XXX. Pieśń trzydziesta
Argument
Szaleństwa swego Orland zostawuje znaki
Straszliwe, gdzie krainę, gdzie dom mija jaki.
Pojedynku Mandrykard dusznie chce zuchwały,
Na którem go zabija Rugier mężnie śmiały;
A nań zaś Bradamanta narzeka troskliwa,
Iż wiarę łamie, iż ją w ślubie oszukiwa.
Do Montalbanu696 Rynald serdeczny przychodzi,
Cesarza z niebezpieczeństw z bracią wyrwać godzi.
Allegorye
W tej trzydziestej pieśni przez niewymowne siebie samego i mocy swojej Mandrykarda przed Doraliką wychwalanie widzisz jawnie, jako wiele razy w rzeczach wojennych ci, którzy o sobie i o siłach swoich więcej trzymają, niż potrzeba, mniej czynić zwykli, gdy z sercem język się nie zgadza, i jako żaden nic pewnego nie ma sobie na świecie obiecować.
1. Skład pierwszy
Kiedy więc bierze górę moc z zapalczywością,
A odeprzeć jej rozum nie może z mądrością,
Ślepa porywczość już tam wolne mając wodze,
Ręką, językiem snadno przyjaciela srodze
Obrazi; a choć tego po czasie żałuje,
Słabo pierwszego grzechu troską poprawuje.
Tak ja darmo się ponno697 trapię nieszczęśliwy,
Że mię na owę powieść gniew ruszył skwapliwy.
2
Aleć się i choremu często dość przydaje:
Po długiej cierpliwości klnie, ucięża, łaje
Ból przykry, któremu się stateczność wszelaka
Nie opiera i wola z niebieską jednaka;
Ustają siły, wściekłość wnętrzności zemdlone
Rani, język śle mowy, gniewu napełnione.
Obacza się on potem, gdy bole uciekły,
Lecz słów wrócić nie może, które się raz rzekły.
3
Nic to: spodziewam się ja, iż te nienawiści
Porzucisz, o biała płci, z wrodzonej ludzkości
I będziesz mię chciała mieć za wymówionego,
Patrząc na dwój żal, z serca co idzie smutnego;
Bo raczej tę tyrankę winowaćbyś miała,
Co zdrowie wziąwszy, tak mię chorem udziałała,
Iż muszę mówić przykre, bólem zjęty, słowa,
Z jakich próżna rozumu uciechę ma głowa.
4
Takem odszedł od siebie, jak Orland szalony,
Dlatego snadniej grzech mój ma być odpuszczony,
Orland, co wszystkie góry obszedł już wysokie,
Skały, puszcze, padoły i pola szerokie,
Psując obfite państwo króla afryckiego
I ścierwem zabijając lud szkapy698 zdechłego,
Który aż u jeziora porzucił jednego,
Kędy do morza wpada rzeka głębokiego.
5
I zarazem się rzuca w wodę prosto onę,
Płynie żartko, przebywa wnet na drugą stronę,
A pasterza, opodal widząc jadącego,
Który konia napoić chciał w rzece swojego,
Bieży przeciwko niemu; lecz się ten nie boi,
Iż i jeden i nagi, w miejscu onem stoi.
Rzecze głupi: »Choćby co nie mogło wystarczyć,
»Przydam ci, a na konia chcę z tobą frymarczyć.
6
»Pokażęć go, jeśli chcesz, tu na drugim brzegu,
»Jeno, że już z wielkiego leży zdechły biegu.
»Ty go możesz ożywić i uleczyć sobie,
»Ja za cnotę i defekt inszy ręczę tobie;
»Ba, co mówię, ty przydać jeszcze masz do niego:
»Tak jest dobry; zsiądź rychło, zsiądź, proszę, z swojego«.
Pasterz śmiejąc się na swem koniu przecię siedzi,
Potem jechał od niego w bród bez odpowiedzi.
7
Krzyczy Orland: »Nie słyszysz? Ja chcę konia twego!«
A potem z gniewu żartko pomknie się do niego.
Chłop, jak poganiał szkapę kijem sękowatem,
Uderzy wzdłuż Orlanda. Ale głupi zatem
Najstraszliwszą zjęty jest wnet zapalczywością,
Co przeszła wszystkie miary zuchwałą skromnością,
Wnet pasterza onego, jak z blizka umierzył,
Pogruchotawszy kości z krwią, z mózgiem, uderzył.
8
Wpada na konia zaraz i przez różne drogi
Lata, biega; już, już ten ledwie tchnie ubogi.
Jeżeli nie zabije, przecię co każdemu
Wyrządzi, jeść nie daje nigdy szkapie swemu.
Już ustał, wlecze kroki niespore, zemdlony,
Przecię Orland nie myśli pieszo iść szalony;
Gdzie potka, mieni konia: pierwszy mu smakuje
Frymark, a ktoby przeczył, kaleczy, morduje.
9
Do Malegi699 nakoniec przybywszy, straszliwe
Znaki jadu zostawił, ludzie nieszczęśliwe
Tak zabijając srodze, iż niejednem razem
Napełni się, co ogniem, kijem i żelazem
Zniósł głupi niebezpieczny; siła lat wynidzie,
Nim Malega z mieszkańcy do swej kluby przydzie
Tak wiele wsi i domów z rąk jego zgorzało,
Iż prowincyej żyznej mało co zostało.
10
Stamtąd ku jednej pędem puścił się krainie,
Zyzery700, u Zybelty701 co leży w ciaśninie
Albo u Zybeltery, bo ją przezywaią
Dwoistemi imiony ci, co tam jeżdżają.
Ujrzał szalony barkę, co się odpychała
Od brzegu, a dość ludzi w sobie przednich miała,
Którzy w rane zaranie, gdy wiatr wieje mały,
Na drugą stronę chcieli słone przebyć wały.
11
Namocniejszem zawołał głosem: »Postój, bracie!
