Pieśń VII

Cieszmy się w Bogu, i niech ta pociecha

Poematowi mojemu odbierze

Te smutku wiecznie wtórujące echa,

Gdy o przeszłości grzmi harfa. Grabieże,

Mordy — rzeź, krwawa gruszczyniecka strzecha —

To wszystko są sny... Korsuńscy rycerze

Także nie więcej mają życia w sobie,

Jak ognik z trupów tańczący na grobie.

A jednak dziwna jest piękność w oddali

I w perspektywie poetycznej. — Sawy72

Kozacy szli po moście i błyskali,

Bo zachód słońca właśnie świecił krwawy;

Lirnicy w liry swoje dziko grali,

W Korsuniu73 pełno zgiełku, gwaru, wrzawy;

Dziedziniec pełny Żydów i Cyganów,

Szlachty, Kozaków, żebractwa i panów.

Pod śliwą właśnie stoi prosta ława,

Na niej Potocki74 regimentarz siedzi,

Jak sułtan, z wielkim bursztynem75 — Pan Sawa

Zdjął kołpak76, stanął jak wykuty z miedzi;

Twarz jego smutna i od słońca krwawa;

Chciał mówić... z własnym językiem się biedzi,

Spojrzał wokoło... o Boże litości!

Gruszczyński siedzi stary pośrzód gości...

Na jego twarzy spokojność wesoła,

Zapewne nie wie nic o własnym domu;

Pewno wyjechał przed porankiem z sioła.

Żeleźniak77 z wieścią nie dał ujść nikomu...

Nad spokojnością srebrzystego czoła

Zdała się wisieć chmura pełna gromu.

Sawie się zdało, że trupa zobaczył —

Odszedł — białego konia rozkulbaczył78,

Łzy strąca z oczu i klnie. — A tymczasem

Potocki wielką gotuje wyprawę

Na hajdamaków79, co pod bliskim lasem

Obozy swoje rozłożyli krwawe.

Z ranną mgłą myśli napaść i z hałasem,

Jak wrony, kiedy lecąc czynią wrzawę.

Ledwo na zamek spadły mgły wieczora,

Zaczął czarować kule Wernyhora80.

Zamek zabłysnął we środku czerwono

Od wielkich ogni, gdzie lano ołowie81;

Skry ognia, nimfy, ognistą koroną

Wirzą się, wieżom siadają na głowie —

Płynących się chmur oczerwienia łono;

Czasami gwiazdy — jako aniołowie

Przez czerwień chmury spojrzą srebrną twarzą,

Czasami skrzydło albo miecz pokażą.

Starzec trze lirę krwawą i wybucha

Z strun nieruszonych jakaś pieśń złowroga,

Tajemniczego pełna w sobie ducha,

Zakrwawionego pełna w sobie Boga...

Szlachta na szablach swych oparta słucha,

Kozactwo czasem odwrzaśnie, aż trwoga

Pada na pany, co przy stole siedzą

I smaczno chłodnik zabielany jedzą,

Jak Leonidas — co czarną polewkę

Jadł w Termopilach82. To mi porównanie

Przerwało nagle moją dziką śpiewkę,

I żmudne ludzkiej gliny pozłacanie;

Żupan tych ludzi musiał mieć podszewkę,

Albowiem złoto było na żupanie;

A jednak widząc, co jest dziś z narodem,

Boję się... aby wiatr nie był pod spodem

Żupanów. — Ja sam pilnie się otulam,

Aby nie podjął wiatr żupanu ducha —

Dlatego z myślą gdy najbardziej hulam,

Pod myślą są łzy... łzy — nie żadna skrucha!

Nad zabitymi ja się nie rozczulam,

Chyba że ogień z mogił ich wybucha,

Jak te Mojżesza iskier piramidy,

Co do ojczyzny wiodły nowej — Żydy83...

Z tych ciał otrutych przeze mnie zgnilizny

Sądzę, że taki słup płomienny wstanie

I zaprowadzi żywych do Ojczyzny

Prędzej, niż prorok84... i wyspowiadanie

Emigracyjnych wnętrz... Są różne blizny,

Których rozcięcie i poodmykanie

Więcej dobrego zrobi, jak ja sądzę,

Niż dowiedzenie przez księży, że błądzę.

