XXIII. Pieśń dwudziesta trzecia

Argument

Astolf leci pod nieby. Zerbin obwiniony

O śmierć Pinabellowę, bywa wybawiony

Od Orlanda. Rodomont na Frontynie jedzie,

Odjąwszy go Hipalce, co go indziej wiedzie.

Grabia Orland straszliwy pojedynek z hardem

Odprawuje tatarskiem królem, Mandrykardem;

Potem od swojej dziewki mając niewytrwane

Urazy, wpadł w szaleństwo nigdy niesłychane.

Allegorye

W tej dwudziestej trzeciej pieśni widziemy, jako napodlejszy człowiek siła złego nabroić może, ponieważ baba Gabryna tak wielkiego Tycerza, jaki beł Zerbin, mało o śmierć nie przyprawiła. W Rodomoncie, który wprzód mając za sromotę sobie wziąć konia białejgłowie, który mu się podobał i którego potrzebował, a potem go jej wziął gwałtem, ukazuje się, jako nietrudno o okazyą przywieść do skutku naszę wolą, byśmy tylko mieli z to siły. W Orlandzie potem, który dla swojej Angeliki stracił rozum i oszalał, ukazuje się rzeczą samą i doświadczeniem, jako jest moc wielka niezbednej miłości.

1. Skład pierwszy

Niech każdy, jako może, bliźniego ratuje,

Bo dobrze czynić rzadko kiedy się najduje

Bez nagrody; jeśli też chybi cię nagroda,

Przynamniej cię nie potka sromota i szkoda.

Ale który drugiemu źle czyni, to próżno,

Musi mu dług zapłacić lub prędko lub późno.

Dobrze mówi przypowieść, że się potykają

Ludzie z ludźmi, a góry w miejscu zostawają.

2

Patrzaj, co Pinabella dopiero potkało

Za jego złe uczynki i co mu się zstało;

Krótko mówiąc, karanie wziął za swe zasługi

I zapłacił, choć późno, razem wszytkie długi,

A Bóg, który przeciwko człowiekowi złemu

Pospolicie swą pomoc daje niewinnemu,

Bradamantę wybawił i zawsze każdego

Niewinnego wybawi i sprawiedliwego.

3

Tak wierzył zły Pinabel, że w jamę zepchniona

Bradamanta, miała być wiecznie pogrzebiona,

I nie myślił jej ujźrzeć wiecznie, nie rzkąc, za tę

Złość swoję przeciwko niej z rąk jej wziąć zapłatę.

To mu nic nie pomoże, to go nie ratuje,

Że pomiędzy tak wielą zamków się najduje,

Zamków swoich ojczystych, gdzie między górami

Świecił się Wysoki Brzeg pod Pontyerami.

4

Wysoki Brzeg na on czas i przyległe włości

I wielkie w okolicy trzymał majętności

Stary Andzelmus, ociec Pinabella, który

Miał nieprzyjaźń z dawnych lat z domem Jasnej Góry364.

Bradamanta, jakom rzekł, skoro dogoniła

Zdrajcę swego, pod górą w lesie go zabiła,

Który inszych pomocy do swojej obrony

Nie używał, krom wrzasku a prośby, strwożony.

5

Skoro tak fałszywego rycerza zabiła,

Co ją chciał pierwej zabić, na zad się puściła,

Gdzie się naleźć Rugiera swego spodziewała;

Ale się jej fortuna zła w tem sprzeciwiała,

Która ją wprowadziła na ścieszkę omylną,

Nie tę, której szukała z chęcią tak usilną.

Tak wjachała w ciemny las, gęsty i głęboki

Właśnie w ten czas, gdy na świat padną ciemne mroki.

6

A nie wiedząc, gdzie się tak późno podzieć miała,

Na tem miejscu, gdzie ją noc nalazła, została

Na trawie, gdzie beł gęstem liściem dąb nakryty,

Częścią śpiąc i czekając na rumiane świty,

Część na Marsa, Jowisza i na błędne bogi

Insze patrząc, jako swe odprawują drogi;

Ale lub czuje lub śpi, twardem snem zmorzona,

Wszytka jest w swem Rugierze myślą utopiona,

7

Ustawuje, wzdycha z serca i z samych wnętrzności,

Pełna smutku wielkiego i ciężkiej żałości,

Że w niej więcej, niż miłość, gniew mógł. »Tyś to sprawił,

»Zły gniewie, żeś mię mego miłego pozbawił:

»Bym wżdy beła — powiada — drogę pamiętała,

»Kiedym się za tem zdrajcą bezecnem udała,

»Żebym tam, skądem wyszła, na zad zaś trafiła!

»Próżno to, o czem beła i pamięć straciła«.

8

Takie słowa na on czas i takie tęsknicę

W sercu i w ustach beły u mężnej dziewice,

A wtem wzdychania wiatry a łzy, co spadały

Z oczu, na piękną twarz deszcz obfity puszczały.

Tem czasem po czekaniu długiem pożądany

Ukazał się na niebie piękny świt rumiany;

Ona też munsztuk w gębę włożyła koniowi

Tam, gdzie się pasł i wsiadszy, jachała ku dniowi.

9

Jeszcze beła niewiele stamtąd ujachała,

Gdy na koniec gęstego lasu przyjachała,

Gdzie był przedtem on wielki pałac postawiony,

W którem więźnie swe chował czarownik uczony.

Tu zastała Astolfa, który już był w skrzydła

Ubranemu koniowi w pysk włożył wędzidła

I stał myśląc, jako miał z Rabikanem sobie

Postąpić i komu go oddać w onej dobie.

10

Z trafunku od niej tam był na on czas zastany,

Kiedy beł sobie z głowy szyszak zdjął spiżany365,

Tak, że jeno co trochę z lasu wyjachała,

Tak zaraz stryjecznego swojego poznała;

I z daleka go jeszcze ludzko pozdrowiła,

A potem bliżej będąc, mile obłapiła

I twarz z hełmu odkryła i poznać się dała

I nadto mu imię swe własne mianowała.

11

Nie mógł nikogo naleźć Astolf — i tak wierzył —

Komuby się beł lepiej swojego powierzył

Rabikana i ktoby lepiej go pilnował

I do jego zwrócenia z drogi go dochował,

Jako dziewka z Dordony; i tak mu się zdało,

Że mu ją Bóg lub szczęście w on czas tam posłało,

I jeśli ją rad widział, jeśli ją miłował,

Zawsze, tem więcej teraz, gdy jej potrzebował.

12

A skoro obłapiania swoje powtórzyli

I braterskie366 się z sobą wzajem ucieszyli,

Ona jego, a on jej pilnie się pytali

I o swem powodzeniu sobie powiadali.

Książę angielskie mówi: »Mamli w drogę jachać

»Samem ptakom zwyczajną, czas mi już wyjachać«.

I odkrył jej swe wszytkie zamysły, a potem

Ukazał jej koń, który biegał prędkiem lotem.

13

Ona tego za żaden dziw sobie nie miała,

Kiedy go po powietrzu latając widziała367.

Znała go dobrze przedtem; na niem wywabiony

Do boju, wyjachał beł czarownik uczony

Przeciwko niej; więc i to dobrze pamiętała,

Kiedy głowę i szyję za niem wyciągała

Tego dnia, kiedy Rugier z jej wielkiem lękaniem

Aż pod same obłoki wzniesiony beł na niem.

14

Mówi książę angielskie, że jej kochanego

Rabikana swojego chce dać tak rączego,

Że kiedyby go w biegu wodzą nie hamował,

Strzały z łuku puszczone w zadby zostawował,

I zbroje i rynsztunek niepotrzebny, który

Chciał, żeby mu kazała wieźć do Jasnej Góry

I tak to opatrzyła, żeby go to cało,

Kiedy się na zadz drogi wróci, doczekało.

15

»Bo że — powiada — lotem iść nam, ile mogę,

»Jako nalepiej się chcę ulżyć w tę swą drogę;

»Okrom szable a trąby swej nic nie chcę nosić«.

Acz mu na samejtrąbie pewnie było dosyć.

