuki,

Rad by w podziemnych zaraz być naradach

I wnet jak wulkan rzucić w górę bruki,

I z mieczem jasnym w ręce iść po gadach,

Strawiony takim serdecznym pożarem,

Jutro znów głupcem jest... nie karbonarem295.

Zwłaszcza jeżeli na świecie pochmurno,

Klnie świat... i nerwy! O! o! z krakowiaka

Zróbcie mi jakie posępne notturno296,

Z notturna zróbcie coś alla polacca297,

Bo mi na świecie tem nadzwyczaj durno!

Przyszła mi także z poczty cała paka

Lirycznych wierszy — O! Orędowniczko

Polski! Najświętsza Panno! o! kantyczko!

Zmiłuj się, proszę, proszę — nie nade mną,

Ale nad Polską miej ty zmiłowanie!

Więcej nie mówię, bo mi od łez ciemno,

I pod oknami także mam płakanie

Drzew, które słońca wołają daremno

I mają z liścia złotego ubranie...

Jesień z liryzmem smutnym przyszli w parze

Na moją duszę, jako dwaj grabarze.

Chciałbym coś pisać z tym niby zachwytem,

Co niby z Boga jest — lecz nie pozwala

Ta pieśń, która jest koroną i szczytem

Awantur krymskich. Potem przyjdzie fala

Nowym czerwonym ozłocona świtem,

Szumiąca krzykiem, czarna krwią Moskala.

Lecz teraz wiersze są śmiechem przesute298,

Albowiem śpiewam tatarską redutę.

Mimo całego blasku na tym dworze,

Gdzie wzlatywały tancerki motyle,

Czuć było jakąś dzikość straszną; może

Mleko i świeże kotlety kobyle...

Mleko to stało w ogromnej amforze,

Gdzie ametysty, szmaragdy, beryle299

Migały w różne ogniste kolory,

Ale kwas było gorzki czuć z amfory.

Dym także z lulek300 w kształty się olbrzymie

Mięszał; Beniowski więc wpadłszy do sali,

Jak olimpijski bóg, w błękitnym dymie

Krył się. Wtem ujrzał w rogu kawał stali...

O bogi! poznał, pan Borejsza drzymie!

Jak dąb litewski, kiedy się powali,

Leżał i w tłumie małych charcic krył się,

Które lizały mu twarz — poseł spił się.

Charciczki małe Chana stoją wkoło,

Każda ma pyszczek długi jak gadzinka;

Ta liże uszy posła, druga czoło —

W mrowisku się zda, uwędzon jak szynka

W dymie. W ręku ma jeszcze szablę gołą,

Spostrzegł się widać, że to była drwinka —

Ów haszysz; nie chciał więc odwlekać,

Wydobył krzywą szablę i chciał siekać.

Ale sen — śmierci brat... kochanek maku,

Ujął go w swoje ramiona. Charcice

Uczuły także coś na twarzy smaku,

Więc mu lizały, jak mówiłem, lice.

Beniowski, widząc go w takim orszaku,

Wziął go i wstrząsnął, jak siana kopicę,

Potem o ziemię nim jak beczką trzasnął,

Lecz pan Borejsza chrapnął — i znów zasnął...

Wtenczas Beniowski do Chana — po włosku:

„Także to posłów przyjmujesz, Giraju?”

Krzyknął: „Nad nami śmierć jest jak na włosku!

Przylatujemy tu z krwawego kraju!

A ty...” Chan siedział z cybuchem, jak z wosku,

I pół spity był w zachwycenia raju;

Więc bełknął tylko, zawróciwszy białka

W oczach: „Il Ałłach! stłuc w mozdzierzu śmiałka!”

Rzekł; i wnet cały tatarski paszalik301

Wydobył noży, szable, jatagany302,

A Chan odwrócił oczy, gdzie Moskalik

Mały, od Kassi ruskiej303 darowany,

Kozaczka304 trzepał i na kształt się kalek

W powietrzu rzucał, cały połamany,

Zda się, że osa lub torban305 ruchawy,

Mający czapkę, buty i rękawy...

W Chana się oczach spitych zdaje czasem,

Że torban skacze sam — w różne prysiudy306,

Że czworo goleń ludzkich ma za pasem,

A wszystkie w torban chowa, jak do budy;

Raz piątką się zda, i znów zda się asem;

Kiwa więc tylko głową na te cudy

I potakuje; czasem jak z butelki

Huknie mu z gardła czkawką: Bóg jest wielki!

Tak, Ałłach kerim! Musi być nie mniejszy

Od tatarskiego — możny Bóg Moskali!

Beniowski szablę chwycił, z rąk Borejszy

Wydarł ją, potem zaczął taniec w sali

Od kozackiego tancerza skoczniejszy;

Rąbie na oślep i po karkach wali —

Podłoga już krwią gorącą spluskana,

Wszyscy go czują i słyszą — prócz Chana.

