XXII. Pieśń dwudziesta wtóra

Argument

Astolf najduje pałac starego Atlanta,

Psuje zamek i więźnie puszcza; Bradamanta

Z Rugierem się poznawa, od którego zbici

Byli z koni rycerze czterej znamienici,

Kiedy się z nią pośpieszał pospołu jednego

Wybawić z srogiej śmierci rycerza błędnego,

Który miał być o pewny uczynek spalony;

Pinabella zabija dziewica z Dordony.

Allegorye

Ta dwudziesta i wtóra pieśń jest pełna wszędzie pięknych i dziwnych przypadków. Trąba Astolfowa, którą mu Logistylla darowała, ukazuje zwykłą moc swoję przeciwko czarom. Pinabel trwając w swej przyrodzonej złości, postanowia i wnosi niecnotliwy zwyczaj odzierać białegłowy i rycerze, którzy imo jego zamek jeźdżali, gdzie poznany nakoniec od Bradamanty, bierze ostatnie karanie za wszytkie swoje niecnoty. Rugier nie chcąc używać w skutku tarczy uczarowanej, aby stąd nie nabył przygany, zarzuca ją w studnią, gdzie potem siła ludzi ladajakich daremnie szukać jej przychodzi.

1. Skład pierwszy

Piękne panny i panie, stwierdzone w stałości,

Co przestawacie tylko na jednej miłości,

Acz wiem, że takich tak jest mało miedzy wami,

Żeby je podomno mógł policzyć palcami,

Nie przypisujcie tego, proszę, mojej winie,

Żem tak ostry w słowach beł przeciwko Gabrynie,

I jeśli jeszcze muszę jej sprawy złośliwe

Lżąc obmawiać i serce, niecnót różnych chciwe.

2

Gniewacie się snać na mię o nię, jako słyszę;

Jam nie krzyw: taka właśnie była, jako piszę,

Ale przeto nie tracą swojej czci cnotliwe

I zacne białegłowy, które nic niekrzywe.

Że Judasz Mistrza przedał, to namniej Piotrowi

Wadzić nie może ani świętemu Janowi;

I Hipermnestra331 w swej czci i chwale została,

Chocia tak wiele złych sióstr i przewrotnych miała.

3

Za jednę, co się słusznie gani i szkaluje,

Kiedy ta historya tego potrzebuje,

Sto inszych tak czcić będę i chwalić bez końca,

Że ich cnoty jaśniejsze zawżdy będą słońca.

Ale się do swej prącej różnej wrócić muszę,

Która się wam podobać będzie, jako tuszę.

Śpiewałem o Zerbinie, który w onem czesie

Skoczył na krzyk i na dźwięk, który słyszał w lesie.

4

Na ciasną ścieszkę między dwa pagórki wjachał,

Skąd głos słyszał, i tylko mało co ujachał,

Ujźrzał w ciasnej dolinie wtem nieznajomego

Rycerza leżącego, srodze zabitego.

Kto to był? — powiem potem, a teraz zostawię

Francyą, a do wschodnich krajów się wyprawię

Szukać cnego Astolfa, który się już wracał

Ku domowi i konia na zachód obracał.

5

Pomnicie, żem go odszedł i zostawił w mieście

Złych, srogich żon, gdzie rządy kwitnęły niewieście,

I jako stamtąd jachał, napełniwszy srogiem

Strachem gmin wszytek swojem sczarowanym rogiem,

Więc, jako towarzystwo jego wzniosło żagle

I od brzegu sromotnie ujachało nagle;

Dalej jadąc, powiadam, że koniem nawrócił,

1 do ormiańskiej ziemie stamtąd się obrócił.

6

Śpieszniej jadąc, za kilka dni beł w Natolijej332,

Gdzie się udał gościńcem wielkiem do Brusyej333;

Stamtąd kończąc swą drogę, do morza przyjachał,

Przez które przeprawiony do Tracyej jachał;

Z Tracyej nad Dunajem potem prostą drogą

Przez Węgry, a tak dobrze konia kłuł ostrogą,

Że mniej, niż za dwadzieścia dni, Morawę minął,

Czechy i Frankonią i kraj, gdzie Ren płynął.

7

Przejachał przez Ardenny las do Akwisgrany334,

Więc potem do Brabantów335, gdzie już spracowany

We Flandryej wsiadł w okręt, na morzu tak mocne

I tak potężne wiatry zastawszy północne,

Że w południe z daleka obaczył Anglią,

Którą starzy pisarze zwali Brytanią;

Dalej koniem tak śpiesznie jachał, że w Londynie

Tegoż dnia o wieczornej właśnie beł godzinie.

8

Tu słyszy, że król Otton stary cesarzowi

Na pomoc i na odsiecz poszedł Paryżowi

I że za niem przedniejszy wszyscy wyjeżdżali,

Którzy sławę i wiarę świętą miłowali.

On się zaraz namyśla jachać do Francyej

I w porcie u Tamiza wsiada i z Angliej

Pod pełnemi wyjeżdża skwapliwy żaglami

I do Kalesu każe obracać sztyrami.

9

Wiatrek, który z początku lekki beł i mały,

Kiedy się okręt puszczał miedzy morskie wały,

Coraz więtszy i coraz potężniejszy wstaje,

Nakoniec tak mocno dmie, że mu szyper łaje;

Łaje szyper, bo widzi, że okręt wywróci,

Jeśli przeciwko niemu rufy nie obróci.

Bieżą po grzbiecie morskiem rączo prostą drogą,

Gdzie wiatr każe, kiedy iść, tam gdzie chcą, nie mogą.

10

Raz się w prawą, drugi raz w lewą obracają,

Jako chcą srogie wiatry, co morzem władają;

Na ostatek od lądu idąc w pełnem biegu,

Uchwycili się blizko Rotomagu336 brzegu.

Astolf na Rabikana siodło, na się zbroję

Kładzie, na bok broń zwykłą przypasuje swoję

I w dalszą drogę jedzie, mając on u siebie

Róg, który stał za tysiąc człowieka w potrzebie.