Bradamanta kopią syna Galafrona368

Przytem bierze, która tem była obdarzona

Przywilejem i która tak potężnie bodła,

Że każdego w gonitwie wypychała z siodła.

16

A kiedy się już Astolf w onę drogę puszczał

I osiadł lotne źwierzę, wódz mu nie wypuszczał

I z razu szedł od ziemie z lekka; ale potem

W okamgnieniu zginął jej z oczu prędkiem lotem.

Tak, kiedy okręt z portu na głębią wychodzi,

Bojąc się skał i piasków i miałkich powodzi,

Zrazu pomału idzie; ale kiedy z brzegiem

Port zostawi, wiatr mija niedościgłem biegiem.

17

Skoro Astolf odjachał, dziwnie frasobliwa

Bradamanta zostawa, w myśli swej wątpliwa,

I nie wie, jako onej sprawie ma poradzić

I zbroję z bratniem koniem, gdzie chciał, zaprowadzić.

Żądza ją wielka grzeje Rugiera swojego

Szukać, nie biorąc raczej przed się nic inszego;

Z którem, jeśliby go gdzie pierwej nie potkała,

Widzieć się w Walumbrozie pewnie spodziewała.

18

Gdy tak stała wątpliwa, ujźrzała z daleka

Idąc przeciwko sobie trafunkiem człowieka369,

Któremu zbroję bratnią kazała ułożyć

I na Rabikana ją powiązaną włożyć,

Potem za sobą koni dwu wieść w onej dobie,

Z których jeden nic, drugi zbroję miał na sobie;

Dwu miała: jeden dawny, drugi, co go była

Wzięła Pinabellowi, kiedy go zabiła.

19

Do Walumbrozy jachać stamtąd umyśliła,

Bo tam naleźć swojego Rugiera tuszyła;

Ale drogi tak, jako trzeba, nie wiedziała

I aby nie zbłądziła, bardzo się bojała370.

On też chłop, który z nią beł i za nią jej konie

Prowadził, nie beł wiadom barzo w tamtej stronie.

Atoli się nakoniec na szczęście puściła

Tam, gdzie że Walumbroza być miała, tuszyła.

20

Tam i sam patrzy pilnie kogo w onem boru,

Któryby jej ukazał drogę do klasztoru;

Ale niemasz nikogo. Z boru wyjachała

O dziewiątej i zamek z daleka ujźrzała,

Zamek jeden z daleka na pagórku, który

Zdał się jej być podobny zbyt do Jasnej Góry;

I tak beło, bo potem i sama poznała,

Ze beła Jasna Góra, gdzie matka mieszkała.

21

Skoro miejsce poznała, trapić się poczęła

Na sercu i żałość ją okrutna ujęła,

Bo jeśli ją poznają, już, jako ma wolą,

Odjachać jej, rzecz pewna, więcej nie pozwolą;

Jeśli też tam zostanie, tak ją palić będzie

Ogień srogiej miłości, że garła pozbędzie,

Jeśli swego Rugiera nie obaczy więcej

I co rzekł, w Walumbrozie nie ziści co pręcej.

22

A kiedy tak wątpliwa długą chwilę była,

Nakoniec Jasną Górę minąć umyśliła

I przeciw klasztorowi konia obracała

Bogatej Walumbrozy, gdzie drogę wiedziała.

Ale szczęście tak chciało, że onej godziny

Przedtem, niżli na górę wjachała z doliny,

Jednego z braciej swojej, Alarda371, potkała

I czasu przed niem gdzie się utaić nie miała.

23

Wracał się w zad do domu, skoro lud rozprawił

I piechotę i jezdę na leżach postawił,

Którą, jako mu cesarz świeżo beł napisał,

W okolicznych miasteczkach zebrał i popisał.

Pierwej się miedzy sobą wzajem pozdrowili

I braterskie witania nie raz powtórzyli;

Potem do Jasnej Góry pospołu jachali,

A to o tem, to owem oboje gadali.

24

Do Jasnej Góry z bratem pospołu wjachała,

Kędy jej utrapiona matka jej czekała,

Ustawicznie smętną twarz łzami polewając

I darmo jej po wszytkiej Francyej szukając.

Ale one witania, one obłapiania,

One z matką i bracią spólne całowania

Wszytkie za nic i wszytkie za fraszkę ważyła

Przeciwko tem, które z swem Rugierem czyniła.

25

A nie mogąc wyjachać sama z Jasnej Góry,

Myśliła do klasztoru posłać kogo, który

Miał odnieść Rugierowi, czemu, jako chciała,

Za niem do Walumbrozy stamtąd nie jachała,

I prosić go, jeśli go prosić beło trzeba,

Aby się, jako beło koniecznie potrzeba,

Okrzcił i prosił o nię, jako miał z nią zmowę,

Potem do skutku przywiódł małżeńską umowę.

26

Przez tegoż posła konia odesłać mu chciała,

Konia, w którem, że się on zbyt kochał, wiedziała;

A zaprawdę, beł godzien łaski i miłości

Rugierowej dla cnoty i swojej dzielności,

Bo takiego drugiego we wszytkiem pogaństwie

I we wszytkiem nie było prawie chrześcijaństwie,

Okrom Bryliadora, który beł Orlandów,

A Bajarda drugiego, który beł Rynaldów.

27

Onego dnia, gdy Rugier osiadł dziwne zwierzę,

Które miało z obu stron przyprawione pierze,

Zostawił beł swojego Frontyną — onemu

Koniowi imię było to Rugierowemu —

Wziąwszy go Bradamanta, do dom go posłała

I karmić go i z lekka przejeżdżać kazała,

Że w krótki czas, jako się w Jasnej Górze chował,

Tak, jako nigdy przedtem, zbyt się beł wychował372.

28

Robotnice i szwaczki wszytkie, które miała,

Zwołała i pospołu z niemi haftowała,

Mało co przestawając, a wszytka robota

Z białych, czarnych jedwabiów była i ze złota;

Z tej pokrowiec na siodło i dek373 urobiła

Dziwnie kosztowny, którem Fronty na nakryła.

Wtem córki Kalitrefy, mamki swej, przyzwała,

Której się swoich wszytkich tajemnic zwierzała.

29

Częstokroć z nią, trzymając dobrze o jej wierze,

Rozmawiać była zwykła o swojem Rugierze,

Jako jej beł na sercu wyraźnie wyryty,

Jako gładki, jako beł rycerz znamienity;

Tej zawoławszy rzecze: »Nad cię w pewną drogę

»Między wszytkiemi obrać lepszego nie mogę

»I wierniejszego posła, o Hipalko374 moja!

»W takiej cenie jest u mnie chęć i wiara twoja.

30

»Jedź!« — powiada, potem jej wszytkiego naucza,

Gdzie ma jachać i to jej i owo porucza;

A skoro jej zleciła wszytko dostatecznie,

O to bardzo prosiła, aby ją koniecznie

U niego wymówiła, że się nie stawiła

W Walumbrozie, ponieważ w tem jej przeszkodziła

Zła, przeciwna fortuna, która więcej nami

I naszemi rzeczami władnie, niż my sami.

31

Kiedy już na parepie375 Hipalka siedziała,

Aby wiodła Frontyna, wodze376 jej podała,

Dawszy jej tę naukę, jeśliby kto gwałtem

Chciał go jej wziąć, albo jej w drodze jakiem kształtem

Złość wyrządzić, aby się z niem w rzecz nie wdawała,

Tylko mu zaraz, czyj beł on koń, powiedziała,

Tusząc, że drżeć na imię Rugierowe mieli

Namężniejszy rycerze, gdyby je słyszeli.

32

Wiele jej potem inszych przypomniała rzeczy,

Które, mówiąc z Rugierem, miała mieć na pieczy;

Które skoro w pamięć swą Hipalka zebrała,

Nie chcąc się więcej bawić, w drogę się udała.

Przez pola, przez równiny, przez góry, przez lasy,

Już beła ujachała pięć mil w one czasy,

A dotąd ją ci wszyscy, co się z nią potkali,

Puszczali ani dokąd jachała, pytali.