Ten, ciągle małym Kozaczkiem zajęty,

Oczy zamruża i takt ręką bije;

Kozaczek czasem mu pokaże pięty,

A czasem nogi zarzuci na szyje;

Chan myśli, że to ruski derwisz307 święty,

Który tym tańcem swoje grzechy zmyje,

Tańcem, co z serca idąc, zda się szczerym;

Po raz więc setny huknął: Ałłach kerim!

Jest to tatarskie brawo. Pan Beniowski

Myślał, że jemu należy wykrzyknik.

Z Tatarów robił już makaron włoski,

Tak że rozchodził się już bal lub piknik

Przez drzwi i okna; miecz się zdawał boski,

A gdzie uderzył skrami, cały szyk nikł.

Ten wiersz ostatni zły, lecz go podeprze

To, że w następnej strofie będą lepsze.

Śród gorącego po komnatach boju

Beniowski mieczem robi peryferium308,

Tego po plecach, tego po zawoju

Siecze, a naprzód wpadł na ministerium,

I tego, co miał departament łoju,

Ministra oświecenia, Achmet Derium,

Po garbie mieczem zsiekł, tak że minister

Utracił cały swój garb, jak tornister.

Lecz guz strącony zmienił tylko pana,

I wziął go zaraz na czoło koniuszy,

Wielki statystyk także Giraj Chana,

Który obliczał ścięte Giaurom309 uszy,

Potem na sznurki nizał — dla Sułtana,

Który je marynuje albo suszy,

Właśnie jak w Litwie grzyby borowiki —

A czasem żonom daje na kolczyki.

Po takiej sprawie ministerium całe

Cofaniem się podało do dymisji310,

Wymowie szabli przypisać tę chwałę,

Że z rządu ludzie ustąpili łysi;

A łatwiej zmusić do odwrotu skałę,

Kaskadzie kazać — niech stanie i wisi!

Powstanie całe kraju przysposobić,

Nawet wybuchnąć łatwiej — niż to zrobić.

Ministerium więc całe już w odwrocie

I muzykanci wszyscy, pole czyste!

Mój rycerz chwilę stanął cały w pocie,

Wtem ujrzał szabel girlandę — O Chryste!

Już na jednego człeka idą krocie,

Ponad głowami niosą szable szkliste

W rząd ułożone, razem w tył zagięte,

Jak fale upaść gotowe i wzdęte.

Rząd jeden żółtych twarzy, płaskich nosów,

Rząd jeden szabel; idą krągłe koła,

Jakby rząd jeden wielkich srebrnych włosów,

Które lwom żółtym wyrastają z czoła.

W tej błyskawicy podniesionych ciosów

Beniowski śmierci zobaczył anioła,

Który się zdawał strasznym i wspaniałym, —

I stał w tych mieczach, jak w zwierciadle białym.

Już idą! rycerz w poprzek się nad głową

Mieczem zasłonił i czekał z powagą;

Już idą — prędzej, niż wymówisz słowo,

Śmierć spadnie; jednak i tu jest odwagą

Mieć podniesione czoło, twarz surową,

Błyszczące oczy i pierś wzdętą, nagą.

Beniowski takim był pod tą framugą,

Gdy ktoś mu nakrył głowę — szablą drugą.

Spojrzał, lecz nie mógł widzieć dobrze twarzy,

Bo ten, kto zakrył go, stał odwrócony;

Na turbanie się drogim kita waży,

Którą wziął brylant wielki wschodni w szpony;

Kaftan miał drogi — i rzekł coś do straży,

A nad Beniowskim trzymał miecz obrony,

Tak, że dwie szable razem miały włosy

I klingi dwie samotne, jak dwa kłosy.

Wahała się straż — wtem ów rycerz nowy

Do Beniowskiego rzekł: „Potrzeba zdać311 się!”

Po polsku to rzekł, lecz odwracał głowy,

Jak gdyby jego oczów312 musiał bać się;

A potem dodał cicho: „będziesz zdrowy

I wolny — teraz to nie może stać się;

Wyrok na ciebie jest srogi wydany

I nie odwoła go wnet Giraj pijany;

„Ale się poddaj!” — Tu ręką łagodnie

Z rąk mu wyjmował szablę, ale zawsze

Twarz swą zakrywał, a mógł to wygodnie

Zrobić, bo pan Beniowski widział krwawsze

Grożące sobie oczy, wielkie, wschodnie —

I damasceńskie313 i nienajłaskawsze

Szable stojących wokoło Janczarów314,

I do ostatka chciał się bić przez narów.

Ciągle więc groził; gdy mu tamten drugi

Szalem tureckim nagle nakrył czoło;

Chciał się szamotać rycerz, ale sługi

Pomogły temu panu z szablą gołą...

Wydarto mu miecz; potem legł jak długi,

I słyszał cichy gwar tatarski wkoło,

Potem go niosły z lekka owe straże

Długo przez długie, kręte korytarze.