Wreszcie potrzeba czasu w różnych rzeczach,

Już jedni leżą, drudzy jeszcze klęczą

Na wulkanowych czołach i na mieczach

Przed jakąś dziwną niewidzialną tęczą;

Co do mnie, ufam w słowiańskich narzeczach,

Że Boga w służbie wojskowej wyręczą,

I Narodowy Dziennik85 z całym dworem

Nie będzie nigdy niebios Monitorem86,

Ani wojskową gazetą... Sam nie wiem,

Dlaczego mówię tak... lecz mam przeczucie;

Czuję trumnianym pachnący modrzewiem

Naród, i w trumnie grające zepsucie...

A jednak — pod tym mogił chwastem, plewiem

Jest jakieś dziwne, ciągłe, głuche kucie,

Pod narodową słyszane mogiłą,

Jak gdyby serce ludu w kamień biło.

W północy — wstają mi włosy na głowie,

I zadziwiony słucham — i to słyszę,

Co muszą Boscy słyszeć aniołowie —

Jakąś okropność przyszłą, co kołysze

Światem... i miastom zapala na głowie

Straszne korony... Czujcie (ja wam piszę

Z ciemnego duchów świata list przestrogi)

Ludy, bo wkrótce będziecie jak Bogi.

Co rozwiążecie wy w żelaznej dłoni,

To rozwiązanem będzie... już na wieki.

A kto odejdzie od was — gdzie się schroni?

Z was będą góry, doliny i rzeki

I morza, które wiatr na słońce goni;

Z was port zatraty będzie i opieki,

Z was będą cienie jak morza rozlane,

Z was nad morzami słońca latarniane!

Czujcie! bo tętno już waszego chodu

W uszach wysokich ludzi — grzmi wyraźnie.

Na górach z cegieł i na igłach z lodu

Słuchałem... a duch swoję wyobraźnię

Przestroił wówczas na harfę narodu,

Me nienawiści dawne i przyjaźnie

Poddając twardej jedności... dlatego

Myśli me same się gryzą i strzegą.

Nie wy, Cheruby, co miecze z łuczywa87

Macie, z papieru złotego przyłbice,

Których nie Pan Bóg, lecz człowiek używa,

I wami sławy wysokiej kaplice

Oszyldwachuje88... przed tym, co się zrywa

Jak wiatr, i w oczach niesie błyskawice,

Nie wy, brytany, wejścia mi bronicie!

Ja jestem gwiazdą życia — co o świcie,

Skąpana w krwawej jutrzence, wychodzi

Różana — a dzień będzie wtenczas biały,

Gdy ja zagasnę. — Duch w cierpieniach rodzi

I w gniewie — ale w gniewie tak wspaniały,

Jako Bóg chmurny, gdy piorunem godzi

W najwyższe czoła alpejskie i skały.

Kto chce w pioruny wstąpić i w błyskanie

I śnić to, o czem śnię... niech przy mnie stanie!

Na tych wyżynach ducha jest ponura

Dla serc stroskanych cisza; tu ja czerpię

Ogień i maczam w ogniu orle pióra;

Tu na księżyca rumianego sierpie

Piękności dawnych nieśmiertelna córa

Rozwidnia oczy me, a kiedy cierpię,

Przeszłości dawnej cień na szczycie skalnym

Stawia i czyni przede mną widzialnym.

Tak widzieliście próchnem wysrebrzone

Dębów umarłych wnętrza — i kaplice,

Rumaki białe w polach wystrzelone —

Kozaków — księży — szlachtę i dziewice.

Ariost by patrzał sam na te szalone

Miłostki, boje, szturmy, nawałnice,

Rycerzy przy kielichu i w podróży,

Którym za cały czar — fantazja służy.

Zaczarowanych palm tu nie ma wcale;

Dęby i sosny i brzozy rodzime

Odbite w stawów podolskich krysztale

Reprezentują mi nową Solimę89.

Z krzyżami złotych miast i wież nie walę,

Dla prawdy nagiej wielką mam estymę,

Do rymu nigdy sensu nie naginam,

Nie tworzę prawie nic, lecz przypominam.