33

Dopiero po południu, gdy zjeżdżała z góry

Na równiny, potkała Rodomonta, który

Sam jeden szedł piechotą, a wszytek beł zbrojny,

A przed nim śpiesznie bieżał karlik mały, strojny.

Skoro jej wejźrząt w oczy, brzydkie rozpoczynał

Bluźnierstwa i swe bogi łajał i przeklinał,

Że na on czas onego konia tak pięknego

Nie nalazł raczej w ręku rycerza jakiego.

34

Przysiągł to beł pohaniec i zaklął się srodze,

Pierwszy koń, który mu się miał trafić na drodze,

Wydrzeć; a to beł pierwszy, nad który piękniejszy

Nie mógł być i coby rząd mógł mieć kosztowniejszy;

Udał mu się, tylko że sromoty się boi,

Widząc, że białejgłowie brać go nie przystoi.

Mówi często, patrząc nań, z gniewem i z łajaniem:

»Niestetyż mnie, że pana jego niemasz na niem!«

35

Hipalka na to rzecze: »Szczęście twe tak chciało;

»By tu beł, prędkoć-by się konia odechciało:

»Nie tylko ty, ale nikt pewnie z jego panem

»Nie może być na świecie w męstwie porównanemu«.

On jej: »Któż to tak cudzą sławę depce?« powie.

Hipalka mu, że to koń Rugierów, odpowie.

Rodomont zaś: »Więc go chcę, kiedy Rugierowi

»Należy, tak sławnemu temu rycerzowi.

36

»A jeśli jest tak mężnem, jako twierdzisz o niem,

»I żaden mu nie zdoła, ja mu z jego koniem

»Nie zjadę i niechaj wie, że mu go nie stracę

»I owszem mu, jako chce, od niego zapłacę.

»Powiedz mu, żem Rodomont, jeśli pytać będzie

»O moje imię, i to, że mię najdzie wszędzie,

»Jeśli ze mną boju chce, krom żadnej trudności,

»I pozna mię, bom znaczny z mej własnej światłości.

37

»Gdzie przejdę, takie znaki po mnie zostawają,

»Że więtsze po piorunach nigdy nie zostają«.

Z takiem przepychem377 mówiąc przeciw Rugierowi,

Złote wodze378 na szyję włożył Frontynowi

I wsiadł nań i Hipalkę zostawił żałosną.

Tkniona oną sromotą i krzywdą nieznośną,

Łaje mu, jako może, nieboga nagorzej;

On nie słucha i w górę pojeżdża tem sporzej.

38

Jedzie tam, gdzie go karzeł wiedzie, aby z hardem

Mógł swoję Doralikę naleźć Mandrykardem.

Hipalka mu, z daleka jadąc za niem, łaje

I klnie go i złorzeczy, co jej głosu zstaje.

Co się tam dalej działo, Turpin opisuje,

Który w miejscu tem z drogi prostej występuje,

Potem się wraca znowu na gościniec bity

Do kraju, gdzie beł grabi a z Magance zabity.

39

Ledwie co Bradamanta stamtąd się puściła,

Co się szukać swojego Rugiera kwapiła,

Jako tam zła fortuna przyniosła Zerbina,

Z którem wszędzie pospołu jeździła Gabryna.

Jedzie dalej i ujźrzy, nie wie, czyje ciało,

Które martwe pod górą w dolinie leżało,

I jako ten, co zawsze pobożność miłował,

Nieszczęsnego przypadku onego żałował.

40

Leżał grabia Pinabel zabity na ziemi,

Lejąc krew tak obfito ranami wielkiemi,

Że się zdało, że w ciele tak wiele ran było,

Jakby się na jego śmierć sto mieczów złączyło.

Jachał dalej królewic szocki zawołany

Na szczęście śladem, co beł świeżo udeptany,

Aby się mógł dowiedzieć, przez kogo tam ono

Mężobójstwo tak srogie było popełniono.

41

Aby go tam czekała, powiedział Gabrynie,

Obiecując się wrócić pręcej, niż w godzinie.

Ona się zaraz blizko pod trupa pomknęła

I przypatrować się mu stąd i stąd poczęła,

Myśląc, jeśli się jej co u niego zda, żeby

Wzięła temu, co tego już nie miał potrzeby,

Jako ta, co miała grzech ten między inszemi,

Że zbyt łakoma beła, wadami swojemi.

42

By była miała sposób, że rzeczy kradzione

Mogły być jakiem kształtem u niej utajone,

Zdarłaby beła z niego i zbroję i szaty

Wszytkie, spodnie i zwierzchnie, nasuwień379 bogaty;

Dlatego, co skryć może tylko, odejmuje,

Ostatka, że nie bierze, haniebnie, żałuje.

Beł pas piękny na trupie; ten mu odebrała

I pod suknią oba jem boki przepasała.

43

Wrócił się prędko Zerbin, który darmo w tropy

Bieżąc za Bradamantą, patrzył bitej stopy,

Bo trafił ścieszkę, co się w kilka dróg dzieliła,

To na dół, to na górę, a ślady myliła.

Do tego już też późny wieczór następował,

Nie radby beł gdzie w polu pod niebem nocował,

I dla noclegu śpiesznie pojachał z doliny

W towarzystwie niezbożnej, przeklętej Gabryny.

44

Dwie mili ujachawszy, pyszno zbudowany

Zamek ujźrzą, Wysoki Brzeg z dawna nazwany;

Tam się zastanowili w nocy dla noclegu,

Co od ziemie do nieba już szła w pełnem biegu.

Ledwie co z koni zsiedli, srogie narzekanie

Usłyszą i wielki płacz i krzyk i wołanie.

Widzą potem, że wszędzie co żywo płakało,

Tak, jakoby co na tem wszytkiem należało.

45

Kiedy się o tem pytał, taką Zerbinowi

Sprawę dano, że świeżo grabi Andzelmowi

Staremu ktoś z nowiną dopiero przybieżał,

Że syn jego zabity niedaleko leżał.

On chcąc uść podejźrzenia, czyni tę postawę,

Że dopiero od nich wie teraz onę sprawę;

Lecz myśli, że to ten beł mepochybnie, który

Srodze zamordowany leżał podle góry.

46

Po małem czasie ciało beło przyniesione,

Na marach z wielką liczbą świec przyprowadzone

Tam, gdzie beł wrzask okrutny i ręku łamanie

I żałosne po wszytkich stronach narzekanie.

Wszyscy z oczu obfite dżdże na twarz spuszczali

I wołaniem i płaczem nieba przebijali;

Ale najupłakańsza twarz ojca nędznego

Była między wszytkiemi, Andzelma starego.

47

Kiedy się tak na pogrzeb wielki gotowano

I wielu nań z dalekich krajów zapraszano

Według dawnych porządków, które zachowały

Dawne wieki, które już tych czasów ustały,

Grabia stary, co płakał ustawnie na zeście

Syna swego, wytrąbić rozkazał po mieście,

Obiecując nagrodę i dar znamienity

Temu, przez kogoby beł srogi mord odkryty.

48

Poszła z głosu do głosu i z ucha do ucha

Od grabie obiecanej nagrody otucha,

Aż się także doniosła onej niezbożnice,

Co złością przechodziła tygry, medzwiędzice.

Lub to dawna nienawiść wielka w niej sprawuje,

Upadek Zerbinowi nieschronny gotuje,

Lubo, żeby się mogła chlubić sprawiedliwie,

Że sama w ludzkiem ciele bez ludzkości żywię.

49

Lubo się też łakomstwem i oną uniosła

Obietnicą nagrody, do Andzelma poszła

I po przemowie, która jakiekolwiek miała

Podobieństwo, że Zerbin zabił, powiedziała,

Syna jego, i pasa z pod suknie dobyła

I przed starem go grabią na stół położyła.

Poznał nieszczęsny ociec zabitego syna

Zwyczajny pas, który mu oddała Gabryna.

50

I z płaczem Bogu dzięki czynił, że objawił

Mężobójcę, i zaraz piechotę wyprawił,

Która szedszy do miasta, wszytko pobudziła

Pospólstwo i gospodę wkoło obstąpiła.