Są chwile w życiu, w których człowiek zda się

Samemu sobie bardzo poetycznym:

Na skały igle, na ruin terasie,

W usposobieniu umysłu wehmicznym315;

Gdy wołasz szczęścia, stojąc na Parnasie,

A echo głosem ci melancholicznym

Ze wszystkich skalnych kątów odpowiada

Trzykrotnym głosem: biada! biada! biada!

Gdy skończysz wszystkie szkoły i nauki

I za rękę cię uściśnie sam rektor;

Gdy jesteś wybran posłem, gdy cię wnuki

Obsiada, gdy kraj obronisz jak Hektor316;

Gdy depcesz dawne Herkulanum317 bruki;

Gdy twój poemat czyta dobry lektor;

Gdy sam rozmyślasz o zbawieniu Lachów318;

Gdy wygrasz partią319 bilardu lub szachów;

Gdy cię zapyta kto — jaka grafini320,

Czyś był w Paryżu; gdy patrząc w obłoki,

Kochanka tobie wyznanie uczyni,

Że kocha... albo rzuci się w potoki

Jaka dziewczyna, która ciebie wini

O zapomnienie, potem ją w głęboki

Dół kładą, sadzą na grobie kamelie

I pokrywają piaskiem, jak Ofelię.

Gdy w tańcu jesteś pierwszym koryfantem321

I kręcisz kołem młode pokolenie;

Albo gdy ciebie nazwą obskurantem322,

To jest, że możesz zgasić oświecenie;

Albo gdy jesteś dział asekurantem

I w Napoliońskie wierząc przeznaczenie,

Słuchasz z powagą kul lecących świstu;

Gdy Comte323 przeczytasz na kopercie listu...

Z tych i podobnych wrażeń pono żadne

Nie urodziło się w duszy rycerza;

Utracił swoją piękną Aryjadnę324

Wzięty, więzieniem jego była wieża,

Co zewnątrz miała desenie tak ładne,

Jak rozkwiecona palma śród wybrzeża,

Wieża ceglana, o wysokim piętrze,

Lecz wewnątrz... bardzo miała smutne wnętrze.

Okna okrągłe bez szyb, gdzie czerwone

Lub srebrne światła upadały snopy;

Z jaskółczych gniazdek uwitą koronę,

A w suchym piasku ponadmorskim stopy.

Huczał w niej sufit, gdy morze szalone

Rzucało wrące na piasek ukropy.

W takiej to wieży smutnej przebył trzy dni,

Czwartego... tu się poemat rozwidni, —

Czwartego ranka skrzypnęły zawiasy,

A jeszcze ranna panowała szarza325,

Dopiero morza srebrzyły się pasy

W srebro przed wschodem, gdy ktoś z korytarza

Wszedł — cały strojny w dywdyk326 i w atłasy,

Ktoś niepodobny wcale do grabarza

Ani do kata — miał z baraniej skóry

Kołpak, przyłbicę takąż, w niej dwie dziury.

Z kołpakiem razem ta maska futrzana

Kryła mu lice i twarz, oprócz oczu.

Beniowski poznał w nim wschodniego pana,

Choć ze snu oczy odemknął w przymroczu;

Poznał, że ten sam, który go u Chana

Bronił i był mu z szablą na przyboczu,

A potem zdradził, niby wróg ukryty,

A mówił jako Polak rodowity.

Porwawszy się więc z ziemi, głosu grzmotem

Zawołał: „Zdrajco, czego chcesz? i po co

Przychodzisz do mnie? czy z moskiewskim złotem?

Czy chcesz mnie kupić? czyli wziąć przemocą?

Nie dam się ja krwią zalać ani błotem!

Nim szable twoich katów zamigocą,

Samego ciebie do walki przymuszę;

Chociaż bezbronny... zwalę i uduszę!...”

To mówiąc, stanął w szermierza postawie;

A drugi... nie rzekł nic, ani się ruszył,

I nie wydawał się wcale w obawie,

Choć go Beniowski mową już ogłuszył.

Więc rycerz znowu: „Strojnyś jest, jak pawie!

Aleś tu próżno w ogon się napuszył.

Jak mi Bóg miły, jak słońce na niebie,

Walcz — bo sam pierwszy porwę się na ciebie!”

Na to tatarski rycerz rzekł: „Przychodzę

Uwolnić ciebie; poznasz za godzinę,

Ze jestem tobie bratem i nie szkodzę,

Owszem za ciebie i za kraj wasz zginę.

A teraz zdaj się ty na moją wodzę!

Oto masz ubiór — lubisz barwy sine,

Oto masz kaftan, pistoletów dwoje,

I strzelbę oraz pałasz — wszystko twoje.

„Zwrot to jest tylko, a nie podarunek —

Więc weź i za mną chodź, bo jesteś wolny”. —

Beniowski kaftan wdział i wziął rynsztunek,

Z gniewnego stał się jak owca powolny,

Gniew mu wywietrzał wnet, jak lekki trunek,

Dziw tylko został. Więc jak młokos szkolny,

Ciesząc się w kaftan błękitny ubierał,

Potem próbował broni — i obzierał.

