XXIV. Pieśń dwudziesta czwarta
Argument
Zerbin Odorykowi złemu jego winę
Odpuszcza, za pokutę dawszy mu Gabrynę;
Potem chcąc bronić szable Orlanda mężnego,
Ginie, zabity ręką króla tatarskiego;
Izabella go płacze. Pojedynek zwodzą
Mandrykard i Rodomont, potem się rozchodzą,
Aby Agramantowi prędko pomoc dali,
Którego już w obozie naszy dobywali.
Allegorye
W tej dwudziestej czwartej pieśni w Zerbinie, który się z Mandryardem bije i nakoniec zabity zostawa, jako na wielu inszych miejscach w tej książce, chce autor ukazać ludziom chrześcijańskiem zły i niepobożny zwyczaj pozwolenia wolnego placu do pojedynku dlatego, aby się mogło przezeń poznać, kto ma sprawiedliwą, a kto niesprawiedliwą, gdyż to nie jest nic inszego, jeno upojnie przez tak zły śrzodek kusić Boga, który wielekroć z przyczyn od nas niepojętych dopuszcza na dobrych, że się jem źle dzieje i że niewinnie cierpią, choć się strzegą, wszelakiego niebezpieczeństwa, nie tak, jako owi czynią, którzy alba ze złości albo z hardości albo z próżnej chwały albo z jakiej złej inszej dyspozycyej dobrowolnie wdawają się w jawne niebezpieczeństwa pojedynków.
1. Skład pierwszy
Kto wpadnie w lep miłości, niech wyrwie co pręcej
Skrzydła i niech się strzeże, by w niem nie lgnął więcej;
Bo według mądrych ludzi — jakoż podobieństwo —
Miłość każda jest jawnie wyraźne szaleństwo;
I choć nie każdy z mózgu oszaleje taki,
Jako Orland, musi mieć szaleństwa znak jaki.
Aza to nie szaleństwo, kiedy dla drugiego
Ginę i w niwecz siebie obracam samego?
2
To szaleństwo jednoż jest, co wam rozum bierze,
Chocia ma różne skutki i nie w jednej mierze
Zawsze stoi, i jest tak, jak las wielki, kędy
Kto się trafi, pomylić i wpaść musi w błędy,
Ten z owę, ten z tę stronę z drogi ustępuje;
Tem zamknę, że kto sobie miłość tak smakuje,
Że się w niej i starzeje, nie rzekę, obucha,
Ale godzien przynamniej kluzy409 i łańcucha.
3
Ale mi rzecze który: »Czemu nas strofujesz
Z tego grzechu, a sam się inaczej sprawujesz?«
Tak powiadam, że i ja widzę swe błazeństwo,
Kiedy mię na jaki czas opuści szaleństwo,
I staram się i tuszę, że tej prędko zbędę
Choroby i na pierwszy rozum się zdobędę;
Ale ten wrzód tak prędko nie schodzi, bo ciało
Już się prawie do samych kości zepsowało.
4
Jużeście to słyszeli, jako nieszczęśliwy
Grabia zmysłów pozbywszy, wielkie czynił dziwy,
Jako zbroję i szaty, które miał na sobie
I szablę porozciskał różnie410 w onej dobie,
Jako jesiony, sośnie411, dęby powyrywał,
Jako na grzmot, który się daleko ożywał,
Dziwować się pasterze przybiegli strwożeni,
Od złej gwiazdy albo swych grzechów pociągnieni.
5
A widząc wielkie drzewa, z korzeńmi wyrwane,
I siły u szaleńca niewypowiedziane,
Uciekać chcą, jeno że nie wiedzą, gdzie, sami,
Jako się trafia zdjętem nagłemi strachami.
Ujźrzawszy je szaleniec, z miejsca się porywa
Wielkiem pędem i głowę jednemu urywa,
Tak, żeby drugi trudniej urwał niewątpliwie
Lub jabłko na jabłoni lub śliwę na śliwie.
6
I za nogę wziął trupa onego bez głowy
I miał go za buławę szaleniec surowy;
Drugiem dwiema wyprawił na oczy sen wieczny,
Z którego się nie ockną aż w dzień ostateczny.
Inszy wszyscy, co mieli na bieg prędsze nogi,
Uciekali tam i sam pędem w różne drogi.
Bieżałby beł za niemi jeszcze dalej śladem,
Jeno że się obrócił i udał się zadem.
7
Oracze mając przykład świeży przed oczami,
Zostawują swe pługi i radła z bronami,
Na kościoły, na domy śpiesznie uciekają,
Kiedy widzą, że drzewa mało pomagają,
I patrzają z wysoka, jako mocną pięścią,
Paznokciami, zębami częścią woły, częścią
Konie tłucze i kąsa i musi być przedniem
Zawodnikiem412 koń, który może uciec przed niem.
8
Widzieć było i słyszeć, jako do gromady
Bieżały wsi przyległe i bliższe osady;
Rozlega się wszędzie dźwięk rogów, trąb drzewianych413,
Ale najbarziej słyszeć głos dzwonów śpiżanych414.
Tysiącami jedni z gór na dół z koszturami,
Z siekierami, z kosami krzywemi, z rożnami,
Drudzy z dolin na górę biegli w onej chwili,
Aby na szalonego razem uderzyli.
9
Jako kiedy na słonem brzegu w niepogodę
Rusza Auster podległą niepokojom wodę,
Pierwsza zda się, że tylko igra i żartuje,
Druga się już, niż pierwsza, więtszą ukazuje,
Trzecia więtszą, niż druga, i dalej zasiąga,
I więcej się po piasku leje i rozciąga:
Tak się właśnie na on czas tłuszcza pomnażała,
Która z gór na Orlanda i z dolin bieżała.
10
Dwadzieścia ich zadławił, co naprzód przypadli
Bez sprawy, bez porządku i w ręce mu wpadli;
A to jem pokazało jawnie, że z daleka
Lepiej od szalonego stać było człowieka.
Nie mogli mu zaszkodzić nic a nic, bo ciało
Orlandowe mieczów się i ran nie bojało415
Dla łaski, którą mu dał Stworzyciel z tej miary,
Aby lepiej mógł bronić Jego świętej wiary.
11
By beł mógł Orland umrzeć, chłopstwo, co nań biło,
Niewątpliwa, żeby go tam było zabiło;
Ale go wieczne nieba tak udarowały,
Że bez zbroje, bez broni, mógł być zawżdy śmiały.
Już też tłum ustępował i na zad uchodził,
Widząc, że mu żaden sztych, żaden raz nie szkodził;
On też, kiedy się wszyscy rozbiegli, powrócił
Od chłopstwa i do wsi się co bliższej obrócił.
12
We wsi niemasz nikogo: i wielcy i mali,
Ujęci wielkiem strachem, precz pouciekali.