Tak Zerbin nieszczęśliwy, który spał, bezpieczny,

I tej krzywdy nie czekał, był na ostateczny

Upadek od bezbożnej niewiasty podany,

W prierwospy380 od Andzelma grabie poimany.

51

Onej nocy do ciemnej wieże beł wsadzony

I w łańcuchu i w pęcie aż na dno spuszczony.

Jeszcze beło nie weszło słońce, kiedy krzywy

Na zamku wyrok stanął i niesprawiedliwy,

Aby na temże miejscu, gdzie beł wykonany

Zły uczynek, Zerbin beł rano ćwiertowany;

Inszego też opytu381 o tem nie czynili:

Dosyć było, że tak pan i wszyscy wierzyli.

52

Nazajutrz, skoro światu pełne mokrej rosy

Ukazała jutrzenka swoje złote włosy,

Wszyscy wyszli, »Niech umrze! niech umrze!« wołając,

Za grzech cudzy niewinnie Zerbinowi łając.

Pospólstwo się do kupy z różnych stron schodziło,

Aby z miasta złoczyńcę w pole prowadziło,

Bez sprawy, bez porządku; Zerbin beł wsadzony

Na małego podjezdka i w pole wiedziony.

53

Ale Bóg, który często niewinnych ratuje

I tych, co mu dufają, w przygodzie pilnuje,

Już mu był tak potężne zgotował obrony,

Że onego dnia pewnie nie miał być stracony.

Trafił się tam cny Orland, który niewinnemu

Królewicowi przyniósł ratunek szockiemu;

Orland widzi moc ludzi, którzy się skupili

I smętnego rycerza na śmierć prowadzili.

54

Miał z sobą Izabellę piękną w onem czesie,

Którą z trafunku nalazł niedawno na lesie,

Córkę króla Galega382, od zbójców dostaną

I chwilę u nich w ciemnej jaskiniej chowaną

Potem, jako rozbity okręt zostawiła,

Kiedy go niepogoda morska utopiła,

Samę jednak Bóg dziwnie od śmierci uchował,

Którą barziej, niż duszę swą, Zerbin miłował.

55

Odtąd, jako od zbójców wyzwolona była,

W towarzystwie z Orlandem ustawnie jeździła;

A w on czas, kiedy on lud tak wielki widziała,

Co to było, Orlanda strwożona pytała.

On powiedział: »Ja nie wiem«. Potem ją zostawił

Na górze, a sam się wskok w równinę wyprawił

I ujźrzawszy Zerbina, z pierwszego wejźrzenia

Osądził, że beł rycerz godny poważenia.

56

Przystąpiwszy pyta go, dla której przyczyny

I gdzie go one gęste prowadziły gminy.

On od ziemie podniósszy pochyloną głowę

Tak, że mógł dobrze słyszeć Orlandowę mowę,

Wszytkę prawdę powiadał, jako się toczyła,

Tak dobrze, tak wyraźnie, że to jawna była

Orlandowi z jego słów, że nie beł nic krzywy

I niewinnie miał umrzeć rycerz nieszczęśliwy.

57

Ale skoro usłyszał, że go na noclegu

To potkało u grabie z Wysokiego Brzegu,

Tem beł tego pewniejszy, bo od nieprawego

Trudno się beło czego spodziewać inszego.

Do tego nieprzyjaciel beł jeden drugiemu,

A to dla nienawiści i kwoli dawnemu

I niepojednanemu zaciągowi383, który

Beł między krwią z Magance, a krwią z Jasnej Góry.

58

»Rozwiążcie go — zawoła surowemi fuki —

»Albo was pozabijam« — Orland na hajduki.

Jeden, co chciał być śmielszy miedzy niemi, rzecze:

»Niechaj wiem, kto to taki, co tak dobrze siecze?

»A źlećby to tak fukać, kiedyby z szczerego

»Ognia beł, a my z słomy lub wosku miękkiego«.

I biegł z dobytą bronią przeciw francuskiemu

Rycerzowi; on składa drzewo przeciw niemu.

59

Zbroja, którą beł odjął w nocy Zerbinowi

I którą na się włożył, żadnej profosowi384

Obrony, żadnej w on czas nie dała pomocy

Przeciw onej tak wielkiej Orlandowej mocy.

Hełmuć wprawdzie nie przebił, bo był doświadczony,

Uderzył go w policzek grotem z prawej strony;

Ale tak beł ciężki raz, takie uderzenie,

Że zdechł zaraz i poszedł miedzy blade cienie.

60

W jednem biegu i drzewa nie wyjmując z toku,

Drugiemu, co za pierwszem stał na kilku kroku,

Przebił piersi na wylot. Wtem drzewo porzuca,

A wiernej Duryndanie ostatek porucza;

Temu głowę do czysta, jak trzeba, ucina,

A temu ją na poły dzieli i rozcina.

Wielom przeciął gardziele, tak że ich zostało

Sto zabitych; co żywo potem uciekało.

61

Już ich zabił trzecią część, a ostatek goni,

Siecze, kole, dziurawi; żaden się nie broni:

Wszyscy, aby wolniejszy i lżejszy zostali,

Hełmy, tarcze, puklerze, spisy385 porzucali.

Jedni w długą386, a drudzy poprzek uciekają,

Ci się w dołach, ci w lesie, ci po chróstach tają.

Tak się niemiłosiernie Orland w on dzień stawił,

Że, by mógł, jednegoby żywo nie zostawił.

62

Ośmdziesiąt ich — bo właśnie tak najdzie w Turpinie,

Kto czyta jego księgę — namniej ze sta ginie.

Nakoniec się obrócił po onem pogromie,

Gdzie serce Zerbinowi drżało niewidomie.

Jako mu beł rad Zerbin, by nie wiem jakiemi,

Ja tego nie wyrażę rymami mojemi;

Padłby beł przed niem krzyżem rycerz zawołany,

Ale i na koniu beł i beł skrępowany.

63

Rozwiązał go szlachetny grabia w onem czasie

I pomagał mu zbroję co prędzej wziąć na się,

Odjętą ceklarzowi387 dopiero starszemu,

W którą się beł ustroił ku swojemu złemu.

Tem czasem Izabella na dół się spuszczała,

Co beła sama jedna na górze została,

A teraz, skoro bitwy koniec obaczyła,

Spiesząc się, swe piękności z sobą przynosiła.

64

Skoro Zerbin obaczył z blizka twarz nadobną

Pięknej dziewki, rumianej jutrzence podobną,

Której już beł opłakał tak, jako zginionej,

Jako mu sprawę dano, w morzu utopionej,

Tak, jakoby mu lodu w piersi nakładziono,

Drży od wielkiego zimna; ale zimno ono

Prędko beło w gorący ogień odmienione,

Którem mu serce beło nagle rozpalone.

65

By się beł na Orlanda nie oglądał, pewnie

Nie wytrwałby beł zaraz nadobnej królewnie

I obłapiłby ją beł; ale się hamuje,

Bo rozumie, że także Orland ją miłuje.

Krótkie było wesele i jego radości;

Idzie z męki na mękę, z żałości w żałości,

Ciężej mu, że jest w cudzych ręku, bez pochyby,

Niż gdy słyszał, kiedy ją zjadły głodne ryby.

66

Na więtszy żal w ręku ją u tego zastawa,

Któremu on tak wiele powinien zostawa;

Wziąć mu ją nie przystało ani się godziło,

I kto wie, jakoby się to dzieło zdarzyło.

Mniema, żeby to beł grzech sprosny i szkarady388

Dać sobie wziąć tę zdobycz bez boju bez zwady,

A on tak jest powinien grabi, że nic z drogi

Nie uczyni389, kiedy mu da szyję pod nogi.

67

Stamtąd dalej jachali cicho i w milczeniu

I stanęli przy jednem przejźrzystym strumieniu.

Zdjął sobie z głowy szyszak Orland utrudzony,

Toż i Zerbin uczynił, od niego proszony.

Skoro w twarz Izabella znajomą wejźrzała,

Z wielkiej radości zbladła i nagle zmartwiała;

Potem się zstaje, jak kwiat śliczny, umoczony

W niepogodę, od słońca z rosy osuszony.