Więc Mnemozyno90, pomóż... niech przypomnę,

Gdzie mój bohater został? — Rzecz nie lada!

Człowiek, co takie podróże ogromne

Odbył, ten musi jeździć, jak ballada,

Na upiorowym koniu: siodło skromne,

Dwie kości na krzyż, a tam gdzie się siada,

Mała czaszeczka ludzka, co wyszczerza

Oczy błyszczące, jak żar, spod rycerza.

Siodła dziś takie w modzie, oraz z czaszek

Robione w modzie są dzisiaj puhary;

Ja sam się złowić raz dałem jak ptaszek

I piłem z trupiej głowy tokaj stary;

O czem tak wiele już było baraszek91,

Że... dalej, pani Muzo, — okulary

Tęczowe włóż mi na nos, niech wypatrzę

Znów bohatera mego na teatrze

Wypadków. — Szekspir mówi, że to życie

Scenicznym bardzo jest podobne zmianom;

Bóg, jako wielki widz, siedzi w błękicie,

Suflerstwo dawnym zostawił kurhanom.

Mimo to jednak jest bardzo obficie

Złych dram... a pierwsze role, dane panom,

Najgorsze! — smętną uderzeni stalą,

Bez żadnej rzymskiej gracji z nóg się walą.

I gdyby u nóg kochanek, wpatrzeni

W oczy błękitne albo w czarne oczy,

Rzucali duszę swą pełną płomieni

Z harfy westchnieniem — Lecz nie... czerw92 ich toczy!

Śmierć ich zastaje w szambelańskiej sieni

W zielonym fraku!... czasem ich przeskoczy

W biegu tańcząca królowa szkieletów,

Takie zrobili niskie progi z grzbietów!

Ale czas wrócić już i do porządku

Przywołać rymy, chodzące samopas;

Poemat mój szedł tak dobrze z początku,

Kiedy był głodny — teraz, kiedy popas,

Zdaje się, że mu znów zabrakło wątku.

Każda z tych moich strof, jak blady topaz,

Oszlifowana w różne kostki rymu...

Lecz muszę z panem Beniowskim do Krymu.

Gdzieżem zostawił go? — Tak! przy księżycu

Ujrzał rycerzy błędnych koczowisko;

Zbroja błyszczała na jednym szlachcicu —

Zbyt rzadkie na ten już wiek widowisko.

Beniowski z miłym uśmiechem na licu,

Widząc, że kuchnia była bardzo blisko,

Zsiadł z konia i rzekł: — „Czy wolno zapytać,

Kogo mam honor i przyjemność witać?...”

Na to pancernik gruby, lecz ostrożny

Jak Litwin: — „A Wać kto sam, Mości Panie?”

— „Jestem Beniowski”, rzekł, patrząc na rożny

Rycerz. — Tu drugi rozpoczął śpiewanie

Opowiadając, że się zwie wielmożny

Borejsza, że ma wielkie zachowanie

U Radziwiłła i wieś do przeżycia93

I bardzo grzmiącą, wielką sławę — z picia.

Dodał, że posłem jest, do Krymu jedzie

Zaprosić Chana w całe sto tysięcy

Tatarów, wrzkomo tylko na niedźwiedzie,

Tylko na białe niedźwiedzie, nic więcej. —

W tym sensie książę Karol94 po obiedzie

Ręki swej własnej mordując książęcej,

Napisał list do Chana, w najdziwniejsze

Essy... i z listem wyprawił Borejszę.

Przydał mu także Tatara spod Waki95,

Syna jednego Mołły96, na tłumacza;

Są to od dawna zagnieżdżone ptaki

W Litwie97, lud prosty; lecz jeszcze oracza

Pozłota wschodnia trzyma się — i znaki,

Które na twarzach rycerstwo wytłacza,

Widome dotąd, z wieśniaczego lica

Błysną, jak krzywych mieczów błyskawica.