Było tam dosyć potraw podłych i niedrogich,
Jako to u pasterzów i chłopków ubogich;
Tam żołędzia od chleba nie rozeznywając
I żołądek tak dawno wypróżniony mając,
W tem, co zastał surowe lub było warzone,
Utopił zaraz ręce i zęby zgłodzone.
13
Stamtąd błądząc po onem okolicznem kraju,
Gonił ludzie i zwierze różnego rodzaju;
Nieraz w biegu na lesie jelenia dotrzymał,
Nieraz lub sarnę lubo zająca poimał;
Nieraz się z niedźwiedziami i wieprzmi dzikiemi
Mocował i gołą je ręką kładł na ziemi
I ich mięsem i siercią brzuch osurowiały416
Napełnił i żołądek posilił zgłodniały.
14
Tak po wszytkiej Francyej nie zahamowany
Biegał, aż na jeden most trafił, zbudowany
Przy jednej wielkiej wieży, która zbyt wysoka
Beła; pod mostem rzeka płynęła głęboka,
Rzeka, co oba brzegi miała z twardej skały
Przykre i niedostępne — ale na czas mały
Grabię Orlanda w jego szaleństwie zostawię,
A królewicem szockiem teraz się zabawię.
15
Zerbin, skoro go Orland samego zostawił,
Małą chwilę na onem miejscu się zabawił,
Potem konia obrócił w Orlandowę kolej
I jachał sobie za niem z lekka i powolej.
Jescze beł nie ujachał mile, gdy z daleka
Ujźrzał przywiązanego do konia człowieka,
Około którego szli jacyś niepoznani
Dwaj rycerze, a oba we zbroje ubrani.
16
Ale skoro beł bliżej, poznał go, poznała
I Izabella, która obok z niem jachała;
Odoryk to beł, co beł na koniu związany,
Owej ubogiej na straż, jako wilk, przydany.
Temu najwięcej Zerbin między swemi wierzył,
Temu się Izabelle swojej beł powierzył,
Tusząc i miarę biorąc z jego życzliwości
Dawnej, że i w tem doznać miał jego wierności.
17
Prawie w ten czas onę rzecz królewna swojemu
Powiadała, jako się toczyła, miłemu,
Jako na brzeg na bacie uniesiona była
Pierwej, niżli się pod nią galera rozbiła,
Jako od Odoryka nagabanie miała,
Jako się do jaskiniej rozbójcom dostała,
I jeszcze nie skończyła, gdy więźnia onego
Ujźrzeli, mocno w siedle pokrępowanego.
18
Dwaj, co go miedzy sobą śpiesznie prowadzili,
Poznali Izabellę zaraz w onej chwili;
Otem, który z nią jachał, to mniemanie mieli,
Że to Zerbin, nie inszy, zwłaszcza gdy widzieli
Jego zacnego rodu herby zawołane,
Na tarczy, którą nosił, pięknie zmalowane.
Lecz, gdy się jego twarzy z blizka przypatrzyli,
Poznali i widzieli, że się nie mylili.
19
Spadli z koni i obie ręce wyciągnęli,
Bieżąc przeciwko niemu; potem go poczęli
Witać obadwa nizko i przystojną mową,
Z kolanem pochylonem i odkrytą głową.
Patrzy Zerbin i widzi, że jeden Almoni,
Drugi zaś z Biskaliej beł Korebus, oni,
Co byli na okręcie od niego wysłani,
Zdrajcy Odorykowi na drogę przydani.
20
Almoni pierwszy tak rzekł: »Kiedy widzę z tobą
»Izabellę, że ato zeszliście się z sobą,
»Jako chciała fortuna i łaskawe nieba,
»Słów mi długich do ciebie w tej sprawie nie trzeba;
»Bo dla jakiej przyczyny w powrozie wiedziemy
»Odoryka, mniemamy i tak rozumiemy,
»Że ta, co krzywdę więtszą od niego odniosła,
»Jui ci to wszytko dawno do uszu doniosła.
21
»I to wiesz pewnie, jakom został oszukany,
»Kiedym chytrze od niego beł precz odesłany,
»Więc i to, jako zaś beł Korebus raniony,
»Kiedy się Izabelli rzucił do obrony,
»Gdy jej chciał gwałt uczynić; ale co się stało,
»Co się potem, jakom się w zad wrócił, przydało,
»Czego ona nie mogła widzieć ani wiedzieć,
»O tem ci tylko teraz krótko chcę powiedzieć.
22
»Skorom się w mieście zdobył na siodła, na konie,
»Wracałem się do morza na zad ku tej stronie,
»Kędym beł Izabellę strapioną zostawił
»I Odoryka, co mię dla niej. beł wyprawił;
»I przyszedłem do brzegu właśnie na to miejsce,
»Kędy beli zostali, i dalej się jeszcze
»Pomknę, ale nie widzę nic, okrom nowego
»Śladu, na mokrem piasku świeżo wybitego.
23
»Udałem się za niemi śpiesznie w one tropy
»Ku lasowi, gdzie beło trochę bitej stopy.
»Skorom wjachał do lasu, na głosem pobieżał,
»Którym słyszał, i trafię, gdzie Korebus leżał.
»Pytałem go, gdzie się wżdy królewna podziała,
»Gdzie Odoryk, od kogo rana go potkała?
»Potem wiedząc od niego wszytko dostatecznie,
»Puściłem się w las, chcąc ich gdzie naleźć koniecznie.
24
»Kręcę się to tam, to sam i gdzie widzę drogę,
»Patrzę śladu, ale go upatrzyć nie mogę.
»Potem się wrócę, gdziem beł Koreba zostawił,
»Co beł około siebie ziemię tak ukrwawił,
»Że gdzieby tam beł dłużej leżał i co pręcej
»Nie wziął jakiej pomocy, rzecz pewna, że więcej
»Trzeba mu beło księżej, aby go włożyli
»W ziemię, niżli doktorów, aby go leczyli.
25
»Zaniosłem go do miasta i tam u jednego
»Postawiłem go w domu jego znajomego.
»Mieszkał w mieście cyrulik jeden doświadczony,
»Przez którego beł potem prędko uleczony;
»Takżeśmy się na konie, na zbroje zdobyli
»I za Odorykiem się szukać go puścili,
»Co się na dworze króla biskalskiego chował,
»Alfonsa417, kędym potem bój z niem odprawował.
26
»Król, z któremem kilkakroć o tej sprawie mówił
»I tę wszytkę rzecz wiedział, placu nie odmówił;
»Gdzie sprawiedliwość Boża, która w tem nie mogła
»Pochybić, i fortuna moja mi pomogła,
»Że nieprzyjaciel w boju jawnie przekonany
»I kiedy mi się poddał, został poimany.
»Król, wiedząc jego wszytkie niecnoty, pozwolił,
»Abym go albo zabił albo go niewolił418.