Broń była cudna: rubinów płomienie

Po pistoletach szły jak iskier sznurek;

Rura u strzelby z drutów, a w desenie

Kuta, i bardzo fantastyczny kurek;

Nie był to Lepaż327, lecz taką na ścienie328

Wolałbym wieszać dziś, — niż sto dwururek

Paryskich... Szabla także była krzywa,

A tak się zdała żądać krwi, jak żywa.

Pod wieżą stały dwa piękne rumaki;

Do Beniowskiego znowu rzekł przewodnik:

— „Wybierz! obadwa latają jak ptaki,

Obadwa z Neżdów, i mają swój rodnik329

W złotym woreczku na przodzie kulbaki330;

Jeden drugiemu są jak współzawodnik

Równi: więc wybór zostawuję Waści —

Weź, który lepiej się podoba z maści”.

Czarnego wybrał Beniowski i skoczył

Na siodło drogim sadzone kamieniem;

Potem na piasku koło nim zatoczył —

Koń szedł jak fala lekko pod siedzeniem

I piasku wcale morskiego nie tłoczył,

Dumny szlachetnym swoim urodzeniem

I tą metryką, co go z Neżdów wiodła,

W złotym woreczku wisząca u siodła.

Tatarzyn — zawsze pod szarą przyłbicą,

Szary był bowiem na masce baranek —-

Pospieszył przodem; za nim błyskawicą

Jechał pan Kaźmierz wesół, a już ranek

Palił się w ogniach nad krymską stolicą,

Którą mijali. Cmentarz i palm wianek

Minęli także — oba stepem lecą

Tam, gdzie nad Polską smutne gwiazdy świecą.

A jedna większa, smutniejsza nad inne,

To się błękitem, to się krwią zalewa,

Jakby złociła jakie czoło, winne

Przed Panem Bogiem — bo ciągle omdlewa

I ciągle oczy zamyślone, gminne

W daleki Sybir prowadzi, jak mewa

Białemi skrzydły331 lecąca i przodem

Przed nieszczęśliwym już dawno narodem.

Mimo galopu i drogich jedwabi

I broni, wtenczas nawet rycerz młody,

Patrząc w tę gwiazdę, myślał, że go wabi,

Jak smętny anioł, gdzieś na jakieś lody,

Gdzie umierają prędko ludzie słabi,

A mocni stoją długo — jak śród wody

Utopionego okrętu iglice,

I długo widzi lud ich smętne lice

We mgłach; więc nawet gdy się cały skarli

I życia szczęście bierze, jak się zdarza:

O tamtych jeszcze wie, że nie umarli,

Że jeszcze cierpią; i to go przeraża,

Że się już w wichrach ciągłych nie podarli

I nie spróchnieli, jak krzyże cmentarza,

I nie opadli, jak dawne sztandary

Ci ludzie — w lodach gdzieś błądzące mary.

Taka jest piękność, taka posągowość

Niedoli, ona jest naszym marmurem!

Motyle tylko wabi każda nowość

I łudzi każdy krzyk śpiewany chórem.

Twarz większa, w ogień i w twardą surowość

Ubrana... z kluczem żurawi i sznurem

Nie chodzi, ale na ustroniu błyska,

A czasem śmiechem z ust, jak krwią, wytryska.

O Dante! czy ty marzyłeś te kręgi,

Gdzie człowiek dobry chciałby ludzkich twarzy,

A wkoło takie figury, ciemięgi,

Taka gromada szara gospodarzy?...

Tak w sznury wzięta dobrze i w popręgi,

Na takie głupstwa się wierszami skarzy,

Tak porobiła gdzieś w niebie otwory

I takie do nich mosty ma — z pokory,

Że człowiek, choćby chciał... by nie być z niemi,

Musi się oddać diabłu — eheu332, smutno!...

Ale już słońce włosami złotemi

Rzuca na białe mych namiotów płótno.

Beniowski ujrzał siedzący na ziemi

Obóz. — Tu muza nie chce być okrutną

I zaraz (bowiem już do końca dążę)

Wschodni poemat mój cały rozwiąże.

Na złotym stepie — był to niby parów

Pomiędzy dwoma piaszczystemi góry —

Ujrzał Beniowski dwa sotka333 Tatarów

Nie bardzo pięknej tuszy i struktury;

Przypominali coś dawnych Chazarów334

Lub Hunów335: kość im przyrosła do skóry,

Mięsa nie mieli wcale, tylko żyły —

Namioty z czarnej skóry, jak mogiły.

Kociołki mieli czarne przy ognisku,

Wielbłądów chudych i starych z dziesiątek;

Chudzi rycerze, w oczach pełni błysku —

Poszliby nawet na rzeź niewiniątek.

Stanąwszy przy tem dzikiem koczowisku,

Rzekł nieznajomy rycerz: „Na początek,

Panie Beniowski, oczu nie otwiéraj!...

Daje ci dwieście Tatarów Chan Giraj.