Gdy ostrzy kosę taki Tatar stary,

To nieraz stanie i w dźwięk się zasłucha;

Sosny mu wtenczas szumią, jak sztandary,

A chmury w oczach, jakby skrzydłem ducha

Mahometańskich wojsk pędzone mary,

Idą na północ; a gdy kosa krucha,

Osełkiem98 tarta, na puszczę zabrzęczy —

Ałłach! il Ałłach! z puszcz, jak echo jęczy.

W Tatarze wtenczas, jak w ognistym ptaku,

Palą się oczy — stepy przypomina

I słone jakieś jeziora Kipczaku99,

O których tylko wieść z ojca do syna

Przeszła po mglistym i tęczowym szlaku,

Który nad głową ludu już zaczyna

Gasnąć i zorzę zdejmować różaną —

Aż w ciemnej nocy — bez pamiątek wstaną.

To wtenczas próżno już śród mogił pola

Głupim poetom budzić lutnię smętną;

Zostawić lepiej ją skrzydłom Eola100,

Nieprzewidziane z niej dobędzie tętno;

Lub skowronkowa ją przyszłości rola

Zaśpiewa pieśnią dziwną, nie namiętną

I tak spokojną, jak wiośniane szmery,

I tak wysoką, jak grające sfery.

Taką pieśń dziwnej do smutku podniety

Śpiewają czarny modrzew z czarnym cisem,

Tuląc skrzydłami wygnańce meczety

I groby z dawnym Koranu napisem;

Kamienie z ziemi tak podniosły grzbiety,

Jakby wstawały na sąd przed Eblisem101,

Wszystkie na słońce obrócone wschodnie,

O wschodzie błyszczą z trawy, jak pochodnie.

W powietrzu smutny półksiężyc blaszany

Do nieba zda się wznosić srebrne ręce,

Za grobowcami prosząc, co spod ściany

Meczetu, jako pochodnie jarzęce102

Palą się ogniem do Pana nad Pany,

O jego życiu i ranach i męce

I o tem, jako z ludzi był najkrwawszy,

Pierwszy raz głucho w ziemi usłyszawszy.

Każda tych liter nieznajomych zgłoska

Zda się w ten kamień coraz głębiej wrywać.

Jeśli to prawda, Rodzicielko Boska,

Że umiesz serca zranione odkrywać:

Ty na ten księżyc, który się tak troska

O groby swoje, musisz przylatywać

I w ogniu zorzy, jak róża Jericho,

Na tym meczecie smętnym kwitnąć cicho.

Z twarzą do nieba wzniesioną, śród lasu,

Nad muzułmańskim cmentarzem ty stoisz

I słuchasz sosen smętnego hałasu,

A złotą z twych rąk rosą kwiaty poisz,

Aż groby życia płaczące i czasu

Ty spokojnością swoją uspokoisz,

Jak smutny obóz kamiennych namiotów,

Ten smutny cmentarz bez bram i bez płotów...

Przy jednym z takich cmentarzy syn Mołły,

Pan Abdulewicz Hamet się wychował;

Potem go ojciec dał, by pańskie stoły

Nakrywał, pańskie kolana całował.

Młodzieniec wyszedł z Radziwiłła szkoły

Jak flet przedęty; dzikie serce schował

Głęboko w piersi przed szlacheckim gminem,

I pierś Radzwiłła103 nakrył karmazynem...

I myślał, że już jako kuropatwa,

Gdy głowę w śniegu pochowa i oczy,

Myśli, że już ją pies ani też dziatwa,

Idąc z podjazdem, nie dojrzy, przeskoczy;

Tymczasem w śniegu skryć się rzecz niełatwa,

Ani też rybie w lodowej przezroczy

Znaleść schronienie przed rybaka ością,

Ni wśród pijaków ukryć się — z miłością.

Łatwiej wulkanom wybuchnąć na morzu

I znów się tylko kryć pod falną skałą;

Łatwiej kwitnącym różom na bezdrożu

Niebiosom liście i woń oddać całą,

Niźli na pańskim pijackim przydworzu

Przed ludźmi miłość jasną i nieśmiałą

Ukryć! Tem bardziej tę strofę zaostrzę,

Mówiąc, że w księcia się zakochał siostrze...

Przypadkie takie są zbyt gęste: Tasso,

Żukowski104, ruski belfer i poeta,

Który balladę odział wielką krasą —

(Podług mnie jeszcze nie wielka zaleta...)

