Pieśń VIII

Jak zajechali me ambasadory

Do Krymu — nie wiem... ale pan Borejsza

Mówił, że spotkał na stepie upiory,

Dropie148, limany149, a rzecz najdziwniejsza,

Z bodiaków150 wielkich i kolących bory,

Od których puszcza białowiejska mniejsza;

W tej puszczy wielkie skrzydlate połosy151

I ludzie, którzy mają płaskie nosy.

Później to... w Litwie... o swojej podróży

Mówiąc, — jak Ariost152 jaki nie rymowy,

Mówił, jak okręt pośród wielkiej burzy

Płynąc podpierał i dopłynął zdrowy...

Jak spotkał rybę, co łeb miała kurzy,

A zresztą była kobietą prócz głowy,

A ogon wielki gdyby u Sylena —

Szlachta krzyknęła wnet, że to Syrena!

Na co Borejsza zgodził się, u stołu

To było — wtenczas wszystko prawdą zda się;

Mówił, jak chciano go chmarą popiołu

Zdusić na wieży, a on się na pasie

Spuszczał, tnąc w górze ten pas, a u dołu

Sztukując; potem napomknął w nawiasie

I od niechcenia, że tej sztuki sztucznej

Przyczyną — był mąż jeden trzy-buńczuczny153

I rogal154; bowiem o jedną godzinę

Spóźnił się ze swą popiołową wieżą...

Tak mówiąc, wino połykał i ślinę,

Mrugał oczyma: „Niechaj mię uderzą

Pioruny, jeśli kłamię! — niechaj zginę!...”

Zaklęcia, którym dziś nie wszyscy wierzą...

Lecz w owym czasie dobre i bezpieczne

Śród ludzi, którym już dziś światło wieczne

Przyświeca. — Mówi wszakże pan Trentowski155,

Że nie należy kłamać... ja tak sądzę;

I ten poemat drukuję bez troski

O duszę moją, nigdy w nim nie błądzę...

Wszystko jest albo prawda — lub sen Boski,

Przez odemknięte słoniowe wrzeciądze,

Jak mara z tęczy, z niebios wychodząca

O cichej porze, przy blasku miesiąca.

Zamykam oczy... i widzę... i piszę,

Co widzę... W jednym zrujnowanym chanie156,

Przy którym smutna palma się kołysze,

I źródło szmerem swym radzi na spanie...

Wszystko na Wschodzie ma ogromną ciszę...

Wszystko ze światła złotego ubranie,

Mury ze złota zdają się, choć gliną

Są oblepione — i grożą ruiną...

Na murach dziwne desenie lekkości

Przydają wieżom i ruinom wdzięku;

Wszystkie się zdają ze słoniowej kości,

Że od nimf były niesione na ręku

I postawione śród palm zieloności

Cudownie, śród harf aniołowych dźwięku,

Jak ta w Lorecie Matki Boskiej skała,

Która na skrzydłach złotych przyleciała.

W chanie więc, który dawniej był moskitą157,

Dziś chanem (tak się zwie karczma na Wschodzie)

Pod jedną wielką framugą rozbitą,

Gdzie wierzchem niebo w słonecznej pogodzie,

Jak turkusowy szlak, albo koryto

Szklanne, zrobione wodociągów wodzie,

Spokojnie płynie nad głową podróżnych,

Ambasadory... w kształtach bardzo różnych

Ci leżą, inni siedzą — trzech ich było,

I czas spędzali swój nie najzabawniej,

Serce w nich troską, utrapieniem biło,

I chleb swój własny jedli najniestrawniej;

Polskę czuć było już wtenczas mogiłą,

Nie przyjmowano już posłów jak dawniej,

Lecz jak żebraka albo jak natręta,

Witały małe w ruinach ptaszęta...

Wróbel wesołym witał świergotaniem,

Może dlatego, że jadł kiedyś zboże

Polskie; jaskółka, że pod stalowaniem

Polskim rodziła się przy jakim dworze;

Jeżeli żuraw — to z powinszowaniem

Przyleciał, spytać na cudzym ugorze

Posłów w podartym chodaku i szacie,

I smutnym śpiewem wrzasnął: — jak się macie?