„Weź ich! Ten obóz zaraz z tobą ruszy;

Wódz jego El Dżin... patrz, ten Tatar stary,

To wąż; do jego ciała, kości, duszy

Masz prawo. Końskie im zostaw sztandary,

Pozwól obcinać wszystkim trupom uszy,

A służyć będą lepiej niż huzary;

Kosztu ci także wiele nie przyczynią,

Zdechliną ich karm wszystkich — lecz nie świnią336”.

Potem arabskim coś mówił językiem;

Ałłach! wrzasnęli mu, gdy skończył mowę.

Beniowski wielkim ogłuszony krzykiem

Stał, a zaś wojsko stanęło w podkowę

I ogłosiło go wraz pułkownikiem;

A El Dżin, sam wódz, pokazał na głowę

I szyję, mówiąc mu jak najszlachetniéj:

— „Jeśli nie będę słuchał — to mnie zetnij!”...

Potem Tatarzyn ów i dobroczyńca

Wiódł Beniowskiego, gdzie stał wóz z namiotem,

Wóz jakby wielka maża337 Ukraińca

Wokoło wielkim ogrodzona płotem —

I rzekł: — „Chan Giraj daje ci gościńca,

Ten wóz; a nie sądź, że napełnił złotem

Skórzane łono owczego namiotu:

Jest to wóz pełny trudu — i kłopotu.

„Podnieś to czarne skrzydło owczej skóry,

A sam hojności Chana będziesz skarzył.” —

Radością pan Beniowski aż ponury —

Wahał się chwilę, potem się odważył

I podniósł skrzydło namiotu do góry;

Potem się cały w ciemny namiot wtwarzył338,

I powtórzyło łono tajemnicze

Namiotu — dwoje „Ach!...” jedno dziewicze...

I długo głowa mojego młokosa

W namiocie owym była na gościnie.

Ani z garełka339 uczonego kosa

Taki dźwięk słychać po ciemnej kalinie,

Choć kos — to lutnia ptaszków różnogłosa,

A w przedrzeźnianiu żadnego nie minie,

Lecz wszystkie tony w swym głosie zamyka,

Wszystkie — i nawet śpiewanie słowika;

Ani więc w drzewie, kędy on zasiądzie,

Tak wszystkie listki świszczą i szczebiocą,

Jako te skóry wydęte wielbłądzie,

Na których gałki się mosiężne złocą.

Lecz co w nim było... to chyba na sądzie

Wydam i wielką przymuszony mocą;

Bo mnie obchodzi los dawnych pamiątek,

Aniela... oraz dalszych pieśni wątek.

Gdy więc Beniowski stał jak kuropatwa,

Co głowę swoją pochowała w śniegu...

Jak widzę, rzecz się znowu trochę gmatwa,

A pisząc stanąć znów nie mogę w biegu.

Sztuka rozwiązań jest bardzo nie łatwa,

Przede mną nie mam ubitego ściegu,

Bo nikt nie śpiewał z nas na taki temat,

Ażeby musiał rozwiązać poemat.

Gdy więc Beniowski, pogwarzywszy długo

Z namiotem, oczy wydobył nareście,

Spotkał się nagle ze starą kolczugą

Pana Borejszy: ten był widać w mieście

I teraz przybył z Perkunasem sługą;

Bowiem usłyszał, że Tatarów dwieście,

Których ojciec czart i Tatarka rodzi,

Z jednym Polakiem do Polski wychodzi.

Zabrawszy więc manatki, pełny troski,

Że nic u Chana nie sprawił, Krym rzucał.

— „Jak to?! więc to jest — krzyknął — pan Beniowski,

Którego mię los smętny tak zasmucał?

A to prawdziwy, widzę, wyrok Boski!

A! dajże mi twarz, dajże, niechaj ucał...”

Zamiast sylaby ustami go w usta

Cmoknął, że jękło, tak jak beczka pusta,

Gdy z niej wystrzeli czop. A potem wkoło

Obejrzawszy się: „Cóż to za wędzonki? —

Spytał — ubrani wszyscy prawie goło,

Których by można wszystkich na postronki;

Złodzieje jacyś?” —- Na to mu wesoło

Rzekł rycerz: „Są to rycerze i członki

Konfederacji Barskiej, moi ludzie —

Ci, co na koniach są, i ci, co w budzie.

„Poprowadzimy ich w ogień, Mospanie! —

El Dżin, każ, niechaj wskakują na juki!” —

Kazał i wnet się surm340 zaczęło granie,

Namioty nikły — błysły szable, łuki,

Wielbłądy wstały na panów chrapanie:

Krz! krz! — za starym ojcem idą wnuki;

Obdarty, stary jakiś Abdel-Kader341?

Prowadzi, wielbłąd dziś — dawniej dromader...

Beniowski widząc, że już w pogotowiu,

Rzekł, obróciwszy się do Tatarzyna,

Który go przywiódł, a był w złotogłowiu

Strojny jako gil, a wiotki jak trzcina:

— „Bądźże mi, jasny panie, w dobrym zdrowiu!