»Weź mię: chcę ja też jechać, a o swej zapłacie
»Nie miej troski: oddam ją«. Ale głosy jego
Próżne wiatr w stronę morza pędzi szerokiego.
Barka leci po wodzie, jak najchyższa strzała,
Gdy ją z cięciwy ręka kozacka wysłała;
Ten nie rozmyślając się, choć koń ledwie dycha,
Tłucze go i złamanem kijem w wodę spycha.
12
Opierając się długo, na ostatek ony
Opuszcza szkapa702 brzegi, biciem przymuszony;
Topi kolana naprzód, brzuch potem z uszami,
A Orland go między nie okrywa pięściami.
Płynie biedny i nie chcąc, brzegi zostawuje —
Częstemu się pryskaniu woda ustępuje —
I albo musi na dno morza iść głębokie,
Albo na brzeg przez wody wypłynąć szerokie.
13
Już ani statków ani ziemi z żadnej strony
Nie widzi, siedząc Orland na koniu szalony.
Daleko są i w stronę kędyś się pokryły,
W oczach niebo a wody mokre tylko były.
Przecię on pędzi szkapę703 dalej zemdlonego:
Kraje chce widzieć dusznie państwa afryckiego.
A gdy już wodą dobrze brzuch miał napełniony,
Z żywotem bieg od grabie skończył naznaczony.
14
Szedł na dno, gdzie i pana wciągnąłby beł swego,
Ale ten do pływania zaraz ochotnego
Nogi i obie ręce szeroko rozciąga,
Wały przejmuje, brzegów dalekich dosiąga.
Więc wiatr łagodniusieńki powiewał, a morze
W najspokojniejszej stało czasu tego porze;
Bo, by namniejsza była wstała niepogoda,
Połknęłaby nędznika grabię pewnie woda.
15
Ale szczęście, co błaznów z głupiemi pilnuje,
Zmordowanego na brzeg piaszczysty wymuje,
Tak daleko od murów, gdzie Setta leżała,
Jak dwakroć z łuku niesie wypuszczona strzała.
Tam spoczynąwszy trochę, znowu dnia drugiego
Ku wschodowi obracał lot biegu swojego,
Aż na ostatek przypadł, gdzie po brzegach onych
Wojsko szło chrześcijańskie z mężów doświadczonych.
16
Niech idzie; materyą wszak jeszcze najdziemy,
Iż o zabawach jego powiadać będziemy.
Angeliki co się tknie, od czasu onego,
Kiedy się z rąk wymknęła grabie szalonego,
Zaraz okręt najduje, dobrze sporządzony,
Na którem jako prędko w swe przybyła strony
I jako Medorowi państw sceptr wolny dała,
Życzę, by lutnia potem uczeńsza śpiewała.
17
Ja przed się wziąć tem czasem muszę co inszego:
O sprawach krótko powiem króla tatarskiego,
Który Rodomontowi pomyliwszy szyki,
I z obyczajów wdzięcznych swojej Doraliki
I z cudownej cieszył się poniekąd704 gładkości,
Która w Europie wielkiej nie miała równości,
Zwłaszcza, jak Izabella w niebo się udała,
A do swych Angelika królestw odjechała.
18
A choć wielką dziewki swej chlubił się miłością,
Przecię jej z całą zażyć nie może wdzięcznością:
Spórki705 ma przed wrotami, więc zniewagi bolą,
Które go na uczciwem i na sławie kolą.
Pierwszą Rugier konać z niem ma wolą wspaniały:
Nie chce, aby tarcz jego zdobił orzeł biały.
Po niem zaś najsławniejszy królik z Serykany,
Co się swej upomina mocno Duryndany.
19
Sam Agramant z Marsylem haniebnie styskują,
Proszą i środki dziwne ugody najdują.
Lecz się ci w przedsięwzięciach swych dużo oparli,
Chcą, aby o swe krzywdy przed wojskiem pomarli.
Ani mogą obadwa wymódz tego, żeby
Tatarzynowi szable chciał dać do potrzeby
Gradas albo pozwolił Rugier ptaka swego,
Aż się skończy bój, wszczęty dla miecza dobrego.
20
Nie chce Rugier, aby tarcz, orłem naznaczona,
Od inszego do bitwy miała być niesiona;
Ani Gradas pozwala, aby mieczem jego
Skusił Tatarzyn boju z Rugierem krwawego.
Widząc Agramant upór w nich tak zatwardziały,
Którego znieść przedniejszych rady nie zdołały,
»Niech przynamniej — rzekł — samo szczęście pokazuje,
»Komu życzliwsze, kogo z was barziej miłuje.
21
»Ja jeślim za chęci me godzien też jest tego,
»Abyście pozwolili cokolwiek mi swego,
»Jeden, proszę, tę za dwóch niech bitwę odprawi,
»Którego los naznaczy i w placu postawi.
»Bo choć różne urazy, ale z jednem macie,
»Przez jednego obadwa potrzebę wygracie;
»Któremu jeśli też zaś Tatarzyn usiędzie
»Na garle, już przegrana i drugiego będzie.
22
»Mała różnica męstwa miedzy dwiema wami:
»Otóż trzeba, abyście obrać chcieli sami,
»Kto z was do pojedynku będzie miał iść tego,
»Szablą nieprzyjaciela pokonać spólnego.
»Szczęścia się radzić zdaniem mem w tej mierze trzeba:
»Niech tak będzie, przedwieczne co rozkażą nieba.
»Bo nie może żaden z was już być winowany,
»Choć przegra, gdy Bóg sędzią w tej sprawie obrany«.
23
Zamilkli na te słowa zrazu, potem zasię
Z ochotą kondycyą tę przyjęli na się;
Dopuszczają imiona swe w szyszak zawarty
Włożyć, a czyjej z niego wprzód dobędą karty,
Ten i za się i zaraz czynić za drugiego
W szrankach będzie i o swe i o krzywdy jego.