27
»Nie chciałem go zabijać, ale jako baczysz,
»Prowadzę go w łańcuchu, a ty czyń, co raczysz,
»I osądź go, kiedy go weźmiesz z mojej ręki,
»Jeśli ma zaraz na śmierć, jeśli iść na męki.
»Słysząc, żeś do obozu francuskiego jachał,
»W tenem kraj, abych cię tu mógł naleźć, przyjachał;
»Teraz Bogu mojemu pokornie dziękuję,
»Że gdziem się mniej spodziewał, teraz cię najduję,
28
»Ale i niemniej za to, że masz swą kochaną
»Izabellę, nie wiem, gdzie i jako dostaną,
»Bom ja tuszył, żeś jej już nie miał widzieć wiecznie«.
Skoro Zerbin dosłuchał wszytkiego statecznie,
Nie odpowiada na to Almoniuszowi,
Tylko zbyt pilnie patrzy w twarz Odorykowi,
Nie z nienawiści jakiej, ale z żalu raczej,
Że mu Odoryk jego chęć oddał inaczej.
29
Skoro koniec uczynił Almoni swej mowie,
Chwilę milczał cny Zerbin, rozbierając w głowie
Jako go ten, którego sobie między wielem419
Najszczerszem, najdufalszem420 obrał przyjacielem,
Śmiał tak okrutnie zdradzić; wtem ruszył języka
I przystąpiwszy bliżej, pytał Odoryka,
Jeśli to prawda beła, co mu w oczy zadał
Almoniusz i co nań wyraźnie powiadał.
30
On padszy krzyźem, na to: »Zawsze to najdziecie,
»Mój panie, że bez grzechu nikt nie jest na świecie
»I w ni w czem nie jest różny dobry ode złego,
»Jeno, że ten, kiedy jest od grzechu jakiego
»Albo od jakiej żądze, choć małej, kuszony,
»Nie broni się i w moc się daje, zwyciężony;
»A tamten zaś odpiera, póki mu sił zstawa,
»Acz, jeśli żądza wielka, i on się poddawa.
31
»Kiedybych beł od ciebie w jakiem zostawiony
»Mocnem zamku, coby beł dobrze opatrzony,
»A jabych go bez szturmu, bez gwałtu strachowi
»Próżnemu kwoli poddał nieprzyjacielowi,
»Mógłbyś mię mieć na zdrajcę; ale przyciśniony
»Wielką siłą, skusiwszy ostatniej obrony,
»Kiedybych to uczynił, według mego zdania
»Nie miałbych stąd sromoty ani urągania,
32
»Owszem chwałę u wszystkich; bo im jest możniejszy
»Nieprzyjaciel, tem ów jest wymówki godniejszy.
»Ja mniemam, żem nie winien tak wiele w tej mierze,
»Bo zamku, co beł mojej poruczony wierze,
»Broniłem dotąd, póki obron dostawało,
»Póki mi sił i póki rozumu zstawało;
»Ale kiedy tak wielki gwałt na mnie nastąpił,
»Co za dziw, żem nie strzymał i żem mu ustąpił?«
33
Taka Odorykowa w on czas beła mowa,
Przydał i insze rzeczy tej służące słowa,
Ukazując, że go zbyt ostre bojca421 bodły,
Które go, niechcącego, na on grzech podwiodły.
Jeśli co kiedy prośba usilna sprawiła,
Jeśli kiedy pokora skutek uczyniła,
Tu go mogła uczynić, bo wszytko najduje
Odoryk to, co serce błaga422, gniew hamuje.
34
Królewic stoi; w myślach swoich rozerwany,
Jeśli ma być od niego Odoryk skarany.
Kiedy patrzy na jego zdradę, bez wątpienia
Rozumie go być godnem śmierci i zginienia;
Kiedy zasię na dufność wzajemną wspomina,
Kiedy sobie z niem dawną przyjaźń pizypomina,
Nie chce mu się go tracić i wodą litości
Gasi gniewy zawzięte i zapalczywości.
35
Kiedy tak chwilę Zerbin rozmyślał wątpliwy,
Jeśli miał za uczynek on tak niecnotliwy
Odoryka wolnością i zdrowiem darować,
Czy go na dalsze męki żywego zachować,
Przybieżał poryżając423 koń, któremu z głowy
Dopiero mu zdjął uzdę Mandrykard surowy,
Niosąc babę na sobie, która przez swe zdrady
Królewica na koniec wydała szkarady.
36
On koń, widząc z daleka w polu drugie konie,
Wielkiem się pędem udał prosto ku tej stronie,
Mając babę na grzbiecie, co srodze wrzeszczała
I bez skutku żadnego ratunku nie miała.
Skoro ją Zerbin ujźrzał, bogom czynił dzięki,
Że mu bez wielkiej pracy podali do ręki
Onych dwu winowajców, którzy go zdradzili
I mało go o srogą śmierć nie przyprawili.
37
Zerbin babę zatrzymać i wściągnąć rozkazał
I jako z nią postąpić, sam w sobie rozważał,
Jako ma z nią postąpić; naprzód myśli sobie,
Że jej najlepiej urżnąć nos i uszy obie;
Potem zasię rozumie, że lepiej złośnicę
Na przykład wszytkim zdrajcom dać na szubienicę.
Różne męki i różne karania wymyśla,
Na ostatek się na te skłania i namyśla.
38
Rzecze tak do Koreba i do Almoniego:
»Atom się go obmyślił zachować żywego;
»Bo acz nie ze wszytkich miar godzien odpuszczenia,
»Lecz przecię nie zasłużył śmierci i zginienia.
»Niechaj żyje i niechaj będzie przy wolności,
»Kiedy to, jako mówi, uczynił z miłości,
»Bo próżno to: łatwie się błędy wymawiają,
»W które ludzie z gorącej miłości wpadają.
39
»Dobrze więtsze rozumy, niż u Odoryka,
»Czego nie u jednego pełno historyka,
»Miłość z miejsca ruszyła i ludzi tak siła
»Do gorszych i sprośniejszych grzechów przywodziła.
»Dlatego mu odpuszczam i niech rozwiązany
»Zaraz będzie, a ja zań niech będę karany,
»Którym olśnął424, tej mu się rzeczy powierzając,
»Że ogień łatwie słomę spali, nie patrzając«.
40
Potem na Odoryka wejźrzawszy, tak rzecze:
»A toć twój grzech odpuszczam, niebaczny człowiecze!
»Aleć taką naznaczam zań pokutę, aby
»Dwanaścieś mi miesięcy pilnował tej baby
»I miał ją w towarzystwie i we dnie i w nocy,
»Nie spuszczając jej z oka, i swojej pomocy
»Jej użyczał i żebyś o nię czynił w boju
»Z każdem takiem, coby jej nie chciał dać pokoju.
