XXIX. Pieśń dwudziesta dziewiąta

Argument

Wstydliwa Izabella, aby zatrzymała

Panieństwo, Rodomonta nędznie oszukała,

Namówiwszy bez wielkiej prace pijanego,

Iż jej od ciała głowę szablą ściął pięknego.

Ten zaś most zbudowawszy, z końców go zawiera,

Przechodzących rycerzów z szat i zbrój odziera;

Potem z grabią, co dziwne wszędy zostawuje

Swego szaleństwa znaki, w pasy się mocuje.

Allegorye

W tej dwudziestej dziewiątej pieśni przez dziwnie rzadki sposób, którego napiękniejsza użyła Izabella na obronę czystości swojej, woląc raczej garło dać, aniżeli ją stracić, jawnie tę serdeczność, tę wspaniałość i wielką cnotę, o której w tych całych księgach autor traktuje, zacnych można widzieć białych głów; przeciwnem sposobem w Rodomoncie, który chcąc być do śmierci nieobrażonem, a nie mając wolej nadobnej Izabelli przysięgi spełnić, dał się głupio oszukać, ukazuje się, jako niepowściągliwe zamysły i głupie chciwości nie mogą nigdy prawdziwego światła subtelnej poznać mądrości.

1. Skład pierwszy

Tak jest niepewny zamysł człowieka każdego,

Że nigdy statku w sobie nie miał namniejszego.

Płochość jakaś często się w sercach naszych rodzi,

W tej zwłaszcza sprawie, która z miłości pochodzi.

Nieuczciwemi z Sarce król niedawno słowy,

Rozgniewany, lżył przykro wszytkie białe głowy,

Zapał wnętrzny tak gasząc łzami, które leje

Z oczu swych, iż go wzniecić już nie ma nadzieje.

2

Nic to, o szlachetna płci: pomogę ja tobie

I ukażę, iż głupio w tem postąpił sobie,

Piórem, mową, rozumem dokazawszy tego,

Że występku żałować będzie musiał swego

I weźmie to w swą gębę sposobem nietajnem,

Co gniewem uwiedziony rzekł nieobyczajnem,

A raczej wolałby beł w swojej nie mieć gębie

Języka, niż dać przykład kaźni takiej z siebie.

3

Bo mówił bezrozumnie, jak jeden szalony,

Co statku nie zna, w swoich myślach rozdwojony;

Gniewem dopiero pałał przeciwko wszytkiemu

Narodowi bez braków żadnych niewieściemu:

Teraz na jednej dziewki wesołe pojrzenie

Jad morzy, swe odmienia wnet postanowienie;

Królewny zapomina, już jej nie żałuje,

Na jej miejsce tej zyskać miłość usiłuje.

4

Tak go rozpala gładkość nowa i zagrzewa,

Iż żadnych odpoczynków w swem sercu nie miewa;

Przeszkodzić zamysłowi chce zaraz świętemu,

Broni, aby oddać się miała Bogu swemu.

Pustelnik, co w nieszczęściu podał jej swą rękę

I srodze utrapioną pod swą wziął opiekę,

Zastawia się potężnie, powiada przyczyny,

Iż nie ujdzie, kto śluby łamie Bogu, winy.

5

Świętych słów i poważnej pustelnika mowy

Nie mógł już dalej słuchać pohaniec surowy;

Widzi, iż darmo, aby przestał, zakazuje,

Bo mnich śmiały w swych naukach dalej postępuje.

Widzi, jak przedsięwzięciu jego jawnie szkodzi,

Przymierza nie chce, swego upornie dowodzi.

Ręce podniósł, kolerą wściekłą rozpalony,

I oraz wyrwał z brody siwej włosy ony.

6

Potem go niesłychana furya ruszyła

I katem krwie niewinnej chciwem uczyniła:

Porwał mnicha za nogi, którem cztery razy

Obrócił nie bez znacznej na zdrowiu obrazy

I ku morzu rzucił niem, że ja już sam mało

Wiedzieć mogę, co z ciałem nieszczęsnem się zstało.

Różni różnie o strasznej śmierci powiadali:

Ci, iż członki rozbite o skałę zbierali,

7

Drudzy zaś, po powietrzu iż lecąc wysokiem,

Utopiony beł w morzu nakoniec głębokiem,

Które trzy mile stamtąd brzegi oblewało,

Skąd go szaleństwo króla z Algieru wysłało;

Trzeci, iż święty jakiś, którego on sobie

Ważył wielce, w nieznanem wyrwał go sposobie.

O tem niech według wolej każdej wierzy swojej,

Bo on więcej nie będzie wspomnian w pieśni mojej.

