VIII

Wystawcie sobie nową Salaminę393,

Drewnianym murem wkoło opasaną;

Wystawcie sobie idącą mieścinę,

Wystawcie sobie fortecę drewnianą;

Wystawcie sobie tę smutną równinę,

Gdzie mogiłami o wiekach pisano,

Jako na karcie najpiękniejszej świata

Najcudowniejsze dawne poemata394,

Które dziś śpiewa wiatr, gadają krzyże,

Kraczą sokoły, w szumach niosą chmury...

Dziś tabor koła posuwa niechyże

Po wielkiej trawie, a strzelb wytknął rury,

A ma na nogach swoich złote spiże —

Jak ćma, gdy złoty wąs niesie do góry,

Albo jak ślimak, co z domem się toczy,

Wysuwa rogi, na rogach ma oczy...

Wystawcie sobie, że się tak posuwa

Stepem; a wkoło są moskiewskie szyki.

Moskal — wokoło rozwinięty czuwa,

Kozackie błyszczą kulbaki395 i piki;

W środku głód wszczął się i męstwo zatruwa;

Jedzą kobyły, skóry i trzewiki,

Skra gorączkowa głodu w oczach stoi;

Nie atakuje wróg — lecz niepokoi...

Zaledwie cztery mil na dzień uchodzą —

Do Baru jeszcze takiej drogi trzy dni,

Moskale ciągle lub ranią lub głodzą;

Tatarzy stali się jak psy ohydni —

Chcą zacząć trupy jeść. — Węże się rodzą

W sercach — krew harda oczy im rozwidni;

Patrzą po sobie — i milczą głęboko,

Lecz jak szakale mają twarz i oko.

Zda się, że szczęki wzięły kształt zwierzęcy

I wyciągnęły się, zbielały zęby.

Słońce szło wyżej i piekło goręcej,

A par396 wychodził czerwonemi kłęby;

I nawet wróble, co w kilka tysięcy,

Licząc w to szczygły, czyżyki i zięby,

Żyły w taborze — ze strasznego grodu

Wygnała je dziś czarownica głodu.

I poleciały chmurą do Moskali

Ptaszęta owe, jako zdrajce397 kraju;

Głód został — i gry, w karty zawsze grali,

Brzęk złota, jak brzęk trupiego ruczaju,

Mięszał się z brzękiem rozpłakanym stali;

A głód, jak Mojżesz straszny na Synaju,

Siadł na wysokim wozie, w ognia chmurze,

Czarny, jak szabla schowana w jaszczurze398

I patrzał na tę ćmę, co stawia złoto

Na karty, i tem wnętrzności ucisza...

Beniowski jeden nad szarą hołotą

Został bez druha i bez towarzysza;

Sposępniał — smutek zrobił go istotą

Wyższą, na głód ma cierpliwość Derwisza,

Na skargi szlachty, wymówki okrutne —

Czoło spokojne, blade — ale smutne...

Jeszcze dziś odparł szturm i na temlaku399

Ma lewą rękę — noc spokojną zyska;

Postawił straże i sam na rumaku

Obejrzał tabor, wrogów stanowiska;

Pewnie noc cała przejdzie bez ataku,

Moskal zapalił czerwone ogniska,

Leży po bitwie; pora jest dogodna

Natrzeć, lecz konie chude — szlachta głodna.

Tatarzy także przy wielbłądach siedli

I patrzą w ogień straszni, zadumani...

Skra się w zrennicy suchej tak zwierciedli,

Jakby krew ludzka z ogniem były na niej;

Coś grzybów czarnych zebrali i jedli —

Może to z worków swoich ci szatani

Dobyli, aby głód umorzyć krwawy,

Straszniejszy jeszcze, niż szatańskie strawy...

Koło ich kwater przeszedł — nie zagląda

W usta, nie patrzy, co pod jataganem400;

Śród klęczącego zostawił wielbłąda

Te straszne sfinksy, będące kurhanem;

Bóg od nich jak od grobowców zażąda,

Aby krew cudzą ust wylali dzbanem,

I z prochu swego proch oddadzą cudzy

I z potępionych ludzi — wyjdą drudzy...

Beniowski przeszedł mimo. Noc gorąca,

Step parzy; niebo — choć noc — czerwienieje;

Nie było ani gwiazd, ani miesiąca,

Ani tej rosy, co po stepach sieje

Narcyzy, ani wiatru; — pieśń płacząca,

Co w ukraińską noc po kwiatach wieje,

Odezwała się; — wszystko pokój wróży,

Jednak powietrze gęste — pełne burzy...

Beniowski straże postawiwszy wkoło,

Wszedł do namiotu; tam po jednej stronie

Lirnik, na lirze położywszy czoło,

Leżał, w przegrodzie drugiej stały konie.

