Pieśń IX

Więc gdy Borejsza przed czerwonym Chanem

Stanął: przeżegnał się naprzód dwa razy

I stanął prosty jak drąg przed Dywanem217

Z tłumaczem, który czekał na rozkazy.

Potem się ze swą godnością i mianem

Zaprodukował i rzekł te wyrazy,

Które w lot muza nieśmiertelna chwyta:

„Daj temu psu list księcia — niech przeczyta!”

To mówiąc, papier wydobył z cholewy,

I podał ów list dziwny przez tłumacza;

Minister, który stał jak anioł lewy,

Wziął list i wejrzał weń okiem puhacza.

Litery były w nim rajskiemi drzewy;

Pomalowany był, jak pasmo tkacza,

Gdy na czółenka różnych blasków bierze

I nicią złotą przerabia szkaplerze218.

Diabełki miasto219 liter, dziwolągi,

Floresy, różnym świecą atramentem;

Z tych arabesków220 były różne ciągi,

A list fantazji był dziwnym odmętem.

Książę się Karol221 pisząc klął, że ongi

Sam u Sułtana z młodu był skrybentem222;

Na słowo szlachta zaręczyła dziarska,

Że po turecku pisze — lecz z tatarska.

Ale minister Chana na kulasy

Spojrzawszy i te dziwne malowidła

Ujęte w różne klucze i nawiasy,

Gdzie A chwytało wielkie B za skrzydła,

Skręcił na palec wąsy dwa jak pasy,

I twarz mu dziwnie pomarszczona zbrzydła,

I ząb mu koci zaczął o ząb zgrzytać;

Na co pan poseł rzekł: — „Nie umie czytać!”

Ani przypuścił, by Pan na Nieświeżu

Nie umiał pisać, czekał więc responsy223.

Wtem przyniesiono wielki pilaw224 ryżu;

Minister kręcił papier — a Chan wąsy.

W Krymie nie spieszą się tak, jak w Paryżu;

Gardzą tam słowy225 prędkiemi i pląsy;

Wypadkom Bożym otworzona brama,

Rzecz każda robi się... aż zrobi sama.

Tymczasem ludzie jedzą ryż, sorbety

Piją i palą czarny tytoń dżebel;

U pasa noszą złote amulety,

Świat uważają ten za smutny szczebel

Do nieba. W myślach nie grzebią jak krety,

Pod katolicki też nie biorą hebel

Mądrości; lubią wiersze pełne słońca

I poematy trwające bez końca.

Wniesiono więc ryż i przyszły śpiewaki;

A pan Borejsza do Abdulewicza:

„To polityki wielkie te sobaki!

Nie chcą od razu nam trzasnąć, jak z bicza;

Co odpowiedzieć myślą na list taki.

Ja zaś z mojego pokażę oblicza,

Że nie dbam o nich; lecz proszę Acana,

Wyzwij ode mnie ich na próbę dzbana.

„Jeśli nie szelmy i nie knują zdrady,

Niech w wino zajrzy ta wąsata morda!

Zwyciężonemu ja podam układy,

Do mnie należeć będzie złota Orda;

Ochrzcę psów, będę chrzcił całe gromady,

A potem wprawię do polskiego korda,

Potem i haracz na tych psów nałożę.

Wyzwij — bo gotów jestem wypić morze.

„A że, jak sądzę, ten pies niepozorny

Nie ma u siebie takiego kielicha,

Jakim jest sławny kielich mój klasztorny,

Który raz tylko był przez skórkę mnicha

Wypit aż do dna... łajdak był pokorny,

Ale to była tylko skryta pycha,

Bo zadrwił ze mnie, a z jego obrotów

Widać, że wypić piwnicę był gotów —

„Jeśli więc taki kielich nie istnieje

W państwie, które zjeść można jak piernika,

Niechaj w ten kocioł węgrzyna naleje

(Wskazał na lulkę) — sądzę, że zamyka

Trzy garnce... nie upoi... lecz rozgrzeje...

Cóż Waćpan czekasz? czy mnie masz za ćwika?

Wyzwij! — że niosę mu bój, już zobaczył,

A Waćpan jesteś na to, byś tłumaczył.”

Jak to wyzwanie w tatarskim języku

Brzmiało, ja nie wiem; musiało nieść trwogę.

Chan chwilę siedział jak na wężowniku,

Gryzł wąsy — nogę założył na nogę;

Potem na galiun226 spojrzał, jak do krzyku

Otworzył usta i rzekł: — „Pić nie mogę.