To miedzy sobą kiedy już postanowili,
Wstydem zjęci i gniewem, w miejscu się kręcili.
24
A potem przywoławszy dzieciny706 małego,
Po kartkę do szyszaka każą mu onego
Rękę ściągnąć; ten zaraz pierwszą gdy wymuje,
Rugiera na niej imię wszytkiem ukazuje.
Trudno wymówić, jako Rugier się radował,
Pierwszem do pojedynku iż się już najdował.
Ale zaś serykański królik z drugiej strony
Klnie fortunę, iż znacznie od niej ukrzywdzony.
25
Wszystkie swe chęci, wszystkie obracał starania
Gradas, by Rugierowi pomógł do wygrania;
Sztuki szermierskie sam mu szczerze pokazuje,
Co do bitwy potrzebne onej, upatruje:
Kiedy się tarczą okryć albo złożyć bronią,
Jako cięcia i razów prawdziwych się chronią,
W który czas szczęścia zażyć, kiedy mu umykać,
Jako się ustępować i znowu przymykać.
26
To sprawiwszy, ostatek dnia trawią onego
W kompaniej uciesznej siedzenia spólnego,
Gdzie wojenników różnych sobie wspominali,
Co wielkie pojedynki kiedyś wygrawali.
A gmin zaś pospolity wszystkiemi siłami
Miejsca starają się mieć tuż przed poręczami;
Siła tych, co je sobie zaraz zastępują
I w onem polu, nie chcąc stracić go, nocują.
27
Prosty lud tak wielką jest ujęty chciwością,
Iż jak najprędzej widzieć chcą, kto z nich dużością707,
Kto sercem, siłą, męstwem plac pierwszy otrzyma,
Ogień chęci gorących żądze w nich rozdyma.
Ale Sobryn z Marsylem, co stąd upatrują
Zgubę wojska niemałą, barzo się frasują;
Obadwa przymawiają wraz Agramantowi,
Iż pozwolił, iż miejsce dał pojedynkowi.
28
Ukazują stąd wielkie szkody w ludzie jego,
Bądź to Rugier wygrawszy, Tatarzyna złego
Pożyje, bądź wysokie nieba naznaczyły,
Iż on upadnie w szrankach przez tatarskie siły.
Bo do wzięcia, jak myślą, państwa francuskiego
Więtszą jem ci dwa pomoc z męstwa dadzą swego,
Niżli dziesięć tysięcy tych, co w polu stoją,
A namarniejszych cieniów własnych się swych boją.
29
Poznał król mądry zaraz, iż prawdę mówili,
Życzy, aby od niego i szli i prosili
Pojedynkarzów twardych, żeby spórki708 one
Opuściwszy, trzymali za niepozwolone;
Bo choć jemu cofnąć słów już się nie godziło,
Lecz jak dużo będzie zaś to wszytkiem szkodziło,
Niech uważą; dlatego chce, by zaniechali
Lub do bitwy skończenia przynamniej czekali.
30
Pięć miesięcy to sprawi, niech tylko cierpliwi
Przez ten czas trwają, zwady nie będąc tak chciwi,
Aż Karła wypędziwszy z państwa bogatego,
Sceptr z ręku a koronę wezmą z głowy jego.
Ale ci zwiesiwszy łby, nie odpowiadają,
Króla i posłów jego rady nie słuchają;
Zda się jem, iż ktoby z nich wprzód pozwolił na to,
Wstyd, hańbę od wszystkiego wojska weźmie za to.
31
Miedzy inszemi córa króla granackiego
Wszystek czas trawi, prosząc małżonka swojego;
Trzyma biedna za nogi, wzdycha, lamentuje,
Najwdzięczniejszy wzrok łzami gorącemi psuje.
»Pozwól, o zacny królu, hetmanowi swemu,
»Daj to i wojsku — mówi — ocz prosi, wszytkiemu!
»Czy tak zawsze dla ciebie utrapiona będę,
»Czy tak nigdy frasunków z bojaźnią nie zbędę!
32
»Niestetyż, kiedyż pokój najdę, nędzna, taki,
»Co radość, coby mi dał odpoczynek jaki,
»Jeśli cię ustawiczna do porywczej zwady
»Chciwość wiedzie, jeśli tak co raz karmisz jady
»Wściekłemi głodne gniewy, a ja, nieszczęśliwa,
»Myśląc o tem, zaledwie już zostawam żywa?
»Cóż mi pomaga, proszę, choć zapalczywości
»Zgasiłeś przeciw inszem dla mojej miłości?
33
»Darmo, widzę, nad inszych przekładałam siebie,
»Najzacniejszego króla mężem mając ciebie,
»Co dla mojej rozkosznej wielekroć urody
»Śmierć, prace, pojedynki wzgardzał i przygody,
»Jeśli teraz dla ważnej mało co przyczyny
»Odemnie gwałtem ponno porwie cię kto iny,
»Jeśli teraz dla twojej jakiejsi srogości
»Wiecznej ja pewnie będę używać żałości!
34
»Ale prawdali szczera, iż takiej miłości
»Niemasz w nikiem, jaka twe przenika wnętrzności,
»Przez tę, proszę, pokaż mi dziś w tem chęci swoje,
»Abyś tak natarczywy nie beł na te boje.
»Bo cóż to za obraza, chocia orzeł biały
»Twój jest, a mieć go też chce także Rugier śmiały?
»Pozwól, niech cię gorące wzruszą prośby moje,
»Co pędzą z oczu ledwo nie krwawe łez zdroje.
35
»Więc choć przez pojedynek tak przykry i srogi
»Sam otrzymasz ten klejnot herbu swego drogi,
»Mały zysk za odwagi niewypowiedziane,
»Co własnem będą zdrowiem zapieczętowane.