11

I przyjachał pod wzgórek jeden położysty,

Gdzie obaczył zdrój piękny, jasny, przeźroczysty,

Właśnie o tej godzinie, właśnie o tem czasie,

Kiedy się bydło więcej na trawie nie pasie,

Ale w chłody ucieka; i znojem strapiony

I pragnieniem, zdjął sobie z głowy hełm stalony

I swego Rabikana u drzewa jednego

Uwiązawszy, poszedł pić do zdroju onego.

12

Jeszcze się beł nie napił Astolf upragniony,

Kiedy wieśniak, który beł w lesie utajony,

Wypadł z chróstu i wodze337 odwiązał koniowi

I wsiadszy nań, ujeżdżał na niem ku domowi.

Usłyszy on zgiełk Astolf i głowę od wody

Podnosi i widome widzi swoje szkody;

I nie pijąc, rad nierad, źrzódło zostawuje

I swojego złodzieja goni i szlakuje.

13

On wieśniak nie we wszytkiem biegu w on czas bieżał,

Boby go beł Astolfus pewnie nie dobieżał;

Ale to wściąga, to wódz koniowi popuszcza,

I to cwałem, to się zaś kłosem sporem puszcza.

Na ostatek po długiem bieganiu po lesiej

W pole wyszli i tam się zeszli w onem czesie,

Gdzie było moc rycerzów, wegnanych czarami,

Co bez więzienia byli więcej, niż więźniami.

14

Do pałacu wielkiego wpadł wieśniaczek młody

Na koniu, który z wiatry mógł biegać w zawody.

Astolf za niem z daleka bieży przez zagony,

Hełmem, zbroją, orężem inszem obciążony.

Nakoniec i on sam wbiegł; tu dopiero zginął

Ślad, którem szedł, bo wieśniak daleko wyminął;

Nie widzi go, nie widzi Rabikana więcej,

Bieży przecię, by wściekły, co może naręcej.

15

I tam i sam wartuje338 po budownem dworze,

Po salach i po izbach, po każdej komorze,

Bez pożytku, i już go poczyna nadzieja

Opuszczać, aby naleźć miał swego złodzieja.

Nie wie, gdzie mu skrył konia, konia tak rączego,

Że na świecie nie było bez chyby rętszego;

Tak on cały dzień strawił, bez skutku szukając,

Tam i sam z góry na dół nakoło biegając.

16

Na ostatek, bieganiem wielkiem spracowany,

Postrzegł się, że on pałac beł uczarowany,

I wspomniał sobie książkę, co mu była dała;

Logistylla w Indyej, kiedy go żegnała,

Książkę, co w niwecz wszytkie obracała czary,

Że nikomu nie mogły wadzić z żadnej miary;

W tę wejźrzawszy, w regestrze nalazł napisano,

Na której karcie szukać według liczby miano.

17

Szeroko książka pałac on opisowała

I sposób zaraz kładła i ukazowała,

Jako od czarownika więźniowie zamknieni

Mieli być od Astolfa zaraz wyzwoleni,

I że pod pałacowem progiem beł zawarty

Jeden zły duch, piekielny — tak mówiły karty —

I skoroby z progu beł kamień obalony,

Miał zniknąć, w lekkie dymy pałac obrócony.

18

Nauczywszy się z księgi Astolf dostatecznie

O wszytkiem, chce do skutku onę rzecz koniecznie

Przyprowadzić, nie widząc u wrót żadnej straży,

I schyla się, chcąc patrzać, jako marmur waży.

Skoro Atlant obaczył ręce wyciągnione,

Aby jego nauki były znieważone,

Bojąc się tego, co być może, z inszej miary,

Nowe gusła i nowe obraca nań czary.

19

Uczynił to djabelstwem, że się zdał od tego,

Czem beł, daleko różny, odjąwszy od niego

Własną postać: temu się zda olbrzym, a temu

Zbrojny rycerz z surową postawą owemu.

Każdy w tej właśnie widzi postaci Anglika,

Jako w lesie Atlanta widział czarownika.

Wszyscy się na Astolfa razem obracali,

Aby to, co jem beł wziął kuglarz, odzyskali.

20

Mężny Rugier i śmiały Gradas i Iryldus,

Przesławna Bradamanta, Brandymart, Prasyldus,

I inszy cni rycerze w nowy błąd wpadali

I chcąc Astolfa zabić, mieczów dobywali.

On, od wszytkich nakoło zewsząd obstąpiony,

Wspomniał sobie na swój róg, nieraz doświadczony;

I by beł nie zatrąbił, pewnie żeby byli

Na onym miejscu cnego rycerza zabili.

21

Ale skoro jeno róg do gęby przyłożył

I dźwięk straszny wypuścił, tak wszytkich potrwożył,

Że w zawód uciekali, by gołębie w ciszą,

Kiedy więc wystrzeloną rusznicę usłyszą.

Ale i czarnoksiężnik niemniej potrwożony

I na sercu niezmiernem strachem pomrożony,

Zbladł na twarzy i jako nadalej uchodzi,

Aż tam, gdzie go dźwięk strasznej trąby nie dochodzi.

22

Uciekł sam strażnik, wszyscy uciekli więźniowie,

Oni tak sławni, oni tak wielcy mężowie,

Naostatek i konie powrozy porwały

I za swojemi pany różnie339 uciekały.

Szczurek i biedna kotka w domu nie została:

Tak straszliwy głos trąba ogromna puszczała.

I Rabikan chciał uciec, ale poimany

Był od pana i znowu w stajni przywiązany.

23

Skoro wygnał Atlanta dźwiękiem swego rogu,

Podniósł Astolf kamienia, który beł na progu,

I nalazł pod niem pisma i znaki zakryte,

I charaktery340 dziwne, w kamieniu wyryte.

Kamienie aż do gruntu wszytkie powyjmował

I co jeno tam nalazł, potłukł i popsował,

Wszytko czyniąc, jako go nauczyły rymy

Mądrej księgi; wtem pałac poszedł w lekkie dymy.