Samby Saladyn, Omar ni Hilderim

Nie wypił takiej beczki — Ałłah Kerim!

„W Koranie także stoi, że człek spity

Jest jak na ludzi waląca się wieża,

Albo wieprz skórą Adama przykryty,

Lub miecz, co w oczy ojcowskie uderza.

Więc ten pies wartby zostać wnet ubity

Na miazgę w głębi wielkiego moździerza,

Który w Stambule stoi — gdzie Salamon,

Nasz Sułtan, tłucze Muftych227 jak cynamon.

„Ale ja Giaurów228, psów min belud, Lachy229

Oszczędzam jeszcze z wielkiej wspaniałości,

I wziąłem nawet ich pod moje pachy,

By nie zginęli: — więc nawet z litości

Zagram z tym starym mopsem w święte szachy;

Albo niechaj się tu jak pies umości

I z jednej lulki230 piersi poi własne,

A tak się spije, jak pies... nim ja zasnę.” —

Tu klasnął; czarny zaraz wszedł rzezaniec231

I galiun szarym nasypał haszyszem.

Litwin wyzwany rzekł: — „Tylko pohaniec232

Pies dymem poi — musi być hołyszem233!

Niech no przyjedzie do mnie ten za.......

Ja go z ministrem jego towarzyszem

Tak spoję kiedyś, krupników gorących

Dawszy, że nawet tych psów ochrzcę śpiących.

„A teraz będę palić, co on pali.

Choćby piekielny tytuń był, nie spoi.”

To mówiąc, usiadł; cybuch mu podali —

W środku już szysze234 zapalone stoi.

Tymczasem Hamet wzrok wodzi po sali,

Coś mu się w oczach miga, coś się roi,

Jakieś wspomnienia, których się sam wstydzi:

To, o czem w Litwie roił — teraz widzi.

Przez złote kratki zajrzał do ogrodu,

Stamtąd go miła, cicha woń zawiewa;

Kwietnego na twarz coś zachwycił235 chłodu,

Usłyszał — coś mu jak w dzieciństwie śpiewa,

Coś szumi, jak pieśń własnego narodu.

Ujrzał fontanny, jak trzy srebrne drzewa

Stojące cicho między zielonemi,

Zda mu się, że on kiedyś spał pod niemi.

Może złudzenie duszy, którą z dala

Piękność ojczyzny czarodziejstwem wabi,

W czar zaprowadzi i wyjść nie pozwala,

Jak gąsienicę całą ojedwabi

Tęczami. — Spojrzał: księżyc się zapala

Na Czatyrdachu236, i zrennicę237 słabi

Ogromnym kręgiem, w których nieco róży...

Jakby zjawisko nowe, taki duży.

Witaj mi, gwiazdo! właśnie w tej altanie,

Którą buduję z duchów i rycerzy,

Twoje mi srebrne potrzebne błyskanie;

Czasem twój promień jako miecz uderzy

I przez zieloność do nimf się dostanie

Alabastrowych; nawet do tej wieży,

Gdzie śpi Danae238, oczki mrużąc ładne,

Nawet tam deszczem strof lunę i wpadnę.

O! świeć, księżycu! bo mi czas z rycerzem

Do Polski wrócić, do rycerskich szyków,

I moje orle pisklę odziać pierzem.

Więc wam opowiem z dawnych pamiętników,

Jak mu cud przyszedł w pomoc nad wybrzeżem

Euksynu239, i z rąk wydobył Krymczyków.

O uwolnieniu jego z rąk Tatarek

Z ambony ludziom powiadał ksiądz Marek.

Tej samej nocy, gdy w Borejszy głowie

Kręcił diabelski haszysz bardzo mocno,

Tej samej nocy jedni pastuszkowie

W poleskiej puszczy swą wigilię240 nocną

Odprawowali241; — noc była w połowie,

Godzina, w której bardzo jest pomocną

Zdrowaś Maryja śpiewana żałośnie

Za duszę w czyścu — i ogień przy sośnie.

Mieli więc ogień i głośno śpiewali

Pacierz — a blisko strumień mruczał srebrny,

Właśnie jak dusza, co się w czyścu żali,

Że tych pastuszków pacierz jest potrzebny,

I wierzba srebrna kąpała na fali

Złote listeczki. — O tem ksiądz wielebny

Mówiąc z ambony, płakał; wierzba biała

Także, choć mówić nie mogła — płakała.

Konwalie białe, cicha mgła i rosa,

Trawy zapachem dyszały od kwiecia,

Gdy oto z wierzby trefionego włosa

Wybiegły jedna, potem druga, trzecia

Gwiazdy błękitne, i nie szły w niebiosa

Po niebie latać i trwać przez stulecia,

Ale nad wierzbą stanęły w lazurze,

Dwie obok siebie stojąc — trzecia w górze.

