VII

Potem głos dźwięczny — nie drzący i młody,

Głos Beniowskiego wyszedł z głuchej ciszy;

— „Od harmat lękam się w taborze szkody,

Na ochotnika kto mi towarzyszy?

Nim dzień zabłyśnie, wrócim do gospody,

Wpadłszy na wroga prędzej, niż usłyszy;

A jeśli śpiące porozstawiał czaty:

Zaszpuntujemy złapawszy harmaty.

„Harmaty bowiem słyszę; z harmat będzie

Obrona memu drewnianemu miastu.

Panowie szlachta, kto szkapy dosiędzie,

Za mną!” — Stanęło szlachty stu trzynastu;

Ci w niedobranym wystąpili rzędzie;

Reszta została niby dla balastu

W taborze szarym, jak na dnie okrętu

Fuzje bez kurka, szable bez pendentu388...

..................................................

..................................................

..................................................

..................................................

Potem ze złotych słonecznych promieni

Rycerze jacyś konni i wysoko,

Jakby w powietrznym blasku zawieszeni,

Schodzili na dół; oblani posoką

Husarzów zdają się lecących cieni.

Ale już widać — szlachta działa wloką

Za nimi leksza druga złota chmura,

A nad nią szable — jak kłosy i pióra,

Lekkie i krzywe. Za tą znów gromadą

Widma czarniejsze, na zwinnych rumakach

Spisy389 i ciała swe na spisach kładą,

I tak schyleni leżą na kulbakach;

Czasem Tatarów na stepach dojadą —

Strzelą... i pierzchną — wiją się po krzakach —

Znowu się łączą... Ałłach dają nowy,

W którym sam El Dżin szablą ściął dwie głowy.

Tymczasem wozy Borejsza odmyka,

Na szlachtę czeka, rozsuwa kolaski;

Rzekłbyś, że widzisz dobrego ptasznika,

Który otworzył swoje samotrzaski.

Leci szarego chmura wojownika,

Turkocą działa, idą z szabel blaski,

Wpadają w tabor... Wódz nie przewodniczy;

Stanął przy bramie i rycerzy liczy.

Jak pasterz stary, gdy pastuszki wiodą

Bydło, nie idzie spocząć do piekarni,

Lecz przy oborze rozlicza się z trzodą;

Tak i wodzowie — gdy są gospodarni,

Wyżsi od ludu sercem i urodą,

A jako żołnierz krwią i prochem czarni —

Nim pójdą w namiot, to wiedzą najpierwsi,

Ile kul padło w sztandar — ile w piersi.

Przed wodzem szlachta przepędza zwycięska,

El Dżin przeleciał, jak wiatr, z Tatarami;

W Beniowskim twarz się stała prawie męska,

A krew mu szablę po rękojeść plami;

Tabor jak harfa szumów czarnoksięska

Wre pieśnią — działa czyszczą żupanami,

Bowiem je wzięto ze krwią bombardierów390,

Rozciąwszy wiele czaszek i giwerów.

Pułkownik także Salmur w piersi ranny

Wzięty w niewolę; Szwed posępnej twarzy,

Piękny jak młody kochanek Dyjanny,

Który przy działach właśnie stał na straży,

Na Zygmuntówce391 miecz strzaskał, jak szklanny,

I już mu głowę mieli ściąć Tatarzy —

Beniowski strasznym przywiedziony krzykiem

Wziął go, gdy z lontem już stał nad jaszczykiem392.

Takie dnia tego było powodzenie;

Cokolwiek także wzięto karabinów,

Prochu, kul — ważne dla taboru mienie,

Droższe niż beczki pereł i rubinów.

I tak Barowi stepem szło zbawienie

I stepem szła wieść Beniowskiego czynów.

Dalsze taboru walki i turnieje

Następna wam pieśń powie i opieje.