Namiot wyglądał odarto i goło,

Ze skór był owczych; kaganiec401 w nim płonie,

O szable różne i o bronie trąca

Blady, jak złota gwiazda czuwająca...

Lirnik w postawie lwa, na wilczej skórze

Leży na ziemi — włos ma pełny prochu,

Zwinięty, srebrny — jak gniazdo jaszczurze,

Które wylęgła krew i wilgoć lochu.

Blisko przy drugim i skórzanym murze

Siedział pułkownik; garść suchego grochu

Od Perkunasa kupił: — dał zegarek,

I ma to jeszcze prawie za podarek......

..................................................

..................................................

Pieśń XII402

Gdy więc zabrano podstępem Ladawę,

Zamek się ten stał jak główna kwatera,

Obaczono tam orła, pana Sawę403,

Pułaskich404 obu i Dumuriera405,

Wiele szlachcianek, które przez obawę

Kozaków, jako w powieści Homera

Strwożone nimfy przed młotem Cyklopów,

Zbiegły się, woląc tę szlachtę, niż chłopów.

Była tam księżna Elżbieta, co ongi

Z książęciem saskim w wiejskim pałacyku

Widywała się... i przez swe pociągi,

Perły łez, tęcze uśmiechów — bez liku

Serc zdobywała. Inne dziwolągi

W kornetach406, z kwiatem nawet na trzewiku

Jako w Noego zeszły się korabie407

W tym zamku — wojny zaczynając babie.

Jedna żądała Sasa... i fontazie408

Robiła z wstążek żółtych saskiej maści

I przypinała je, żółtej zarazie

Podobna. — Druga miała do napaści

Szkaplerze, tarte przy świętym obrazie

Loyoli409. — Trzecia, podobna przepaści

Robiła vacuum410 wielkie, jako sfera,

Sama rządzona przez słońce Woltera.

Przy niej Wybicki411 pisał pamiętniki,

Nauce baby dziwiąc się... w rozpaczy,

Że się nie uczył w szkołach botaniki...

(Nie takiej, która mówi, co kwiat znaczy,

Ale tej, która każdy listek dziki

Zwie po łacinie). Przez co się tłumaczy

Cała ówczesna Polska za nauką

Lecąca, jak dziś pan Hugo412 — za sztuką;

Jak Wagner, sługa Fausta, gap uczony,

Któremu zda się, że już wiele umie,

A jeszcze słów są ogromne szwadrony,

Których rozumem swoim nie rozumie...

Słowem, zamek był szlachtą przepełniony.

Potrzeba było jak przy morskim szumie

Używać trąby akustycznej — aby

Powiedzieć jedną prawdę, że kraj słaby.

Szlachta uczona była na Alwarze413

Przypadkowania i strachu herezji414

Przez ludzi, którzy nie patrzali w twarze,

Ale na nogi; a zaś dla poezji

Pisali złote i srebrne ołtarze,

Podobne pięknym balladom Świtezi

Lub Dziadów... w których spotykał wyrostka

Nie Gustaw — lecz Jan Kapistran lub Kostka,

Z kobiet zaś święta Tima lub Agnieszka

Z kleszczami, które rwą zęby. — Do róży

Poezji trudna bardzo była ścieżka;

Dlatego nikt nie przedsiębrał podróży.

Szlachcic, co w domku pod lipami mieszka

I Panu Bogu czasem szablą służy,

A czasem rąbał łeb przy trybunale —

Że poetycznym był... nie wiedział wcale.

Pułaski, który w szarej się czamarce415

Po salach włóczył — a czasem przez wonny

Kłąb lip wyprawiał na swym koniu harce,

Jakoby młody, srebrny anioł konny,

Gdy pod lipami stali chłopy starce

Kiwając łbami — że był jednotonny

W rozmowie, śród bab stał zawsze z daleka

I nie uchodził za orła człowieka.

Za to był pewien książę Lubor, młody,

Rumiany, pięknej postaci topornej,

Który z Warszawy właśnie przywiózł mody,

Z Warszawy wówczas jeszcze bardzo wolnej.

Ten był brylantem najpiękniejszej wody

U pań, w dowcipie na kształt żupy416 solnej

Niewyczerpany, pełny zawsze szeptów;

Bo tyle miał par butów — co konceptów...

Z nim zwykle pani Dafnicka Sybilla,

Która umiała już język francuski,

Gadając piekła raka albo gila,

Choć mówią, że ją król szanował pruski

Z dowcipu. Jakoż raz (o! krotochwila417)

Książę dowodził jej, że polskie kluski

Zowią się wszędzie z drugiej Renu strony

Po towarzystwach wyższych: pedenony.

Z czego ją wtrącił w taki gniew, że z miny

Piorunem była, a ze wzroku furią;

Bo to już wzięła za wyraźne drwiny —

Nie za dowcipu różę, lecz nasturią.