8

Rodomont, gdy sposobem takiem mnicha zbywa,

Łagodnych słów i mowy pochlebnej zażywa;

Twarz srogą uspokaja, oczy, co ciskały

Skry gniewów, wesoły wzrok zaraz podawały.

Tysiąc sposobów, które miedzy miłościami

Zwyczajne, z gorącemi posyła prośbami;

Mówi do Izabelli: »Żywot, serce moje

»Ty jesteś, bo ja tobie już darował swoje«.

9

I z okrutnika zaraz łaskawy się zstaje,

Zapalczywości znaku żadnego nie daje.

Tak swe utopił żądze w niebieskiej gładkości,

Iż w ocemgnieniu zwykłych zabywa srogości;

Obyczajniejszem już jest, gasi jad przeklęty,

Prosi, za sługę od niej aby beł przyjęty,

I z miejsca odyść na piądź nie myśli tamtego,

Aż co sprawi, aż miłość skutek weźmie jego.

10

Tuszy, iż ją zwyciężyć może łagodnemi,

Jak nalżej postępując, prośbami swojemi.

Izabella, co jeszcze zadumiała stała,

Jako straszny przypadek staruszka widziała,

Tem barziej trwoży sobą, jak szczurek ubogi,

Gdy w ostre ułapił go pazury kot srogi;

Patrzy po stronach i wśrzód ogniaby skoczyła,

Byle czystości świętej jako obroniła.

11

Już, już po więtszej części zwątpiła o sobie,

Pragnie własną ręką śmierć sama zadać sobie

Wprzód, niż srogi Rodomont swe brzydkie chciwości

Nasyciwszy, więtszej ją nabawi żałości.

Najmniejsza się jej dobra nie trzyma otucha,

Rycerzowi, co swego na jej łonie ducha,

Zabity, wytchnął, krzywdy nie chce czynić takiej,

By z królem z Sarce wolej miała być jednakiej.

12

Widzi nieszczęsna dziewka, iż zamysły jego

Na tem wszytkie, choć mocą aby dopiął swego.

Coraz do niej poganin srogi się przymyka,

Ta zaś pomału na zad swych kroków umyka;

Nakoniec w nagłem razie lekarstwo najduje,

Którem u Rodomonta czystość okupuje,

Godna, aby jej cnota wspominana była,

Póki swem luna będzie promieniem świeciła.

13

Rzecze Sarracenowi, co po prośbach onych

Już swych zaraz zażyć chciał sił nieokróconych,

Zapomniawszy ludzkości, którą pokazował,

Gdy się anielskiej zrazu twarzy przypatrował:

»Pozwól mi kilka, proszę, słów przerzec do siebie,

»Chceszli, iż dziwnej sztuki wnet nauczę ciebie,

»Sztuki, która tę gładkość tysiąckroć przechodzi,

»Coć tak miła, co serce twe w okowach wodzi.

14

»Dla rozkoszy znikomej nie trać tego, radzę,

»Czem cię z najprzedniejszemi zarówno posadzę

»Bohatyrami, wieku co byli dawnego

»I których męstwo kresu nie pozna żadnego.

»Wytrwaj trochę, wszak takich możesz naleźć wiele,

»Z któremi rozkosz i swe będziesz miał wesele;

»Ale podarek, com go ja nagotowała,

»Wątpię, by taki drugi insza tobie dała.

15

»Znam jedno ziele666 dobrze i oczyma temi

»Widziałam, jako roście na najtłustszej ziemi,

»Które do cyprysowych ogniów przystawione,

»Z rutą i z bluszczem długo pospołu warzone,

»Wyda sok drogi z siebie, sok nieprzepłacony,

»Lecz ten najczystszą ręką ma być wygnieciony;

»Tem kiedy kto swą trzykroć skórę nasmaruje,

»Od szable i od ognia szkody nie poczuje.

16

»To jednak wiedzieć trzeba, iż takie mazanie

»Ciał naszych jeden miesiąc w swej mocy zostanie,

»Po którem nikt najtwardszą nie będzie raniony

»Bronią ani najsroższem ogniem upalony.

»Po czasie zaś moc traci i trzeba nowego,

»Kto pragnie nad stal ciała do wojny twardszego.

»Ja to zrobię i probę dziś widzieć będziecie,

»Przez którą snadno wszystek świat posieść możecie.

17

»Za tę pracą podarku nie proszę inszego,

»Tylko przysięgi, którą bronić uczciwego

»Powinni mi będziecie i czystości mojej,

»Aż szczęśliwej roboty dam wam koniec swojej«.