68

Bez względu się żadnego do niego porwała

I u szyje mu wisząc, mocno go ściskała;

Słowa ani przemówi, tylko co na ono

Nagłe poznanie łzami twarz leje i łono.

Orland się ich wzajemnem żądzom przypatruje

Ani inszych dowodów więtszych potrzebuje,

Bo ognie ich miłości jawnie znać dawały,

Że to nie beł nikt inszy, jeno Zerbin śmiały.

69

Skoro się Izabella na słowo zdobyła,

Jeszcze z łez nie oschnąwszy, Orlanda chwaliła,

Jako się z nią obchodził, jako jej ratował

Od śmierci i jako się jej potem zachował.

Zerbin, co Izabellę piękną z swem żywotem

Na jednej szali trzymał, zdumiał się, a potem

Uklęknął na kolana i grabi dziękował,

Że mu dwa jednem razem żywoty darował.

70

Dłużejby się bawili beli dziękowaniem

I wzajemnem przyjaźni swej ofiarowaniem,

By beli nie słyszeli huku w onem czesie,

Który się jem ożywał głośno w blizkiem lesie.

Porwali się do koni i hełmy włożyli

Na głowy, które beli dopiero odkryli;

Ledwie siodeł dopadli, kiedy jadącego

Z lasu ujźrzeli z panną rycerza jednego.

71

Mandrykardem się własnem imieniem mianował,

Który Orlanda wszędzie szukał i szlakował,

Chcąc się zemścić koniecznie króla Manilanda

I Aldzierda, zabitych od grabie Orlanda.

Acz dobrze w tem gonieniu potem beł leniwszy,

Gdy piękną Doralikę otrzymał, pobiwszy

Ułomkiem jesionowem jej ludzi tak siła

Wszytkich zbrojnych: tak dzielność wielka jego była.

72

Mandrykard w one czasy ani myślił o tem,

Aby to miał być Orland; ale poznał potem

Że beł jeden z rycerzów błędnych, co wędrują

Po świecie i siły swej i szczęścia próbują.

Na Zerbina mniej patrzał poganin surowy,

Ale grabię obejźrzał od stopy do głowy,

Potem przypatrzywszy się każdemu znakowi,

»Tyś to, którego szukam!« rzecze Orlandowi.

73

»Już to dziesięć dni wyszło, jako cię szlakuję,

»Jako cię i tam i sam szukam i pilnuję,

»Pobudzony twą sławą, która się rozniosła

»O tobie i obozu pod Paryżem doszła,

»Że jeden tylko uszedł w niedawnej potrzebie

»Z tysiąca, którzy beli zabici od ciebie,

»Żeś na głowę lud wszytek z Norycyej pobił

»I ludzie z Tremeseny i cudaś porobił.

74

»Puściłem się za tobą zaraz onej doby,

»Abym się z tobą spatrzył390 i znał cię z osoby,

»l wiem, żeś to ty właśnie: znaki cię wydają

»Na zbroi, które wszytkie na cię się zgadzają.

»I choćbyś nie miał znaków, choćbyś się, przebrany,

»Utaić chciał między stem, abyś beł nieznany,

»Samaby mi cię postać surowa wydała

»I żeś ty jest, nie inszy, jawnie ukazała«.

75

»Znać po tej samej sprawie i po twojej mowie,

»Żeś jakiś rycerz wielki — Orland mu odpowie —

»Bo w ladajakiem sercu żądze tak wspaniałe

»Nie zwykły nigdy bywać i tak okazałe.

»Iż mię szukasz, chcąc ze mną przyść do znajomości,

»I z wierzchu mię i zewnątrz391 poznasz bez trudności

»I co jeno chcesz po mnie, na wszytkom gotowy:

»Ato, żebyś mię poznał, hełm zdejmuję z głowy.

76

»Skoro mię z twarzy poznasz, potrzeba drugiemu

»Zamysłowi też dosyć uczynić twojemu,

»Abyś się ze mną w boju spatrzył i skosztował392

»I abyś rzeczą samą poznał i sprobował,

»Jeśli się z męstwem zgodzi ta moja postawa,

»Co dopiero ukaże Marsowa rozprawa«.

Powie na to poganin: »Co się tknie pierwszego,

»Nie potrzebuję więcej: pódźmy do drugiego.«

77

Stojąc od niego na trzy lub na cztery kroki,

Patrzy mu pilnie Orland na łęk i na boki;

U łęku nic nie wisi, buławy i toku

I koncerza nie widzi i miecza u boku.

Pyta, jeśli się trafi, kiedy z drzewem goni,

Że chybi, jakiej inszej zwykł używać broni.

Odpowie mu Mandrykard na ono pytanie:

»Siłam ich tak zwojował; nie twe to staranie.

78

»Uczyniłem przysięgę dawno Makonowi393,

»Póki szable nie wydrę gwałtem Orlandowi,

»Nie nosić inszej broni i dla tego za niem

»Wszędzie jeżdżę, abym ją w boju wygrał na niem;

»A przysięgęm uczynił w ten czas, kiedym swoję

»Głowę okrył tem hełmem i wziął na się zbroję

»Hektorowę; jego to zbroja z tą przyłbicą,

»Który, jako miał umrzeć, już tysiąc lat liczą.

79

»Szable mi do całego, którą ukradziono,

»Rynsztunku nie dostaje; tak jednak mówiono,

»Że ma być u Orlanda, dla tego tak śmiały,

»Dufając jej, dla tego tak bywa zuchwały.

»Ale jeśli mi się go trafi naleźć, tuszę,

»Że mu nie tylko szablę, ale wezmę duszę,

»I chcę się zaraz pomścić rodzica swojego,

»Agrykana, od niego srodze zabitego.

80

»Orland go zdradą zabił, nie mógł też inaczej,

»Którego ja — lecz o tem niechaj milczę raczej«.

Ale grabia nie milczał: »Łżesz i ty i każdy,

»Co to mówi, i tegom dowieść gotów zawżdy;

»Ato Orland przed tobą, co go szukasz, stoi.

»Zabiłem Agrykana tak, jako przystoi,

»Ato i szabla, którą, jeśli męstwem kupisz,

»Będzie twoja, jeśli mnie z niej gwałtem obłupisz.

81

»A choć jest własna moja, atoć jej nie bronię,

»Ale się pierwej w boju masz rozpierać o nię;

»Powieszę ją na drzewie: niech nie będzie moja,

»Dokąd się nie rozprawiem, ale ani twoja:

»Jeśli mię ty zabijesz, lubo też poimasz,

»Szablę sobie zarazem weźmiesz i otrzymasz«.

To mówiąc, Duryndmę odpasował sobie

I na małem ją drzewku wieszał w onej dobie.

82

Już się oba od siebie nie bez gróźb i fuku,

Oddalili jako na pół strzelenia z łuku,

Już oba przeciw sobie konie wypuszczają

I kolą je bojcami i wódz nie wściągają;

Już oba kopiami wielkiemi w się mierzą,

Na ostatek się w hełmy, w twarz prawie uderzą.

Drzewa onych tak ciężkich razów nie strzymały

I na tysiąc trzask poszły i w niebo leciały.

83

Musiały drzewa, groty musiały pomylić,

Bo się sami rycerze nie chcieli nachylić;

Znowu się wielcy gońcy do siebie wracają

Z ułomkami, co całe po gałki zostają.

Tak rycerze przywykli mieczom i żelazu,

Złamawszy wielkie drzewa do piewszego razu,

Jako chłopi, kiedy się lub o łąki wadzą

Lub o rolę, z kijami dalszy bój prowadzą.

84

Ale i te ułomki niedługo jem trwały

I do uderzenia się czwartego spadały;

A skoro się potłukły one małe części

Wielkich drzew, nie mieli nic krom palców a pięści.

Gdziekolwiek ręką dojdzie — tak ich jadowity

Gniew zagrzewa — drą blachy i rwą gęste nity;

Nie tak kleszcze rwą mocno, nie tak biją młoty,

Kiedy swe odprawują kowale roboty.