41
»Do tego chcę po tobie, abyś ten rok cały
»Na każdy dzień z nią jeździł — a wszak to czas mały —
»Po Francyej tam i sam, od miasta do miasta,
»Tam konia obracając, gdzie każe niewiasta«.
Takich do Odoryka słów królewic użył,
Który był więtsze, niż to karanie, zasłużył,
Co beło, rów mu jaki kazać wielki minąć,
Rów, który niepodobna rzecz beła ominąć.
42
Tak wiele beła baba sprosna pozwodziła
Rycerzów i białej płci tak wiele zdradziła,
Różnych ludzi, że kto z nią w towarzystwie będzie,
Rzecz pewna, zwad, hałasów, kłopotów nabędzie.
Tak oboje zostanie nieźle pokarane:
Ona za swoje grzechy, dawno podziałane,
On za to, że jej na się wziął niesprawiedliwie
Obronę; tak niedługo zginie niewątpliwie.
43
Tak na ten czas przezacny szocki rycerz tęgą
Odoryka uwiązał i ujął przysięgą,
Obiecując, gdzieby mu nie dotrzymał wiary,
Że wielkich mąk nie ujdzie i surowej kary
Do pierwszego potkania i niechaj się prosi,
Jako chce, szyję straci i nic nie uprosi.
To mówiąc, Almoniemu rzekł i Korebowi,
Aby zdjęli powrozy z rąk Odorykowi.
44
Stało się wszytko podług Zerbinowej woli,
Acz go rozwięzowali prawie poniewoli,
Żałując, że się na niem tak, jako myślili,
Onej tak wielkiej jego zdrady nie zemścili.
Tak jechał dalej stamtąd Odoryk żałosny
Z szpetną babą, mając żal na sercu nieznośny;
Co się jem potem stało, Turpin nie napisał,
Alem przecię o jednem historyku słyszał,
45
Którego nie mianuję, który dostatecznie
Pisze, że chcąc złej onej napaści koniecznie
Zbyć Odoryk, nie pomniąc na swoję przysięgę,
Włożył babie z konopi urobioną wstęgę
Na szyję i zadzierzgnął węzeł i w porębie
Tuż ją przy samej drodze zawiesił na dębie.
Toż Almoni i jemu — tenże opisuje —
W rok uczynił, jeno że miejsca nie mianuje.
46
Zerbin, co wszędzie śladu Orlanda pilnował
I nie radby go stracił, do swych wyprawował,
Do wojska, którzy się oń frasować musieli,
Ponieważ nic tak długo o niem nie wiedzieli.
Posłanemu od siebie Almoniuszowi
I który z niem pospołu jedzie, Korebowi,
Różne nauki, różne poruczenia dawa,
A z piękną Izabellą sam tylko zostawa.
47
Tak barzo Zerbin grabię Orlanda miłuje,
Nie mniej i Izabella, tak ich chęć ujmuje
Oboje dowiedzieć się, jeśli gdzie dojachał
Poganina, za którem szukać go wyjachał,
Onego, przez którego z konia beł ściągniony
I od niego na ziemi w polu zostawiony,
Że się, póki dzień trzeci nie minie, nie wróci
Do wojska i z tamtego kraju nie powróci.
48
Ten beł kres naznaczony od grabie onemu
Rycerzowi, co szable nie ma, pogańskiemu.
Niemasz żadnego miejsca, niemasz żadnej strony,
Którejby beł nie zwiedził Zerbin pomieniony,
Szukając i szlakując Orlanda, gdzie jachał,
Aż między drzewa gęste z trafunku przyjachał,
Drzewa, niewdzięcznej dziewki ręką popisane,
I nalazł je, z jaskinią srodze porąbane.
49
Jedzie dalej, gdzie się coś świeciło, w gęstwinę
I błyszczącą się zbroję poznawa grabinę;
Potem i szyszak nalazł, ale nie on dawny,
Który kiedyś na sobie nosił Almont sławny.
Słyszy potem, że koń rże gdzieś daleko w lesie
I na dźwięk się obróci i głowę podniesie:
I widzi po pięknej się łące pasącego
Bryljadora, na łęku munsztuk mającego.
50
Nalazł i Duryndanę, co w trawie leżała,
Daleko od szyszaka, a pochew nie miała,
I dołomę425, na drobne płatki podrapaną
I tam i sam po różnych miejscach rozmiotaną.
Izabella i Zerbin żałośnie patrzają,
Ale ani się, co to było, domyślają.
Wszytkich się przygód boi Zerbin utroskany,
Okrom tej, aby miał być z rozumu obrany.
51
Kiedyby tam beli krwie znak jaki widzieli,
Że go pewnie zabito, takby rozumieli;
A wtem ujźrzą, że właśnie przeciwko niem bieży
Pasterz jeden strwożony, który beł na wieży
Trochę przedtem i widział z wielkim podziwieniem,
Kiedy dęby z ziemie rwał pospołu z korzeniem,
Blachy cisnął i szaty na sobie podrapał,
Bydła, ludzie zabijał, których beł nałapał.
52
Ten wszytko wypowiedział cnemu Zerbinowi,
Co się nieszczęśliwemu stało Orlandowi.
Zerbin ledwie dowierza, chocia świeże szlaki,
Chocia tego przed sobą ma tak wielkie znaki.
Zsiada z konia skwapliwy, smutkiem napełniony
I okrutnem na sercu żalem przerażony,
I zbiera przedtem sławne i tak zawołane
Nieszczęśliwe ostatki, różnie426 rozmiotane.
53
Zsiadła i Izabella z konia i zbierała
Rozciskane oręże, a rzewno płakała;
A wtem ich nadjachała zbytnie utroskana
Piękna panna, na gładkiej twarzy upłakana.
Chcecie wiedzieć, kto to jest i o co się psuje
Ustawiczną żałością, o co się frasuje?
Fiordyliza to piękna, co wszędzie swojego,
Wyjachawszy z Paryża, szukała miłego.
54
Brandymart ją beł w mieście Karłowem zostawił
Ani jej żegnał, kiedy w drogę się wyprawił;
Gdzie go ośm albo dziewięć miesięcy czekała,
Ale, iż się nie wracał, za nim pojachała.
Od morza się jednego do morza puściła
Drugiego i Pyreny i Alpy zjeździła,
Szukając go po wszytkich miejscach, okrom w owem
Pałacu, który dobrze znacie, Atlantowem.
55
Kiedyby go w tem beła pałacu szukała,
Z Gradasemby go beła pospołu zastała,
Gdzie i Rugier i piękna beła Bradamanta
I Ferat jeszcze pierwej i cny pan z Anglanta.
Ale skoro go Astolf swą wniwecz obrócił
Drogą księgą, Brandymart zarazem się wrócił
Do Paryża; lecz tego jeszcze nie wiedziała
Fiordyliza, co beła za niem wyjachała.