To mówiąc, Rodomonta do tego przywodzi,

Iż nie tak na uczciwe jej, jak przedtem, godzi;

Ważniejsze śluby czyni, niżli sama chciała,

Byle go niepożytem przez miecz udziałała.

18

Szczerze wiary dotrzymać z klątwą obiecuje,

Mocy nad złoto droższych soków się dziwuje,

Na ostatek i słowa wyrzec plugawego

Nie chce, póki niem ciała nie namaże swego.

Do końca jednak strzymać nie myśli przysięgi:

Tak mu płomień miłości serce zagrzał tęgi,

Więc nie zna, co wstyd z wiarą, co jest Bóg z świętemi,

Bo machlarstwem667 miał przodek zdrajca przed wszystkiemi.

19

Które chytry pokrywa, prosi Izabelle,

By sobie poczynała bezpiecznie i śmiele,

A wódkę co napręcej dziwną gotowała,

Któraby z Achillesem, z Cygnem go zrównała.

Ta po padołach, skałach, przykrych górach chodzi,

W lasach ciemnych, gdzie gęsty list wdzięczny chłód rodzi.

Rwie zioła, jakie ziemia obfita wypuszcza;

Rodomont wszędy z nią jest, oka z niej nie spuszcza.

20

Potem, kiedy już miejsca rozmajte schodzili,

Ziółmi wonnemi kilka koszów napełnili,

Te z korzeniem pospołu, te zaś rwąc bez niego,

Opóźniwszy się, idą do mieszkania swego.

Nadobna Izabella, wzór i przykład cnoty,

Do obiecanej w skok się sposabia roboty;

Warzy je przez całą noc, naczynia gotuje

Dla wódek, a Rodomont wszędy jej pilnuje.

21

Słudzy, co ich niewiele z niem na ten czas było,

Aby się ono czucie668 nocne nie sprzykrzyło,

To grą, to winem samych siebie zabawiają,

Mądrość i pracą pięknej dziewki wychwalają.

Pomaga jem Rodomont, dwoistem zagrzany

Ogniem, tak długo, aż dwie beczki, spracowany

Pragnieniem i niespaniem, wypił wespół z niemi,

Usiadszy wedle swego zwyczaju na ziemi.

22

Barzo niewiele pijał z przyrodzenia wina

Król z Sarce, a ta własna jest tego przyczyna,

Iż zakon sarraceński srodze zakazuje

I na takich karanie ciężkie wynajduje;

Ale w ten czas, jak prędko skosztował dobrego,

Zda mu się, że to napój boski, i swojego

Narodu klnie ustawy, nie dba nic, flaszami

Nosić każe, a z nich zaś pić wszytkiem czarami.

23

Izabella tem czasem od ognia niemały

Garniec umyka, w którem zioła dowierały,

Mówiąc: »Aby się szczera prawda pokazała,

»O którejem wam wczora wszystkiem powiedała,

»Czyń probę, zacny królu: doznasz, jako moje

»Umiejętności wielkie mają ceny swoje;

»Czyń probę, chceszli zaraz, choć na mojem ciele:

»Jam nadstawić gotowa szyje własnej śmiele.

24

»Ja chcę, abyś na mnie wprzód moc lekarstwa tego

»Zrozumiał, póki siebie nie natrzesz samego;

»Bobyś mógł mniemać, iż to trucizny są jakie,

»Do wyścia ducha drogi co dają dwojakie.

»Atoż namażę głowę, piersi, szyję sobie,

»Którą uciąć pozwalam, będzieszli mógł, tobie.

»Ujrzysz wnet, iż i ta moc twoja przyrodzona

»I szabla nic nie sprawi, chocia wyostrzona«.

25

To rzekszy, z ochotą się sama namazuje,

Potem Sarracenowi szyje nadstawuje;

Ten poznania sekretu chciwością wzruszony

I winem, którego pić nie był zwyczajony,

Najtwardszej broni swojej od boku dobywa

Tem prędzej, im go barziej chęć proby porywa.

Tak głowę od pięknego odcina wnet ciała,

W której gorąca miłość przedtem gniazdo miała.

26

Czterykroć, nim do ziemi blizkiej doleciała,

Strętwiałemi już usty Zerbina wołała,

Zerbina, dla którego zdrowie rada daje,

Aby prędko z nim osieść górne mogła kraje.

O najszczęśliwsza dziewko, jako cię będziemy

Chwalić, gdy taką szczerość wiary twej widziemy!

Ty czystość więcej ważysz, niżli żywot, sobie,

Niż wiek kwitnący: w złotem schowaćby cię grobie!