O! miecze w ręce... jeszcze raz! i na te

Krainy dajcie runąć z krzykiem Huna158!

Wróćcie nam, groby, husarze skrzydlate159,

Niech nam Czarnieckich całych odda truna160!

Godzinę tylko, Boże! niech brodate

Z mogił powstaną dzieciny Peruna

I hej! przez dawne Attyli161 bezdroże, —

Godzinę tylko życia, wielki Boże!

Za tę godzinę, ja oddam ci... Nie wiem,

Co mógłbym oddać Bogu?... Anioł zgonu

Przyjdzie po wszystko i pod różokrzewiem

Albo pod liściem drżącego jesionu

Położy żądzy spalone zarzewiem

Ciało, bez żadnej myśli — i bez tonu...

Serce bez bicia, oczy bez światłości,

I zostawi tu nad nim... duszę kości.

Dwie są albowiem podług Niemców; jedna

Duchowa, leci od ciała daleko;

Druga się błąka tu nad ciałem, biedna...

Płacze, Styksową przedzielona rzeką

Od siostry... aż kto pacierzem wyjedna

Lub ją anieli od ciała odwleką

Za włosy z cichej, różanej mogiły,

Tak kocha ten dom młodości i siły...

Ten wiersz z Homera kradnę, ten ostatni;

Niegdyś płakałem nad nim... Zdaje mi się

O Sarpedonie162 mówi... śpiewak bratni

Mickiewiczowi — ale miał w kirysie163

Rycerzy, którzy byli bardzo stratni

I szafowali siłą, życiem; gdy się

Zmienili trochę Litwini dzisiejsi,

Będąc troszeczkę lepsi — ale mniejsi!

Jednak w tej cudnej epopei żyją;

W ich lasach trąba gada... Boskie trąby

Odzywają się wnet w sosnach i wyją,

Patrzcie, jak ten żubr od pękniętej bomby

Cofa się; patrzcie, jakie wianki wiją

Z wiejskiego kwiatu wiejskie dziewosłęby;

Słuchaj i patrzaj, bo jako zjawienie

Litwa ubrana w tęczowe promienie

Wychodzi z lasu. — Z taką chwałą

Potrącał lutnią ten śpiewak Litwinów,

Że myślisz dotąd, że to echo grało,

A to anielskich był głos serafinów.

Grzmotowi jego niebo odegrzmiało!

Chociaż Gofredów nie miał i Baldwinów164,

Ani mógł morza wiosłami zamącić,

Ani księżyca z wież krzyżowych strącić;

Jednak się przed tym poematem wali

Jakaś ogromna ciemności stolica;

Coś pada... Myśmy słyszeli — słuchali:

To czas się cofnął i odwrócił lica,

By spojrzeć jeszcze raz na piękność w dali,

Która takiemi tęczami zachwyca,

Takim różanym zachodzi obłokiem...

Idźmy — znów czasu Bóg postąpił krokiem.

Ale ten napis łatwo startej krédy

Niechaj zostanie! a ten co przeczyta,

Niech sobie wspomni, żem na piramidy

Wchodził i deptał to, na czym czas zgrzyta;

Że nieraz końcem Pelidowej165 dzidy

Zrobiona trumna jest — albo rozbita.

Wąż Laokoński166, który gryzł bez przerwy,

Syty — wlazł znowu pod tarczę Minerwy.

Nie budźcie, niech śpi! — Mówiłem więc w rymie,

Jak moje posły w starym siedzą chanie;

Borejsza w upał południowy drzymie,

Hamet się w ptaszków zasłuchał śpiewanie;

Beniowski wielkie zamiary, olbrzymie

Buduje w myśli: — dziś ma posłuchanie

U Chana Krymu, u Kierim Giraja167;

Gotuje się więc z mową — i zaczaja.

Przypomniał wszystkie sobie z retoryki

Figury; Chana chce podejść wymową —

Przypominając, wyszedł na brzeg dziki,

Gdzie słońce było mu nad samą głową.