24

Trafił potem do stajniej, kędy uwiązany

Na łańcuchu ze złota stał w skrzydła ubrany

Koń Rugierów, którego Atlant mu darował,

Kiedy go do Alcyny w drogę wyprawował;

Potem mu Logistylla munsztuk urobiła

I jako jem miał Rugier rządzić, nauczyła,

Co na niem wszytkiej ziemie prawy bok z Indiej

Do Angliej okrążył, jadąc do Francyej.

25

Nie wiem jeśli pomnicie, że się beł odwiązał

I zdarł z uzdy, kiedy go u mirtu uwiązał,

Kiedy od srogiej ryby, przezeń wybawiona,

Znikła mu z oczu naga córa Galafrona;

To dziwna była, jako stamtąd do dawnego

Trafił ubrany w pióra koń mistrza mojego;

U którego się potem przez wszytek czas chował,

Aż mu wszytkie gusła zniósł Astolf i popsował.

26

Nigdy się nie stawiło lepiej Astolfowi

Szczęście nad on czas, kiedy lotnemu koniowi

Panem został, bo ziemię i morze okrążyć,

Jako miał wolą Astolf, nie mógłby nadążyć

Żaden inszy, krom tego, który ode wschodu

Mógł za kilkanaście dni przepaść do zachodu;

A już go beł i przedtem spróbował i wiedział,

Że lekko niósł i nie trząsł, gdy kto na niem siedział.

27

W Indyej go sprobował Astolf pomieniony,

Kiedy beł przez Melissę z ręku wybawiony

Niezbożnej czarownice onej, co mu była

Twarz człowieczą w mirtowe drzewo obróciła;

Widział, jako mu swojem wędzidłem łeb dziwny

Logistylla rządziła, że nie był przeciwny,

I wiedział, jaki sposób dała Rugierowi,

Że posłuszny być musiał swojemu jeźcowi.

28

Umyśliwszy wziąć konia, ubranego w skrzydła,

Siodłał go, potem różne przebierał wędzidła,

Wędzidła, które w stajniej na kołkach wisiały,

Tych koni, co za swemi pany uciekały;

I jako mu się która podobała sztuka,

Tę z tego, tę z owego wyjąwszy munsztuka,

Jeden złożył dla niego nie twardy i wolny,

Aby się mniej przeciwił i mniej beł swowolny.

29

Że nań zaraz nie wsiada, Rabikan go bawi:

Nie wie, co z nim uczyni i gdzie go zostawi.

Kochał się w niem, nie mógł być lepszy do kopiej,

Aż z Indyej przyjachał na niem do Francyej.

Na koniec się namyśla, aby go nie stracić,

Kazać go wieść i raczej od niego zapłacić,

Aniżli go porzucić na zdobycz pierwszemu

Tamtą drogą trafunkiem jakiem jadącemu.

30

Patrzy pilnie angielskie książę w onem czesie,

Jeśli mu się myśliwiec lub jaki chłop w lesie

Nie trafi, któryby mu jego kochanego

Rabikana chciał zawieść do miasta blizkiego.

Cały on dzień i kiedy już wynikał drugi,

Czekał, żeby mu się kto do onej posługi

Trafił, ale bez skutku; aż kiedy świtało,

Dopiero, że ktoś jachał, tak mu się widziało.

31

Ale jeśli mam o tem ostatek powiedzieć,

Trzeba wam pierwej nieco o Rugierze wiedzieć

I o cnej Bradamancie. — Gdy się oddaliła

Cna para, że ich trąba w uszy już nie biła,

Poznał Rugier zarazem to, co mu przez czary

Zakrywał do tej doby czarnoksiężnik stary;

Zakrywał i tego chciał, aby się nie znali,

Wzajem ci wszyscy, którzy w pałacu mieszkali.

32

Rugier się Bradamancie swojej przypatruje,

Niemniej i ona jemu i zbyt się dziwuje

Oboje, że tak wielkiej gusła były mocy,

Że jem tak długo ćmiły i rozum i oczy.

Rugier obłapia swoję dziewicę nadobną,

Która się zstaje różej rumianej podobną,

I chciwie zbiera z jej ust pierwsze wdzięczne kwiaty

I szczęśliwej miłości swej owoc bogaty.

33

Częstokroć się wzajemnie oboje ściskali,

Częstokroć obłapiania swoje powtarzali,

Ciesząc się z obopólnej i szczerej miłości,

Że się w sercu nie mogły zmieścić ich radości,

I żałując niezmiernie, że się nie poznali,

Kiedy w błędnem pałacu tak długo mieszkali,

I że się, będąc wespół z sobą, nie cieszyli

I tak wiele wesołych dni darmo stracili.

34

Jednak ona, jak mądra panna, w tem używa

Przystojnych kresów i tak chce mu być chętliwa,

Aby swoje uczciwe wcale zachowała,

A jego w pewności swej chęci zatrzymała;

I mówi mu, jeśli chce nie znać w niej twardości

Do zbierania ostatnich owoców miłości,

Aby się naprzód okrzcił, potem, na co ona

Pozwoli, prosił o nię ojca jej, Amona.

35

Rugier, coby beł dla niej nietylko pogański

Porzuciwszy, na zakon przystał chrześcijański,

Jako ociec, jako dziad, jako beli dawni

Z Przed laty tego domu przodkowie przesławni,

Aleby jej kwoli dał chętnie na ostatek

Żywota, co go jeszcze zbywało, ostatek,

»Nie tylko — prawi — głowę w wodę, jako każesz,

»Ale i w ogień włożę, jeśli tak rozkażesz«.

36

Rugier zaraz wyjachał śpiesznie z tamtej strony

W dalszą drogę, aby beł co prędzej okrzczony,

Któremu Bradamanta przewodniczką była

I do Walumbrozy341 go stamtąd prowadziła —

Tak zwano jeden klasztor, piękny i bogaty,

Nabożeństwem słynący przed dawnymi laty —

A kiedy w pole wielkie z lasu wyjeżdżali,

Białągłowę zbyt smutną na twarzy potkali.