56
Z trafunku tam, jakom rzekł, pierwej nadjachała
Zerbina z Izabellą i zbroję poznała
I konia, który się pasł po łące chodzący
Samopas, mając munsztuk na łęku wiszący.
Patrzy na pas nieszczęsny wielkiego rycerza,
A już też trochę przedtem także od pasterza
Dowiedziała się była o przypadku onem,
Że Orland zbył rozumu i został szalonem.
57
Zerbin blachy, z orężem inszem rozmiotane
I do jednej gromady pospołu zebrane,
Chcąc, aby od żadnego nie beło człowieka
Ruszane, luboby tam przyjachał z daleka
Lubo też beł tameczny, zawiesza na górze
Na sośnie i wydrążą na zielonej skórze:
»Orlandów to rynsztunek«. Tak się rym zamyka,
Jakoby rzekł: »Kto słaby, niechaj go nie tyka«.
58
Skoro koniec uczynił tak chwalebnej sprawie,
Wsiadał na koń -w żałobnej i smętnej postawie;
Wtem się trafił Mandrykard, który widząc one
Rynsztunki, na wysokiej sośni powieszone,
Pytał go, co to było. Zerbin, jako wiedział,
Wszytko Mandrykardowi szczerze wypowiedział.
Do sośniej427 się król hardy bliżej przystępuje
I ostrą Duryndanę z gałęzi zdejmuje.
59
Zerbin woła: »Nie bierz jej! nie bierz, poganinie!
»Bo cię kłopot i wielkie nieszczęście nie minie;
»Jeśliś tak dostał sławnej Hektorowej zbroje,
»Żeś ją ukradł, takie jest rozumienie moje«.
Wtem się chyżo do siebie obadwa porwali
I ostremi żelazy na się przycinali;
Już dźwięki z ciężkich razów dosięgały nieba,
A jeszcze w bój nie weszli słuszny, jako trzeba.
60
Zerbin się zda prędkością podobien ogniowi;
Umyka się tam i sam mocnemu królowi,
I srogiej Duryndany najwięcej pilnuje,
I gdzie spadnie, tam koniem rączo uskakuje;
Bo kiedyby na niego z tak potężnej ręki
Spadła raz Duryndana, musiałby przez dzięki428
Iść w pola Elizejskie, tam, kędy mieszkają
Te dusze, które się tu w miłości kochają.
61
Jako więc śmiały złajnik429, gdy wieprza dzikiego
W polu, daleko stada, zastanie samego,
Obraca go z tej strony i z owej nakoło,
Ale on czeka, aż mu raz przydzie na czoło:
Tak cny Zerbin pilnuje i nie spuszcza oka,
Gdzie Duryndana spada z nizka lub z wysoka,
I chcąc mieć zdrowie całe i cześć, jednem razem
Bije i umyka się przed srogiem żelazem.
62
Z drugiej strony, kiedy się poganin zamierzy
I kiedy srogą szablą zatnie i uderzy,
Zda się, że jest podobny wichrowi wściekłemu,
W marcu w lesie siły swe rozciągającemu,
Kiedy wysokiem sośniom schyla głowy harde
Albo łamie gałęzi. Ale razy twarde
Tak są częste, że chocia pilnie się ich strzeże,
Jednego się nakoniec Zerbin nie ustrzeże.
63
Między mieczem a tarczą sroga szabla wpadła
I minąwszy miecz, potem przez tarczą przepadła.
Zbyt miąższy miał przedni blach, niemniej doskonały
Pancerz, którem okrywał żywot rycerz śmiały;
Ale pancerz i zbroja w on czas nie pomogła
I wytrzymać srogiemu żelazu nie mogła.
I blach przedni i pancerz tak, jako zajęła,
Aż do samego łęku przeszła i przecięła.
64
I by beł nie skąpy raz, jako by beł goły
I nagi, takby go beł przedzielił na poły.
Jeszcze dobrze, że w piersiach nie miał znacznej dziury,
Że broń tylko dosięgła trochę wierzchniej skóry;
Nie głęboka, ale tak długa rana była,
Żeby się beła dobrą piędzią nie zmierzyła:
Ciepła krew z piersi kropi wypolerowaną
Zbroję i cienką nicią puszcza krew rumianą.
65
Takem widział niedawno, kiedy białą ręką
Moja pani, co dotąd z moją wielką męką
Serce trapi, na białej jedwabnicy430 szyła
I srebro karmazynem subtelnem dzieliła.
Już niewiele Zerbina jego męstwo wzmaga,
Mało mu jego serce i siła pomaga,
Bo pewnie, że tatarski król miał nad niem siła;
I moc i zbroja jego doskonalsza była.
66
Ale się zdał być cięższy ten raz w pojedynku
Z widzenia, niżli w skutku, niż w samem uczynku,
Tak, że cna Izabella serce wylęknione
Czuje w sobie prawie w pół grotem przebodzione.
Zerbin pełen wielkiego gniewu i śmiałości
I chcąc się pomścić onej rany i lekkości431,
Z obu rącz wielką siłą tak, jako wymierzył,
W pół szyszaka dużego pohańca uderzył.
67
Nic się Zerbin na onem razie nie omylił,
Bo się poganin głową do łęku pochylił,
I by beł nie on szyszak, przez czary zrobiony,
Przedzieliłby mu beł łeb z tej i owej strony.
Ale mu prędko oddał poganin surowy:
»I ja tak — prawi — umiem« i ciął go w róg głowy,
W szyszak, zebrawszy w kupę wszytkę siłę swoję
I tusząc, że mu przetnie w poły pierś i zbroję.
68
Zerbin, który tam trzymał wszytkę myśl, gdzie oczy,
W prawą stronę mu chyżo na koniu uskoczy,
Ale nie tak, aby się ostremu żelazu
Mógł uchronić i zdrowy uść ciężkiego razu;
Bo tak mocno wściekła broń z góry uderzyła,
Że mu tarcz na dwie równe części rozdzieliła
I łokcia mu i uda lewego pod blachem
Znacznie dosięgła tylko za jednem zamachem.
69
Zerbin wszytkie swe siły zbiera do pomocy
I siecze Mandrykarda co z najwiętszej mocy;
Ale zbroja pogańska wszytko wytrzymała
I żadnej w sobie skazy i rysy nie miała.
A ów nie tylko, że go już tarczej pozbawił,
Ale mu w kilku miejscach zbroję podziurawił,
Szyszak potłukł i nadto przez dziewięć ran jeszcze
Zadał mu tam, gdzie beło najszkodliwsze miejsce.
70
Co dalej, to się słabsza siła pokazuje
W Zerbinie, a tak się zda, że tego nie czuje,
Bo serce zwykłą w sobie moc swoję chowało
I słabe i zemdlone ciało posilało.
Tem czasem Izabella z strachu krwie pozbywszy,
Do pięknej Doraliki bliżej przystąpiwszy,
Prosi jej, aby z placu Mandrykarda zwiodła
I aby pojedynek straszliwy rozwiodła.