Z dala szum morza i żurawiów168 krzyki

I Bakczysaraj169 z koroną palmową,

Z minaretowym lasem, stał pod górą,

Lekko gołębi migocących chmurą

Owiany. — Smutno! o, smutno samemu

Na morskim brzegu, gdzie się fale kładą,

Śpiewając ciągły hymn Nieśmiertelnemu,

Który pustynię roześwieca bladą

Gorącym słońcem! smutno tam jednemu

Z europejskich pamiątek gromadą

Śród gorącego pustyni kobierca

Błądzić z strzaskanem sercem — lub bez serca...

Jednak jest jakaś duma, co podnosi

Czoło północnych ludzi, gdy po świecie

Wicher nieszczęścia ich jak liście nosi —

Zniszczyć nie może, Pan Zbigniew był przecie

Kochany; wiedział, że ktoś Boga prosi

Za nim, że go wiatr pustyni nie zmiecie

Bez śladu, wziąwszy pod swych skrzydeł loty,

Jak zwiewa błędne w pustyni namioty.

Wiedział, że w Polszcze170 ktoś pamiętać będzie,

Błądząc nad stawem, gdzie srebrna topola

Osłania groblę; że zawsze i wszędzie

Dusze kochanków, jak harfy Eola171

Albo pod niebem gdzieś, jak dwa łabędzie,

Latają razem, choć je smutna dola

Rozłącza tu na ziemi i rozgania;

Wiedział to i te wszystkie porównania...

Pełny więc melancholii szedł po brzegu;

Wtem ujrzał dziwną rzecz i zbladł na twarzy

Patrząc... I mój rym także stanął w biegu,

A nim opiszę tę rzecz, słowa waży.

Niech mi żurawie zabrzmią hymn noclegu,

Niech pełny księżyc krwawo się rozżarzy

I stanie jedną czerwoną pochodnią

Nad wiedźmy172 temi z piekła i tą zbrodnią!

Arabki dwie, w koszulach czarnych, spod zasłony

Patrzące na świat dziko i jaszczurczo,

Siedzą na ziemi, jak dwie czarne wrony

Albo jak żaby w ogniu, gdy się skurczą,

Śpiewają dziwnie i dziwnemi tony

Albo zaklęcia jakieś ciemne burczą,

I palą dzikie bladym ogniem zielska.

Pomiędzy niemi główeczka anielska,

Główeczka tylko leży, ale żywa;

Oczki błękitne w niej ciągle latają,

Czasem się z ziemi jak gołąbek zrywa,

Złote jej włoski już powietrze krają

Jak dwa skrzydełka; ale rzecz straszliwa,

Zlęknione złote piórka opadają,

Nie mogły podnieść z ziemi białej róży,

Która zasypia — i znów oczki mruży.

Anioł lub jakaś nieszczęsna istota

Leżała w mocy czarownic zaklęta;

Rzucały ciągle na nią garście błota,

Mogiła z piasku, jako bąbel wzdęta,

Wstawała... z ogni piramida złota

Lub jak kręcony miecz, z płomieni kręta

Stała z ogromną powagą ogniową

Nad Arabkami dwiema i tą głową.

Pan Zbigniew dobył szabli — brzęk żelaza

Spłoszył dwa widma czarne, i z wybrzeża

Odlatywały żółte jak zaraza,

Jakby na skrzydłach czarnych nietoperza;

Na piasku żadna nie została zmaza,

Tylko ten ogień, jak piekielna wieża,

Tylko ta główka leżąca na ziemi

Z oczkiem niebieskim i z koralowemi

Ustami... Oczka otworzyła, żywa,

Na Beniowskiego głos; ten leciał z krzykiem,

Jak rycerz, który strasznych wież dobywa,

Wołając... polskim wołając językiem:

„Stójcie! to zemsta jest jakaś straszliwa!

To pewnie jaki Basza z sercem dzikiem,

Syryjczyk, lub Cylijczyk, lub Natolak173!...”

Na to krzyknęła główka: „Ach! Pan Polak?”

Beniowski stanął i otworzył usta.