37

Rugier, co zawsze z każdem ludzkości używał,

Tem więcej przeciw tej płci, której zawsze bywał

Przyjacielem, ujźrzawszy oczy opłakane

I jej piękne jagody, łzami umaczane,

Ujęty beł zarazem żądzą i chciwością

Wiedzieć, jakąby była trapiona żałością;

I przystąpiwszy do niej, pierwej ją przywita

I pozdrowi, potem jej, czemu płacze, pyta.

38

Ona wtem upłakane oczy ucierała,

I cnemu Rugierowi tak odpowiedziała,

Z początku mu przyczynę swojej doległościv

Odkrywając i onej swej wielkiej żałości:

»Z litości — pry342 — i z żalu, mój panie, ciężkiego,

»Który mam dla młodzieńca jednego pięknego,

»Łzy, jako widzisz, tę twarz teraz polewają,

»Którego w blizkiem zamku dzisiaj tracić mają,

39

»Jedna młoda, nadobna panna miłowała,

»Co ojca Marsylego, hiszpańskiego miała

»Króla, w panieńskiej szacie to mowę zmyśloną,

»To oczy, to postawę chytrze uprzędzioną343;

»Na każdą noc go niemal do siebie puszczała,

»Czego domowa czeladź długo nie wiedziała;

»Ale nie jest tak żadna tajemnica skryta,

»Aby nakoniec z czasem nie była odkryta.

40

»Jeden naprzód postrzegszy, powiedział drugiemu,

»Dwaj zaś inszem, aż się to królowi samemu

»Odniosło i zawczorem tak tu powiadano,

»Że oboje na łóżku wespół poimano.

»Król kazał, aby beli do wieże wsadzeni

»I jedno od drugiego różnie344 rozdzieleni;

»Onego spalić mają, a tak nieszczęśliwy

»Umrzeć musi i nie wiem, jeśli dotąd żywy.

41

»Jam poszła, abym tylko przy ogniu nie była

»I na tak okrucieństwo wielkie nie patrzyła;

»Przyznam się, że żałuję serdecznie tej szkody,

»Że musi zginąć człowiek tak piękny, tak młody,

»I bym w najwiętszem szczęściu i weselu była,

»Nie może być, abym go w żal nie odmieniła,

»Wspomniawszy sobie tylko na ognie złożone,

»Co palić będą członki piękne i pieszczone«.

42

Tak się zda Bradamancie, że jej nie smakuje

I że ją barzo ona nowina frasuje;

I zda się jej, że tak się boi o onego

Skazanego na ogień, jako o jednego

Z braci swojej, a pewnie, że nie bez przyczyny,

O czem wam potem powiem; tak z onej nowiny

Smętna barzo, swojemu rzecze Rugierowi:

»Pomóżmy — prawi — jako temu młodzieńcowi!«

43

Potem się obróciwszy, gdzie stała niewiasta

Upłakana, mówi jej: »Prowadź nas do miasta,

»A wiedz, że jeśli dotąd żyje, żyw zostanie,

»I bądź pewna, że mu się złego nic nie zstanie«.

Rugier widząc życzliwość i pilne staranie

Swojej dziewki o niego, i sam przypadł na nie;

Wnętrzną żądzą zagrzany, chce pomóc onemu

Młodzieńcowi, na srogą śmierć osądzonemu.

44

I do niewiasty mówi: »Czego czekasz więcej?

»Czemu nas nie prowadzisz do miasta co pręcej?

»Nie płakać tu, ale go ratować potrzeba,

»Bo jeśli zaś omieszkasz, nas nie będzie trzeba.

»Ale jeśli do miasta wcześnie przyjedziemy,

»Bezpiecznie go z tysiąca mieczów uwiedziemy;

»Przeto się śpiesz, abyśmy na czas przybyć mogli

»I abyśmy mu pierwej, niż zgore, pomogli«.

45

Postawa śmiałej pary i surowa mowa

Sprawiła to, że ona smętna białogłowa

Niewątpliwą nadzieją serce napełniła,

Którą już była pierwej do szczętu straciła.

Lecz iż się barziej bała drogi zastąpionej,

Niż onej dalekości, w myśli rozdwojonej

Sama w sobie wątpliwa, namysły czyniła,

Bojąc się, aby próżna jej droga nie była.

46

Potem rzecze: »Jeśli — pry345 — przez tę prostą drogę

»I przez równą pojedziem, ile baczyć mogę,

»Prawiebyśmy do miasta na czas przyjachali

»I jeszczebyśmy żywo młodzieńca zastali;

»Ale jeśli pojedziem przez tę kamienistą

»Złą, nierówną, daleką i zbytnie górzystą,

»Boję się, że po czasie w miasto przyjedziemy

»I onego podobno w ogniu zastaniemy«.

47

»Czemuż krótszą nie mamy — rzecze Rugier — jachać?«

Odpowie białagłowa: »Trudno tam przejachać,

»Bo grabiów z Pontyeru zamek jest na drodze,

»Którego się podróżni wszyscy strzegą srodze

»Dla ustawy, którą tam ode trzech dni kładą

»Na panny i rycerze błędne, co tam jadą;

»W zamku mieszka Pinabel, człowiek niecnotliwy,

»Syn Andzelma starego, grabie z Altarywy346.

48

»I rycerz i biała płeć tędy nie jachała,

»Żeby tu odnieść jakiej sromoty nie miała:

»Pieszo stamtąd iść muszą, białegłowy stroje

»I szaty zostawując, a rycerze zbroje;

»Bo z dawnych lat nie było we wszytkiej Francyej

»I dotąd jeszcze niemasz lepszych do kopiej

»Nad tych czterech rycerzów, co onę zamkowi

»Ustawę poprzysięgli i Pinabellowi.