85

Nie wie, jako bój skończyć Sarracen gniewliwy

Z uczciwem swem, który beł tak barzo szkodliwy;

Głupie się tam czas traci, kiedy z każdej strony

Więcej cierpi, co bije, niżli uderzony.

Poszli z sobą w cieśniejszą394, wtem poganin ściskał

I mocno do swych piersi Orlanda przyciskał,

Wierząc, że mu uczyni, jako Anteowi

Herkules cny uczynił beł zapaśnikowi.

86

Bierze go w pas i to go wielkiemi siłami

Pchnie od siebie, to go zaś potargnie rękami

Do siebie i biedzi się i z niem się morduje

I co się z wodzą jego dzieje, nie pilnuje.

Orland się, jako może, na siedle opiera

I fortelów swych patrzy i sam się w się zbiera

I ściągnie rękę jego koniowi do grzywy

I zedrze uzdę z niego, końca boju chciwy.

87

Wszytką siłą poganin chce się o to kusić,

Aby go z konia zwalić, aby go udusić;

On się nie da nachylić i sam w się zebrany,

Konia jako najmocniej przyciska kolany.

Ale tak beł targaniec od pohańca tęgi,

Że się grabi u siodła zerwały popręgi;

Ledwie Orland postrzega, że już jest na ziemi,

I ściska jeszcze siodło kolany mocnemi.

88

Z takiem grzmotem spadł grabia, z siodłem obalony,

Jaki czyni zbrój pełny wór, z góry zrzucony.

Koń, który beł bez uzdy, bez munsztuka w gębie

I już nie czuł żadnego hamulca na zębie,

Porwie się wielkiem pędem, drogi nie pilnuje

Ani gdzie las, gdzie równia, gdzie dół, upatruje;

I strachem przerażony, oślep w onem czesie

Bieży i niewściągniony Mandrykarda niesie.

89

Doralika widząc już swego miłośnika

Daleko i bojąc się stracić przewodnika,

Ostrogi w bok swojemu koniowi włożyła

I za niem się skwapliwa przez pole puściła.

On gniewliwy na konia woła i pięściami

I karze go po bokach obiema nogami

I łaje mu, jakby miał rozum; lecz im więcej

Fuka nań i bije go, tem on bieży pręcej.

90

Koń, który beł lękliwy, mija proste drogi

I bieży w przek i sobie nie patrzyna nogi;

Już zbiegł z milę i jeszcze dalejbybeł bieżał,

Bybeł nad rów głęboki jeden nieprzybieżał,

Wktóry oba we wszytkiem biegugiowpadali,

Choć tam sobie kobierca beli nie posłali.

Atoli jako jego dobre szczęście chciało,

Mandrykardowi się tam nic złego nie zstało.

91

Musi stanąć, musi się koń w rowie zasadzić,

Ale go trudno bez wódz395, bez uzdy prowadzić.

Łaje, bluźni, przeklina Tatarzyn gniewliwy

I trzyma go rękami za włosy u grzywy;

Nie wie, co ma z nim czynić, a wtem Doralika:

»Uzdę mojego — rzecze — weź jednochodnika396,

»A włóż na swego konia, bo ten mój jest wolny

»I w uździe i bez uzdy namniej nie swowolny«.

92

Ale się pohańcowi ona rzecz nie zdała,

Aby jachać bez uzdy Doralika miała;

Atoli nań fortuna tak łaskawa będzie,

Że się prędko gdzie indziej na uzdę zdobędzie.

Z trafunku biegła pędem tamtędy Gabryna,

Która skoro zdradliwie wydała Zerbina,

Uciekała tak, jako wilczyca strwożona,

Od myśliwców z ogary i z charty goniona.

93

Oneż właśnie na sobie w on czas miała stroje,

Młode i nieprzystojne sobie i nieswoje,

Które beła niedawno Marfiza zewlokła

Pinabellowej paniej i w nię ją oblokła;

Tejże konia pod sobą miała, nad którego

Trudno było na świecie naleźć gdzie lepszego.

Prędko jakoś i nagle na pohańca wbiegła

Gabryna, że ani się, że tam stał, postrzegła.

94

Śmiała się Doralika i Mandrykard srodze,

Gdy w pięknem, w młodem stroju ujrzeli na drodze

Szpetną babę, co się już beła przestarzała

I twarz, jako koczkodan albo małpą, miała.

Poganin jej uzdę wziąć z jej konia zamyśla

Na swój koń i prędko się na tę rzecz namyśla;

Zdarszy z jej konia uzdę, zatnie go wodzami

I okrzyknie i pędzi zjętego strachami.

95

On ucieka, co jeno mocy ma, i niesie

Babę, co z strachu zdycha wielkiego, po lesie,

Po górach, po równinach, po wielkich padołach,

Po skałach, po kamieniu, po chróście, po dołach.

Ale mi nie tak wiele na babie należy:

Orlanda pewnie dla niej mój rym nie odbieży,

Który sobie powoli mocno powiązane

Zawlókł w siodło niedawno popręgi zerwane.

96

Wsiada znowu na konia i oczy obraca,

Patrząc, jeśli się na zad poganin nie wraca;

Ale iż go nie widzi i długiem czekaniem

Na miejscu nic nie sprawi, chce się puścić za niem.

Tako beł obyczajny, nie myśli odjechać,

Nic nie mówiąc, i nie chce dawnego zaniechać

Obyczaju i żegna bez długiej przemowy

Izabellę z Zerbinem łagodnemi słowy.

97

Żałował barzo Zerbin, barzo żałowała

Izabella odjazdu jego i płakała;

I on i ona się z niem jachać napierali,

Nie chciał Orland i prosił, aby tam zostali,

I tę wymówkę nalazł, że mu się nie godzi,

Co za nieprzyjacielem szukać go wychodzi,

Brać z sobą towarzysze, aby podejźrzany

W tem nie beł, że od niego chce być ratowany.

98

Prosił Orland, kiedy się już rozjeżdżać mieli,

Aby poganinowi to odpowiedzieli,

Jeśli ich pierwej potka — tak się on jem sprawi —

Że się jeszcze w tem kraju przez trzy dni zabawi,

A że z tamtego kraju prosto się obróci

Do obozu i nazad do wojska się wróci,

Do wojska lilij złotych397, a to, aby o niem

Wiedział wszędzie, gdzieby chciał znowu boju po niem.

99

I to i każde insze jego rozkazanie

Obiecali wykonać, które włoży na nie.

Tak się stamtąd rycerze oba w onej chwili,

Zerbin w tę, Orland w owę stronę, obrócili.

Grabia wziął Duryndanę pierwej, co wisiała

Na drzewie i zwyciężcy w nagrodę iść miała,

I przypasał ją na bok; potem koniem ruszył

Tam, kędy Mandrykarda naleźć sobie tuszył.

100

Ale iż beł pohańca zniósł koń z prostej drogi,

Zbywszy munsztuka, między ciernie, między głogi,

Dwa dni daremnie jeździł grabia tamtem krajem,

Nie mogąc się z niem potkać żadnem obyczajem

I dowiedzieć się o niem; a wtem na zielonej

Łące, zielem i kwieciem pięknem ozdobionej,

Ujźrzał zdrój kryształowy, z tej i z owej strony

Pięknem, rozlicznem drzewem wkoło otoczony.

101

Południe wiatrek mały czyniło nagiemu

Pasterzowi i bydłu już napasionemu,

Którem i Orland w on czas zwolna beł chłodzony,

Zbroją, hełmem i tarczą wielką obciążony.

Tu zsiadł dla odpoczynku w ciężkie letnie znoje,

Lecz miasto odpoczynku, wielkieś niepokoje

Nalazł w on dzień nieszczęsny, Orlandzie nieboże,

Tak wielkie, że ich pióro wypisać nie może.

102

Obracając się wkoło, widzi popisane

Na skórach różne drzewa i pokarbowane;

Skoro okiem przebieżał od sęka do sęka,

Poznał, że to boginiej jego własna ręka.