27

Idź w pokoju, o duchu, idź, błogosławiony,

Abyś w dziedzictwo wieczne wziął rozkoszy ony.

Jeśli kiedy co będą mogły rymy moje,

Sławić wiarę i cnoty będą zawsze twoje;

Tysiąc i drugi tysiąc lat ich nie wyniszczy,

Będą je opisywać poetowie wszyscy.

Idź, o kochany duchu, do nieba jasnego,

A zostaw przykład inszem ślubu prawdziwego.

28

Na tak cudowną sprawę Bóg sam oczy swoje

Obrócił na dół prosto w te nasze pokoje

I mówi: »Więtszą sławę ty już będziesz miała,

»Niż ta, co z Rzymu króle czystością wygnała669.

»Miedzy temi, o śliczna duszo, ja chcę ciebie

»Posadzić, co przedniejszy mają stołek w niebie,

»I przysięgą to stwierdzę dziś nieodmienioną,

»Że na wieki już będziesz moją ulubioną.

29

»A któraby się twojem imieniem krzcić dała670,

»Każda rozum nad insze więtszy będzie miała;

»Piękność, ludzkość, roztropność przedniejszą dam takiej,

»Ucześniczką mądrości zostanie wszelakiej,

»Aby lepszą ci wszyscy materyą mieli,

»Co pismem swem to imię chwalić będą chcieli.

»Poda Helikon671 z Pindem672 i sam Parnas673 dawny

»Do wiecznej wiadomości postępek tak sławny«.

30

Tak Bóg rzekł i rozpędza chmury na znak tego,

Nawałności uśmierza morza burzliwego.

Szczęśliwa dusza trzecie niebo674 przeniknęła675

I na łono się swego Zerbina wsunęła.

Rodomont, takiem w serce nieszczęściem ruszony,

Gniewa się, ale barziej, iż jest omamiony;

Omija go pijaństwo, klnie swe porywczości,

Co tak nagłej przyczynę dały wnet żałości.

31

Więc aby błagał ducha błogosławionego,

Co świat opuścić musiał dla szaleństwa jego,

Chce, pamiątka przynamniej aby jaka była,

Któraby mu nieszczęsnych ciężarów ulżyła.

Umyślił tedy zaraz on kościółek mały

Na grób dać panieńskiemu ciału okazały,

Aby tam odpoczynek już swój wieczny miało,

Gdzie sił zbywszy, umarłe bez głowy leżało.

32

Ze wszytkiej tedy on sam zbiera okolicy

Rzemieśnika i wnet go sześć tysięcy liczy;

Ten z bojaźni, drugi iść pozwala z miłości.

Z skał wielkich odzierają górne wysokości,

Z których dość okazałą machinę676 buduje,

W pośrzodku dwu zabitych ciała zostawuje;

A tak wielka do wierzchu z fundamentów była,

Iż łokci dziewięćdziesiąt dobrych wystarczyła.

33

Na kształt budynku w Rzymie677 chciał mieć ten pysznego,

W którem swój u strumienia schował Tybrowego

Popiół cesarz Adryan; więc przy niem wysoką

Wieżą robi nad rzeką z wyjźrzeniem głęboką,

Przez którą na dwa łokcia wązki most postawił,

Most, co strachu przedniejszych rycerzów nabawił;

Rzeka szeroka pędem straszliwem bieżała,

Ustawicznie wysokie brzegi podrywała.

34

Żadnem sposobem jeznych dwaj się nie minęło

Po moście: tak go wązkie umyślnie ścisnęło

Budowanie; więc nie miał poręcza678 żadnego

Na obie strony: i koń i człowiek spaść z niego

Mógł snadno, bo tak chce mieć Sarracen surowy,

Aby każdy, tam jadąc, umrzeć był gotowy,

Mężczyzna lub biała płeć, poganin lub krzcony,

A z nich łup na cmyntarzu miał być zawieszony.

35

W dziesięć dni albo co mniej zamysł każdy jego,

Co się tknie mostu, przyszedł do skończenia swego;

Ale grób nie beł jeszcze cale wystawiony

Z wieżą, co miała widok dać na wszystkie strony.

Tak przecię wywiedziona wzgórę z gruntu była,

Iż z niej straż namniejszą rzecz snadno upatrzyła

I w skok głośnem trąbieniem prętko znać dawali,

O tych, co się do mostu jadąc przybliżali.

36

Rodomont zaś, głos rogu gdy usłyszał tego,

Zbrojny wychodził rączo do gościa onego;

To na tem, to na owem kraju zastępuje,

Skąd rycerzów pobliższych przyjazd upatruje,

Aby w pośrzodku mostu potkał ich ciasnego

Dla starcia i zepchnienia do brodu bystrego.