Gdyby weń piorun uderzył, nie więcej

Zląkłby się; ale trwoga była pusta,

Poznał to zaraz rycerz najgoręcej

Zagrzany; wnet mu stanęła Prokusta

W myśli — Medea174 — Cyrce175, jeszcze więcej

Kobiet z historii dawnej, starożytnej,

I na szabli się oparłszy błękitnej,

Rzekł: „Polak jestem... tak, i Podolanin,

A ty kto, biedna?” — „Ja także z Podola,

Rzekła, targuje mnie teraz poganin,

W haremie ciężka czeka mnie niewola!

Obaczył mnie już także Moskal, Panin176,

U tutejszego na poselstwie króla.

I ten mnie także kupić chce, targuje;

Ale ja skonam albo się otruję.

„Jestem szlachecką córką, dom nasz cały —

Może słyszałeś o Gruszczyńskich dworze?

Hajdamaki177 nas w dzień napadli biały,

Ojca nie było, my same w komorze

Kobiety, kiedy rznęli, my krzyczały,

Matkę i babkę i maleńkich — Boże!

Nie mogę o tem ja oświecić Pana,

Ja patrząc, byłam sparaliżowana.

„Kozak mnie jeden, jak kawałek drzewa

Wyprostowaną wziął, i dał popowi178;

Pop kupił, teraz przedać się spodziewa,

Jeśli mnie piasek ten wrący uzdrowi.

Co dzień mnie błotem, jak widzisz, odziewa;

Co dzień mnie straszny dreszcz przechodzi mrowi

I we łzach oczy się nieszczęsne topią,

Gdy mię w ten piasek włożą i zakopią.

„A jednak biedna lękam się ozdrowieć,

Udaję zawsze martwą i kamienną.

Oto jest cała moja, Panie, spowiedź.

W tym błocie skwarnym leżąc, jestem senną;

Od słońca tego lękam się osowieć,

Taką ma dla mnie straszną twarz płomienną,

A jeszcze gorzej... gdy noc... chociaż zdrowa,

Nie śpię — w mogile mnie pop na noc chowa.

„Stary turecki jakiś domek trupa

Na górach stoi z okrągłą kopułką,

Tam jest nade mną nietoperzów179 kupa

I gniazda z ciągle piszczącą jaskółką;

Na drzewie także coś ciągle kołupa180,

A okno jedno nad glinianą półką,

Gdzie mię położą, a drzwi zawsze strzegą,

Świeci księżycem, jak twarz umarłego.

„O Panie, ratuj mnie! choćby potrzeba

Samej się bronić, w noc uciekać ciemną...”

Beniowski przerwał: „Niech ogniste nieba!

Wstawaj Acanna181 z ziemi i chodź ze mną,

Znajdziesz schronienie i kawałek chleba,

A ja przybyłem tutaj nie daremno,

Jeśli Bóg przez mię sierotę wspomaga...

Wstawaj!” A ona rzekła: „Jestem naga” —

To rzekła cicho i głoskiem dzieciny;

A rzekłszy, cała się ogniem zażegła,

I krew, jak jeden za drugim rubiny,

Po uszkach wstydem rozpalonych biegła;

Szyja się także stała u dziewczyny

Różaną — ale ziemia reszty strzegła,

Ziemia ognista, a nie pokazała,

Czy była cała różana, czy biała.

Beniowski także spłonął, potem zbielał —

Widać, że szukał w głowie prędkiej rady;

Oczyma smętny w różne strony strzelał,

Czuł, że rycerzem był dziwnej ballady.

Czy grób rozkopać?... Jakby się ośmielał,

Postąpił naprzód... wdaje się w układy

Z młodzieńczym wstydem, z rozwagą człowieka;

Wtem główka wrzasła: „Aj! niech Pan ucieka!”

Na ten wrzask rycerz obrócił się, patrzy —

Z pospólstwa chmurą leci pop na czele;

Rycerz za pasem miał naboi na trzy

Głowy, pomyślał sobie, że niewiele.