49

»Powiem wam, jako zwyczaj i ona ustawa

»Stanęła ode trzech dni i skąd się ta sprawa

»Poczęła, a wy sądźcie, czy jest sprawiedliwa,

»Bo na nię kazał przysiądz rycerzom, czy krzywa.

»Ma ten Pinabel panią tak złą, że na świecie

»Gorszej niemasz nietylko w tem naszem powiecie,

»Którą, kiedy z niem w drogę nie wiem, gdzie, jachała,

»Od rycerza jednego zelżywość potkała.

50

»Rycerz, o którem mówię, iż z baby szydziła,

»Którą za siodłem nosił, i źle ją ważyła,

»Powabił Pinabella, co w sobie hardości

»I postawy więcej miał, aniżli śmiałości;

»Zbiwszy go z konia, kazał jego paniej, aby

»Za to, że sobie z jego przeszydzała baby,

»Pieszo szła i swe stroje i szaty zewlokła,

»W które się jego baba natychmiast oblokła.

51

»Będąc tak młoda pani barzo obelżoną,

»Na pomstę z gniewu, z wstydu wszytka obrócona,

»Złączona z Pinabellem, który wszytkich złości

»1 wszytkich jej pomagał zawżdy nieprawości,

»Myśli we dnie i w nocy i nie sypia zgoła

»1 powiada, że nigdy nie będzie wesoła,

»Ażby tam także pieszo rycerze chodzili

»1 płeć biała i ta strój, ci zbroje stracili.

52

»A wtem czterej rycerze do zamku jednego

»Trafunkiem przyjachali Pinabellowego;

»Czterej wielcy rycerze, co niedawno byli

»Z barzo dalekich krajów w tę stronę przybyli,

»Tak mężni i tak dzielni, jako powiadają,

»Że takich drugich czterech te wieki nie mają:

»Akwilant z bratem swojem rodzonem, Gryfonem,

»I Sansonet, mąż wielki, z młodzikiem Gwidonem.

53

»Pinabel, który ludzkość z twarzy pokazował,

»Ale w sercu źle myślił, w dom ich poprzyjmował;

»Od którego we śpiączki beli poimani

»I tak długo u niego w więzieniu trzymani,

»Aż się wszyscy musieli obowiązać tęgą

»Wy mieszkać tam rok cały i miesiąc przysięgą,

»Przez który czas, żeby tych wszytkich odzierali,

»Rycerzów, coby tamtem gościńcem jachali,

54

»I ich paniom i pannom zawsze zsiadać z koni

»Kazali i szaty jem zabierali. Oni,

»Choć nieradzi i zbytnie z tego utrapieni,

»Przysięgli tak, jako chciał, gwałtem przymuszeni.

»Do tych czasów jeszcze nikt tu z niemi nie gonił,

»Coby z siodła nie wypadł i piór nie uronił;

»A było ich przez347 liczby, lecz szczęścia nie mieli:

»Wszyscy pieszo iść i zbrój pozbywać musieli.

55

»I rozkazał, aby ten, na kogo los padnie,

»Wprzód sam jeden wyjeżdżał z tych, co byli na dnie;

»Lecz gdzieby przeciwnemu gońcowi nie sprostał

»I samby wypadł z siodła, a on w siedle został,

»Inszy trzej, co zostaną, wszyscy jednem razem

»Powinni na zwyciężcę wychodzić zarazem.

»Patrzże: jeśli tak dobry jeden miedzy niemi,

»Co będzie, kiedy przydzie czynić ze wszytkiemi?

56

»Ale ta rzecz, na którą i ja mam iść z wami,

»Nie chce zwłok, nie chce tego, widzicie to sami,

»Abyście się tem bojem teraz zabawiali;

»Bo chociażby tak beło, żebyście wygrali,

»Co wam z twarzy i mężnej przystoi postawy,

»Przecię nie są godziny jednej takie sprawy;

»I boję się, że jeśli dziś tam nie będziecie,

»Obróconego w popiół młodzieńca najdziecie«.

57

Rugier rzecze: »Nam na to patrzać nie potrzeba.

»My czyńmy, co możemy i co czynić trzeba,

»Jedźmy rychło, a puśćmy ostatek na Boga

»Lub na szczęście; ty nas wiedź, gdzie naprostsza droga.

»Z tej gonitwy świadoma będziesz naszej mocy

»1 uznasz, jeśli będziem dobrzy do pomocy

»Temu, który z tak lekkich przyczyn dziś karany.

»Ma być, jako powiadasz, na ogień skazany«.

58

Ona się, nie mówiąc nic, zatem obróciła,

I w drogę się równiejszą i bliższą puściła.

Pół mile nie jachali przez gościniec prosty,

Kiedy ujźrzeli bramę i wysokie mosty,

Kędy szaty i zbroje często utracają,

A czasem i żywota nieraz pozbywają;

A skoro ich z daleka z zamku obaczono,

Dwa razy, a nie więcej we dzwoń uderzono.

59

Wtem z bramy przeciwko niem wyjeżdżał skwapliwy,

Trzęsąc się na podjezdku, jeden starzec siwy

I wołał wielkiem głosem: »Czekajcie! czekajcie!

»I albo się w zad wróćcie, albo myto dajcie.

»I jeśli miejsca tego zwyczaju nie wiecie,

»Dostatecznie się o niem ode mnie dowiecie«.

I począł jem powiadać starzec wszytkę sprawę,

Jaką tam chować kazał Pinabel ustawę.

60

Potem, jako beł zawsze zwykł czynić z inszemi,

Radził jem, namawiał ich słowy przystojnemi:

Każcie tej paniej płaszcz dać, a sami zsiadajcie

»Z koni swoich co prędzej i zbroję składajcie,

»A w, niebezpieczeństwo się nie wdajcie, z takiemi

»Chcąc się bić rycerzami czterema mężnemi:

»Suknie, zbroje i konia, łatwie dostać wszędzie,

»Ale kto żywot straci, nań się nie zdobędzie«.

61

Mówi Rugier starcowi, aby słów zaniechał.