Kluski nazwała larmami z faryny418,

A księcia błaznem... bo sprowadził z gór ją

Wyższego tonu, i tonem Polaka

Przymusił zawsze bladą — upiec raka.

Tę panią zawsze wielkie myśli pasły

I książkowe ją napełniały strawy.

Ksiądz ją spowiadał chudy, mąż opasły

Nie miał z nią bardzo dawno żadnej sprawy;

Zwykle chodziła jak wulkan zagasły,

Mając na głowie wielkie sople z lawy,

Których dostarczał ognisty Wezuwiusz;

Synka jednego mając, zwała... Fulwiusz.

Wystawcie więc sobie moją Anielę

W takim żałosnym gronie ze swym tatkiem,

W którym się nagle, jak w starym kościele,

Duch jakiś rzymski pokazał przypadkiem;

Mowy miał od tych słów: — „Obywatele!

Upadających mocarstw byłem świadkiem:

Nie siarka niszczy je, ani saletra,

Ale niezgoda... pijaństwo... et cetra419!”

Takiemi mowy, sądził, że pomaga

Nadzwyczaj panom Pułaskim w robocie.

Słowem — że stał się mówcą stary szlaga

I wszystkich bardzo zachęcał ku cnocie;

A choć słów była bardzo mała waga,

Takie dziesiątki wyrzucił i krocie

I tyle skrytych ku Moskwie przyczepnin420,

Że się dowiedział o tem... tutor421: Repnin422.

A że ze słuchu tego buntowszczyka

Znał tylko, myślał, że to Galeador

Lub Artur, który dom szlachcie odmyka

I dla wolności ludu wpada w ador423;

Porwawszy więc wprzód biskupa Sołtyka424

I Rzewuskiego425, mądry ambasador,

Który przedsiębrał zawsze drogi proste,

Posłał kibitkę po pana starostę...

Pierwsza kibitko ruska! gdy w okręcie

Polskim już zamach strupiały poczuto,

Ty pokazałaś się w śniegu zamęcie

Jako ludożer pierwszy, za tą szkutą426

Płynący... Inne ryby mają cięcie,

Lub paszczę na miecz srebrzysty przekutą,

I pod wodami są okrętom piłą,

A potem — ludzi pożartych mogiłą.

Spod głębi morza nigdy nie wychodzą,

Ale chowają tam okropne głody;

Jako robaki spodom trumien szkodzą

I połykają okręt paszczą wody,

I tam w ciemnościach za trupami chodzą;

Gdy morze pełne zdaje się pogody,

Błękitne, to się w morzu gonią one

Przez głębie, mordem podziemnym czerwone.

Takie się ryby chowające w ciemni

Zowią...... nie powiem słowa, bo jest trudne,

Bo i dziś są ci morderce podziemni,

Ubrani w blaski Boże, lecz obłudne;

Bo mi jest nawet milej i przyjemniej

Patrzeć na pola Sybiru bezludne,

Na cień kibitki, która w śniegu goni,

A tak, jako ksiądz z Panem Bogiem, dzwoni.

Gdy leci, jakiś smutek goni za nią

I jakaś dziwna świętość wyprowadza

Za pola; drogi całe się tumanią,

Lasowi, zda się, że szumieć przeszkadza;

Kiedy gdzie trzodę rozbije baranią

Jak bomba, która cały szyk rozsadza,

Matki trzód, zdjęte boleścią człowieczą,

Jak za swojemi jagniętami beczą

I długo patrzą; a gdzieś potem morze

Śniegowe, słońca u wołżańskiej wody,

I czerwone ją nadsybirskie zorze,

I gdzieś, jak gromy, pękające lody,

Jakoby wielkie jakieś salwy Boże,

Ostrzeliwają... bo ziarno swobody

Wniosła na ziemię tę martwą i siną,

Którą zwie Tacyt ludów oficyną.

Taka kibitka po pana Starostę

Wysłana, biegła z Warszawy. Kibitka

Jest tu figurą; bo rzeczy są proste,

Że trakt, ta srebrna Aryjadny427 nitka,

Szkapy — na orły zmienione przez chłostę,

Poczta, ta nowa karczma neofitka

Autokratyzmu, pisarze i szczoty428

Nie były znane w Polszcze... wiek był złoty!

Złoty był to wiek: bo niewinność raju

I nieświadomość u kobiet... Ewiana429!

Nie piły jeszcze kawy, ani czaju430,

Lecz proste piwo grzane jadły z rana;

Rzadko się która kochała w lokaju

..........................................

..........................................

..........................................

Cybernetyka!431... Zda się dla ochłody

Ksantypa, która czysto dom umiata,

Na Sokratesa leje ceber wody

A potem mydli tę pochodnię świata,

Łeb inclusive432 z nosem, aż do brody.

Dobra Niemkini433! ale nie skrzydlata

Jak Psyche434 — a swe dziatki pół-niemczyki

Sadząca często do cybernetyki.