Bo jak namniej koń ścieszki uchybił kopyty,

Spadał w rzekę, gdzie wirem nurt szedł nieprzebyty.

37

Z mężobójstwa, które on popełnił pijany,

Rozumie, iż go dekret oczyści, wydany

Na gościa, aby każdy, co tu będzie mijał,

W rzece ginął i z strachem wody z niej upijał,

Z strachem, którego i sam ucześnikiem bywa,

Z niebezpieczeństwem zdrowia kiedy przez nię pływa;

Bo tak wierzył, iż to zmyć woda z czasem miała,

Co po pijanu prędka ręka udziałała.

38

W małem czasie wiele ich wpadło w sidła jego.

Niektórych jawna droga gościńca wielkiego

Do Włoch, do Hiszpaniej sama wprowadziła,

Bo prościejsza tam żadna już insza nie była,

A drugich sława droższa nad kochane zdrowie:

Gdy słyszeli, iż się tak pohaniec surowie

Obchodził, pragną się mścić; lecz pobici sami,

Zdrowia tam zostawują i zbroje z szatami.

39

Z tych zaś, co ich zwyciężał, jeśli wiary jego

Beł który, zbroję tylko zdjąć dosyć ma z niego;

Którą zawiesić wedle drugich rozkazował,

A imiona na wierzchu własne wypisował.

Ale chrześcijanin tam trafiłli się który,

Lub zabity lub w rzekę zepchniony beł z góry.

Trafunkiem w tamte kraje przyszedł też szalony

Orland pierwej, niż z wieżą grób on beł skończony.

40

Gościniec wielki grabię wiódł bezrozumnego

Prosto do budowania Rodomontowego,

Który około pracej onej zabawiony,

Do najprętszej roboty rzemieśniki ony

Sam przymuszał, a ciało duże otoczyła

Zbroja wszytka, prócz iż twarz sama wolna była.

Pojrzy pohaniec: alić człowieka nagiego

Zoczył, co bieży prosto do mostu wązkiego.

41

A też już, jak szaleństwo zbytnie jego chciało,

Przeskoczywszy płot z drzewa, biegł po moście śmiało.

Rodomont, jadowicie zaraz rozgniewany,

U grobu, co jeszcze beł niedomurowany,

Stojąc, grozi, woła nań i łaje z daleka.

Nie chce, by dobyć broni miała jego ręka

Na tak podłego gbura, krzyczy tylko srodze:

»Stój, chłopie, jeśli nie chcesz zabit być na drodze!

42

»Dla bohatyrów samych ten most zbudowany,

»Nie dla ciebie, coś lub to głupi lub pijany«.

U Orlanda iż w głowie co inszego było,

Wciąż bieży, o tem strachu ani mu się śniło.

Tu wściekłem zapalony wnet pohaniec jadem,

Porwie się, chce go zwykłem, jako drugich, śladem

W rzekę wrzucić, nie wiedząc, iż najdzie równego,

Co siłom, męstwu, mocy da odpowiedź jego.

43

W ten czas właśnie dziewka się śliczna przybliżała

Do mostu i już, już go przebyć wolą miała;

Ubiór kształtny kształtniejsze członki przyodziewał,

Z najwdzięczniejszego oka każdy się spodziewał

Dobroci i cnót wielkich; twarz tak biała była,

Iż różom z liliami znaczny wstyd czyniła:

Fiordylizi to smutna, jako wszyscy wiecie,

Co szuka Brandymarta swojego po świecie.

44

Ta, gdy wodzą679 bieg koński na most prostowała,

Z Rodomontem grabine potkanie ujrzała;

Bo ten i zrzucić zaraz i widzieć pod mostem

Chciał Orlanda, w pasy go wziąwszy trybem prostem.

A iż się przedtem często w Paryżu widali

I na różnych bankietach pospołu bywali,

Zarazem go na pierwsze wejźrzenie poznawa

I zdumiała, iż wszytek nagi jest, zostawa.

45

Zastanawia się tedy i patrzy z pilnością

Końca spórki680 wzajemnej dwu, co swą dużością681

Wszytkich inszych przechodzą; widzi, jako swemi

Nogami i rękami pracują mocnemi.

Tam i sam obraca się i dokoła biega

Poganin; wściekłość z jadem, gniew mu serca sięga,

Mówi: »Niepodobna tu, aby moje siły

»W rzece tego szaleńca wnet nie utopiły«.