»Wiem — pry348 — dobrze o wszytkiem, na tom tu przyjachał;

»Niechaj się, jeślim w skutku tak dobry, spróbuję

»Do tej sprawy, jakiem się być na sercu czuję.

»Konia, zbroję i szaty, tak wiedz, panie stary,

»Na same gołe słowa nie posyłam w dary;

»Wiem, że i mój towarzysz na to nie pozwoli

»I dobijać się drogi zastąpionej woli.

62

»Ale idź, a powiedz jem, niechaj wyjeżdżają

»Ci, co to ludzie ze zbrój i szat odzierają;

»Bo mamy dalej jachać i jednę rzecz sprawić

»Pilną barzo: długo się tu nie możem bawić.«

»Ano masz już jednego — starzec odpowiedział —

»Który cię wprzód ma potkać«. I dobrze powiedział,

Bo jachał jeden, który na zbroi bogaty

Miał nasuwień349 czerwony, tkany w białe kwiaty.

63

Bradamanta Rugiera długo nalegała350

I prosiła, aby się wprzód przed niem potkała

Z onym rycerzem, który nasuwień czerwony

Miał na sobie, białemi kwiaty przedzielony.

Ale próżne jej groźby, próżne beły słowa;

Taka beła koniecznie wola Rugierowa,

Aby mu Bradamanta cugu351 ustąpiła,

A na miejscu na jego potkanie patrzyła.

64

Rugier się u starego potem dowiadował,

Jako się ten, co na przód wyjachał, mianował.

Starzec powie, że to jest Sansonet w czerwonej

Dołmonie352 zwierzchniej, białem kwieciem przedzielonej.

Nie mówiąc do siebie nic rycerze wspaniali,

Jeden z tej, drugi z tamtej strony zajeżdżali

I przeciw sobie drzewa ogromne złożyli

I na pełny bieg wodze koniom wypuścili.

65

Tem czasem z Pinabellem z zamku beli wyszli

Pieszy w niemałej liczbie i na plac z niem przyszli

Przestrzegać i pilnować, aby zbroje kładli

Ci rycerze, którzyby beli z koni spadli.

Przeciwko sobie mężni rycerze bieżeli

I w tokach swoich drzewa pochylone mieli,

Drzewa wielkie, ogromne, miąższe, mocne, nowe,

Młodociane i dobrze zaschłe, jesionowe,

66

Jakich kilka dziesiątków dał beł w przeszłem czesie

Wyciąć mężny Sansonet w niedalekiem lesie,

Które beły na słońcu potem wysuszone,

A na ten czas beły dwie za niem przyniesione;

Trzeba pewnie, żeby tarcz z dyamentu była

Albo z stali, żeby w się grotu nie puściła.

Jedno, gdy na plac wjachał, kazał przeciwnemu

Gońcowi dać, a drugie wziął sobie samemu.

67

Z temi, któreby beły podobno przebiły

Nakowalnie353, rycerze niezrównanej siły,

Zastawując się wzajem wielkiemi tarczami,

Uderzyli w się mężnie ostremi grotami.

Rugierowa, co była przez czary zrobiona,

Została nieprzebita i nieprzebodziona,

Ona to od Atlanta tarcz czarnoksiężnika,

Najwiętszego po wszytkiem świecie czarownika.

68

Jużeście to nie w jednej pieśni u mnie mieli,

Jużeście to wielekroć ode mnie słyszeli,

Że kiedy ją odkryto, wzrok odejmowała

I pamięć i wszytek zmysł nagle odbierała;

Ale ją Rugier zawsze pokrowcem nakrywał,

Odkrytej, krom potrzeby wielkiej, nie używał;

I tak twierdzą, że pewnie niepożyta była,

Kiedy w onem potkaniu grotu nie puściła.

69

Druga, która gorszego rzemieśnika miała,

Onego tak ciężkiego raza nie strzymała

I jako uderzona piorunem, do razu

Przepadła się i miejsce w tem dała żelazu;

Miejsce dała żelazu, które weszło w ciało

I mięso mu i żyły w ramieniu porwało.

Tak na on czas Sansonet, mocno uderzony,

Od Rugiera beł z konia na ziemię zwalony.

70

Pierwszy to tam ze czterech, którzy tam mieszkali

Na to, aby niezbożną umowę chowali,

Przez którego nie tylko łup nie beł zdobyty,

Ale w onej gonitwie z siodła beł wybity:

Tak ci, kto się weseli i trzęsie porożem354,

Płacze czasem i bywa częstokroć pod wozem.

A wtem znowu na wieży we dzwon uderzono

I aby wyjeżdżali drudzy, znak czyniono.

71

Skoro się ono pierwsze skończyło igrzysko,

Przystąpiwszy Pinabel Bradamanty blizko,

Pyta, kto to beł, co się tak dobrze postawił,

Że takiej hańby jego rycerza nabawił

I tak go mężnie wybił i wysadził z siodła.

Sprawiedliwość go boska właśnie tam przywiodła

Właśnie na temże koniu, którego na górze

U jaskiniej uwiódł beł Amonowej córze.

72

Właśnie się było dziewięć skończyło miesięcy,

Spełna dziewięć miesięcy, jako z nią jadęcy355,

Jako dobrze pomnicie, zepchnął ją z wysoka

Na dół, gdzie Merlinowa leżała zewłoka356,

Kiedy jej gałąź, co się powoli łamała

Pod nią, która z nią spadła, śmierci uchowała;

W ten czas wziął beł jej konia, mniemając, że ona

Na wieki być w jaskiniej miała pogrzebiona.

73

Tak Bradamanta konia swojego poznawa,

Którego miał pod sobą: koń grabię wydawa.

Ale gdy głos i mowę jego usłyszała,

I pilniej mu z blizka w twarz i w oczy wejźrzała,

»Ten to zdrajca — zawoła — ten to jest niecnota,

»Co mię okradł, co mię chciał pozbawić żywota!