Za to mąż kąpie Poznań — a ten z wanny

Wychodząc, strząsa warkocz uperlony,

A uczesany już podług Chowanny435

Na kraj, który jak kania dżdżu spragniony...

Lecz wróćmy do Ladawy! — Czas był ranny,

Ogród srebrnemi perły uiskrzony;

Każdy kwiat, każde drzewko w perłach było,

Coś w mgłach śpiewało smętnie — i myśliło.

Powietrzna jakaś myśl i śpiew, podobny

Do requiem436... bowiem przez duchy śpiewany;

A że wiedzący przyszłość — już żałobny,

Jakby z aniołów który obłąkany

Śpiewał w szpitalu. Nie był to śpiew drobny,

Perłowy, jak dziś dzwonią fortepiany;

Lecz coś, jakoby w dalekim klasztorze

Śpiewano z wielkim płaczem „Święty Boże!”

Dawnom takiego śpiewu tajemnicy

Śledził i wyznam, żem śledził daremnie;

Czasem go słychać w letniej błyskawicy,

Czasem w błękitach gra — a czasem we mnie,

A czasem w całej wiejskiej okolicy

Słychać go — czasem zaś słychać podziemnie

Grający, z brzękiem pomieszanej stali,

Jakby w kurhanach umarli śpiewali.

Czasem nim buchnie wiatr, a czasem kłosy,

A czasem pies go usłyszy i stanie,

Nastawi uszy i najeży włosy

I warczy głucho. Czasem to śpiewanie

Usłyszy w stepach idąc żebrak bosy

I myśli, że to zebrana na łanie

Wróbli gromada śpiewa, harfa szara

Ptaszków — albo szum gruszy — albo mara...

Owiana takim śpiewem, słuchająca,

Patrz, bieży panna Aniela ogrodem,

A każdy z głosów ją aż w serce trąca,

Choć gorset, stanik złoty ma pod spodem,

Gorset ze złotej lamy, w pół miesiąca

Pod samą szyją cięty; rannym chłodem

Mrozi ją nieco wiatr, ale jej nie czuć

Zimna, bo pełna pamiątek i przeczuć.

Pamiątki smutkiem są i łzami wiszą

Na rzęsach, i są ciężarem i cieniem,

I są na twarzy jakąś wielką ciszą,

I są jakoby jej czoła uśpieniem,

Gdy usta niby przeczuciami dyszą

I oświecają koralem, płomieniem

Jej twarz, i czasem biegają po licach,

Czyniąc widniejszy smutek — w błyskawicach.

Za nią na zamku wszystkie okna gorą,

Jak rząd płonących jasno meteorów.

Tam kląby, brzozy z osrebrzoną korą

Różane teraz słońcem; tam z kolorów

Malw — niby tęcz się zapala siedmioro

Około różnych posągów, upiorów

Dawnego świata, tam pomiędzy róże

Stoją rzezane marmurowe kruże437.

Dalej staw; i tam zaczyna się miła

Zieleń drzew, głębsze, wilgotniejsze cienie,

I Anielinek chatka, jak mogiła

Pamiątek, i te pod chatką siedzenie,

I ta gołębi chmura, w którą biła

Jutrzenka jak w mgłę białą; i wspomnienie

Siedziało przed tą chatką, jak Noemi

Lub Ruth438, spuściwszy włosy aż do ziemi...

Dziwnie, że czasem cały duch obrazu

Wymaluje się nam jako cherubin

I stanie w myśli widzącej od razu,

W oczach szmaragdy mając, w ustach rubin

I gwiazdę na kształt bladego topazu

Ponad warkoczem! Jest to duch zaślubin

Z naturą, który nad Dźwiną i Preglem439

Chodzi w surducie i zowie się Heglem.

Ale Aniela — do Heglistki wcale

Nie dorośnięta, bliższa Afrodyty

Pięknością — taka święta, że na fale

Stawu wejść mogła, i staw nie rozbity

Nosiłby nóżki jej... Jestem w zapale!

I oto mówię, że piękność kobiety

Nie jest, jak mówi ksiądz, czartów ułuda,

Lecz może — w duchu będąc, robić cuda!440

Aniela była taką duszą; ona

Z Beniowskim tworzy jednego rycerza

I bohatyra. Polska przez nią śniona

Świętą jest, wielką; z góry już uderza

Duchem na wszystkie słowiańskie plemiona

I do żywota budzi i przymierza;

Wielka i silnym podniesiona lotem

Nad ludy, w ludach żywot budzi grzmotem.

Co piorunami ognistemi lunie,

To coraz jeden grób oddaje ducha!

Zagotował się żywot w każdej trunie441,

Zniedokwasiła się zgnilizna, słucha

I wstaje... Kiedyż, o Boży zwiastunie,

Gołębiu, który szepcesz mi do ucha

Te straszne rzeczy, zrobisz taką ciszę,

Że Polska to usłyszy, co ja słyszę?