I tak w żurawi klucz uszykowane

Jaśniały, aż las zajaśniał w promyki.

I przyszły panie dwie w błękit ubrane,

I pod wierzbami ucichły strumyki,

Jak ja — gdy nagle brzmiąc na lutni stanę

Słuchać, czy oklask przyjdzie albo krzyki,

A potem znowu zaczynam nierychły:

Tak właśnie owe strumienie ucichły.

A one smutne przez ów strumień złoty

Podały sobie ręce, mówiąc: Ave!

A obie były tak pełne tęsknoty,

Jak strumień i las; a miały postawę

Lekką, jak gdyby mogły iść w poloty,

Lecz oswojone były i łaskawe;

Jedna twarz miała czarną, druga bladszą,

Pastuszkom zdało się, że we śnie patrzą.

I wszystko zdało się snem w cichym lesie

Na mchach i białej konwalii, pod drzewem

Płonącem w światła cudownym okresie,

Gdy się witały ze łzami i śpiewem.

Jedna pytała drugiej — co ją niesie?

A każda rzekła: „Jestem krwi wylewem

I ogniem grodów owiana gorących

I drżę, królową będąc konających.” —

„Królestwo moje, rzekła matka czarna,

Wyniszczone jest mieczem i płomieniem;

Ptaszęta małe, gdy lecą po ziarna,

Znajdują pola siane kul nasieniem.

Ja jestem matka ludzi gospodarna,

Zbieram, co sieję, i nad pokoleniem

Umarłych — moje wysłałam anioły,

Męczennikami napełniać stodoły.

„Przyjdzie godzina, że ich dzieci dzieci

Nad plonem tego czasu wzniosą lament;

Lecz teraz wszystko jak liść z drzewa leci,

Kościołów krew nie broni i sakrament;

Kagańcem242 swoim śmierć kościana świeci,

A przed nią czarne dusze lecą w zamęt;

I nad tem wszystkiem stoję — ja królowa,

I patrzę ze skał moich z Poczajowa243.

„Przychodzą matki w śmiertelnej koszuli

I przed ołtarzem moim klęczą krwawe;

Ta krzyczy: wczoraj syn mój legł od kuli,

O! wskrześ go, wskrześ go! — druga woła: ave!

Płód mój nożami z żywota wypruli,

Poskarż się za mnie! — trzecia mi na ławę

Rzuciła parę niedoszłego płodu244

Prosząc: nakarm je, bo umarły z głodu...

„We mgłach srebrzystych, gdy stepem przechodzę,

Spotykam jakieś jęczące gromady;

Ludzie okropni bez rąk są, jak wodze

Tym, co na rękach pełzają jak gady;

Inni umarli zostają na drodze

I są zabójcom strasznym jako ślady;

Inni bez twarzy wzdychają z rozpaczą,

Bez ust się modlą i bez oczu płaczą.

„O siostro moja! morem ja owiana

I czarna dymem smętnego jałowcu,

Do mego Dziecka krwawego i Pana

Każę się często nieść, i na grobowcu

Siedząc, mam dziatek umarłych kolana

Pełne — nie mówię, na jakim manowcu

Zbierałam kwiaty ludzkie nieszczęśliwe,

Lecz On je widzi u nóg — te nieżywe.

„I taką ma twarz, jaką w Nazarecie,

Kiedy się żegnał ze mną mówiąc: Matko,

Idę już umrzeć!... a mnie zorze trzecie

Pod oliwami zastały i chatką,

A jego już nie było... i na świecie

Stał krzyż, nad uczniów płaczących gromadką,

I słońca ani księżyca nie było

I grób był krwawą, lecz pustą mogiłą...”

Tak się skarżyła siostrze, a zadana

Turecką szablą na twarzy obraza245,

Po której uśmiech pozostał i rana,

Stała się teraz widną, jako skaza

Nowo boląca. Druga zadumana

I w sercu niosąc mieczów trzy żelaza,

Oczu z mlecznego nie spuszczała pasa.

Wtem ciche, krągłe światło wyszło z lasa.

Pastuszki, patrząc niby w jasnowidzie,

Rzekli do siebie, tuląc swe kożuchy:

„Czy widzisz? do nich z lasu słońce idzie...”