71
Doralika na prośbę jej, pełna litości,
Nie widząc jeszcze żadnej zwycięstwa pewności,
Czyni rada to, o co prosi, i od boju
Przywodzi miłośnika swego do pokoju.
Zerbin także swe gniewy wściąga i hamuje
Kwoli swej Izabelli i bój zostawuje;
I jedzie w dalszą drogę stamtąd, zostawiwszy
Mandrykarda, o szablę boju nie skończywszy.
72
Fiordyliza ujźrzawszy, że szabla grabina
Słabą miała obronę w on czas od Zerbina,
Gryzie się sama w sobie i srodze boleje
I płacze i od gniewu dobrze nie szaleje;
Radaby Brandymarta swego z sobą miała
I gdzieby go nalazła i sprawę mu dała
O tem wszytkiem, tak tuszy, że się on pokusi,
Że Tatarzyn niedługo tej szable zbyć musi.
73
I tam i sam po różnych miejscach wszędzie szuka
Brandymarta swojego, ale się oszuka,
Bo daleko od niego jeździ Fiordyliza,
A on się już beł dawno wrócił do Paryża.
Jedzie dalej przez góry, przez pola, przez lasy,
Aż nad jednę przyjedzie rzekę w one czasy,
Gdzie Orlanda poznała, jako potem powiem,
Ale wprzód o Zerbinie niechaj wam dopowiem.
74
Trapi go barziej, niżli wszytkie insze męki,
Że Duryndana przyszła do pogańskiej ręki,
Choć ledwie może siedzieć na koniu, zemdlały
Po krwi, którą surowe rany wylewały.
Po małej chwili z niego żal i gniew ustąpił,
A ból mu tak gwałtowny, tak ciężki przystąpił,
Ból tak ciężki, tak srogi, żewidzi i czuje,
Że się już w niem mało co żywota najduje.
75
Nakoniec nie mógł dalej jachać i mdleć począł
I aby sobie wytchnął i trochę odpoczął,
Stanął przy jednem zdroju, niedaleko lasu.
Izabella, co widzi, że tylko z niewczasu
Samego musi umrzeć, żałosna, stroskana,
Nie wie, co rzec i co ma czynić upłakana;
O żadnem mieście stamtąd blizkiem nie wiedziała,
Żeby mu cyrulika jakiego dostała.
76
Wzdycha, stęka, łzami się nieboga rozpływa,
A nieba niepobożne i srogie nazywa.
»Czemum — prawi — niestetyż! nędzna nie zginęła
»W ten czas, kiedym przez wielki ocean płynęła?«
Zerbin, który mdłe oczy i blizkie skonania
W jej twarzy często trzyma, na jej narzekania,
Na jej skargi boleje barziej oną dobą,
Niż na to, że tak blizką widzi śmierć przed sobą.
77
»Bodajbyś mię tak — prawi — szczerze miłowała
»I po śmierci, kiedy już dusza wyńdzie z ciała,
»Jako niczego moje serce nie żałuje,
»Jeno, że cię bez wodza, samę zostawuję;
»Bo kiedyby tak chciały wyroki przedwieczne,
»Abym ten żywot skończył i dni ostateczne
»Gdzie na bezpiecznem miejscu, a nie w cudzej stronie,
»Dosyćbym miał, kiedybym umarł na twem łonie.
78
»Ale kiedy zła gwiazda tak chce, że cię muszę
»Zostawić, nie wiem, komu, przysięgam na duszę,
»Na te oczy i na te złote włosy twoje,
»Któremiś uwiązała dawno serce moje,
»Że choćbym się do piekła złem duchom do ręki
»Dostał, nad wszytkie insze, które tam są męki,
»Taby beła nacięższa, gdybym sobie wspomniał,
»Gdybym, żem cię sierotą zostawił, przypomniał«.
79
Nieszczęsna Izabella, blada, jako chusta,
Schyla głowę i do ust jego swoje usta
Przykłada, na żałosnej twarzy upłakana,
Słabiuchna, jako róża, niewcześnie urwana,
Róża, od chciwej ręki urwana na dworze,
Jeszcze w niesłuśznem wieku i w niesłusznej porze.
Odpowie mu: »Ja na to pozwolić nie mogę,
»Abyś beze mnie miał iść, miły mój, w tę drogę.
80
»Abych tu miała zostać, i myślić nie trzeba:
»Pójdę wszędzie za tobą, do piekła, do nieba!
»Niechaj obiedwie dusze jeden koniec mają,
»Niechaj z sobą na wieki pospołu mieszkają.
»Nie tak cię prędko ujźrzę, miły, umarłego,
»Jako i sama umrę od żalu wielkiego;
»Gdzie też żal będzie tak mdły, że mnie nie zabije,
»Ten mi twój miecz, wiedz pewnie, te piersi przebije?
81
»Mam nadzieję, że ciała nasze nieszczęśliwe
»Będą mieć lepsze szczęście martwe, niżli żywe;
»Trafi się kto podomno, że i mnie i ciebie,
»Litością przerażony, pospołu pogrzebie«.
To mówiąc, gdy już wszytka zginęła otucha
Jego zdrowia, ostatki żywotniego ducha,
Które zła niewidomie śmierć kradła, zbierała,
Póki się go szczęt jaki bawił koło ciała.
82
Wiele Zerbin, jeśli jej odpowie, uczyni;
Atoli odpowiedział: »O moja bogini!
»Przez tę miłość, którąś mi w on czas pokazała,
«Kiedyś dla mnie ojczyste brzegi zostawiała,
»Proszę i rozkazuję, jeśli to nie siła,
»Abyś dotąd, póki jest Boża wola, żyła,
»Żyła zdrowa, a na to zawsze pamiętała,
»Jakoś ze mnie szczerego przyjaciela miała.
83
»Może być, że Bóg, który nigdy nie opuści
»Swoich wiernych, nic złego na cię nie dopuści,
»Jako w ten czas uczynił, gdy cnego wyprawił
»Senatora rzymskiego432, aby cię wybawił
»Od rozbójców, jako cię z morskich nawałności
»Zdrowo uniósł, jako cię uchował lekkości433
»Od zdrajcę Odoryka; przeto nie umieraj
»I przed czasem się śmierci, proszę, nie napieraj«.
84
Wierzę, że ta ostatnia Zerbinowa mowa
Nie beła zrozumiana od słowa do słowa.
Tak ustał, jako małe światło więc ustaje,
Kiedy mu wosku albo tłustości nie zstaje.
Kto może wypowiedzieć godnie narzekania
Młodej dziewki, kto wrzaski, kto ciężkie wzdychania,
Kiedy ujźrzała, jako lód jaki, zimnego,
Na ręku już bez dusze swojego miłego?