Nad morza teraz uciekam, i blade

Tęczą nadmorskich kwiatów, wietrzne pola

Depcę, a wielkich duchów o poradę

Pytam; i często piorunowa wola

Ściąga mi taką moc, że ręce kładę

Na wiatrach, jako na harfy Eola

Strunach, i gra mi wiatr jak najboleśniej,

A ja posyłam na północ te pieśni.

Na północ je posyłam — miejcie czucie!

Bo kiedy głuchy grzmot bez żadnej chmury

Słychać — i kiedy słychać jakieś kucie

Jakby podziemnych zbrój, i kiedy z góry

Słychać jakoby sztandarów rozprucie

I szelest, niby orzeł je w pazury

Chwytał i ciągle darł, jak stare szatry —

Słuchajcie! to ja błogosławię wiatry.

I gdy na sennych was uderzą strachy,

I gdy zbudzicie się w łożu spotniali

I usłyszycie, że drżą wasze dachy

I tak trzaskają, jak kość, gdy się pali;

Kiedy was weźmie zimna śmierć pod pachy,

Boga pokaże i przed Nim powali,

A będzie ziemia cicha jak mogiła: —

Słuchajcie! — bo ten strach, to moja siła!...

Kiedy nie wiedzieć skąd, dziecko się małe

Rozpłacze, rączki założy na głowie,

Wpatrzy się w ciemność i stanie się białe,

Jak próchniejąca wilcza kość w parowie;

Gdy włoski staną mu jak zmartwychwstałe

I przedrzy wielki strach, i nic nie powie,

A co innego wam w uśmiechach skłamie: —

To mój go porwał wiatr i moje ramię...

Kiedy wyjdziecie na ziemię różaną

Rankiem, a o mym duchu śnić będziecie: —

Trzody leżące na kurhanach wstaną,

Owce się ruszą, perły łąk — znajdziecie

Tę okolicę całą zasłuchaną

W powietrze, w dźwięki, w smutek. Jeśli w lecie

Żeńce na polach żną, to przy kopicy

Siądą, jak dawni rzymscy niewolnicy

Smętni i groźni: to moja daleka

Moc i pieśń, która serca przeobraża

I niewolnika przedzierzga w człowieka.

Ale cóż znaczy moc i pieśń harfiarza?

Na powieść moją smętną człowiek czeka,

A mnie odleciał anioł, który stwarza;

I muszę przestać strofy, która ludzi

Łamaną sztuką bawi — a mnie nudzi.

Pieśń XIII442

Był nad Anielinkami jakiś śpiew aniołowy

Nad chatą... — Może to brzóz rozczesane warkocze

Bijąc o ściany białe, lekko wschodem różowe,

Sprawowały te szmery bolesne i prorocze...

A chata świeciła się na kształt złotej pochodni,

Właśnie jak gdyby zleciał jaki anioł przedwschodni

I stanął na zieleni. A dalej mgłami siny

Gaik, który otaczał szmaragdową lewadę443;

A około gaika malwy i georginy,

Jakbyś gwiazd aniołowych zapaloną gromadę

Widział w cieniu — tęczami gaj opasywały,

Ptactwo dzwoniło w lutnie — i kaskady grały.

Panna Aniela, widać, że listownie wezwana,

Biegła i otworzyła chatkę swoją zamkniętą.

Ta była cała cicha, także wschodem rumiana,

A pachnąca rezedą wskroś obsianą i miętą,

I ściany z cedrowiny dyszały mocną wonią,

A cichość była taka, że słyszałeś jak ronią

Za oknami Najady444 swe łzy, perła po perle,

I po skałach rzucają przeczyste diamenty

..................................................

..................................................

..................................................

..................................................

Beniowski stanął przed panną Anielą;

Lecz jak zmieniony — ach, w jakim żupanie!

Jak żebrak — łokcie podarte się bielą,

Guziki wiszą, buty... Boże Panie,

Jak wieloryby, kiedy się ośmielą

Wyjrzeć nad morza błękitne otchłanie

I westchnąć — Taki... ach! czy moje usta

Wymówią — stanął na kształt drapichrusta445.

Aniela zlękła się; bo nigdy w życiu

Nie wystawiała sobie bohatéra

Kochanka w takim okropnym rozbiciu

Majątku. A on, żałosny kostyra446,

Stał przed nią... w strasznym bardzo nieutyciu —

Pół Don-Kichota, a pół króla Lira;

Bowiem zupełnie był bez przytomności,

Jak Lir; a skórę miał tylko i kości,

Jak Don-Kichote. O! jeśli myślicie

Z Heglem, że czysta idea, na świecie

Zjawiona, wszędy w swoim innobycie

Żyje, to w całym Ladawy powiecie

Nigdzie w smutniejszym ona wołokicie447,

Nigdzie na gorszej nie była dyjecie448,

Jak w tym człowieku, ta idea czysta,

Z którą on cały wyglądał — jak glista,

I może nawet skutkiem tej idei

Czystej wychudł tak nieszczęsny nieborak,

Jako poeta, który wiersze klei,

A nie jest ani sektarz ani dworak.