Potem zamilkli — bo przytomne duchy

Głos odebrały. Więc jak na Egidzie246

Minerwy247 widać jakąś twarz i ruchy

Oczu i włosa, co w stalnym błękicie

Świadczą, że środek tej tarczy ma życie;

Tak w słońcu owem był środek i plama

Światłu owemu czyniona z człowieka.

Był to ksiądz Marek — twarz jego ta sama,

Jak zawsze, wielka otwarta powieka;

Ale szedł we śnie — i straszliwa szrama

Od dyscypliny248 krwią gorącą ścieka,

Otwartej piersi tworząc straszny przerys

W krople pół zaschłe... długie, jak berberys249.

Widać, że będąc na nocnej modlitwie

Wpół obnażony, może na pół senny,

Po jakiej rzezi widzianej lub bitwie

Zasnął — a jego duch tylko promienny

Wyszedł i w słońcu złotem szedł po Litwie

Przez czarne, smutne lasy, do Gehenny250

Wędrując może — lecz to, co go niosło,

Słońce, stanęło przy wierzbie i rosło.

A ksiądz znalazłszy pod nogami ziemię,

Na kolana się rzucił na konwalii,

Tak, że pokazał już nie twarz, lecz ciemię,

I krzyknął: — „Idę z rzezi i z batalii.

Zwątpiłem, pierwszy raz poczuwszy brzemię

Mogił na sobie — O! wołajcie z Galii,

Z Rzymu i z Azji... i tych, co za morzem,

Bo nas mordują, rzną mieczem i nożem!

„Królowy niebios! wy nad strumieniami

Cicho w lilije białe rozkwitnięte;

A miecz nad nami i pożar nad nami!

Dzieło upada, choć mądrze poczęte.

Duma rozerwie wszystko, wszystko splami!

Panięta nasze, jak pawie nadęte!

Ja do pacierzy nastroiłem wargę,

Lecz będąc u stóp waszych, niosę skargę.

„Potocki bruździ — nic więcej nie powiem;

Ale Potocki bruździ, w czarty wierzy,

Regimentarzem chce być — nad pustkowiem!

Będzie! bo pustka się na wszędy szerzy.

Niechże upadnie przed księżyca nowiem,

Na którym wasza srebrna stopa leży!

Niechże się schyli duszą cichą, szczérą,

Przed Bogiem — nie przed szatanem i lirą!

„Ta lira... w trumien znaleziona rdzeniach!

Już jej głos serce narodu osłabił,

A na niej szatan czarny gra w płomieniach

I luda już pół z Baru251 mi wywabił!

Jak wąż, co błyszczy swą koroną w cieniach

I blaskiem ściąga słowika, by zabił,

Tak ów kozacki pół-duch na złe radzi

I swoją smętną pieśnią gdzieś prowadzi

„Na zaginienie! Brońcie od pożarów

I od powietrza nas, ach! i od głodu!

I brońcie jeszcze nas, Panny, od czarów

I od tej dumy, co z Barskiego grodu

Już oberwała wichrem las sztandarów,

A sama chce być zbawczynią narodu.

Nadłamcie dumie miecza, skruszcie rogów,

Zostawcie Boga nad nami — nie bogów!

„Dajcie mi jedną przynajmniej szablicę

Świętą, a ja z niej wielką tęczę zrobię.

Tęczę i wiecznie trwałą błyskawicę,

Świecącą teraz i później na grobie,

Gdy położymy w proch zmęczone lice,

Nie zostawiwszy nic jak proch po sobie,

I duszę w Boże oddawszy ramiona,

A nasze długo słyszane imiona

„Oddawszy dzieciom. — Poseł mój szwankował

W Krymie, i musi... ciężkie więzy dźwiga;

I tego brońcie, bom go umiłował !...”

Na tym zakończył mój ksiądz pacierz wiga

Papisty; potem w księżyc pocałował,

Co pod nogami Matek Boskich miga,

I był od swojej złoto-jasnej ściany

Wzięty, weselszy już, bo wysłuchany.

Nazajutrz słońce, strzałą brylantową

Zajrzawszy w celę cichą Karmelity,

Obudziło go z bardzo ciężką głową,

A był na kwaśne jabłko cały zbity

I pokapany nie berberysową

Jagodą, ale własną krwią okryty,

I dyscypliny także znalezione

Przy nim — leżały mokre i czerwone.

I zdało mu się, że śpiąc chodził lasem,

A nic nie wiedział, że chodził istotnie

W koronie złotej, z wielkim tęczy pasem.

Wreszcie zapomniał. — Jakiś pan tnie-po-tnie

Do jego celi cichej wszedł z hałasem

I z wódką — było na dworze wilgotnie;

Ksiądz się nie bronił, łyknął gorzałczyny

I ten sen w duchów uleciał krainy.