W rosyjskich rymach pachnie skwierne miasso105,

A wiersze są — jak pasy zdarte z grzbieta

Knutem... prześliczny język... ale razem

Pachnie mi żywym mięsem — i Kaukazem!

Lecz język piękny, pełny dyjamentów

W Puszkinie106... w panu Sękowskim107 podłości...

Dziś, jak słyszałem, pisze pan Lermentów108,

Który pół życia na Kaukazie gości —

Takich do niego car doznaje wstrętów,

Do niego i do laurowej parości109,

Która nietknięta nożem i nożycą

Może rość i być kiedyś — szubienicą...

To o poetach ruskich. — Car jest wspólnik

Poetów, jest Minosem110, estetyką,

Szleglem; na niego patrzy pan Kukulnik111

Tragedię jaką zamyślając dziką,

Za sceną bowiem stoi karaulnik112

Z ogromną pałką, szablą lub motyką,

Z kibitką113, z wielkim budników114 ogonem,

Jak Débats i Jules Janin115 z felietonem.

Benkendorf-Reviev116, pismo zdrowych sądów,

Największy robi ruch w czasowych gwarach,

I sądzę, że ta konnica z wielbłądów

I z krzywych, bladych ludzi w okularach,

Którą zjadł piasek nadkaspijskich lądów

I ziemia w spiekłych pochłonęła szparach,

Owa konnica do Chiwy117 dramatów

Posłana, była wojskiem z literatów.

Czysty Furieryzm118 i zastosowanie

Falang do krajów nieznanych zdobycia!

Szkoda, że w piasku zginęli bałwanie

Ci w okularach ludzie, co odkrycia

Mogli porobić ważne. — O! Słowianie!

Długoż pod knutem119 wytrzymując bicia,

Drżąc jak otruty pies, co tylko skomli,

Będziecie słuchać grających na dromli120

Poetów!... Piszczą, jak pod korkiem szklanka,

Na jakąś dziwną nutę, niby świeżą;

Prawda i piękność stoi jak wygnanka,

Harfa się stała skrzypka... urna — dzieżą...

Tam znów uczony miły Czech, pan Hanka121,

Pieczętuje się... tu mi nie uwierzą

Hermafrodyty122, Słowiano-Polacy123,

Że na pieczątce Hanki są — Kozacy!...

Pod Kozakami mu służy za motto

Słóweczko małe, lecz bardzo dobitne:

„В перед124”... Nadzieja jest nadzwyczaj złotą

I mędrca w sfery unosi błękitne.

Chciałbym, ażeby — nim mu Parka Kloto125

Nić życia i badania starożytne

Przetnie — ażeby mu zrobili rajem

Ten świat Kozacy jego dwaj — z nahajem126!

Niewiele żądam... aby w jego domu

Postojem tylko stanęli dwaj Dońce127!

Bóg widzi, złego nie życzę nikomu,

I tych, co ludom zapalają słońce

Laurami... rad bym ochronić od gromu;

Innych, co jako piekła są obrońce,

Rad bym uczynić na tym lauru drzewie

Liściami128... Strofę tę pisałem w gniewie —

Czy zmazać? — nie! na Boga! niechaj stoi

W dantejskich moich strof gryzącym tłumie!

Czech, co Kozaków myślą w Renie poi,

Choć Niemiec129, może głos ludzki zrozumie.

Ja wracam pod las, gdzie rycerze moi

Jedzą — przy dębów rozwahanych szumie,

Siedząc na srebrnej księżycem lewadzie130

Kwiatami wonnej. Już miesiąc się kładzie

Do snu, a oni jeszcze zgodnie gwarzą,

Jaki to będzie wiek dla Polski złoty,

Gdy z niej Barszczanie131 całą hańbę zmażą,

Wyrzucą Moskwę i króla za płoty...

Tatar, na księżyc obrócony twarzą,

Przemawia hymnem czarownym tęsknoty

Do miesięcznego blasku, i uśmierza

Serce słowami wielbłądów pasterza...