A może też był w krainach nadziei,

Gdzie go zaniosła chuda klacz Elborak449,

Mahometanka, którą dla igraszki

Borejko Litwin wprzągł do kałamaszki450,

Spotkawszy ją gdzieś koło Bałty451. — Nie wiem...

Ale to tylko wiem, że pan Beniowski,

Nie goniąc wcale pod żadnym modrzewiem

Za Świtezianką, miał butów podnoski

Podarte, albo spalone zarzewiem,

Jako u Danta, gdy ten śpiewak Boski,

Emigrant jak ja, wpadł między straszydła,

Co z kości miały pierś, a z ognia skrzydła.

Beniowski w krótkiej nadzwyczaj włóczędze

Poznał tajemnych rzeczy bardzo wiele.

Mówią, że spotkał jak Makbet trzy jędze

Na pustym stepie; że w starym kościele

(Wszystko znalazłem w jednej dawnej księdze,

Którą na półkach mam oprawną w cielę452)

Że w starym, mówię, kościele raz zasnął,

A w kościół lunął deszcz i piorun trzasnął.

I bohatera mego jasne oczy,

Błękitne, wielkim swoim płomieniskiem

Oćmił; ślepego chwycił duch proroczy

I zrobił widzeń złocistych igrzyskiem.

Chan Giraj chciał mu dać dziesiątek koczy453

I zrobić wodzem nad tym koczowiskiem;

Ale odłożył to na czasy drugie,

Krótki w nim widząc wzrok — a myśli długie.

Borejsza Litwin potem go kaptował

Dla Radziwiłła; lecz mój Węgro-Słowak

Proroczym duchem Litwina zgruntował

I odpowiedział ni tak ani owak.

Litwin jak ślimak zaraz rogi schował

I jak za węży Coopera454 Pothowak

Utonął w gęstych traw stepowych wniki

I ponurtował w swój las — w mateczniki.

Lecz pierwej ostrzegł Chana, a prywatnie,

Po przyjacielsku, usta w same ucho

Włożywszy, że się Beniowski w ostatnie

Zgrał i przed sądów ludzkich zawieruchą

Uciekł; dlatego na strzały harmatnie

Szedł tak odważnie i z taką otuchą,

Jak Achill, bo też spod prawa wyjęty,

Nie mógł być ranny nigdzie, tylko w pięty.

Dodał, że to jest duch francuski, z duchów

W Polszcze najgorzej uważany... nawet

Wyklęty; że jest takich wiele zuchów,

Więcej niż harmat w Nieświeżu455 bez lawet,

Więcej niż w Chana wojsku jest kożuchów,

Więcej niż w kłótni gorzkich słów wet za wet

(Przedrabowawszy456 wprzód Lindego słownik457)

Tygodnikowi oddał Orędownik458.

Dodał, że każdy taki duch francuski

Jest pod klątwami wielkiemi kościoła;

Że jeden się udławił, jedząc kluski,

A inni, chociaż wesołego czoła,

Schną wewnątrz, jakby je kwas palił pruski

Albo Cyrcejskie459 zaraziły zioła

Świniną. — Nie mógł dociąć niczem lepszem,

Bo Chan Beniowskim wnet zbrzydził, jak wieprzem.

I gdy mój rycerz po spaleniu Bałty,

Na co Chan patrzał z wieży, klaszcząc w dłonie,

Myślał i roił — (o jak piękne kształty

Imaginacja ma, kiedy rozpłonie

I rozumowi zadająca gwałty

Gmachy buduje na tęczy ogonie!)

Gdy rycerz, mówię, mój już roi bosko

Z Tatarów — legią niby jakąś włoską

Po jasnych polskich polach latającą,

Dębowych ciemnych lasów oboźnicę,

Chmurę, w której się blaski mieczów mącą,

Tak, że ją bierze chłop za błyskawicę,

A w nocy widząc, za chmurę idącą,

Co wszystkie niebios zabrała księżyce,

Zwinęła w jeden kłąb i mgławo płonie,

Miesiące w srebrne zamieniając konie...

Gdy marzył, mówię, że taką wiatrówkę

Z szarych złodziei i cichą harmatę

Będzie miał wkrótce na komenderówkę,

Gdzie zechce, całą narazi na stratę,

Zgubi w stepowym tańcu jak podkówkę,

Razem z nią legie burłaków460 brodate

Zgubiwszy, tak że (przechodzi mnie mrowie)

Ruski historyk, o niej... nic nie powie!...