Lecz skutek? — skutek, jak się to pokaże,

Był na tym nawet świecie dotykalny.

Wkrótce będziemy z moją pieśnią w Barze,

Wtenczas ujrzycie sami, że fatalny

Był pacierz księdza. Runęły ołtarze,

Kościół, i z niemi ten ksiądz runął mszalny;

Lecz ksiądz przez swoje to dokazał cudy,

Że regimentarz z czartem runął wprzódy...

Ut videbitis.252 — Jak pięknie owiewa

Woń cudów młodość mego bohatyra!

Anieli patrzą przez palmowe drzewa,

Jego więzienie w blaski się ubiéra,

Hymn Betleemski nad głowami śpiewa,

Z duchów się złotych wiąże jakaś lira

Pod sklepieniami i blask bursztynowy,

W tym blasku róże, światełka i głowy.

Był to sen tylko — ale nie zepsuta,

Wrąca młodości krew sny takie daje.

Pan Kaźmierz leżał w jednym Marabuta253

Grobowcu. — Wschodnie przebiegając kraje,

Kiedy mię noga wielbłądów niekuta

Niosła w piekielne stepy albo raje,

Stanąłem na noc raz w grobie, i dobrze

Spałem na martwych pościeli i ziobrze.

Była to wielka w żywocie pociecha

Zasnąć, a jeszcze większa, wstać o wschodzie

I otrząść włosy senne z prochu Szecha254

I zostawić go w mogilnej gospodzie,

Nie dawszy mu za nocleg nic — prócz echa

Z tej pieśni, — w obcym dalekim narodzie

Śpiewanej. — Ludzie z księżycową twarzą

W mogiłach swoich wschodnich gospodarzą,

Przyjmują na noc smętne wędrowniki,

Czasem przez wieczne nakażą zapisy

Karmić ptaszęta — stąd są ciągłe krzyki

Wróblów255, i ciągle pełne ziarna misy

I ciągle różom miłosne słowiki

Na cmentarzowe latają cyprysy,

I ciągle szpaki po grobach gawędzą

O trupach, którzy karmią i nie spędzą...

Lubiłem zwiedzać takie gospodarstwa

Umarłych, szpaków podsłuchać rozmowy,

I słyszeć różne ich o zmarłych łgarstwa,

Bo pochlebiają; a posępne sowy,

Grobów latarnie, senatory carstwa,

Z grobów posępne pokazują głowy

I zegarowe, wielkie, krągłe lice

I oczy, co się palą, jak dwie świéce.

W mogiłce Szecha — był to grób osobny

Na górach, z białą kopułą glinianą —

Leżał mój rycerz, nadzwyczaj podobny

Do męczennika, bowiem go związano;

A nad nim śpiewał nocy ptak żałobny

Smutniejszy jeszcze, bo śpiewał za ścianą,

Zrobiwszy wieczną z słowikami ligę,

Oddawszy cyprys im — a czarną figę

Wziąwszy za pałac. Jej ogromne liście

Ciągle po głowie grobowca łopocą;

Ptak umiłował ją sercem ogniście

I nie opuszczał nigdy, nawet nocą.

W grobie podwójne także było wniście256

I dwie izdebki; w jednej się szamocą

Owe Tatarki strzegące dziewczyny,

W drugiej Beniowski — skrępowany, siny,

Sam jeden leży na glinie i wzdycha,

Któż mu w nieszczęściu srogim dopomoże?

Nad nim okropna zemsta, zemsta mnicha!

Pod nim umarły! Wspomniał o upiorze,

Potem (weselszą myślą myśl odpycha)

I tej dziewczynie, co w drugiej komorze

Leży i rączki może białe poda,

Lecz ma rumatyzm257 w rączkach — jaka szkoda!

W kamień członeczki białe Bóg zastudził;

Chociażby chciała wstać i przyjść — nie wstanie,

Chociażby wstała, toby się obudził

Pop lub Tatarki wiedmy258. Chryste Panie!

Także Cię rycerz mej powieści znudził,

Żeś mu dał rozpacz, grobowe posłanie,

Więzy na rękach, łzę, co się nie leje,

I odebrałeś w grobowcu nadzieję?

A jeszcze gorzej: jakiś gorączkowy

Sen przyszedł, zamknął gorące zrennice;

Czarne Arabki postawił u głowy,

Ubrał je w brody jako czarownice,

Zamiast warkocza z włosów dał wężowy,

Zamiast paznokci ubrał tygrysice

W ohydne i krwią kapiące pazury,

Zęby przemienił w kły, zawoje w chmury.