85
Opuszcza się i cięży na ciele i mdleje
I na martwą zewłokę434 łzy obfite leje
I tak wrzeszczy, że się głos daleko rozlega
Po polu i po lesie i nieba dosięga;
Sama się na się sroży, drapie paznokciami
Piękną twarz, tłucze piersi niewinne pięściami,
Rwie złoty włos i co jej głosu i tchu zstawa,
Napełniać pól Zerbinem swojem nie przestawa.
86
Od onego ciężkiego smutku i żałości
Do takiej przyszła dziewka strapiona wściekłości,
Żeby się beła pewnie ręką swą zabiła
I miecz swego Zerbina w piersiach utopiła,
By się jej nie beł trafił pustelnik z przygody,
Który tam często chadzał dla zdrojowej wody,
I by beł nie zawściągnął gwałtem śmiałej ręki,
Która się wydzierała na swą śmierć przez dzięki.
87
Mąż boży, który przy swej dobroci wrodzonej
Beł pełen pobożności, pewnie niezmyślonej,
I który beł dobremi przykłady wsławiony,
Jako beł kaznodzieja wielki i uczony,
Poważnemi z niej słowy wybija przeklętą
Jej żądzą, a radzi jej na cierpliwość świętą
I kładzie jej przed oczy zacne białegłowy,
Tak te, które miał stary, jako zakon nowy,
88
Ukazując, że żaden pociechy nie czuje
Doskonałej, kto Boga szczerze nie miłuje,
A że wszytkie człowiecze nadzieje na świecie
Próżne są i mijają tak, jako cień lecie.
I tak piękne i mądre słowa wynajdował,
Że w niej żądzą i upor na śmierć uhamował,
I przywiódł ją do tego, że mu ślubowała,
Że przyszły wiek na służbie Bożej strawić miała.
89
Nie może jej jednak ześć z pamięci i z myśli
Cny królewic, ciała tam zostawić nie myśli;
I lubo słońce świeci lubo padną mroki,
Chce mieć z sobą na każdy czas jego zewłoki.
A wtem sobie ciężaru onego pomogli —
Bo pustelnik był duży435 — i tak, jako mogli,
Martwe ciało na konia smętnego włożyli
I nie bawiąc się, w drogę dalszą się puścili.
90
Nie chce dziewki tak gładkiej, tak młodej pobożny
Pustelnik, który na grzech każdy beł ostrożny,
Żadną miarą prowadzić tam, gdzie swoję małą
Komórkę w gęstem lesie miał pod ostrą skałą,
Kędy beły mieszkania i jamy zwierzęce.
Mówiąc »Trudno nieść ogień z słomą w jednej ręce«
Nie spuszcza się na rozum i na swe baczenie,
Aby w tak niebezpieczne miał wniść doświadczenie.
91
Do Prowence ją myśli, do zamku jednego
Blizko od Marsyliej zawieść, u którego
Beł klasztor jeden, wielkiem kosztem zbudowany,
Panieński i wielkiemi bogactwy nadany.
W pierwszem miasteczku, które na drodze trafili,
Trunnę, w którą martwego rycerza włożyli,
Wczesną436 i zasmoloną, dobrze zrobić dali,
Potem tam, gdzie prowadził pustelnik, jachali.
92
Przez wiele dni część ziemie niemałą zwiedzili,
A zawsze ustronnemi drogami jeździli;
Bo, iż po wszytkich miejscach pełno beło wojny,
Obierali sobie kraj cichy i spokojny.
Ale nakoniec beli w drodze zawściągnieni
Od pewnego rycerza i nie uważeni;
Októrem potem powiem, skoro pierwej z hardem
Odprawię się, tatarskiem królem, Mandrykardem.
93
Jako się skoro zwada ona, która była
Miedzy niem, a rycerzem szockim, dokończyła,
Miedzy gęstemi drzewy odpoczywał w cieniu
Przy jednem kryształowem, wesołem strumieniu;
Ale pierwej zdjął siodło upracowanemu
Z grzbieta, a uzdę z gęby koniowi swojemu,
Aby się pasł na trawie; wtem w małą godzinę
Ujźrzał, że rycerz jakiś z gór wjeżdżał w równinę.
94
Skoro go Doralika na górze ujźrzała,
Choć jeszcze beł z daleka, zaraz go poznała;
Rzecze do Mandrykarda: »Widzisz tego, który
»Prosto naprzeciwko nam jedzie z onej góry?
»Rodomont to jest hardy, jeśli się nie mylę;
»Będziesz miał z niem, rzecz pewna, wnetże krotofilę:
»Jedzie się mścić nad tobą swej dawnej lekkości437,
»Żeś mu mię wziął; trzebać tu siły i śmiałości«.
95
Jako jastrząb, kiedy więc gołębia prędkiego
Albo ptaka z daleka obaczy inszego,
Wznosi głowę i pióra wszytkie wymuskiwa
Na sobie i piękniejszy i weselszy bywa:
Tak się w on czas wesoło król tatarski stawi,
Tusząc, że Rodomonta pewnie garła zbawi;
Konia bierze, w strzemionach nogę ma, a w ręku
Wodze438 trzyma i wsiada, ująwszy się łęku.
96
Skoro tak blizko beli, że fuki straszliwe
Mogli swe wzajem słyszeć i słowa dotkliwe,
Rodomont jął nań fukać i ręką i mową,
Mówiąc, że to zapłaci wnetże swoją głową,
Że tego śmiał rozdrażnić, co miał z to śmiałości439
I z to siły, że się mógł zemścić swej lekkości
Nad swem nieprzyjacielem i co obelżenia
Ani lekkiego nie zwykł cierpieć uważenia.
97
Odpowie mu Mandrykard z postawą surową:
»Darmo mię chcesz ustraszyć tą twą groźną mową,
»Której tylko na małe dzieci używają
»I na niewiasty, które, co jest bój, nie znają,
»Nie na tego, który się barziej kocha w boju,
»Niż w odpoczynku i niż w nielubem pokoju.
»Jam gotów pieszo, konno, zbrojny i niezbrojny,
»Lub w polu lubo w szrankach, spatrzyć z tobą wojny«.
98
Ale ato już na się krzyczą i wołają
Z wielkiem gniewem i srogich mieczów dobywają,
Jako wiatr, który z razu ledwie że co dmucha,
A potem z gruntu dębów i jesionów rucha
I ciemny proch i piasek aż pod niebo niesie,
Potem drzewa wysokie wali w gęstem lesie,
Domy w polu obala i wichry szalone
I grad niesie i bije trzody rozprószone.
99
Dwu pogan, którem równych świat nie miał, zagrzane,
Śmiałe serca i siły niewypowiedziane,
Odprawują straszliwy czyn surowej wojny
I bój, tak zuchwałemu nasieniu przystojny.
Drży ziemia od wielkiego i srogiego dźwięku,
Kiedy szable spadają na się z mocnych ręku;
Skry ze zbrój, uderzonych ciężkiemi razami,
Aż do nieba gęstemi lecą tysiącami.