Szlachecka dusza łask nie zapomina;

Tyś mi tak serce swą dobrocią spętał,

Że póki będę żył — będę pamiętał”. —

Nic nie rzekł Tatar; z głową pochyloną

Stał albo w błękit ku Polsce spozierał...

Widać pod szatą, że pracuje łono,

Że się płacz w sercu zatrzymany zbierał.

Więc pan Borejsza: — „Cóż to jest za ono

Stworzenie? cóż to za krymski jenerał?

Jam go nie widział wprzód, czy z niebios spada?

Czy nasz przyjaciel? czy po polsku gada?

„Jeżeli gada, powiedz mu, że w Krymie

Został się jeden Tatarzyn spod Waki342,

Pan Abdulewicz; niech się o to imię

Rozpyta! poszedł gdzieś, jak zając w krzaki;

Może gdzie spity od haszyszu drzymie,

Może nas przedał za szczyptę tabaki,

Przed posłem Moskwy na łapkach, jak pieski,

Może zapomniał, że jadł chleb litewski.

„Porzucać tak się wcale nie godziło

Braci w nieszczęściu i zostawiać w trosce;

Z jednej się razem szklanki nieraz piło,

W jednej się prawie wychowało wiosce...

Myślałem, że mój grób z jego mogiłą

Będą się widzieć, choć on miał dwurożce343

Postawić sobie w straż u śpiącej głowy,

A ja oblany krwią krzyż Chrystusowy.

„Ale tak nie jest! odbiegł nas, jak trądem

Okrytych, widząc, że Chan patrzy krzywo.

Sumnienie własne niech mu będzie sądem;

Nie będę o nim gadał — bo to dziwo,

Że Tatar zdradził. Niechże się z wielbłądem

Błąka po stepach i ma starość siwą.

Lecz kiedyś, kiedyś... oj! westchnie on z cicha

Do litewskiego stołu — i kielicha!...”

Podczas tej mowy nieraz na rumaku

Wzdrygnął się Tatar. Raz już podniósł dłoni

I miał ją prawie na swoim kołpaku;

Myślał Borejsza, że mu się ukłoni,

Lecz nie zdjął czapki. Potem jak na ptaku,

Na koniu swoim, który rżał do koni,

Na bliskie piasku odleciał pogórze

I stanął w pyłu złocistego chmurze.

Tak uleciawszy od rycerzy kawał,

Pyłem omglony złocistego blasku,

Znak pożegnania wzniosłą ręką dawał;

Kiedy się wojsko już grzebało w piasku,

Widział, jak z wału wychodzili na wał;

Słuchał dzikiego hord niknących wrzasku —

Znikli, on słyszał jeszcze, jak anieli

Niebios, gdy w stepach Ałła hu! krzyknęli.

Ałła hu! miłej krzyknęli ojczyźnie,

Idą na boje, gdzie los pędzi ślepy;

Może niejedna głowa się rozbryźnie

I koń powróci sam na złote stepy,

Gdzie go źrebięta powitają bliźnie

I palmy, niebios trzymające sklepy,

A pan zostanie pod brzozą wieśniaczką,

Która umarłych jest nimfą i płaczką.

Tymczasem Kaźmierz za wojskiem ostatni

Gonił, obzierał się często za siebie

I często patrzał, gdzie ów rycerz bratni

Stał, jako mara tęczowa na niebie,

A potem mniejszy, jak sztandar bławatni;

I słychać było pod nim rżące źrebię...

Spojrzał ostatni raz pod słońca blaski,

A już ów rycerz jasny stał bez maski.

Lecz taka była czerwień i płomyki

W powietrzu, które z ziemi idąc parzy,

A tak daleko ze swymi łuczniki

Już był Beniowski, że nie dojrzał twarzy

Więc dogoniwszy swoje tylne szyki,

Spytał jednego z namiotowej straży,

Kto był ów rycerz pożegnany z rana?

Ten odpowiedział: „Syn Gireja-Chana.”

Pieśń XI344

I345

Liro żebracka! słyszałem i słyszę

Twój głos, przez lasy lecący brzozowe;

I robię w moich myślach dziwną ciszę,

Aby cię słyszeć... Ty miałaś perłowe

I wydeptane palcami klawisze,

Po których pieśni chodziły stepowe

I w twoje łono — pochylając czoła —

Szły smętne, jak do starego kościoła.

Nie palce ciebie, liro, wydeptały,

Ale te pieśni ciężką nogą ducha,

Który wywraca zbrojne zamki, skały,

I naród gotów oderwać z łańcucha;

Taki jest silny i taki wspaniały,

Gdy się obudzi z grobu i wybucha!

On stare czasy żebrakowi szeptał,

Żył z nim i srebrne klawisze wydeptał.

Rozłamać nie mógł liry starzec siwy

I rzekł: „Oj bat’ko pane346 — tak nazywał

Suchodolskiego — wielkie będą dziwy...

Kto inny będzie na tej lirze grywał...