46

Raz tą drugi raz ową chwyta go za boki

Ręką i grabie objął niemi grzbiet szeroki;

Kolana swe pod jego podkłada golenie:

Chce to wziąć sztuką, czego ostatnie silenie

Mieć nie może; tak niedźwiedź, kiedy z barci spada,

Rozjadszy się, to szarpie, to naprzód dopada,

Bieży z rykiem do drzewa, które go zrzuciło,

Gryzie, zęby w niem topi, jakby winne było.

47

Orland, co pozbeł cale rozumu swojego,

Samych tylko zażywa sił swych na moc jego,

Sił, co je żaden albo rzadki zrównał kiedy

U pogan, u chrześcijan, w inszych krajach wszędy.

Ścisnąwszy Rodomonta, z mostu wysokiego

Do brodu z niem pospołu spada głębokiego;

Idą na dół obadwa, okryły ich wały,

Woda wzgórę wybucha, brzegi zahuczały.

48

Pierwszy Orland ukazał głowę na wierzch wody,

Namniejszej na swem zdrowiu nie wziąwszy tam szkody

A iż żadnemi nie beł obciążon sukniami,

Sporo rzekę przesięgał, płynąc, ramionami.

Prosto się ku brzegowi ma i nań wychodzi,

Nie zna, czy mu to chwałę, czy zelżywość rodzi,

Idzie wciąż; poganin zaś, co beł uzbrojony,

Nierychło się ukazał z wody, zanurzony.

49

Tem czasem Fiordylizi przez most bieży nowy,

Gdy ma czas, gdy Rodomont nie broni surowy.

Patrzy ze wszytkich kątów na grób nieskończony,

Jeśliby Brandymarta swego zawieszony

Lub jaki znak lub świetną widzieć mogła zbroję;

Ale tam darmo i wzrok i myśl bawi swoję:

On gdzie indziej, a ta też prosto w drogę jedzie,

Ja zaś powiem, co dalej z grabią się dziać będzie.

50

Głupstwo wielkieby było, gdybym głupstwa jego

Wypisował z początku aż do ostatniego;

Bo któżby je mógł zliczyć? O tych usłyszycie,

Co się jem z użaleniem dziwować musicie;

Powiem niektóre, powiem, choć to mniej podobne,

Bo do tej historyej zdadzą się sposobne.

Nie zamilczę, co czynił miedzy wysokiemi

Górami nad Tolozą Pirenejeńskiemi.

51

Już beł niemało krajów grabia utrapiony

Przeszedł, szaleństwa swego mocą przyciśniony,

Miedzy góry nakoniec wpadł zemdlony one,

Co z Francyą Tarakon682 czynią rozdzielone.

Zawsze jednak twarz tam niósł i czoło wspaniałe,

Gdzie słońce, znikając nam, zachodzi zbrudniałe.

Tak idąc, wpadł na dróżkę, co z obu stron miała

Przepaść, a dwom z trudnością mijanie dawała.

52

Ledwie się na niej ujźrzał, alić dwaj chłopkowie

Idą, tych poprzedzają, drwa niosąc, osłowie.

Pojrzawszy na Orlanda, jako szedł, nagiego

I na zarosłą brodę, głowę, piersi jego,

Domyślili się snadno, iż rozumu mało

We łbie; zaczem nań krzyknąć obiema się zdało,

Aby lub to w zad poszedł lub ustąpił z drogi,

Jeśli nie chce wpaść w przepaść, w on wąwóz tak srogi.

53

Orland nie odpowiada na ono wołanie,

Tylko ognistem wzrokiem błyszcząc, w miejscu stanie,

A potem, żaden temu ponno nie uwierzy,

Jak z niewymowną mocą w pierś osła uderzy

I ciśnie go do góry; ten jak ptaszę jakie

Zda się, gdy skrzydła na bok rozciągnie dwojakie;

Potem na milę jednę od miejsca onego

Padł na wierzchu pagórka trochę wyniosłego.

54

To sprawiwszy, do onych chłopków krok prostuje,

Z których jednego szczęście, nie rozum sprawuje.

Bo gdy chciał uciec, wpadł w głąb na łokci trzydzieści

W onę dolinę, w one straszliwe nizkości;

Ale wpół kresu o krzak wielki i rozwity

Oparł się, został na niem i nie beł zabity.

Twarz mu tylko i ręce ciernie podrapały,

Sam zaś na inszych członkach zdrowy beł i cały.

55

A drugi się uwiesił u drzewa jednego,

Co z góry i z kamienia wyrosło twardego,

Mniemając, iż nigdy tam nie natrze szalony,

Ujrzawszy przykro w przepaść kamień pochylony.

Ale ten, co nie chciał nic, jeno zdrowia jego,

Gdy już miał wyszszej skoczyć do miejsca inszego,

Oderwał go, a potem, okrutny i srogi,

Na dwie części rozerwał, ująwszy za nogi.