»Bo jeśli tył ukaże szczęście zdradne tobie —
»Jakoż, abyś go trzymał za łeb, nie tusz sobie —
»Sprawisz mi taką żałość, na której wspomnienie
»Już w piersiach czuję ciężkie serca rozpadnienie.
36
»I choćeśty sam sobie tak podło kochany,
»Że więcej ważysz w tarczej swój znak malowany,
»Dla mnie przynamniej, dla mnie ochraniaj się, proszę,
»Wszak wiesz, iż własne w twojem sercu zdrowie noszę.
»Uczyń to: czy cię łkanie już ciężkie nie ruszy
»I chcesz w jednej zagubić dwie nieszczesne duszy?
»Niechże ja wprzód garło dam, abym nie patrzała,
»Jeślić sroga śmierć żywot będzie wydzierała«.
37
Tak prosi Doralika i słowy takiemi
Miękczy serce, gniewami objęte srogiemi;
Łzy, jako strumień żartki, z oczu wynikają,
Ciężkie wzdychania wkoło wiatry zagrzewają.
Prosi cały dzień smutna, nie da mu spać w nocy,
Aby zwlókł bitwę, aby nie ufał tak mocy.
Ten tuli jej lamenty, płacz z oczu ociera,
Choć sam od żalu już, już ledwie nie umiera.
38
Potem rzekł: »Najkochańsza żono moja, czemu
»Unosić się dopuszczasz żalowi przykremu?
»A z tak małej przyczyny, bo, by wojska wszytkie
»Francuskie z afryckiemi i murzyńskie brzydkie
»Swe chorągwie na moję szkodę rozwinęły,
»Prędzejby okrutną śmierć, niż zwycięstwo wzięły.
»Znać, że mię lekce ważysz, znać, że nie miłujesz,
»Gdy taką o me zdrowie bojaźń pokazujesz.
39
»Wspomni sobie, jakom ja silny pułk przełomił
»Z wojska twojego mężów, gdym przedniejszych gromił
»Bez szable, bez koncerza, jedną sztuką kija;
»A przecię niejednemu z twoich spadła szyja,
»Strącona oraz z głową, na ziemi została
»I piasek krwawy, zęby ścinając, kąsała.
»Przyzna Gradas, choć go wstyd, że beł więźniem mojem:
»Będzie i Rugier, z męstwem choć wylata swojem.
40
»Przyzna Gradas, chociaby nie chciał, bo wie o tem
»Izoler, któryć wszytkę powie prawdę o tem;
»Więc i Sakrypant przy niem z Cyrkas zawołany,
»Gryfon sławny, jego brat, Akwilant nazwany,
»I inszych sto i więcej, co do zamku mego
»Z Gradasem wespół wzięci byli dnia jednego.
»Tychem ja zaś z wrodzonej zarazem ludzkości
»Wypuścił i zażywać pozwolił wolności.
41
»I jeszcze się dotychczas oni zdumiewają,
»Gdy wielką moc i męstwo moje wspominają,
»Więtszą, niż wszystkie pułki Maurów nagich miały
»I rot francuskich, które wkoło naszych stały.
»A teraz młodzik Rugier miałby mi być srogi,
»Co w potrzebach nieraz brał swe na pomoc nogi,
»Zwłaszcza gdy szabla wisi u boku mojego,
»Upominek niekiedy Hektora zacnego?
42
»Ale czemużeś przedtem znaków mej dużości709
»Nie widziała, nim twojej dostałem miłości?
»Bez chyby tak się być moc moja dziwna zdała,
»Iżby śmierć Rugierowę i w ten czas widziała.
»Otrzyż te łzy dla Boga, żono moja wdzięczna,
»Nie wnoś nieszczęścia jemi, bądź o mię bezpieczna,
»A wiedz pewnie, iż bić się każe mi uczciwe,
»Nie orzeł malowany, nie gniewy, krwie chciwe«.
43
Tak rzekł i już powolej ognie w niem znikają
Ostrych zapalczywości i jady ustają;
Bo najsmutniejsza dziewka nie tylko surowe
Serce, lecz słupy wzrusza płaczem marmurowe
Płaczem, który po twarzy dziwnie pięknej leci
I oczy najweselsze ćmiąc, policzki szpeci.
Już skłonniejszem do zgody, już jest nie od tego
Jednać się, jeśli wola będzie króla jego.
44
I uczyniłby to beł, ale Rugier śmiały
Jak się prędko jutrzenki złotej ukazały
Najaśniejsze promienie, z łoża swego wstaje,
Zbroję wdziewa i jawnie zarazem znać daje,
Iż samem jest uczynkiem pokazać gotowy,
Że orzeł biały jego, nie próżnemi słowy.
Nie chce odkładać dalej, czeka uzbrojony
Na placu i trąbi w róg, złotem oprawiony.
45
Zarazem, jako pyszny król dźwięk rogu tego
Usłyszał, mówi, iż to wyzywają jego;
Gore gniewem, z pościeli rączo się porywa,
Krzyczy zbroje, chęć bitwy serce grzeje żywa.
I tak straszną twarz zaraz, srogi, ukazuje,
Iż sama Doralika już nie przystępuje
Ku niemu ani słowa rzec śmie namniejszego
O zgodzie i aby chciał przymierza pierwszego710.
46
Nie czeka giermków, sam się ubiera, ochoczy,
I płomień z oczu srogi ledwie nie wyskoczy.
Potem wsiada na konia co najdzielniejszego,
Na konia, co przedtem beł Orlanda mężnego,
I bieży jak najprędzej na plac naznaczony,
Aby przez szablę skończył o herb spórki711 ony.
Tamże zarazem i król z swem dworem przychodzi,
Szczęścia znowu probuje, porównać ich godzi.
47
Próżno, bo ci na głowy hełmy biorą swoje
Najświetniejsze i drzewa w tok kładą oboje;
Trąba brzmi, twarzy z strachu patrzącem blednieją,
Umilkli wszyscy, słowa przemówić nie śmieją.