Gdy marzył, mówię, tak i rósł w niebiosa

Nadzieją przyszłej sławy, — aniołowie

Ugwiazdzonego nad nim stali włosa

I owej myślą stawianej budowie

Runąć kazali, strzeliwszy z ukosa

Słońcem po kolumn fantastycznych głowie.

Tak, że z rubinów wzięły blask niezwykły

I szmaragdami stały się — nim znikły.

Spyta mię teraz kto: czyliż nie lepiej,

Aby ci zacni aniołowie Bozi461

Pomogli byli ręce, która szczepi

Strach i śmierć, — szabli, która wroga mrozi

I często krzyżem płomiennym oślepi,

Zrobiwszy z siebie krzyż i wiatr?... Ambrozji

Gdyby naleli byli w życia czarę,

Nim usta stracą smak i w ten smak wiarę?

Czyliż nie lepiej, aby w trochę ciała

Oblekli byli marzenia młodości?...

O Trojo! jeszczebyś aż dotąd stała

Pełna cnót dawnych, starych, — i miłości...

Jak dawny kościół cedrowy — spróchniała,

Gdzie jednak Boża woń aż dotąd gości,

A często belka stara w oczach ludu

Rozkwitnie różą lub narcyzem cudu.

Bo i z tych starych łbów szablą naciętych

Mogłaby jeszcze wykwitnąć myśl duża,

Piękniej niż dzisiaj; bo jak z ducha świętych,

Większy by wyszedł kwiat, pełniejsza róża!

I na turkusie skrzydeł rozciągniętych

Mogliby swój duch za anioła stróża

Postawić światu, gdybyś ty był, Panie,

Aniołom twoim kazał mieć staranie

O tych dzieciątkach starych! A to oni

Nie pożegnawszy nas nawet, i woli

Nie zostawiwszy względem starej broni

I względem swojej puścizny462 i roli,

Odeszli... Ucho jeszcze nasze dzwoni

Brzękiem ich szabel, serce jeszcze boli

Bolem ich serca; lecz pełna zamętu

Myśl, bo odeszli nas — bez testamentu.

Któż słyszał jakie tajemnicze słowo,

Na którem stanąć mogliby synowie?

Wszystko śpi głucho pod deską grobową!

Kto co od trumien zasłyszał — niech powie,

A odbudujem całą Polskę nową

Na tym jedynym, tajemniczym słowie!...

Na tę myśl anioł się we mnie uśmiecha

A razem pełny łez... Cóż? nigdzie echa!

Nigdzie!! Tylko ten rym tętniący bieży,

Jakoby w rzymskiej ruinie kaskada,

Co skrzy i błyska i dymi i śnieży,

I płacze i grzmi i jęczy i gada —

I swój nimfowy włos tęczami jeży,

A spodem głazy powoli wyjada

I tak przy słońcu i tak w blask miesiąca,

Jak Chrystus... ciągle w sobie pracująca.

Więc pod tym grzmotem, pod temi kolory

Jest dziwna, smętna praca; bo to nie to,

Że z myśli różne leją się upiory,

Że z pełną jestem wymyśleń kaletą463;

Ale wierzajcie... żem rymu podpory

Podłożył sercem — i to moje veto

Przeciw fałszowi kiedy duch mój rzuca,

To więcej mię to kosztuje — niż płuca...

Otóż Beniowski mój powrócił z Wschodu

Właśnie jak veto żywe, lecz obdarte

I biedne; doznał pierwszego zawodu,

Przewrócił tego świata pierwszą kartę

I przyszedł jako nędzarz do ogrodu

Pokazać serce, które więcej warte,

Niż to, co za nie dawali na świecie

Ci, co kupują serca na tandecie.

Mroczny, wstydliwy, z pochyloną głową,

Po przywitaniach pierwszych rzekł: — „Hrabianko!

Przyszedłem wrócić tobie twoje słowo,

Oddać pierścionek; żadną odtąd wzmianką

Nie będę trudził twych myśli — grobową

Ziemią zasypię oczy... Podolanko,

O! Podolanko piękna, bądź mi zdrowa!

Daruj, że w takim stroju, takie słowa...”

Tu zaczął jąkać się, bo kawalerstwo

Żywe lękało się w nim jakiej wzgardy;

„Daruj, rzekł, dawne z twym sercem braterstwo,

Dawne twe łaski — a teraz los twardy

I moje, patrzaj, żebrackie żołnierstwo

I różne życia mojego azardy464,

Szczęście wczorajsze i ta, co mię pędza

Po czarnym świecie, ta dzisiejsza nędza,

„Gdy porównane w twojej myśli staną,

Może wycisną łzę, o moja pani!