Stanęły nad nim, pierś mu obnażyły;

Chce krzyczyć... głos mu w gardle stanął kołem;

Chciał westchnąć — w sercu pękły wszystkie żyły,

Chciał zgrzytnąć — usta nawiane popiołem;

Wszystkie uczucia ludzkie ma — prócz siły...

Leży, z widmami strasznemi nad czołem.

Gdyby już uczuł wreszcie ból serdeczny —

Lecz nie — strach tylko ma — i zda się wieczny...

Do omdlałości przychodzi — a owe

Wiedmy do siebie szeptają — on słyszy...

„Odrąbmy jemu, rzekły, mieczem głowę

I posłuchajmy, jak krew pluska w ciszy.”

A druga rzekła: „Mam krupy perłowe

I dorzucimy nieco szarych myszy,

I masła nam da jaki kat przekupnik

I da nam sadła z psów — zrobimy krupnik...”

Beniowski słyszał, czarne gospodynie

Jak naradzały się, i uczuł zimno

W kościach. Wtem jedna rzekła: „Mam naczynie,

Ale jak zrobię tę rzecz... mury hrymną259!

Czekaj; czoło mu językiem poślinię

I zrobię nasz znak nad nim samym i mną...”

W Beniowskim serce aż przez sen zakrzepło,

Uczuł przy twarzy bowiem twarz i ciepło,

Nareszcie usta — ale o! dziwaczne

Sny... usta były świeże, miłe, młode,

Jako dwie wisznie, co się zdają smaczne,

Choć okiem tylko rubinową wodę

Pijesz. — O ustach więc tych śpiewać zacznę

I wejdę z niemi poeta w ugodę,

Aby za wiersz mój lotny bezrozumnie

Tak obudziły mnie tu — albo w trumnie.

Panny Gruszczyńskiej były to usteczka!...

Ona — w grobowcu leżąc z drugiej strony —

Biedna, w Tatarek rękach jak owieczka,

Która na wełnie ma już krzyż czerwony;

A często jednak zachodziła sprzeczka

Między leśnemi Idyll Korydony260,

Na której owcy były śmierci krzyże —

Bo matka często je całując — zliże,

I sama nie wie, że swem pocałunkiem

Od śmierci małe dziecko obroniła.

Tak właśnie dziwnym to było trefunkiem261,

A pewnie temu winna ta mogiła,

Że się przed Matki Boskiej wizerunkiem,

Przed tęczą swojej myśli pomodliła

Panna Gruszczyńska, idąc na spoczynek;

Wtem ją obudził wiatr — z niezapominek,

Z róż, z tulipanów, z lilii i z bratków,

I otworzyła na pół senne oczy

I ujrzała się w zawierusze z kwiatków,

Które latały w błękitnej przezroczy.

Środek powietrza tego był z bławatków,

W bławatkach był blask od czarnych warkoczy,

Które przechodząc z jaśni do ciemnoty,

Brały blask dziwny — rubinowo-złoty...

Twarz także była tej przecudnej bieli,

Co od błękitu także coś pożycza;

Pod pachą byli skrzydlaci anieli,

A co dziwniejsza, szata tajemnicza

Z aniołów tkana — a na karabeli

Trzymała stopy ta postać dziewicza —

Stopki tak małe, że z tamtego świata

Idąc, zapewne nie chodzi — lecz lata.

Przed nią — na ziemi niemocą złożona

Panna Gruszczyńska smętne oczki mruży,

Jak alabaster, w którym zapalona

Lampa rzuciła coś blasku i róży;

Wtem święta rzekła do niej: Wstań! — a ona

Uczuła, że jej ruch i życie służy,

I wnet rączkami, które już nie słabną,

Zebrała na pierś koszulę jedwabną,

Potem usiadła, a potem uklękła,

A potem płakać zaczęła w tym grobie.

I wnet ta jasność przecudowna pękła

I znikła sennej podobna osobie.

Ciemność dzieweczkę klęczącą przelękła,

Nie prędko światło ujrzała przy sobie —

Był to kagańczyk, który tam szczęśliwie

Płonął w żelaznej czarce — knot w oliwie.

Wziąwszy więc lampę, wyszła; księżyc w górze

Świecił, lecz zdało się małej dziewczynce,

Że księżyc ćmiły fijołki i róże,

Rzucając nań blask i pył albo sińce;

W powietrzu czuła dziwną kwiatów burzę,

Widziała różne tęczowe gościńce,

Po których odszedł pewnie — anioł biały...