I z tej i z owej strony, zwarwszy ostrogami,
Mężnych koni probują, siedząc na nich sami.
Potem z tak wielkiem pędem skoczyli do siebie,
Iż się ziemia trząść zdała, pioruny bić w niebie.
48
Stąd i zowąd widziałbyś tam orła białego,
Co przez powietrze nosi Jowisza samego,
Jaki więc w Tesaliej najmężniejszy lata,
A białością starzyznę w swych piórach przeplata.
Jako ten i jako ów mąż jest doświadczony,
Ukazuje pomniejszy maszt, w toku niesiony,
Lecz więcej, z uderzenia gdy w się nasroższego
Są niewzruszeni, jak dąb od wichru wściekłego.
49
Trzaski aż pod obłoki wysokie leciały —
Turpinowe mi pisma szczerze powiadały —
A znać trzy albo cztery nazad zapalone
Spadły, bo sfery ogniów przeszły wywyszszone.
Potem bohatyrowie szabel dobywają
Naostrszych712, jak piorunów, gdy z błyskiem spadają,
I na napierwszem starciu oba jednem razem
W twarz się ugodzą twardem, gniewliwi, żelazem.
50
W twarz się zaraz ugodzą na pierwszem potkaniu;
Ale to w najpilniejszem zaś mają staraniu,
Aby koni, na których siedzą, nie ranili,
Bo ci przyczyną wojny namniejszą nie byli.
Od dawniejszych rycerzów zwyczaj taki wzięli,
Nie spólnie umówiony przed tą bitwą mieli,
Którzy za jakiś to wstyd mieli naganiony,
Gdy beł koń od którego w potrzebie raniony.
51
Tak ciężkie po szyszakach jasnych razy dają,
Iż ledwie, choć dwoisty blach w nich, wydołają;
Nie gęściej z czarnej chmury grad pada zuchwały,
Kiedy z liściem713, z gałęziem714 owoc niedojrzały
Tłucze; już on nadzieje żniwa odejmuje,
Najsmutniejszem oraczom strach serca przejmuje.
Wiecie, jak z Balizardą siecze Duryndana,
A cóż, gdy w rękach dużych715 jest mocnego pana!
52
Lecz jeszcze uderzenia żaden z nich srogiego
Nie wziął: ma pilne oko jeden na drugiego.
Potem pierwszy Mandrykard raz tak ciężki daje
Rugierowi, bez dusze iż jakby zostaje.
Bierze Rugier raz ciężki, niewypowiedziany,
Co paiż716, blachą trzykroć hartowną odziany,
Rozwaliwszy, zbroję wskróś potężną przebiega
I ciała najduższego po wierzchu dosięga.
53
Przykry raz, z którego szły skry aż pod obłoki,
To sprawił, iż zimny mróz patrzących za boki
Ująwszy, pożałować Rugiera dobrego
Przymuszał, gdy mniemali już być zabitego.
Bo kiedyby fortuna tak mu chętna była,
Jak ci, co ich tam miłość jego zgromadziła,
Dawno on Mandrykarda pożyłby hardego,
Uciąwszy bez rozlania krwie swej szyję jego.
54
Anioł bez chyby, anioł z nieba wysokiego
Ratował bohatyra w ten czas serdecznego,
Który straszliwszy potem, niż kiedy, na świecie,
Najmocniejsze powtarza raz po raz swe cięcie,
Spuszcza swą Balizardę, gniewem zapalony,
Na szyszak Mandrykardów mocny, doświadczony,
I znowu ją podnosi wzgórę w ocemgnieniu
Po onem niesłychanem, dużem717 uderzeniu.
55
By była szabla nie w sam kraj hełmu trafiła,
Bez chyby z głowąby go na pół rozdzieliła.
Przecię i tak Mandrykard z uderzenia tego
Puszcza z rąk wodze718, a mgłą zaćmił się wzrok jego.
I już trzykroć, jak wolno biegał koń puszczony —
Mało na ziemię nie spadł z niego, pochylony —
Koń Bryljador, co jeszcze dotychczas żałuje,
Iż inszego na grzbiecie swojem jeźca czuje.
56
Nie srożej wąż zdeptany troistem migoce
Żądłem albo lew ranny paszczeką719 skrzypoce720,
Jako Tatarzyn zjadły, gdy po wziętem razie
Otrzeźwiawszy, krew własną ujrzał na żelazie.
A im barziej z furyą gniewu mu przybywa,
Tem na więtszą i siłę i moc się zdobywa.
Zwarł konia ostrogami i szablą dobytą
W głowę chce ciąć Rugiera, szyszakiem nakrytą.
57
Chce ciąć zaraz w sam hełmu środek, jako mierzył.
Zląkł się król, gdy to ujrzał, bo tuszył i wierzył,
Iż najduższy raz głowę przepędzi z piersiami.
Lecz bystremi Rugier to postrzega oczami
I wprzód, nim spada z góry Duryndana jego,
Żartko nań sztychem miecza uderzył ostrego,
A uczyniwszy i tarcz i zbroję dziurawą,
Wraził mu dziwnie prędko broń pod pachę prawą.
58
I znowu Balizardę rączo podejmuje,
A za tą krew strumieniem z rany wyskakuje,
Która moc Mandrykarda zwątliwszy dużego,
Sprawiła, iż śmiertelny nie beł on raz jego,
Chocia jem Rugierowi wzrok i słuch tak myli,
Że ten, zapomniawszy się, kark na siodło chyli;
I by beł hełmu nie miał nad podziw twardszego,
Ostatni pewnie on dzień bełby życia jego.
59
Poprawuje się Rugier i na koniu swojem
Skoczywszy, Tatarzyna uderzeniem trojem
W bok prawy, do wściekłości przywodząc, przemaga.