Bądź mi na wieki teraz pożegnaną,

A nie idź za mną, bo ja do otchłani

Idę.” — To mówiąc, twarz swą obłąkaną

Obracał wszędy, jakby go szatani

Ścigali, nawet nie dając pokoju

U stóp kochanki, przy brzęczącym zdroju,

W pasiece leśnej. A do niego ona,

Z oczu zdziwionych czyniąc słoneczniki,

Bo słońcem była zrennica zatlona,

A rzęsy pełne pereł, jak promyki

Świeciły wkoło; a głos z głębi łona

Wychodził cichy, lecz straszny i dziki —

„Co? rzekła, po toś przybył i mnie z domu

Kazał dziś witać siebie po kryjomu,

„Abym słyszała, ja, która tak wiszę

W powietrzu, jako ta smętna kaskada,

Abym słyszała to, co teraz słyszę,

Że skała, z której ja lecę — upada?

Ty, coś mi sercem Czarnego Zawiszę465

Przypomniał — ty wódz tego ludzi stada,

Ty, przez tę szlachtę z wszystkiego odarty,

Sam drzesz ostatek szczęścia? Cóż ty warty?

„Powiedz! Więc i ty na sercu kaleka?

Nie mogłeś wiary zrodzić w serce moje?

O, trup ty! stójże ode mnie z daleka,

Bo ja się próchna i robaków boję.

Cóż ja kochałam, kochając człowieka?

W cóż ja wierzyłam, wierząc w serce? Stoję

Jak nad przepaścią jaką — sama jedna

I opuszczona wiecznie — o ja biedna!

„Gdy patrzę w oczy twoje, widzę jasno,

Że ty naprawdę żegnasz... Wieki miną,

Te gwiazdy, które dziś świecą, zagasną,

A nie odmieni się sercom, co giną,

Nic a nic! Lecz ty nie przez duszę własną

Tak postępujesz ze mną, z tą jedyną

Duszą, co tobie spadła jak z miesiąca466

Siostra i matka razem — i służąca.

„Musi być jakaś okropna przyczyna

Tego rozdziału, tej bolesnej rany,

Którą mi dajesz w serce; bo ta sina,

Bo ta wychudła twarz i te łachmany,

Na które patrząc, strach mi głos ucina,

Są przecież ludzkie; a ty jak szatany

Zimny, choć oczy twoje łzą zabiegą,

Masz w skrzących oczach coś nieczłowieczego!

„Powiedz mi, skąd ten blask i takiej dumy

Rys na twym czole? Co? tyś przeciw Boga

Wstał... Co? nie prawda? Słyszę jakieś szumy

W tym lasku, tam na step wychodzi droga...

Choćbyś ty wodzem był upiorów dżumy,

Choćby na twoich piersiach była sroga

Śmierć, jako piorun przychodząca Boży

Głowie, co na twej piersi się położy;

„Ja... kiedy patrzę na świata pustkowie,

Kiedy... a wszystko obejrzałam wzrokiem,

To czuję, że to jedyne węzgłowie,

Ta pierś oblana moich łez potokiem...

Tu na kamieniu tym żałośnej głowie

Pozwól poleżyć — reszta jest obłokiem,

Reszta jest niczem — ten świat, ziemia cała...”

Jękła, przegięła się w pół — i omdlała.

Beniowski w trudnej bardzo pozyturze

Stał, bo ją trzymał w pół upadającą.

I razem słyszał, jak się leśne róże

Ruszyły, uczuł i mróz i gorąco —

Usłyszał bowiem szelest, i na wzgórze

Podniosłszy oczy, spojrzał — na patrzącą

Parę schowaną w kaskadowym pyle

I w różach... ujrzał Dafnicką Sybillę

Z księciem Luborem! Wnet poszedł do głowy

Po rozum i choć, zda się, nie wart grosza,

Żebrak — postąpił jak hetman niżowy,

Ludzi dobywszy sobie zaraz z kosza;

Wystrzelił, a na strzał pistoletowy

Zbiegła się jakaś okropna wołosza467

Różnego stroju, barwy, różnej broni,

Ludzie, od których człek uczciwy stroni.

Ci wszyscy, słuchać nauczeni giestu,

Poszli na wzgórze; i po krótkiej chwili

Brzęku, bo książę bronił się — szelestu,

Bo się trzepała leksza od motyli

Pani Dafnicka, dawszy we czterdziestu

Radę i księciu i pani Sybilli,

Jako rycerskie pozwalały czasy,

Z parą tych jeńców żywych — poszli w lasy.

Za niemi poszedł Beniowski, a krzywa

Zda mi się bardzo teraz jego ścieżka!

A przy Anieli sennej niańka Diwa

Płakała. — Taka w tym kraju zamieszka

I taka była wtenczas nieszczęśliwa

Krwią zamieszona różnych żądz lemieszka468,

I taki rycerz mój, co po buzdygan469

Idąc, zaczynać musiał jako cygan.

Pieśń XIV470