Potem ujrzała dwie Arabki — spały!

Ohydna ich twarz — bowiem te upiorki

Miały zasłonę na czole i brodzie,

A po nosach szły z koralów paciorki

I dwie zasłony te trzymały w zgodzie.

Musiały pływać po wierzchu jak korki

Te czarownice, pławione na wodzie262;

Musiały latać jako nietopyrze,

Wziąwszy pod siodło łopaty lub krzyże.

Lecz teraz spały, chrapiąc głośno obie,

A tak ohydnie chrapią i śmiertelnie,

Tak się pazurem jedna w udo skrobie,

A druga przez sen tak szczeka piekielnie,

Że panna, światło trzymając przy sobie,

Paluszkami je osłoniła szczelnie

I stała — srebrna dziewczyna w lazurze,

Już nie kaganiec niosąc, ale róże.

Nagle ją strach wziął, obróciła twarzy

I do grobowca szła nazad powoli,

Jak smętna dusza, co się na to skarzy,

Że wrócić musi do smętnej topoli

I grobowcowi ciała być na straży,

Aż ją pokuta albo czas wyzwoli

I znów odeszle263 w światy przedstworzenia,

Gdzie wyrastają znów dusze z płomienia.

Szła więc pod swoje sklepione framugi

I schyliwszy się weszła. Już mówiłem,

Że w tym grobowcu był katakumb drugi,

Gdzie krwią okryty i potem i pyłem

Mój rycerz leżał na ziemi, jak długi.

Szczęściem, że lampy mojej nie zgasiłem,

Prowadząc moje biedne dziewczę ciche

Do tego grobu po nocy, jak Psyche264.

Od lampy płomyk tak się nad nią schyla,

Tak się od knotu w powietrze odrywa,

Jak duch miłości na skrzydłach motyla,

Piękniejszy wtenczas, kiedy dogorywa,

Kiedy ostatnia w nim zachwytu chwila

Płomieniem buchnie — piękna i straszliwa

I nad kochanki czołem się rozwinie

Jak płomyk — potem uleci — i zginie...

Tak weszła, światło w zmierzch ulatujące

Niosąc nad głową — potem go spostrzegła...

O! jakie wtenczas jej modły gorące!

Jak krew po żyłkach szafirowych biegła!

Chciała go zbudzić... więc usta gorące

Na czole jemu kładąc, sama legła

I jęła więzy rozwiązywać duszkiem,

Ustami mówiąc mu: cyt! — i paluszkiem...

On też obudził się — lecz patrzcie chłopca!

Zaraz zrozumiał, że to nie z jasełek

Jaki aniołek, ani z mogił kopca

Duch, chociaż stała z koroną światełek.

Twarz ta i postać nie była mu obca;

Leżał więc cicho, a ona perełek

Ząbków bielutkich jak szczurek używa

I przegryzione na pół więzy zrywa.

Już wolny!... wstaje, otrząsa się z prochu,

Ona z kagańcem złotym naprzód leci;

Oboje wyszli z grobowego lochu.

Tatarki chrapią — księżyc srebrny świeci...

O! pomóż ty mi, Dante, i ty, Włochu

Z Sorrentu265... dwoje tych różanych dzieci

Przez te parowy wieść okropnie, sine,

Tam, na błękitną jak niebo dolinę...

Olbrzymie skały zastępują drogę,

Tam nagle potok jęknie i zaszczeka;

Świat taki dziki naprzód wziął pod nogę

Jehowa, — wprzód nim postawił człowieka,

Dawszy stworzonym skałom na załogę

Węże, co lały się ze skał, jak rzeka,

I po dolinach, gdzie szła noga Boża,

Ze swych błękitnych ciał czyniły morza.

Wystawcie sobie w tym świecie połosów266

Duszki dwie, które czekały na ciało,

A jeszcze słońca się trzymały włosów,

Aby nie upaść na świat, co był skałą,

Węży królestwem i bezładem ciosów,

Gdzie od świstania wielkich gadzin grzmiało,

Wystawcie sobie, że nad tym odłogiem

Te duszki drżące dwie idą — za Bogiem...

A obaczycie moją smętną parę

Po skałach wianą wietrznemi poloty.

Wszystko lub białe jak kość, albo szare;

Z daleka wiszą czarne wielkie groty,

Gdzie pastuch Tatar śpiewa pieśni stare,

I trzody beczą, i na księżyc złoty

Szczekają głucho psy, — potoków fale

Huczą — i płaczą w dolinach szakale,

Jak zarzynane dzieci przez Heroda,

Szakale płaczą — a psom jak na sprzeczkę.