Mało najwyborniejsza stal z miedzią pomaga,
Sztuki przedniego blachu lecą, gdzie zawadzi,
Tarcz, siedmioraką łuszczką spięta, nic nie wadzi,
Bo tak skutecznie jest broń sczarowana jego,
Iż zbroja liściem721 się zda Hektora mężnego.
60
Tak wiele kruszy zbroje, jak szabla zajęła:
Krew z boku tatarskiego potokiem lunęła,
Który niebo przeklina z jadu ostatniego,
Burzy się na kształt morza nieuśmierzonego;
Potem rzuca na ziemię paiż722, naznaczoną
Orłem, aby tak mocą robiąc zgromadzoną,
Straszniejszy beł i męstwem zjednoczonem sobie
Pomagał, Duryndanę wziąwszy w ręce obie.
61
Krzyknie Rugier: »Już teraz jawnie pokazujesz,
»Iż się niegodnem herbu tak zacnego czujesz,
»Cisnąwszy go od siebie, chocia mało cięży:
»Sam bądź świadkiem, iż tobie więcej nie należy!«
To mówiąc, z jaką z góry przypada srogością
Duryndana, postrzegłszy, z zwyczajną chyżością
Gdy konia w bok wodzami kieruje swojego,
Unika i nie bierze cięcia śmiertelnego.
62
Lecz przecię nie tak cale spełznąć mógł razowi723,
Aby się nie nawinął na koniec mieczowi,
Który z przodu szyszaka przepadł rozciętego
Do siodła, we dwa rzędy blachą okutego,
A potem w namocniejszych nakolankach nity
I trzykroć jedwabiami rwąc ubiór przeszyty,
W samo kolano ranę niebezpieczną daje,
Z której nierychło z łóżka dobry Rugier wstaje.
63
Już dwiema strumieniami krwią zbroja spływała
U obu, a rozeznać jeszcze nie umiała
Żywa dusza, kto wygrał, kto lepszy beł w onem
Pojedynku, o orła białego wznieconem.
Aż namężniejszy Rugier z szablą doświadczoną
Bitwę, co do tych jeszcze czas była zwątpioną,
Pokazuje, iż wygrał, gdy tam broń obraca,
Gdzie tarcz nie zasłoniła, i w bok go namaca.
64
Na dłoń z boku przez zbroję szabla wylatuje
I drogę, kędy serce mieszka, wnet najduje;
Ten srogiem uderzeniem w miejsce złe trafiony,
Jeno co z Bryljadora nie spadnie zemdlony.
Zapomina, przegrawszy, i herbu swojego
I miecza, co się kochał w niem, Gradasowego;
Barziej go trapi, żywot iż traci jedyny
W szczętych uparcie zwadach z tak lekkiej przyczyny.
65
Bez pomsty jednak nędznik znacznej nie umiera;
Bo w ten właśnie czas, gdy mu bok Rugier otwiera,
Chyżo mieczem świsnąwszy, twarz dzielić chce jego,
Którą widać z szyszaka, przedtem rozciętego.
Ale gniew nie tak waży siły umniejszonej,
Więc pierwszą moc swą szablą broni wyniesionej
Zraża Rugier, nie widząc, iż ten z drugiej strony
Już ją spuszcza na szyszak jego ustalony.
66
Trafia weń ostatni raz jak najcięższem razem,
Gdzie kolco724 dosyć miąższem skręcone żelazem,
I skofią725 odcina z stali najprzedniejszej.
Nie może Duryndanie hełm najpotężniejszy
Wytrzymać, pozwala jej, a ta na dwa palce
W głąb łeb przesiekszy, czyni z kości w niem kawalce
Leci z konia i zdrowia małe ma nadzieje
Rugier, a krew z haniebnej rany rzeką leje.
67
Pierwszy Rugier na ziemię z konia spadł swojego,
Później mu towarzystwa dopomógł onego
Tatarzyn; zaczem wszyscy snadno rozumieli,
Iż Mandrykarda witać za zwyciężcę mieli.
Z któremi Doralika jest tego mniemania;
Łzy utarszy, przystąpić już chce do witania,
Dziękując Bogu, ręce ku niebu podnosi,
Że taki koniec bitwa straszliwa odnosi.
68
Ale gdy się jawnemi znaki pokazuje,
Kto tchnie żywy, a kto zaś bez dusze nie czuje,
Różne ochoty w różnych wnet sercach powstają:
Ci żal w radość, ci śmiechy w płacze obracają.
Sam król bieży na on plac z pany przedniejszemi
Do Rugiera, co mały czas leżąc na ziemi,
Z trudnością się podnosić począł, i wielkiego
Obłapiwszy rycerza, rany wiąże jego.
69
Co żywo się weseli i życzy onego
Zwycięstwa, z pojedynku które tak strasznego
Odniósł; wrzaski wysokich obłoków siągają,
Dobrą myśl726, co jest w sercu, usty oświadczają.
Sam Gradas, choć go chwali, chocia mu winszuje,
Choć w powierzchownej twarzy radość pokazuje,
Zazdrością się poniekąd męczy, iż los srogi
Zabronił mu i nie dał tej do sławy drogi.
70
Co powiem o weselu, co i o radości,
Którą Agramant z wielkiej ku niemu miłości
Pokazuje? A nie dziw, bo gdy afryckiego
Króla potomstwo zeszło, on na miejscu jego
Rugiera tak szanował, iż chorągwi swoich
Bez niego wnieść nie kazał do państw, Karle, twoich
I sam z żyznej Afryki ruszyć nie chciał stopy,
Ażby się Rugier wybrał i szedł z niem w też tropy.
71
Ale nie tylko z niem się towarzystwo jego
Z wygranej bitwy cieszy, lecz wszystka do tego
Biała płeć, co z Afryki, z Hiszpaniej były,
Zaraz życzliwość swoję ku niemu skłoniły;
I sama Doralika, choć łzami zlewała
Martwe małżonka ciało, teżby oświadczała
Chęć swoję, ale wstydu najmocniejsze wodze727
Zatrzymawają nędzną i hamują srodze.