Obejrzał szablę, jak człowiek, co patrzy

Pierwej na siebie, niż nieprzyjaciele;

I stanął, patrząc srogo na pohańce —

Była to chmura kobiet i rzezańce182.

Turecki jeden święty, cały nagi

I krzywy, oczów183 pokazywał białka,

A w ręku jego była wielkiej wagi

Sękata z drzewa darfurskiego pałka;

Tłum cały sobie dodawał odwagi

Wrzaskiem; lecz w tłumie tym nie było śmiałka:

Beniowski więc stał z rycerskim wyrazem

Na twarzy, gotów siec po grzbietach płazem.

Wtem niespodziana rzecz! Gdzie indziej błoto

Rzucają, albo kamień lub kartofel;

Chmury — w krainie, gdzie między hołotą

Zjawi się jaki szary Mefistofel184;

Na Wschodzie biała płeć, która jest złotą,

Babusz (tak się zwie czerwony pantofel)

Zdejmuje z pięknej nóżki i zwycięża

Pantoflem... gacha, lub wroga, lub męża.

Co by powiedział pan Trentowski, który

W swych Aforyzmach ostrzega małżonka,

Że każda piękność nowa tej struktury,

Jakiej Klorynda185 była Amazonka,

Chociażby piękną była jak Ahury,

A miała tyle cnot, co Jagiellonka,

Dlatego właśnie, że jest taka chrobra,

Nie jest na żonę zdatna ani dobra.

Co by powiedział — widząc tę gromadę

Z bocianią czarną na nosie kitajką186,

Którą by każdą wziąć mógł za Palladę187,

Zwłaszcza że dzida jest u Niemców fajką!

Niech mówi, co chce — a ja dalej jadę

Z tym poematem, powieścią lub bajką

I w miniaturze ten bój, jak Izabej188,

Dam — lecz z szacunkiem zawsze dla płci słabej.

Więc, jak mówiłem, już chmura babuszów

Czerwonych nagle zaćmiła powietrze;

Świstać zaczęły smutnie koło uszów189

Jak afrykański tuman, gdy się zetrze

Z tumanem. Na kształt pierwszych karteluszów190

Pantofle naprzód przyleciały leksze191,

Potem ze starych nóg, ciężkie, schodzone,

Podbite ćwiekiem czarnym... i czerwone.

Jak bomby w ogniu rozgrzane, lub w burzy

Z wulkanów głazy, lub aerolity192

Gdyby z kochanek nóg — listkami róży

Takiemi chciałbym być nawet zabity,

Jeden mi taki trzewik teraz służy

Za lampę; płomień wspomnień w nim ukryty

Gore... w różanym ukryty atłasie,

A tak maleńki jest, jako oko w asie.

O! gdyby takie, z listków róż robione

Sylfów trzewiczki padały mu w oczy...

Pewnie by krzyknął: niech w różach utonę,

Niech mię zakryją, niech mnie blask zamroczy!

Ale ogromne babusze, czerwone,

Jak ogień albo grad, co żyto tłoczy,

Albo pioruny z alpejskich obłoków,

Albo też chmura latających smoków,

Z dołu i z góry krzyżują się, lecą —

Świata nie widać, słońce nawet ćmi się.

Próżno w nim gniewy się gorące niecą,

I zęby o ząb zgrzytają tygrysie;

Zamyka oczy — one ciągle miecą

Ten grad, za którym wszystko w oczach mgli się;

Zrazu się wahał — potem się ośmielił

I z pistoletu na wiatr w górę strzelił.

Wrzasnęło wojsko wiedźm, turecki święty

Upadł i zaczął wić się... paralityk;

Lecz pop prowadzi znów na bój zaczęty

Baby — szanowny pop — jakiś polityk,

Który chciał, aby pan poseł był wzięty,

A stąd przed Chanem by uniknął krytyk

I kar na popy we wschodnim kościele,

Których oskarżą de raptu puellae193.

„Jaki wstyd będzie, krzyczy, gdy Giaurowi194,

Co widział Chana małżonkę w kąpieli,

Zostaną oczy we łbie! Co Chan powie?

Jak się z was będą małżonkowie śmieli!