100
Srogi bój dwaj królowie mężni odprawują
Długi czas bez przestanku i tego pilnują,
Aby sobie wzajemnie zbroje zdziurawili
I do ciała śmiertelne sztychy wyprawili.
Jako się bić poczęli, żaden dotąd jeszcze
Kroku nie ustępuje i jakoby miejsce
Ono beło zbyt drogie, oba go pilnują
I z koła tak małego nic nie występują.
101
Na ostatek Tatarzyn zuchwały mężnemu
Ciężki raz dał królowi w łeb algijerskiemu
Z obu rącz tak, że mu się w oczach rozświeciło,
Jakby się tysiąc przed niem świeczek zapaliło.
Rodomont, jakoby już wszytkiej pozbył siły,
Bije głową grzbiet konia swego i pochyły
Strzemię gubi, w siedle się ledwie zatrzymuje
Przy bytności tej, którą tak barzo miłuje.
102
Ale jako łuk mocny i dobrze złożony
Z dobrej stali, od mocnej ręki wyciągniony,
Im się barziej wyciąga i im jest mocniejszy
Strzelec ten, który z niego strzela, tem lekcęjszy,
Mocniej się znowu wraca i bełt wystrzelony
Z więtszą potęgą pędzi, z cięciwy puszczony:
Tak właśnie afrykański rycerz prędko wstawa
I nieprzyjacielowi sowito oddawa.
103
Rodomont także w czoło haniebnie uderzył
Śmiałego Mandrykarda tak, jako wymierzył;
Ale go nie obraził, bo mu twarz nakrywał
Szyszak, który Hektora trojańskiego bywał.
Tak go jednak ogłuszył dobrze, że nie wiedział,
Jeśli dzień beł, jeśli noc; toli440 się osiedział
Przecię w siedle. Rodomont drugi raz uderzy
Na niego, a do głowy po staremu mierzy.
104
Koń Mandrykardów, który z góry spadającej
Szable się srodze boi, straszliwie świszczącej,
Pana swojego z wielkiem swojem złem ratuje:
Wspina się i chcąc uciec, przodek wystawuje,
A wtem go sroga szabla w pół głowy trafiła,
Która na jego pana wyprawiona była;
Nie miał Hektorowego hełmu, nieszczęśliwy,
Jako pan, i zostawa martwy i nieżywy.
105
Ale Mandrykard prędko powstawa na nogi
Po onem ogłuszeniu i kręci miecz srogi;
Zr ze się w sobie i gniew go pali jadowity
Wewnątrz o to, że mu beł dzielny koń zabity.
Afrykański go rycerz chce potrącić koniem;
Ale nie tak beł słaby, jako trzymać o niem:
Tak stał mocno na nogach jako kamień, bity
Od wałów, kiedy pod niem koń poległ zabity.
106
Rodomont, który koń czuł pod sobą zemdlony,
Na przedniem łęku z lekka ręką wyniesiony,
Wyjąwszy nogi z strzemion, siodło zostawuje
I z Mandrykardem w równy bój pieszo wstępuje.
Dopiero się straszliwa bitwa zaczynała,
A nienawiść i pycha obu zagrzewała;
Ale nadjachawszy ich z przygody skwapliwy
Posłaniec, miedzy niemi rozwiódł bój straszliwy.
107
Nadjachał ich jeden z tych, co beli wysłani
I po wszytkiej Francyej różnie441 rozesłani
Od pogaństwa, aby ci, co się rozjachali,
Do swoich się chorągwi co prędzej wracali,
Dając znać, że Agramant król beł porażony
I od cesarza Karla w obozie zamkniony;
I gdzieby prędkiej w rychle pomocy nie mieli,
Swoję klęskę i jawny upadek widzieli.
108
Poznawa je on poseł barziej po tych raziech,
Któremi na się siekli srodze po żelaziech,
Niż po herbach zwyczajnych i niżli po stroju,
Bo nikt inszy nie mógł zwieść tak srogiego boju;
Nie ma jednak z to serca442, nie ma z to śmiałości,
Aby wszedł między one gniewy i wściekłości,
Choć go do nich król posłał i choć powiadają,
Że posłowie karani nigdziej nie bywają.
109
Ale do Doraliki, co stała na stronie
Idzie i powiada jej, jako w złej obronie
Z trochą wojska Agramant, Stordylan, Marsyli
W obozie od chrześcijan oblężeni byli.
Powiedziawszy jej wszytko, prosi, aby poszła
I obiema rycerzom onę rzecz doniosła,
I nalega, aby ich jako pogodziła
I dać Agramantowi pomoc jem radziła.
110
Miedzy srogie rycerze z wielkiem sercem wchodzi
I onych pojedynek straszliwy rozwodzi,
Mówiąc tak do obudwu, nadobna królewna:
»Przez miłość, którejem jest po was obu pewna,
»Proszę, abyście szable do lepszej schowali
»Potrzeby i żebyście zaraz wyjeżdżali
»Do obozu naszego, który oblężony,
»Zguby albo pomocy czeka i obrony«.
111
Potem poseł powiedział, jako Sarraceni
Beli w niebezpieczeństwie wielkiem obleżeni,
Prosząc, aby na pomoc szli Agramantowi,
Od którego oddawa list Rodomontowi.
Nakoniec tem zawarli i tak uradzili,
Aby oba rycerze pokój uczynili
Między sobą aż do dnia, w który obegnany
Ich obóz od chrześcijan będzie ratowany.
112
Ale skoro z onego będą wyzwoleni
Obleżenia i z królem swojem Sarraceni,
Aby się do swych pierwszych niechęci wrócili
I aby rozpoczęty bój z sobą skończyli
Który gdy koniec weźmie, dopiero ukaże,
Komu przysądzić piękną Doralikę każe;
A ta, która przysięgę od nich odebrała,
Za obu, że ją strzymać mieli, ślubowała.
113
Była tam niecierpliwa na ten czas Niezgoda,
Którą barzo bolała ona ich ugoda;
Była także i Pycha i obiedwie chciały,
Aby ono jednanie jako rozerwały.
Lecz Miłość więcej mogła, która tamże była,
Której najwiętsza jest moc i najwiętszą siła;
Ta przyłożone strzały do cięciwy miała
I pozad i Niezgodę i Pychę trzymała.
114
Krótko mówiąc, chocia jej przeczyła Niezgoda,
Tak, jako Miłość chciała, stanęła ugoda.
Ale nie dostawało konia z nich jednemu,
Co beł w boju zabity; lecz dogodził temu
Bryliador, co się pasł na łące zielonej
I z trafunku tam przyszedł do potrzeby onej,
Prawie na czas — ale już proszę dozwolenia,
Abych mógł na mały czas odeść dla wytchnienia.
Koniec pieśni dwudziestej czwartej.