Kto inny będzie u tej szarej śliwy

Grał tobie pieśni złote... i używał

Twojej przyjaźni... ja już idu spaty,

Kto inszyj tobi bude, pane, hraty347...

„Koń suchą nogą zatętni po Rosi348,

Zarży, a lira w trumnie mu odpowie;

Stamtąd koń.....” Widząc, że proroctwo głosi,

Pan Suchodolski oczy wylśnił sowie;

Lecz starzec zamilkł... i ta śmierć, co kosi,

Ścięła go; ale zjeżone na głowie

Włosy — powieki, które się otwarły,

Świadczą, że na coś się patrzał — umarły.

Nazajutrz piątek był — szare kolumny

Żebractwa snuły się po zwykłe grosze;

W dziedzińcu starca włożono do trumny,

Trumnę na czarne postawiono nosze.

Pan Suchodolski sam — choć starzec dumny,

Czarny wdział żupan i czarną wołoszę349...

Wyszedł pogrzebów smętny regimentarz,

Diak350 — cały pogrzeb stepem wiódł na cmentarz.

W stepie jęczały głosy niezbyt śpiewne,

A jednak piękne harmonią płaczliwą;

Jasną girlandą chorągwie cerkiewne

Szły — burcząc z wiatrem; świece nieśli krzywo

Chłopięta... Nieraz widziałem te rzewne

Pogrzeby, stepem idące i niwą...

Dawno już świata ogłuszony zgrają,

A jeszcze teraz słyszę — jak śpiewają...

O Hamletowe życie! — raz przez kładkę,

Pod którą wrzała czarna Alpów351 woda,

Widziałem taką żałobną gromadkę.

Szli — a pod niemi most, rzucona kłoda,

Drzała... Słyszałem cmentarza sąsiadkę,

Kaskadę — księdza głos głuszącą... Szkoda

Pacierzy, skalnej porzuconych ścianie

I na szalonych kaskad urąganie!

Myślałem sobie, że ten człowiek młody

Ten most, co wiedzie smutek z łąk na łąki,

Wyrwał z korzenia i rzucił przez wody,

Ścigając dzikie po górach jelonki,

Lub do dziewczyny trzód pędzając trzody

I dzwoniąc miłą piosnkę jak skowronki,

Wtenczas mu drżała pod stopami giętka,

Teraz — pod trupem drzy... Brała mnie chętka

Apostrofować ją, jak prorok stary

Zebrane kości umarłych na polu...

Ale powróćmy na stepowe jary,

Błękitne od bławatków i kąkolu.

Stał na cmentarzu pogrzeb, a sztandary

Stały tak dumnie, jak na Kapitolu,

W małe i w groby żebrackie wetknione,

Błękitne, białe, żółte i zielone,

Na kijach czarnych rozpięte, a gałki

Błyszczały w słońcu. Cmentarz stał przy Rosi;

Rzekłbyś, że wodą pluskały rusałki —

Tak w takt opada, tak się w takt podnosi,

I na czerwony brzeg swe srebrne wałki

Kładzie i groby brylantami rosi,

Za Rosią był las z brzozowego drzewa,

Który gdy szumi — zdaje się, że śpiewa.

Lirnika jeszcze raz w trumnie odkryto —

Spał... lecz otwarte oczy na blask trzyma.

Jak z porcelaną na polu rozbitą

Słońce igrało z martwemi oczyma.

Obejrzano go i w trumnie zabito

Z lirą... Niech w grobie śnieg i mróz wytrzyma!

Niech także trzyma dawnej pieśni stroje,

Aż ze śpiewakiem spróchnieją oboje.

Pierwsze już garście w dół rzucali diaki,

Gdy z lasu człowiek wyleciał nieznany;

Koń pod nim biały, jak śnieg, bez kulbaki,

Bez uzdy; — dziwnie w oczach obłąkany...

Przeleciał rzekę — ale lot miał taki,

Że się — jak mówi lud — nie tykał piany,

I tylko pod nim wody srebrne biły...

Przybiegł i jeźdźca zrzucił u mogiły.

Zrzucił... i znowu w las poleciał rumak,

Zniknął — a dziś się lud w powieści dzieli:

Ci mówią, że koń — a drudzy, że sumak,

A inni, którzy tętna nie słyszeli,

Że koń-duch. — O tem każdy dziś wie czumak352,

Że Wernyhorę ten koń w światłej bieli

Przyniósł, zostawił; lecz ma z nim przymierze,

Że znów przed śmiercią przyjdzie i zabierze.

Na grobie usiadł Wernyhora... pana

Znać na nim było: buty srebrem szyte,

Srebrne guziki błyszczą u żupana,

Złoty pas... czoło na wiatry odkryte.

Siadł i rzekł: — „Ludzie! wy lirę Bojana353

Schowali w grobie! Liry rozmaite

Brzęczą po świecie, tam gdzie żal doskwiéra —

Lecz nie ma drugiej liry, jak ta lira...

„Przyjechał ja tu po lirę Zaboja

Na białym koniu, hej — i nie odjadę.