Ranioną babę święty wnet uzdrowi;

Ja dam na tytuń.” — Tu blask karabeli

Mignął mu w oczach; uderzony płazem

Padł okręcony, jak wężem, — żelazem.

Taka w niej była giętość, w owej szabli,

Którą Beniowski przypasał do boku

Mścić się ojczyzny... więc na kształt korabli195,

Łamał się rycerz śród szarego tłoku;

Aż uczuł coś we włosach na kształt grabli

I coś kociego razem uczuł w oku,

I coś ciężkiego obciążyło łokcie —

Były to ręce kobiet i paznokcie...

Reszta tej walki i rycerza wzięcie

Nie opisane jest w mojej kronice;

Sądzę, że gdyby nie miał był na wstręcie

Rąbać pałaszem takie czarownice,

Byłby zwyciężył. Więc na dyjamencie

Ryć tę szlachetność lwią! Jeśli krytyce

Jaki bok słaby tu w tych rymach podam,

To odwołuję się wnet zaraz — do dam...

Niech sądzą, niech się litują, niech płaczą,

Niech utyskują na los, piszą treny;

Niech ten kawałek paznokciem naznaczą

I odczytują w dzień słoty, migreny.

A pewnie same sobie wytłumaczą,

Dlaczego dał się wziąć przez te Syreny;

I rzekną: „Ach nieszczęsny — to go broni,

Że na tę biedną płeć nie podniósł dłoni!...”

Tak, to go broni — bo ja mam ważniejsze

Rzeczy i muszę rzucić bez obrony;

A sam do Chana prowadzę Borejszę,

Lutnię na wyższe nastroiwszy tony.

Gdzie o ojczyznę chodzi, rzeczy mniejsze

Muszą ustąpić — więc choć zasmucony

Rycerza mego wzięciem... kropki kładę...

A sam Borejszy śpiewam ambasadę196.

Chan krymski Kirym Giraj, jak cytryna

Żółty... wąsy miał długie, jak sum, kare197,

Ciało na szyi jak czerwona glina,

A oczu kocich, jasnych, takich parę,

Jak u tygrysa — dobry starowina,

Ale o buńczuk198 bardzo dbał i wiarę;

Ministra także miał przy swoim boku,

Oba siedzieli jak duchy — w obłoku.

Rzekłbyś, że Pluton199 z brodatym Charonem200

Siedzą i palą tytuń — w środku sali

Rozkwitła fajka wywróconym dzwonem,

Jak kocioł, gdzie się dusz tysiące pali.

Dwa węże w kocioł wetknięte ogonem

Do ust im lazły, a oni je ssali,

Smakując bardzo to, co bursztynową

Szyją wziął z kotła gad i oddał głową.

Oba siedzieli niby na przydworzu,

Choć nad głowami wisiała framuga:

Widać im było i błękit na morzu,

Gdzie lekkie skiby szły od wiatru pługa;

Widać meczety, kędy to dwurożu

Dyjamentowe światło wiecznie mruga,

Jak wiersz Bohdana201, gdzie w ciągłym przymusie

Pała różowy brylant — na turkusie.

Jak turkus bowiem było niebo wschodnie,

A turkus nawet taki bardzo rzadki.

Tatary moje więc siedzą wygodnie,

Nie ściany mając wkoło, ale kratki

Z drzewa, przez które czasem jak pochodnie

Łysnęły... oczy panny lub mężatki,

Oczy gruzyjskie, pełne, skrzące, duże —

I usta, czasem nie usta, lecz róże.

Ciekawość taka żonom pozwolona

Na Wschodzie, byle twarz zakryły samę,

Pokazać czasem wolno trochę łona

Przez rozciętego wskroś gorsetu bramę —

Ale twarz zawsze ściśle zasłoniona,

Jak miesiąc202, gdy nań ziemia rzuci plamę.

Szczęściem, że nawet teraz już na Wschodzie

Ten obskurantyzm203 twarzy nie jest w modzie.

U nas trwa jeszcze... nie w kobiecym stroju,

Lecz w poetycznych szkołach, ale szkoda

Na świegocące te wróble naboju.