Beniowski zbiega z gór, jak srebrna woda,

Na ręce już wziął zmęczoną dzieweczkę;

Czasem mu powój kwietny ręce poda,

Czasem i ona pomoże troszeczkę,

Oczkami skalne przeszywszy obłędy

I mówiąc jemu cicho: „Idź Pan tędy.

„Tę skałę się Pan, mówi, obejść staraj —

Tu mnie puść — sama ten potok przeskoczę —

Ostrożnie, mówi, tu mi nie rozparaj

Koszulki o cierń (było to przezrocze

Jedwabne).” Nagle wrzasła: „Bakczysaraj!

Puść mię!” — Zwinęła na czoło warkocze,

Koszulę także poprawiła z letka267

Jeszcze dziewczyna mała — już kokietka...

Do miasta wchodząc, myślała o stroju;

Przyszły jej na myśl jakieś myśli grzeczne,

Miejskie — a miasto było w świateł roju,

I różne wieńce nad nim jak słoneczne

Wisiały — różne z tatarskiego łoju

Ramazanowe268 lampy i świąteczne,

Z różnych szkieł różnie na niebie świecące,

Jak wieńce z kwiatów na szafiru łące.

Bo minarety, co je w niebo niosły,

Tak były lekkie, jakby owe kwiaty

Bez żadnych łodyg i pni same rosły

Albo latały; a tak był bogaty

Niemi horyzont, że oczy nie zniosły

I odwracały się na bledsze światy,

Na morze, co swój włos jak owca wełni

I srebrem błyska, lub na księżyc w pełni.

Czasem piękniejszy tem, że stał na stronie,

Minaret, jakby jaki anioł smętny,

Stał w swej ognistej z różnych gwiazd koronie,

Tem milszy oczom, że nie był natrętny.

Beniowski widząc, jak powietrze płonie,

Jak miasto gwary różnemi i tętny

Spokojność nocy lazurowej miesza,

Jak motyl nocny, w blask i brzęk pospiesza,

Wpada w ulice gliną i rogożą

Sklepione. Pełno świecących sklepików;

Osiołki gości po ulicach wożą,

Radosnych pełno tłumów i okrzyków;

Strzeż się! bo zdepcą i w błocie położą,

Gdzie pełno leży zgubionych trzewików...

Rzekłbyś, że pod tą żydowską hołotą

Drogim krwawnikiem brukowane błoto.

Rycerz z dzieweczką ani się ogląda,

Leci a dziewczę swe zasłania młode;

Niekiedy spotka wielkiego wielbłąda,

Wschodnich ubogich krajów woziwodę,

Okręt pustyni — jako struś wygląda,

Skrzydła ma z worków, a gdy przed gospodę

Przyjdzie i stanie, to skórzane boki

Leją fontanny dwie i dwa rynsztoki...

Czasami wielkim robrontem269skrzydlata

(Bowiem kobiety wschodnie chcą być grube)

Leci ogromna czarna trumna, chata,

Jak okręt, co ma parę albo śrubę

Schowaną wewnątrz i blisko przelata;

Ujrzałeś tylko widmo, czarną szubę,

Oczy świecące przez dwa białe kołka,

Na dole głowę i ogon... osiołka...

Z jedwabnym ciebie minęła szelestem,

Oczyma tylko łysnęła — lecz okiem

Już myślisz, że cię spytała: kto jestem?

Już myślisz, że to Wenus pod obłokiem,

Że to jest ogień, który pod azbestem,

Pod niespaloną szubą i szlafrokiem

Płonie i z drogi cię cnoty oddali,

A jeśli dotkniesz go — na popiół spali...

Jednak... częstokroć tak nie jest! Rendez-vous

Gdzieś na cmentarzu dane — diable myli;

Cyprysowemu ją zostawiasz drzewu

Cieszyć... i klniesz wiatr, co szubę odchyli.

Lecz wtenczas tyle jest wschodniego gniewu,

Taki jest wybuch, że dla krotochwili

Wrócisz i ogień hamujesz powoli.

Dalibóg, Muza moja znów swawoli!...

Gawędzi — a wiem, żeście już ciekawi,

Dlaczego miasto iluminowane

I co mój rycerz, lecąc gniewny, sprawi?

Więc tu, ponieważ ta pieśń długa, stanę...

A gdy Apollo mi pobłogosławi,

Znów nowe laury zasadzę różane,

Których mi powieść dostarczy szlachetna.

Dosyć — bo strofa to już blisko setna.