56

Tak więc porywa jastrząb pazury ostremi

Lichą kawkę, aby się nasycił ciepłemi

Wnętrznościami ubogiej, lub krogulec chciwy,

Gdy na przepiórki biednej dybie obrok żywy.

Trzykroć szczęśliwsze było spadnienie drugiego,

Bo i szyje nie złamał i uszedł strasznego

Zamordowania, jako Turpinowi o tem

Sam powiedał, Turpin zaś napisał to potem.

57

Te i rozmajte insze czynił okrutności,

Przechodząc Pirenejskich gór w skok wysokości;

Na ostatek udał się wprost ku południowi

Przeciwko hiszpańskiemu ciepłemu krajowi,

Głębokiego obchodzi morza krzywe brzegi

Nad Tarrakoną683, które wstrąca jego biegi.

Tak szaleństwem i srogą furyą wzruszony,

Za wczesny684 odpoczynek obrał piaski ony.

58

Któremi się dla słońca okrył gorącego,

Leży na niem i pod niem w mrok i dnia białego;

Wtem królewna z Kataju trafunkiem go zjedzie,

A Medora małżonka podle siebie wiedzie.

Wespół do swoich królestw imo685 one góry

Przez Hiszpanią pojazd686 chcieli czynić spory.

Mniej, niż na jeden łokieć, już od niego była,

Nie wiedząc, kupa piasku iż grabię przykryła.

59

Ktoby beł Orland, dawno, dawno zapomniała.

Więc furya nieszczęsna tak go udziałała

Odmiennym, podobieństwa iż niema żadnego

Do wnuka, jako przedtem bywał, Karłowego;

Od słońca jest szkaradnie wszystek opalony,

Jak murzyn, który osiadł etyopskie strony,

Albo jako Maurowie, co podle mieszkają

Nilu, a twarzy nakształt uczernionych mają.

60

Oczy mu się pod czoło zmarszczone pokryły,

Twarz wyschła, członki insze szczerą kością były;

Włosy wzgórę wzjeżone, jak kołtonowate,

Broda brzydka, poplwana, policzki kosmate.

Ledwie go Angelika nadobna zoczyła,

W zad prętko, przeląkszy się, koniem obróciła.

Wrzeszcząc ucieka, a jej głosy żałośliwe

Powtarza i śle Echo w przepaści straszliwe.

61

Na głos krzyku podniesie głupi Orland głowy

I rączo skoczy za nią, dopaść jej gotowy.

Najwdzięczniejsza twarz mu się prędko spodobała,

Ochoty do gonienia żądza przydawała.

Ani on myśli o tem ani on pamięta,

Jeśli to Angelika, co była tak wzięta.

Bieży pędem w jej tropy: tak pies bojaźliwe

Goni sarneczki, aby głody napasł chciwe.

62

Jako prędko Orlanda Medor młody zoczył,

Iż goni Angelikę, z ostrą bronią skoczył

I dopadszy, gniewliwy, tnie z tyłu nagiego;

Lecz się broń ciała nie chce jąć sczarowanego,

Raczej w drobniuchne sztuczki tak się pokruszyła,

Jakoby z gliny szczerej, nie z żelaza, była.

Ten zaś obróciwszy się, w łeb konia ugodził

Tą mocą, którą inszych na świecie przechodził.

63

I druzgoce, jako śkło, pięścią kości jego,

Szkapa padszy, pozbywa żywota słodkiego.

Potem, lubo to szczęście Medorowe było

Lub szaleństwo, które wzrok grabin zaślepiło,

Opuszcza go i żadnej nie czyni srogości

Nad tem, co wielkich jego przyczyną żałości,

Ale zarazem za tą w zad się chyżo puści,

Co ucieka, goni ją, oka z niej nie spuści.

64

Angelika ze wszytkiej mocy ostrogami

Konia bodzie swojego i tłucze nogami,

Nahajką mu dojmuje; ten, jak strzała, leci,

Panią niosąc na sobie piękną bez pamięci;

Bo rozumie, że już jest w dużych687 rękach jego,

Co ją goni, a potem moc pierścienia swego

Przypomniawszy, w gębie go językiem ścisnęła

I jako zadmuchniona świeca, w skok zniknęła.

65

W tem razie, jako konia pozbyła swojego,

Ja sam nie umiem szczerze powiedzieć wam tego;

Bądź to pierścień zdymując z palca, sama zsiadła,

Bądź trwogą zjęta wielką, uciekając spadła:

Atoli w mgnieniu oka widzi się na onem

Piasku, a koń ucieka pędem niewściągnionem.