O! ileż razy, ognisty proroku132

Boga, śród twoich wielbłądów klęczących,

Z księżycem srebrnym w rozgorzałym oku,

Musiałeś dumać tak, gdy z fal gorących

Wychodził krwawy par133 na kształt obłoku

I snuł po stepie... Królu konających!

Wiara twa odlatuje i zostawi

Hymn taki smutny, jak echo żurawi...

Wkrótce Słowianin z twoich wież postrąca

Śpiewaki, Boga śpiewające imię;

Z wież twoich zrzuci białe półmiesiące134,

Na piersiach twoich odalisk135 zadrzymie136.

Na falach twoich twoja flota drżąca

Stoi, jak wojsko upiorów olbrzymie;

Chciałaby zakryć twoje piersi całe

Spróchniałym żaglem — królestwo spróchniałe.

Próżno — o próżno! rany tajemnicze

Rozryły twoje nieszczęśliwe ciało;

Twoje mi śmiercią już blade oblicze

Umarłych moich ojców przypomniało137

I tę godzinę, gdy byli pod bicze

Dani, jak Chrystus... i gdy w nich konało

Serce... i gorszą jeszcze, niż skonanie,

Tę — gdy przestali wierzyć w zmartwychwstanie.

Przez podobieństwo śmierci, przez tę ciszę,

Co się nad tobą teraz rozpostarła,

Zabłądzonemu w twoich palm zacisze

Serceś mi wzięła, moje łzy wydarła!

Meczetów twoich płacz wieczorny słyszę,

I po tem śpiewie wiem, żeś nie umarła,

Ani się podłym uklęknieniem spodlisz,

Bo patrzysz w słońce i o śmierć się modlisz!

Niech ci zgon będzie słodki — a w pustyni

Pod namiotami kiedyś Arab stary

Powieścią swoją wielki płacz uczyni,

Twe księżycowe śpiewając sztandary,

Gdy z wiatrem nieśli je Salahedyni138

Przeciwko złotym krzyżom innej wiary.

Araby ogień obsiędą stepowy

I będą słuchać, smutne chyląc głowy;

Lub zapatrzeni w jasnych gwiazd orszaki,

Które od wieków nie zmieniły chodu

I są dla ludów rodzonych, jak znaki,

I takie same po zgonie narodu.

Tymczasem płomyk wstający z kulbaki139

Palcami gasi olbrzymi król lodu —

I gaśnie państwo białego księżyca140,

Jak w poemacie Dziadów druga świéca.

Pieśń moja gaśnie także, z tej posępnej

Barwy nie mogąc wyjść na blaski świtu;

Smutek ma w sobie tyle siły wstępnej,

Że coraz wyżej w krainy błękitu

Prowadzi — a więc do pieśni następnej

Odsyłam wszystkich ciekawych pobytu

Ambasadorów moich śród meczetów

I gór, co mają wszystkie kształt sonetów141.

Więc tu, kochany czytelniku, chciej się

Zatrzymać... nieco odpocząć wraz ze mną...

Jeśli wesoły jesteś — z ludzi śmiej się;

Jeżeliś smutny, wiedz, że się daremno

Smucisz... Gotuj się być na Kikinejsie

I Czatyrdachu; w noc zupełnie ciemną

Samego z moją Muzą cię zostawię,

Jeśli przyrzeczesz, że... (żałuję prawie,

Żem przyrzekł) jeśli przyrzeczesz na cienie

Ojców, że... zresztą, jak chcesz... dosyć stara,

I panna!... zaraz mówi o hymenie142,

Za gorsem kontrakt ma ślubny; Ikara

Złowiłaby za skrzydła i sumnienie;

Zaraz się pyta, jaki twój ród, wiara,

Majątek... i wnet łączy się akordem143;

Mówią, że już raz była za milordem.

Tak mówi Dziennik Narodowy; — przeczę!

Ostrzegam wszystkich was, że jest dziewicą!144

Nawet zaręczam... Lecz oczyma piecze,

A głowę nosi swą pod błyskawicą.

Dlatego chociaż mnie przed ołtarz wlecze,

Wolę w ciemności żyć, niż z taką świécą

Usque ad mortem...145 kirielejson kirie146!

Nie żonę mieć przy sobie — lecz Walkirię147.