Niech katolicka sobie płynie woda!

Niechaj używa wiersz dawnego kroju!

Niech epopeją204 nam piszą z Heroda,

Z biblii całej porobią obrazki

I o potopie też napiszą... kazki205!

Co do mnie — wolę Rafaela loże206

I te sufity, gdzie nad ludzką głową

Wisi w tęczowych blaskach dzieło Boże,

A taką sztuką odświeżone nową,

Tak nieśmiertelną, że umrzeć nie może,

Lecz o Jehowie będąc — jest Jehową,

Iskierką Jego treści dotykalną,

Ludzkim filarem wspartą — i widzialną.

Ja kiedym w górę spojrzał, to przestrachem

Zdjęty myślałem, że w braku sufitów

Niebiosa wiszą otwarte nad gmachem

I te kolumny są bez żadnych szczytów.

I chciałem myśli tytańskiej zamachem

Zbić to zwierciadło czynów i błękitów,

Gdzie powtórzone wisi Boskie dzieło

I trwa... a nasze co chwila — zginęło.

O tym to cudnie malowanym gipsie

Mówił Jan święty, że będzie zwinięte —

Mówiąc o kartach ksiąg w Apokalipsie,

Gdy trąby zagrzmią, fale staną wzdęte,

A Bóg światowi powie: w gruzy syp się!

A grobom powie: stójcie odemknięte!

A tym sufitom: skrzydłami się nieście

W niebo, bo z myśli i z nieba jesteście!

O biedny Rzymie, jak ty w Słowianina

Pieśni wyglądasz niemyślący, karny!

Na toż to przysłał Bóg Attyli syna,

Aby gitary tam dźwięk taki marny

Rzucił na wiatry?... a tam jednak glina

Z Grachów207... i z duchów stoi obłok czarny

Na Koloseum; księżyc je upiększa,

Lecz jest jak tylko jedna z tarcz, nie większa

Od Brutusowej. Z taką to koroną

Stoją ruiny, czarne i zębate.

O! prawda, że tam ptaszków pełne łono,

Że im powoje stanęły za szatę;

Że tam krzyż duma — i gromnice płoną;

Że tam, kędy lwom odmykano kratę,

Dzisiaj (widziałem sam biedny wygnaniec)

Wypada jakiś ksiądz, mnich, obłąkaniec —

Rzuca się, pieni, klnie i Carbonari208

Krzyczy... la gente d’ inferno209! i zgrzyta —

Sam jak hijena jest albo wilk szary,

Na żar położy więźnia i wypyta;

Do domu na kształt dymu albo pary

Wciśnie się, zyzem tygrysim powita,

Pieczenię zawsze nadybie gorącą,

Spowiada panią... uwodzi służącą.

I taki brudny czart czasem się chyli

I z pyłu lice odsłoni pomnika;

Ten pył, co leciał przed wojskiem Attyli,

Przed kopytami Hunów, Alaryka210

I nakrył dawne miasto, nim przybyli;

I jako ten grób, co się sam zamyka,

Zniknęło, cudzej uchodzące właści

I utonęło przed mieczem w przepaści.

Dzisiaj dobyta kolumna nie cała

Pyta się biedna cicho: „A co w Rzymie?

Czy mi czas było, abym zmartwychwstała?

Czy macie jakie na grobowcu imię,

Abym go strzegła ja i nad nim stała,

Ja co widziałam mogiły olbrzymie

I wiem, co dola ludzi niepowrótna,

I jeszcze po nich jestem dzisiaj — smutna...”

Tak pyta, gdy ją podnoszą na drągi

I stawią znowu czołem na gwiazd wianek.

O mój Bohdanie — ja ci tam posągi

Pokażę smutne piękniejszych poganek;

Ja ci pokażę dawne wodociągi,

Co idą, jako tłum Samarytanek,

Niosąc na głowie dzbany, korowody

Dzbanów! lecz wszystkie na głowach bez wody...