Stoi w miejscu, pierścienia mocą dziwną swego

Niewidziana, a ona widzi zaś każdego.

66

Bo, by była o kroki dwa na niem siedziała,

Bez chyby zabitaby od grabie została,

Który się już przybliżał ku niej, obie pięści

Podniózszy, ale go wtem fortuna nie szczęści.

Ta zaś pieszo zostawszy, myśli w onem czasie

Jaką konia inszego sztuką ukraść zasię;

Bo uchwycić pierwszego już nie ma nadzieje,

Co bystro lecąc, piasek kopytami sieje.

67

Nie wątpię jednak, radzić ona umie sobie,

Pełna chytrości, figlów w tysiącznym sposobie;

Raczej do grabie znowu wróćmy się głupiego,

Co wściekłem ogniem pała z gniewu okrutnego.

Widzi, iż w żywe oczy zginęła nadobna

Angelika ani jej naleźć rzecz podobna;

Udaje się za koniem i już go dopada,

Trzyma za wodze688, jednem skokiem w siodło wsiada.

68

Takiej jest, dostawszy go, szaleniec radości,

Jakby pannę poimał najwiętszej piękności;

Grzywę głaszcze, przekłada, wodzy689 poprawuje,

Śmieje się z serca, wczesne690 siedzenie smakuje;

A potem mu wypuszcza i wiele mil jedzie

Dniem, nocą ustawicznie, ani z niego zsiędzie

Ani siodła zdymuje ani mu popuszcza

Popręgów ani owsa z sianem jeść dopuszcza.

69

Chciał rów przeskoczyć wielki, ale koń zmorzony

Nie doniósł w tak szerokiem miejscu drugiej strony:

Wpada weń biedna szkapa i łopatki obie

Wybiwszy, żadnej nie da pomocy już sobie.

Ten ciągnie raz za grzywę, drugi raz za wodze691,

Chodzi w koło: koń tylko jęczy, stęka srodze.

Potem go na ramiona, duży692, włożył swoje

I stamtąd na strzelenie łuku poniósł troje.

70

A poczuwszy, iż ciężar przykry do żywego

Dojął mu, znowu kładzie na ziemię nędznego

I ciągnie go za sobą; ten się ledwie wlecze,

Z obrażonego ciała krew z kilku miejsc ciecze.

Woła Orland »Cu! dalej!« ale próżno woła:

Głodny, zbity, szerokiem krokom nie wydoła.

Nakoniec zdjąwszy uzdę, u prawej mu nogi

Wiąże, mniemając, iż tak przysporzy swej drogi.

71

Jako mogąc, szedł za niem zrazu szkapa693 chory;

Ale iż jego beł bieg po złej drodze spory,

Nie wydołał prędkości takiej; potłuczony,

Między kamieńmi zwłaszcza, których pola ony

Pełne są, padł i zaraz nabiedniejszy zdycha,

A głupi go, aby wstał, nogami popycha.

Lecz widząc, iż iść nie chce, rozgniewany srodze,

Po kamienistej wlecze za sobą go drodze.

72

Wlecze szalony Orland, choć dawno zdechłego,

Do kraju obracając bieg swój zachodniego;

A kiedy w przemorzonem żołądku głód czuje,

Gwałtem bierze, zabija, wsi gęste plundruje,

Owoce, mięso, chleby, co zastanie w domu,

Zjada, nie przepuszczając, okrutny, nikomu;

Ten w jego rękach skonał, ten okaleczony

Wyrwawszy się, ucieka przed niem w las zgęściony.

73

I by się była jego pani nie schroniła,

Po tem świecie więcejby pewnie nie chodziła.

Bo co za sprawa z głupiem? Zawsze on rozumie,

Iż szkodząc, dobrze czyni; więc zaż taki umie

Rozeznać, coby białe albo czarne było?

Przeklęty pierścień, co mu skryć się ją godziło,

Bo inaczej wziąłby on pomstę beł surową

I napasł oczy swoje śmiercią jej gotową.

74

A nie tylko tej samej życzę ja zdrajczynej

Dać karę zasłużoną, ale każdej inej;

Niech w Orlandowe ręce te wszytkie wpadają,

Co szczerość niewdzięcznością, szalbierki, oddają694. —

Ale odpoczyniemy tu, bo świeże strony

Nawiązane dadzą głos barziej ulubiony;

Więc i temu, co słucha, milej ponno695 będzie,

Gdy kęs wytchnie, gdy z pracej kęs w pokoju siędzie.

Koniec pieśni dwudziestej dziewiątej.