To miejsce było jedno z tych, kędy wieczorem

I z rana na przechadzki częstokroć z Medorem

Angelika z blizkiego domu więc chadzała,

Kiedy z niem u pasterza ludzkiego mieszkała.

103

Angelikę z Medorem pospołu związanych

Stem węzłów i na stu miejsc widzi napisanych;

Ile słów, raczej liter, tyle goździ było,

Któremi mu się serce żałosne dzieliło.

Wynajduje sposobów sto, żeby nie wierzył

Temu, czemu na wielki żal swój już uwierzył,

I przymusza się wierzyć, że to insza była

Angelika co w drzewie imię swe wyryła.

104

Potem mówi: »Wżdyć ja znam to pismo: czy mało

»Tego było, co mi się widzieć go dostało

»I czytać? Może też być, że może zmyśliła

»Tego Medora tylko i mnie tak okrzciła«.

Tem fałszywem mniemaniem myśli rozrywając,

Stał, sam na się fortelów i zdrad używając

W nadziei, na którą się w dowcipie zdobywał

I sam siebie umyślnie i chcąc oszukiwał.

105

Ale im więcej gasi ono podejirzenie,

Tem je barziej odżywia i puszcza w płomienie,

Nie inaczej, jako ptak nieostrożny, który

W sieć rozpiętą albo w lep trafi lipki pióry,

Im więcej macha, chcąc się ratować, skrzydłami,

Tem się więcej uwikle i mota wiciami.

Potem tam przydzie, gdzie się góra zakrzywiała

Nakształt łuku, skąd struga piękna wynikała.

106

Pierwsze weście zdobiły około krynice

To bluszcze krzywonogie, to błędne398 macice.

Tu więc w nagorętsze dni szczęśliwi chadzali

Miłośnicy i zwykłych wczasów zażywali;

Tu więcej, niż gdzie indziej, wnątrz i każda strona

Zwierzchnia pięknej jaskiniej miała ich imiona,

Częścią wapnem, a częścią krętą399 napisane,

Częścią końcem ostrego noża zrysowane.

107

Wnidzie tam, zjęty żalem i serdeczną męką,

I ujźrzy w pierwszem weściu Medorową ręką

Wiersze w rzędy złożone, a takie się zdały,

Jakoby się dopiero beły napisały,

O swych wielkich rozkoszach, których więc zażywał,

Kiedy tam z Angeliką dla chłodu chodzywał400;

Skład beł w swojem języku przyrodzonem złożył,

1wierzę, że beł piękny, jam go tak przełożył:

108

»Piękne drzewa! zielone mchy! przejźrzyste wody!

»I ty, piękna jaskini, ciemna z twemi chłody!

»Gdzie króla Galafrona córa zawołana,

»Angelika, od wielu próżno miłowana,

»Naga na moich ręku częstokroć leżała,

»Za ten wczas, którym tu miał, gdyśwa tu chadzała,

»Nie mam wam co ja, Medor ubogi, darować,

»Jeno was wiecznie chwalić, jeno wam dziękować

109

»I prosić wszytkich, którzy miłości skusili,

»Którzyby się tu kiedy z przygody trafili,

»Lub rycerz lub biała płeć, luboby się stawił

»Z blizka lubo z daleka, aby błogosławił

»Drzewa, zioła, jaskinią, chłody, wody żywe;

»Miejcie słońce i miesiąc i nieba życzliwe,

»Niechaj wam wszytkie nimfy tych krajów sprzyjają,

»Niech was trzody, niechaj was pasterze mijają!«

110

W arabskiem to języku w weściu u jaskinie,

Który grabia tak umiał, jako po łacinie,

Jak beło napisano, wszytko wyrozumiał,

Bo ten język tak dobrze, jak swój, grabia umiał.

I często przejeżdżając pogańskie narody,

Nieraz przez to uchodził nieszczęścia i szkody;

Ale niech się nie chlubi, że mu się przygodził

Na on czas, bo mu teraz aż nazbyt zaszkodził.

111

Raz, dwa, trzy i czterykroć czyta przykre rymy,

Przykre rymy i różne tworzy w głowie dymy,

Myśląc, aby tam beło to pismo nie było,

Ale próżno; pismo się namniej nie mieniło,

I coraz tak go gryzły żale niepojęte,

Mdłe serce zimną ręką czuł w sobie ujęte;

Na ostatek myśl i wzrok w popisane skały

Tak wlepił, że się i sam zdał być skamieniały.

112

Ledwie co żywy został: tak się był onemu

Wszytek dał w moc, nieszczęsny, żalowi wielkiemu —

Temu, który doświadczył, dać wiarę możecie,

Że nad tę niemasz więtszej żałości na świecie —

Broda mu na pierś spadła, czoło pochylone

Z pierwszej swojej śmiałości beło obnażone;

Nie mógł mieć w onej swojej tak ciężkiej żałości

Słów na skargi, a na płacz łez i wilgotności.

113

Nakoniec ciężka żałość wewnątrz w niem została,

Która nazbyt skwapliwie z niego wypaść miała,

Jako woda zostawa w naczyniu u szyje

Ciasnem, wewnątrz brzuchatem, gdy kto z niego pije;

Bo skoro je tylko dnem wywróci do góry,

Wilgotność, co chce gwałtem prędko wypaść z dziury,

W onej się ciasnej drodze trudni i zachodzi

Sama sobie i ledwie kroplami wychodzi.

114

Skoro kęs przyszedł k sobie, myśl jego troskliwa

Rozbiera, jako mogła ta rzecz być fałszywa;

Że ktoś chciał jego pannę osławić, tak tuszy,

Dawając mdłej pociechę jakąkolwiek duszy,

Albo mu to niechętny jemu ktoś z zazdrości

Wyrządził, aby umarł od wielkiej żałości;

Dziwuje się, nieznośną w sercu cierpiąc mękę:

Ktokolwiek beł, tak dobrze wyraził jej rękę.

115

Mając tej kęs nadzieje i słabej otuchy,

Zagrzewa w sobie trochę oziębione duchy

I wsiada utrapiony na Bryliadora,

Kiedy mroki spadały ciemnego wieczora.

Jedzie dalej i ujźrzy z dachów dymy gęste,

Kurzące się i słyszy psów szczekanie częste

I ryk krów, co się z paszy do domu wracały,

I jedzie do noclegu, smętny i zbolały.

116

Zsiadszy z Bryliadora, mówi parobkowi

Onego domu, aby obrok dał koniowi;

Ten mu zbroję zewłóczy, ten bót ciągnie z nogi,

Ten szyszak, ten mu złote chędoży ostrogi.

Prawie do domu trafił, kędy leżał ranny

Medor i taką łaskę miał potem u panny.

Łóżka chce, nie wieczerzy Orland utrapiony,

Żałością, nie potrawą inszą nakarmiony.

117

Im więcej odpoczynku szuka i pokoju,

Tem więtszy ma niepokój: widzi na podwoju,

Po ścianach i po oknach, gdzie obróci oczy,

Pisma przykre, przyczynę swej ciężkiej niemocy.

Chce pytać i zaś milczy i język hamuje

I wszelakie sposoby sam w sobie najduje,

Aby ona rzecz, co aż nazbyt jasna była,

Mgłą się, żeby mniej cierpiał, jaką zasłoniła.

118

Nie wskórywa, choć myśli oszukiwa swoje,

Choć nie pyta, bo ściany, okna i podwoje

Nie milczą; wtem coś złego przyniosło pasterza,

Który widząc tak barzo smętnego rycerza,

Aby go uweselił, aby go rozruchał,

Historyą, której więc niejeden rad słuchał,

Której grabia umyślnie i chcąc nie chciał badać,

Ni z tego ni z owego począł mu powiadać,

119

Jako na Angeliki prośbę dał nadobnej

Złożenie401 w jednej swojej komorze osobnej

Medorowi, który beł okrutnie raniony,

Jako potem beł prędko przez nię wyleczony

Z onej rany tak wielkiej, jako potem ona

Sama beła od srogiej miłości zraniona,

Jako ogniem tak barzo gorącem pałała,

Że miejsca samej sobie już nie najdowała;

120

Jako nie dbając, że się zacnie urodziła

I że namocnjejszego króla córką była

Z królów wschodnich, zagrzana miłością szaloną,

Chudemu się drabowi uczyniła żoną.