»Grzech cię tu twój wprowadził teraz, abyś za tę

»Niecnotę wziął nagrodę i godną zapłatę«.

74

To mówiąc, do miecza się od boku porwała

I dobywszy go, chyżo za niem się udała;

Ale mu wprzód od zamku drogę zastąpiła

I żeby weń nie uciekł, dobrze opatrzyła.

Wszytkie dopiero stracił Pinabel nadzieje,

Jako lis, gdy mu jamę zajadą od knieje;

Ani się chce obejźrzeć, ale wylękniony

W pole wypada, widząc zamek zastąpiony.

75

Blednie, jak trup, a konia to kole, to siecze,

Widzi, że ma dać garło, jeśli nie uciecze.

Bradamanta go bije coraz w dojeżdżaniu,

Grabia wszytkę nadzieję kładzie w uciekaniu.

Ona tuż wszędzie za niem, z oczu go nie spuszcza:

Rozlega się po lesie, stgka wielka puszcza.

W zamku o tem nie wiedzą dotąd, bo się byli

Na Rugiera na on czas wszyscy zapatrzyli.

76

Dopiero trzej rycerze z zamku wyjeżdżali

I tam, kędy gonitwa była, przyjeżdżali,

Mając złą białągłowę przy sobie, co była

Ono prawo nieludzkie tam postanowiła.

Wszytkiem trzem, bo każdy z nich woli iść ochotny

Na pewną śmierć, aniżli żywot wieść sromotny,

Serca z żalu, a twarzy od wstydu pałają,

Że się wszyscy trzej razem z jednem potkać mają.

77

Okrutna nierządnica, która była wniosła

Onę ustawę, pierwej, niż potrzeba, doszła,

Przypominała jem ślub, który uczynili,

Aby się jej sromoty i krzywdy zemścili.

»Jeśli go — prawi — z konia zwalę jednem drzewem,

»Co mi po towarzystwie? — tak z surowem gniewem

»Gwidon Dziki mówi złej niewieście — a jeśli

»Nie tak będzie, utni mi potem szyję, chceszli«.

78

Toż Akwilant, toż mówi Gryfon, że gotowi

Pojedynkiem w bój wstąpić przeciw rycerzowi

I że umrzeć albo być poimani wolą,

Niżli się wszyscy razem z jednem bić pozwolą.

»Na co spory, na co ta próżna wasza mowa? —

»Nierządnica jem mówi tak Pinabellowa —

»Po tom was tu przywiodła, abyście się bili,

»A nie, abyście nowe umowy czynili.

79

»W ten czas jebyło czynić, kiedyście więźniami

»Beli, w ten czas się było bawić wymówkami,

»Już to wszytkopo czasie; cóż, czy nie pomnicie

»Swej przysięgi, czy zostać kłamcami wolicie?«

Rugier tem czasem woła: »Awo piękne szaty

»Mojej panny, awo koń, awo rząd bogaty,

»Awo i nowe siodło, awo zbroje macie:

»Czegóż więcej, jeśli to chcecie mieć, czekacie?«

80

Tu je Pinabellowa ciśnie białagłowa,

Tu obelżenia pełne Rugierowe słowa

Tak długo, aż się wszyscy, prawie przymuszeni,

Ruszyli razem, ale srodze zawstydzeni.

Naprzód wypadli bracia rodzeni, cne plemię

Margrabię, co burgundzką trzyma żyzną ziemię;

Gwidon, co miał cięższy koń i mniejszej rączości,

Bieżał po zad za niemi w małej dalekości.

81

Przeciwko niem biegł Rugier, zapalony gniewem,

Z temże, którem zbił z konia Sansoneta, drzewem,

Zakryty drogą tarczą, tarczą drogiej ceny,

Którą miał stary Atlant na górze Pyreny,

Onę, mówię, co jasność taką wydawała,

Że jej żadna źrzenica nigdy nie strzymała,

Której Rugier za pomoc ostatnią używał,

Kiedy w niebezpieczeństwie jakiem wielkiem bywał.

82

Acz mu blask onej tarczy tylko trzykroć służył,

Trzykroć go tylko i to w wielkiem gwałcie użył;

Pierwsze dwa razy, kiedy z rozkosznego kraju

! Do chwalebniejszego się wracał obyczaju;

Trzeci raz, kiedy między morskiemi wodami

Sroga ryba głodnemi groziła zębami,

Co już, już piękną dziewkę nagą pożreć miała,

Co mu to, wyzwolona, zaś tak źle oddała.

83

Trzy razy tylko beła od niego użyta

Przez wszytek czas, ale tak bywała nakryta,

Że ją mógł łatwie odkryć, kiedy beło trzeba,

Kiedy gwałt, kiedy wielka przypadła potrzeba.

Z tą i teraz, jakom rzekł, w srogi bój wstępował,

A takie serce, taką śmiałość pokazował,

Że onych trzech rycerzów, które przeciw sobie

Widział, tak, jako dziecek357, bał się w onej dobie.

84

Rugier właśnie Gryfona tak, jako wymierzył,

W róg tarczy wielkiem drzewem haniebnie uderzył;

On się chwieje tam i sam i głową nie włada

I z siodła na ostatek leci i wypada.

Gryfon go zaś w pośrzodek paiża358 ugodził;

Ale iż grot na poprzek nie prosto przychodził

I Rugier miał tarcz gładką, zbyt polerowaną,

Szedł ślózem359, porząc wierzchem stal uhartowaną,

85

I pokrowiec, który blask foremny360 zakrywał,

Na tarczy w kilku miejscach zdarł i porozrywał,

Blask foremny, na który wszyscy paść musieli,

Którzy tarcze odkrytej by najmniej zajźrzeli.

Akwilant, który bieżał zarówno z Gryfonem,

Rozdarł grotem ostatek pokrowca stalonem

I tarcz odkrył; zaczem wnet blaskiem padł na ziemi

I brat bity i Gwidon, co bieżał za niemi.