Oj, śpisz ty w grobie, córko, liro moja,

To ja się także w dół przy tobie kładę.

Albo ty zabrzęcz tak, jak stara zbroja,

Albo ty jęknij... ja dam tobie radę...

Wyciągnę z grobu...” Wstał i spojrzał dumnie:

Lira zaczęła grać pod piaskiem — w trumnie,

Na jakąś starą nutę, niesłyszaną

Odezwała się w grobie, jak anioły.

Gdy ją wyjęto i z trumny dostano,

Brzęczała jeszcze w ręku na kształt pszczoły.

Potem głos ustał; a tę rozpłakaną

Na łańcuchu swym uwiesił wesoły

Pan Wernyhora. — I wnet gadek mnóstwo

Po kraju szare rozniosło ubóstwo.

Mówiono, że król dum jest pochowany,

A jego wielki syn w Korsuniu354 siedzi;

Że wkoło grają nocami kurhany —

Co wszystko ucho stroiło gawiedzi

Do większych cudów... lot był raz nadany.

Do Korsunia się zjeżdżali sąsiedzi

Z wielką pociechą dla bab i karczmarzy —

Każdy poetę poznał zaraz — z twarzy.

Milczący bowiem był pan Wernyhora,

Pił — tak jak drudzy... jadł — i do księżyca

Nie wzdychał, ani chodził tak jak zmora.

Owszem, był często wesołego lica,

Aż się zbliżyła rzeź — owa potwora

W skrwawionym płaszczu, z krążkiem półksiężyca

Na głowie — w wichrze sinym od miesiąca,

Zakrwawionemi nożami kręcąca...

Nie jest to wcale figuryczność mowy,

Która mi tego ducha nastręczyła.

Przed rzezią zjawił się upiór stepowy,

Jakaś kobieta, która się krwawiła

Idąc; a często szła wcale bez głowy,

a głowa przed nią jak wężowa bryła

Szła świszcząc — oczy mająca z krwawnika355,

A dziwnie biały nóż zamiast języka...

I raz, jak mówią, krwawa upiorzyca

O samej przyszła północy... z hukami,

W których i piorun był i nawałnica,

I przed Korsunia stanęła wrotami.

W zamku płonęła jedna tylko świéca

U Wernyhory. Wiedzą tylko sami

Szatani, którzy bańkę ze krwi wydmą,

A potem puszczą na świat krwawe widmo,

Szatani, mówię, tylko wiedzą o tej

Nocnej rozmowie wieszcza oraz ducha.

Powietrze było błyskawicy złotej

Podobne; słychać było szczęk łańcucha —

Potem tętnienie konia śród ciemnoty —

Potem głos liry — potem cisza głucha

I przez ściemniałe niebieskie szafiry

Czasem głos jeszcze piorunu — lub liry...

To tylko pewna, że nazajutrz rankiem

Pan Suchodolski pana Wernyhory

Nie znalazł w domu — choć szukał z kagankiem;

Obejrzał wszystkie drzwi, wszystkie zapory,

Przeliczył konie pasące się wiankiem

W dziedzińcu, zaszedł nawet do obory: —

Nie brakło nigdzie nic... i to przeraża,

Że diabeł cicho tak porwał dumkarza.

Słowem, bez śladu zniknął... Wtem mogiły

Zaczęły gadać ludowi czerwono;

I wieść wyrosła, że gdzieś koło Smiły356,

Gdzie noże w leśnej kaplicy święcono,

A te sypiąc się z worków, szeleściły

Jak węże, nim swój cały jad wyzioną,

A księżyc patrzał się przez dach rozbity

Na trumny — świece — popy — i kobiéty.

Mówią, że w owej kaplicy zjawiony

Pan Wernyhora zaczął kląć rzezunie357;

A potem gniewny — jak Lear358 szalony,

Na ołowianej podskoczywszy trunie359,

Słysząc wokoło przekleństwa i dzwony

I krzyki — starzec o jednym piorunie —

(Bo śpiewak jeden piorun ma zamknięty

W lirze) — tam rzucił lirę, gdzie był klęty.

Nagle usłyszał szmer okropny gniewu:

„Mat’ swoju zabyw bat’ko Wernyhora360!...”

Zrazu nie pojął okropności czynu

I stał — na licu blady, gdyby zmora,

Wtem głos kobiecy: „Zabyw mene, synu361,

Krzyknął — a krzyk był matki... O nieskora

Pamięci! ten głos, na tej samej wardze —

Śpiewak go w klątwie nie poznał, a w skardze

Zna dobrze!... Jakby anioł go zatrwożył,

Stał nieruchomy i spozierał słupem;

Wtem lud się szary na dwoje roztworzył

I zrobił drogę między nim a trupem;

Lud ją na workach skrwawioną położył,

A kruki, świeżym przywabione łupem,

Stukały w szyby... Krew się w żyłach ścina!

Gromnice gasną — pop klnie — las odklina...

........................................................

........................................................

........................................................