Tem skończył historyą, że wyszedł na progi

I zawoławszy, kazał przynieść klejnot drogi,

Który mu Angelika, nagradzając wczasy

W jego ubogiem domu, dała w one czasy.

121

Siekierą był on koniec pasterzowej mowy,

Która mu właśnie szyję odcięła od głowy,

Skoro się nad niem sroga miłość napastwiła

I tak się go ciężkiemi razami nabiła.

Chce w sobie żal utaić, ale nie pomoże,

Tak się sili, że gwałtem strzymać go nie może;

Przez wzdychanie z ust, przez łzy z oczu, choć go dusi

Wypuścić go, rad nierad, nieszczęśliwy musi.

122

A kiedy mógł popuścić wodze swej żałości,

Zostawszy jeden tylko sam na osobności,

Z oczu zaczerwieniąłych, wziąwszy twarz na rękę,

Puszcza na dół na piersi niewstrąconą rzekę.

Przewraca się a stęka, na miejscu nie może

Leżeć i w częste koła zwiedza wszytko łoże;

Ale je tak najduje twarde i kolące,

Jako kamienie, jako pokrzywy gorące.

123

Kiedy tak cierpiał one tęsknicę i cknienia402,

Przyszło mu jakoś na myśl, że okrom wątpienia

Na tem łóżku, na którem leżał, z swem sypiała

Gamratem403, gdy tam dziewka niewdzięczna mieszkała.

Tak mu zarazem brzydkie i zmierzłe zostaje

I tak się z niego prędko porywa i wstaje,

Jako prędko Jcosiarz, co na sen zawrze oczy,

Widząc węża na trawie podle siebie, skoczy.

124

W takiej ma nienawiści on dom, ono łoże

I pasterza samego, że wytrwać nie może

Dotąd, ażby wszedł księżyc, lub ażby ubrany

W światło Febus dzień przyniósł albo świt rumiany;

Oblecze się we zbroję i konia wywiedzie

I do lasa w gęstwinę co nawiętszą jedzie,

I jeśli kogo niemasz, w koło się obziera

I strasznym wyciem bramę żalowi otwiera.

125

I kiedy słońce świeci i kiedy się kryje

W oceanie, ustawnie woła, krzyczy, wyje;

Strzeże się i miast i wsi i na miejsca bieży

Nieludne i na ziemi i pod niebem leży

I sam się sobie często niezmiernie dziwuje,

Jako mu się tak wiele łez w oczu najduje,

Jako tak często wzdychać może i tak w onem

Z sobą samem rozmawia płaczu niewściągnionem:

126

»Nie są to już więcej łzy, które z podziwieniem

»Leję z oczu ustawnie tak żywem strumieniem.

»Tak wielkiemu żalowi łzy nie wydołały

»I ledwie w połowicy beł, gdy ciec przestały:

»Wilgotność to żywotnia, ogniem wypędzona,

»Drogą, która do oczu wiedzie, wypuszczona,

»Ucieka, której leją tak wielki dostatek,

»Że mi żałość i żywot weźmie na ostatek.

127

»Wzdychania, które w onych mękach znać dawają,

»Nie są pewnie wzdychania; nigdy nie bywają.

»Takie wzdychania, bo te na czasy próżnują:

»Mnie ustawicznie moje męki prześladują.

»Miłość to ten wiatr czyni, która mię ogniami

»Pali, które rozżarza, machając skrzydłami.

»Twój to cud, o miłości, że choć mię tak palisz

»I w ogniu zawsze trzymasz, nigdy mię nie spalisz.

128

»Nie jestem tem, czem się zdam z twarzy: już nieżywy,

»Już dawno jest pod ziemią Orland nieszczęśliwy;

»Jego go niewdzięcznica, która go zdradziła,

»Nie strzymawszy mu wiary, okrutnie zabiła.

»Jam jest tylko jego duch, ale rozdzielony

»Od niego, ustawicznie w tem piekle męczony

»Przy jego cieniu, który sam został na świecie,

»Przykład wam, co w miłości nadzieję kładziecie«.

129

Całą noc grabia błądził tam i sam po lesie,

Aż jednem razem zły go los jego przyniesie,

Kiedy się rozdniewało tam, gdzie beła jama,

W której przykre wydrożył Medor epigrama404.

Krzywda ta, która w skale wrysowana była,

Tak go boli i tak go srodze zapaliła,

Żeby się beł na żądzą inszą wtem nie zdobył

Krom gniewu a wściekłości, a wtem szable dobył,

130

Posiekł pisma, porąbał krzywdy pełne skały

Tak, że pod niebo małe kamienie leciały.

Nieszczęśliwa jaskinia, miejsca nieszczęśliwe,

Które miały na sobie napisy dotkliwe,

Już wiecznie nie użyczą trzodzie swoich cieniów

I pasterzom na ulgę słonecznych promieniów;

I źrzódło, że tak jasne beło, nie pomogło

I bezpieczne od gniewu jego być nie mogło.

131

Czego jeno mógł dostać, trawy, ziemie, kłody,

Gałęzie i kamienie ciskał w piękne wody

I zmącił je ode dna, że były nieczyste,

I plugawe, bywszy tak przedtem przeźrzoczyste.

Nakoniec spracowany, kiedy go już siły

Wszytkie, wielką zwątlone pracą, opuściły

I więcej się z wściekłością jego nie zgadzały,

Padł na ziemię i leżał w znak, zapamiętały.

132

Padł na ziemię, jakom rzekł, i w znak się wywróciły

Nie mówi nic, tylko wzrok ku niebu obrócił;

Tak nie jedząc i nie śpiąc, trzy dni i trzy nocy

Leżał, nie dając zmysłom zemdlonem pomocy.

I tak go ona żałość niezmierna trapiła,

Że go nawet rozumu wszytkiego zbawiła;

Czwartego dnia od wielkiej wściekłości porwany,

Rozdarł zbroję na sobie, z zmysłów już obrany.

133

Daleko wielka tarcza, dalej hełm i przedni,

Dalej jeszcze na ziemi blach405 leży pośledni406;

Porozciskał i zbroję i wszytko oręże407,

To w trawę, to na rolą, to między gałęzie.

Potem na sobie zdrapał wszytkie spodnie szaty

Inagie piersi i brzuch ukazał kosmaty

I wpadł w takie szaleństwo, że — ktoby to pisał,

Co czynił! — straszliwszego nikt nigdy nie słyszał.

134

W taką wściekłość, w szaleństwo tak niewymówione

Wpadł, że mu wszytkie zmysły zostały zaćmione;

Jeszcze dobrze, że szable nie wziął, bo co wiedzieć,

Czegoby beł nie zrobił; acz, mamli powiedzieć,

Co jest, nic mu nie beło po niej do cudownej

Jego mocy i siły jego niewymownej.

Ukazał to tam zaraz, gdy jednem trząśnieniem

Wyrwał z ziemie wysoką sosnę i z korzeniem.

135

Wyrwał i inszych kilka tak, jakoby krzaki

Jakie beły albo kopr albo anyż jaki;

Toż uczynił niezłomnem dębom i jesionom

I bukom i topolom i świerkom i klonom.

Jako ptasznik rwie zielsko, pokrzywy, konopie,

Kiedy pole uprząta na sieć przy wąkopie408

Lub przy chróście, tak właśnie on czynił z wielkiemi

Drzewami, ogromnemi i wystarzałemi.

136

Wieśniacy porzuciwszy w polu swe roboty

I pasterze swe trzody, tam, gdzie wielkie grzmoty

I huk niewymówiony z daleka słyszeli,

Stąd i zowąd krokami wielkiemi bieżeli. —

Ale iżem przedłużył i barzo się boję,

Abym się nie uprzykrzył komu, niech tu stoję;

O tem jego szaleństwie ostatek zostawię

Na drugą pieśń, a teraz niechaj was nie bawię.

Koniec pieśni dwudziestej trzeciej.