86

I tam i sam, gdzie kogo blask zastał, padają;

Bo nie tylko wzrok, ale zmysły odbierają

Promienie przeraźliwsze i jaśniejsze słońca.

Rugier, który nie widzi boju jeszcze końca,

Obraca koń i szable dobywa w obrocie

I rozczęty bój kończyć chce w zwykłej ochocie

I nie widzi nikogo zgoła przeciw sobie:

Wszyscy beli, jak martwi, padli przeciw sobie.

87

Rycerze, co na koniech beli przyjachali,

I pieszy, co się byli dziwować zebrali,

I białegłowy leżą po ziemi i konie

I tam i sam, ci na tej, ci na owej stronie.

Wprzód się Rugier dziwuje, potem się postrzega,

Że rozdarty pokrowiec wisi i dosięga

Strzemienia, on pokrowiec jedwabny, czerwony,

Pod którem niewytrwany blask beł utajony.

88

Obróci się na koniu i koń obracając,

Patrzy, swej towarzyszki oczyma szukając.

I jedzie na to miejsce, gdzie była została

W on czas, gdy się gonitwa pierwsza rozczynała.

Ale skoro obaczył, że i tam nie była,

Myśli sobie, że pewnie w drogę się puściła

Skazanego młodzieńca od śmierci obronić

I przybyć w czas, widząc, że długo będą gonić.

89

I między leżącemi, których przeraziła

Przykra jasność, tę, co go. tam przyprowadziła,

Ujźrzał i wziął ją przed się i zbyt zasromany,

Jachał stamtąd, sam w sobie wszytek pomieszany,

I w płaszcz jej, który miała, z pokrowca obraną,

Uwinął Atlantowę tarcz uczarowaną.

Zaczem przyszła do siebie i pierwszych dostała

Zmysłów, skoro na przykry blask patrzyć przestała.

90

Rugier jedzie żałosny po swojej wygranej,

Nie śmie od ziemie podnieść twarzy zasromanej,

Rozumie, że mu będzie zawsze wymiatane

Na oczy tak niegodnie zwycięstwo dostane.

Jako się mam poprawić — prawi — po tem błędzie

Każdy ganić, każdy mi tem urągać będzie,

Żem zwyciężył, tak będą mówić, nie siłami,

Nie męstwem jakiem, ale brzydkiemi czarami«.

91

Kiedy tak jachał, pełny żalu i frasunku,

Czego chciał, czego szukał, to nalazł z trafunku:

Nadjachał, jadąc potem, studnią zbyt głęboką,

Obsypaną kamieniem i twardą opoką,

Gdzie bydło napasione w południe chodziło

I upragnione w znoje letnie się poiło.

Rzekł Rugier: »Nie będziesz mię, o zła tarczy, lżyła,

»Nie będziesz mi już więcej sromoty czyniła!

92

»Niechaj to będzie hańba moja ostateczna,

»Którą mam mieć na świecie, o tarczy bezecna!«

To mówiąc, zsiadszy z konia, zrzucił ją z ramienia

I patrzał koło siebie dużego kamienia;

I nalazszy go, wziął go i z tarczą pospołu

Mocno związany wrzucił do wielkiego dołu

I rzekł: »Niechże tu z tobą, o tarczy zelżona,

»Wiecznie moja sromota będzie pogrzebiona!«

93

Studnia barzo głęboka i wód pełna była,

Kamień ciężki, tarcza coś mało mniej ważyła;

Oboje upuszczone, poszło na dół snadnie

I okryło się wodą i zostało na dnie.

Tak wspaniałego dzieła zamilczeć nie chciała

Wieść błędna361, świegotliwa i w trąbę zagrała

I puściła dźwięk o tem po wszytkiej Francyej

I po przyległych krajach i po Hiszpaniej.

94

Skoro się ona dziwna przygoda rozniosła

I od głosu do głosu na wszytek świat poszła,

Rycerze z dalekich stron i blizkich jachali,

Aby tarczej tak zacnej, tak drogiej szukali.

Ale nie mogli wiedzieć, gdzie kraj, gdzie ta była

Studnia, w której się sławna pawęza362 taiła;

Bo ona białagłowa, co na to patrzała,

Nigdy kraju i studniej objawić nie chciała.

95

Skoro Rugier odjachał, zamek zostawiwszy,

I bój bez wielkiej prace prędko odprawiwszy,

Kiedy oni rycerze czterej zawołani

Postawili się słabo i jako słomiani,

Wziąwszy tarcz, wziął i światło, które urażało

Wszystkie oczy i wszystkie zmysły odbierało;

Zaczem ci, co leżeli, blaskiem zarażeni

Powstawali tak, jako ze snu ocuceni.

96

Przez cały dzień ni o czem sobie nie mówili

Czterej rycerze, którzy z Rugierem gonili,

Jeno o onem dziwie, jako zaślepieni

Niewytrwanemi blaski, beli zwyciężeni,

A wtem nowina przyszła przed zachodem słońca,

Że już grabia Pinabel doszedł swego końca;

Już i w zamku rycerze tę wiadomość mieli,

Lecz od kogo był zabit, jeszcze nie wiedzieli.

97

Bradamanta się była w pogonią363 puściła

Za niem i w wąwozie go ciasnem dogoniła;

I sto mu ran, przez piersi, przez boki zadała

I wszytkę krew z martwego wytoczyła ciała.

A skoro on wielki smród, którem zarażony

Wszytek beł kraj tamteczny, przez nię był zniesiony,

Z koniem, którego jej beł uwiódł u jaskinie,

Wracała się do lasa, potem po równinie

98

Tam, gdzie była Rugiera zostawiła, chciała

Wrócić się, ale drogi naleźć nie umiała.

Po górach, po dolinach nakoło skręciła

I wszytkie okolice tam i sam zjeździła;

Ale szczęście nie chciało, aby naleźć miała

Drogę, skądby Rugiera swego dojechała. —

Z drugą pieśnią was czekam, jeśli się kochacie

W historyej i jeśli mię radzi słuchacie.

Koniec pieśni dwudziestej wtórej.