72
Bo taka ludzkość jego z obyczajmi była,
Tak z męskiej twarzy wdzięczność powabna świeciła,
Więc przymioty rozkoszne, kształt stanu728 ładnego,
Iż do podziwowania porywał każdego.
Zaczem i ona snadno z tej niestateczności,
Co przedtem słyszeliście o niej, do miłości
Jego nachylała się, chcąc, by znowu miała,
Komuby serca i swych tajemnic zwierzała.
73
Prawda to, iż póki beł jej Mandrykard żywy,
Płomień miłości gasić miała gdzie teskliwy;
Lecz teraz co ma czynić, gdy leży zabity
I miecz wziął mu na wieki czerstwość jadowity?
Starać się o takiego męża jej przychodzi,
Co się kochać w niej będzie i co jej wygodzi.
Tem czasem cyrulicy wszyscy powiadają,
Iż Rugiera uzdrowić niezadługo mają.
74
Którego w swoje bierze Agramant namioty,
We dnie i w nocy cieszy, dodaje ochoty;
Sam barwierzów, by go w skok leczyli, pilnuje,
Mandrykardowę nad niem zbroję rozkazuje
Zawiesić i tarcz, orłem białem naznaczoną,
Którą on krwią uczynił tatarską skropioną,
Więc i inszy rynsztunek oprócz Duryndany,
Bo tę z chęcią królowi daje z Serykany.
75
Wszystkę przy namocniejszej korzyść bierze zbroi
I konia, co niezmiernej dla cnót sumy stoi729,
Konia, którego Orland, w las wszedszy zgęściony,
Porzucił, gdy z rozumu już beł obnażony.
Lecz tego Rugier zaraz królowi daruje,
Bo, iż miał być w kochaniu wielkiem, upatruje.
Ale tu koniec o tem; zaś szczere miłości
Bradamanty napiszę i dziewcze żałości.
76
Serdeczny zapał teraz powiedzieć chcę, który
Żarł dziewkę, gdy Hipalka czas czekała spory,
Żarł tak długo, aż ona wraca się i wieści
Powiada, jak Rodomont lekce płacz niewieści
Poważywszy, wydarł jej na drodze Frontyna,
Chcąc tem uparcie zelżyć Gallacyej syna,
Więc jako go z jej bracią przy źrzódle najduje,
I miejsce, gdzie jej konia wzięto, ukazuje.
77
I jako z niem pospołu dzień cały jechała,
Chcąc, aby Sarracena zbójcę ukazała,
Co się ważył dziewczynie mdłej konia dzielnego
Wziąć gwałtem, gdy go wiodła umyślnie do niego;
Jako się zaś minęli, goniąc go na drodze,
Jak się o to frasował i gryzł Rugier srodze
I co mu za przyczyna pośpieszyć nie dała
Do Montalby z nią wespół, szczerze powiadała.
78
Odnosi i sekretne słowa, jej zlecone,
Daje drugie na piśmie, karcie powierzone.
Bradamanta list bierze rękami smutnemi
I oczyma nań patrzy, łzami zalanemi;
Czyta, a im zatłumić barziej usiłuje
Pożar w sercu, tem więtszy coraz się zajmuje.
Pała gniewem, małą ma nadzieję miłości,
Pełna bojaźni, pełna różnych wątpliwości.
79
Bo przez ten czas Rugiera czekała samego,
Nie listu, który musi wziąć na miejscu jego;
Twarzą nażałościwszą nieba wyjaśnione
Smutna dziewka zarazem czyni zachmurzone.
List do serca przyciska i po tysiąc razy
Całuje, na Rugiera choć ma swe urazy,
A iż go ogniem tesknic wnętrznych nie spaliła,
Łzy bronią, które z oczu obficie cedziła.
80
Po sześć, siedmkroć kartę przewraca i czyta
I o kochanku swojem ustawicznie pyta;
Rozkazuje Hipalce, aby powiedała
Poselstwo znowu, które w swem zleceniu miała.
Wzdycha ciężko i żalu uspokoić swego
Nie chce, póki Rugiera nie ujrzy samego.
Hipalka serce smutki pociechami bawi,
Przysięga, w krótkiem czasie iż się do niej stawi.
81
W piętnaście dni nawięcej miał Rugier nawiedzić
Do Montalby lub jeszcze i ten czas uprzedzić;
Tak upewnił i tak chciał, aby powiedała,
Gdy się do Bradamanty Hipalka wracała.
Ale tej przygody tkwią w oczach nieszczęśliwe,
Wie, iż na każdem miejscu strzały nieleniwe
Na ludzki naród zwykły wysyłać i onych
Naczęściej zażywają w wojnach ukrwawionych.
82
»Niestetyż — mówi — tak to upór głupi w tobie:
»Tych czcisz, którzy krew twą lać za cześć kładą sobie;
»Tem zaś boleści dajesz śmiertelnej przyczyny,
»Co w ich oczach wdzięczniejszy nie jest nad cię iny.
»Kogobyś miał miłować, Rugierze kochany,
»Temu przykre zadajesz swą niełaską rany;
»A na jawną nieprzyjaźń kto zarobił tobie,
»Szanujesz go, służysz mu, czcisz, poważasz sobie.
83
»Wiesz bez chyby, wiesz dobrze, bo i same skały
»Na tak okrutny patrząc uczynek, wzdychały,
»Iż Trojan zabił ojca umyślnie twojego,
»Trojan, co dla potomka ważysz zdrowie jego.
»Takaż to pomsta być ma, którą ty krwi swojej
»Koniecznie masz uczynić z powinności twojej!