Choćbyś był jako Chrystus upragniony,

Pić ci nie dadzą, zostawią u studni;

Ja ci pokażę od Tybrowej strony

Rzym, co się myciem swej bielizny trudni,

A nie trudni się obmyciem korony,

A syczy, kiedy się dzień rozpołudni,

I gdy nań blaskiem przeraźliwym pała,

Jak wąż, co głowę ma na kłębku ciała...

O miserere211! jam go widział z góry

Et de profundis212 — wiem, jak widać z grobu!

Zielony on jest, a w płaszczu z purpury,

A w ręku uschły kwiat — z świętego żłobu;

Nad nim z ognistych smoków lecą chmury,

A z Dantejskiego nosi płaszcz wyrobu,

Dominikańskim mieniący się jadem,

A każda w nim nić — czartem albo gadem.

O mój Bohdanie! pod ten, co się skłębia,

Płaszcz, i sam przez się jest wiecznie ruchawy,

Ty lecisz z dziwną prostotą gołębia,

Chciwy napoju — i blasku i strawy...

I myśli się twój koń trwogą nie zdębia!

Żeś jest niewinne dziecko — znać z postawy;

Dlatego piecza213 i strach mię o ciebie,

Bo ten okropny duch żegnaniem — grzebie...

Ja byłem mędrszy z żurawi łańcucha,

Kiedym się zerwał sam i poszedł przodem;

A byłem, gdzie dwie srebrnych fontann bucha,

Przed gmachem wielkim i kolumn ogrodem;

Ja wtenczas silną różdżką mego ducha,

Co w środku ma kwiat — choć okryta lodem,

Zakląłem źródła, tak że w tej potrzebie

Anioły złote mi dwa dały z siebie...

Z tęczy, co wiecznie swoją wstążką pęta

Skrzydła fontannom i włos im ubielą,

Wyszły anioły przewodne, bliźnięta,

Wyszły i wiodły w kościół Zbawiciela;

I tę kopułę, która już pęknięta

Jak czaszka w grobie ludzka się rozdziela,

Wzięły na skrzydła złote, nad tułaczem,

Abym nie zwalił jej echem i płaczem.

Więc póki stałem pod ogromną banią,

To ją trzymała para jasnolica;

Wysokość — z piekieł równałem otchłanią,

Bo ta kopuła — to Alp rówiennica!

Chmury stukają w okna, idąc na nią,

I do kościoła wchodzi błyskawica,

Pioruny wchodzą jak nawałnic wodze,

Spotkawszy kościół powietrzny — na drodze.

Potem bóg Perun, wróciwszy w Łotysze,

Puszczom i sosnom blady opowiada:

„Na chmurach się tam las krzyżów214 kołysze,

I kościół w chmurach stoi i nie spada —

Choć ja i wichry, — moi towarzysze,

Ja i me dzieci, piorunów gromada,

Bierzem go w ręce, w skrzydła, z kolumn rwiemy

I tu na puszcze litewskie niesiemy.

Ale zwycięstwo kiedyś przy nas będzie,

Tu na piorunach czerwonych przyleci;

Marzanny w nim się zagnieżdżą łabędzie

I orły będą w czerepie mieć dzieci... ”

— Tak mówi Perun — ja wiem, że zdobędzie

Błyskawicami to, co próchnem świeci;

Dlategom bronił gmach od zaginienia

I aniołami ubrałem sklepienia.

A teraz wybacz, Cezarów mogiło,

I wy, Piotrowych fontann Świtezianki,

I ty, wisząca na powietrzu bryło,

I wy, kolumny, jak Pelejad215 wianki,

Stojące w chmurach... i ty, świata siło,

Krzyżu pokorny! i wy, dawne szranki,

Gdzie lew z Chrystusa walczył apostołem,

Wybaczcie, żem się na was oparł czołem...

Strudzony byłem i smętny — lecz znowu

Wielkim popiołem posypawszy ciemię,

Znów do mojego powrócę narodu,

Do pieśni, ludzi malować i ziemię;

Znów do krymskiego pójdę półostrowu216,

Rycerzy moich posadzić na strzemię

I nieść w pożarne Ukrainy łuny

Tych, którzy na mój głos powstali z truny.