»Taka mojej zapłata serdecznej miłości,
»Iż wytchnąć ducha muszę, nędzna, z biednych kości?«
84
Tak mówiąc Bradamanta, jak do obecnego
Rugiera, kropi łzami twarz płaczu gorzkiego.
Hipalka żal uśmierza, tesknice rozwodzi,
Stokroć w jednej godzinie cieszyć ją przychodzi;
Z klątwami rozmajtemi przysięga jej śmiało,
Iż wiarę z obietnicą strzyma Rugier cało,
Tylko ona ma czekać dnia pomienionego
Cierpliwie, z serca bojaźń wypędziwszy swego.
85
Nadzieja, która w piersiach miłością zranionych
Mieszkać zwykła, źrzenice dwie oczu zaćmionych
Rozwesela poniekąd i troski hamuje
W Bradamancie, Hipalka gdy jej ukazuje,
Iż niesłusznie Rugiera przed czasem takiemi
Lży słowy, wiatr skargami stanowiąc próżnemi.
»Nie dotrzyma-li wiary po terminie swojej,
»Już on niełaski w ten czas będzie godzien twojej«.
86
Tak mówi sługa wierna, a nie myśli o tem,
Iż Rugier, przerażony niemniejszem kłopotem,
Przysięgę złamać musi i przerwać ustawy,
Kiedy tak niefortuna, los chce niełaskawy.
Na łóżku w ciemnem miejscu, tesknic pełen, leży,
Gdzie sam nędznik nie może, tam myśl prędka bieży:
Miedzy śmiercią i zdrowiem na poły wątpliwy,
Swej Bradamanty stawia w oczach obraz żywy.
87
Ta zaś, miłością zjęta, gdy darmo czekała
Dni kilka, które dosyć pilno rachowała,
Gryzie się, inszej znowu iż niema nowiny,
Różne w myślach niepewnych roją się przyczyny.
Bo choć to od Hipalki i od rodzonego
Słyszy często o wiernej Rugiera swojego
Miłości przeciw sobie, przecię ją trapiła
Jedna rzecz, co się w głowę świeżo jej wlepiła.
88
Marfizy męstwo, ludzkość i śliczną urodę
Swoje nieszczęście, swoję rozumie być szkodę.
Bo iż z Rugierem wespół do króla jechała,
Aby obleżonego w trwogach ratowała,
Chwali z tem przedsięwzięciem zamysły wspaniałe,
Ale jej źle coś wróży serce ociężałe:
Boi się godnej siebie cnotą kompaniej,
Tusząc, iż do żałości da przyczynę czyjej.
89
»Jeśli jest tak nadobna, jako powiadają —
»Myśli sobie — ci, co ją i jej gładkość znają,
»Nie będzie dziw, że Rugier wesoły i młody
»Zakocha730, więźniem kształtnej zostawszy urody.
»Ale zaż mej zapomnieć niewdzięcznik miłości,
»Zaż takiej nabawić mię będzie chciał żałości?«
Tak myśląc ustawicznie, bladła i wzdychała,
Dnia, którego się stawić obiecał, czekała.
90
Czeka najutrapieńsza dziewka i trwa w błędzie,
Aż tem czasem na Jasną Rynald Górę wjedzie,
Rynald, co wszystkę bracią przechodzi dzielnością,
Nie pierworodztwa, nie lat dojrzałych zacnością,
Rynald, co męstwa swego sławnemi dziełami
Świeci, jak złote w pół dnia słońce promieniami.
Już dziewięć bił, do zamku gdy wjechał swojego,
A z czeladzi chłopczyka miał tylko jednego.
91
Jego przyjazdu własna ta przyczyna była:
Wieść rącza nowiny mu przykre oznajmiła,
Gdy z Brawy731 do Paryża powracał wielkiego,
Na ślad chcąc Angeliki paść i brata swego,
Z Malagizem Wiwian iż w łykach zostali,
Które jem Maganzowie chytrze zgotowali;
On, aby ich co prędzej z więzienia wybawił,
Na Jasną Górę przeto biegł i swem się stawił.
92
Matkę, żonę i dzieci obłapia, całuje,
Od których inakszych się wieści dowiaduje,
Jak z Rugierem Marfiza, jednaką dzielnością
Sławna para, pobili zdrajców i wolnością
Dwu braci, puściwszy ich z oków, darowali
I w dalszy czas do posług chęć ofiarowali.
Dziwuje się, widząc ją, Rynald tej ludzkości,
Serce mu ogniem pała nowotnej miłości.
93
I z rodziną ma różne uciechy kochaną;
Tak więc, gdy przez długi czas ujrzy opłakaną
Matkę najświegotliwsze jaskółczę, a ona,
Miłością przyrodzoną dziwnie zniewolona,
Pokarmy w pyszczku niesie, któremi zgłodniałe
I odżywia i cieszy oraz ptaszę małe.
Ale iż one dwa dni zdadzą się mu rokiem,
Znowu chce jak najrętszem stamtąd wybiedz krokiem.
94
Ryciardota, Alarda bierze, Ryciardyna
W drogę i kęs starszego z niemi Gwyciardyna732;
Malagiz też, Wiwian tak ochoczy byli:
W domu jeszcze swe zbroje na grzbiety włożyli.
Umyślnie Bradamanta przy matce została:
Tkwi jej w głowie czas, co go teskliwa czekała,
Braciej się wymówiwszy, iż dla zdrowia złego
Nie może towarzystwa dopomódz lubego.
95
I prawdę ona mówi, bo tak chora była,
Iż ledwie wątłą głowę we mdłościach trzeźwiła;
Ale miłość przyczyną zdrowia jest słabego,
Nie febry, nie gorączka, nie co przeciwnego.
Potem wyjeżdża Rynald z Montalba swojego
Z kwiatem młodzi przedniejszych, domostwa zacnego. —
Jako przybeł pod Paryż i jako zarazem
Daje pomoc Karłowi, powiem drugiem razem.
Koniec pieśni trzydziestej.