XXVIII. Pieśń dwudziesta ósma

Argument

Siadszy przed Rodomontem, szkaradnemi słowy

Lży gospodarz bez braku623 wszystkie białe głowy.

On potem do królestwa gdy odjeżdżał swego,

U kościółka na drodze pozostał jednego;

Ale mu, jako przedtem srogie, dawał rany

W pół struchlałego serca gniew z wzgardą zmieszany.

Wtem ujrzał Izabellę, którą gwałtem bierze,

Mnicha gromi, co jego oddała się wierze.

Allegorye

W tej dwudziestej ósmej pieśni przez Rodomonta, który po niewymówionej przeciwko białej płci nienawiści, jako prędko ujrzał Izabellę, znowu się w niej serdecznie zakochał, ukazuje się wielka moc, którą Bóg i nieba w każdą nadobniusieńką twarz wlały wspaniałych i pięknych na świecie białych głów, iż słuszniejsza rzecz jest miłować ich i szanować, jako przyrodzenie kazało, niż nad słuszność wszelką mieć w nienawiści i pomsty z nich pragnąć.

Skład pierwszy

Biała płci i wy, co jej dobrego życzycie,

Nic na tem, choć powieści tej nie uwierzycie,

Którą na więtsze hańby, niesławę i wzgardy

Chce powiedzieć gospodarz nieludzki i twardy.

A też tak podły język nie może waszemu

Próżną wstydu naganą szkodzić uczciwemu;

Bo cóż za dziw, iż cnoty ważyć nie umieją

Prości gburowie, rzeczy co nie rozumieją?

2

Opuśćcie jednak tę pieśń: snadno zrozumiecie,

Bez niej wszytko, co wiedzieć i słyszeć pragniecie.

Turpin ją wpisał mądry, więc też ja dla niego,

Lecz wam nie na złość ani z uporu żadnego.

Bo język mój i pióro zawsze na tem było,

Aby te, co was zdobią, przymioty chwaliło.

Czyniłem to i jeszcze czynić dotąd będę,

Póki tchu ostatniego i ducha nie zbędę.

3

Trzy lepiej albo cztery iż przestąpi karty,

Ktokolwiek na czytanie tej pieśni uparty,

Lub jej tak niechaj wierzy, jako zmyślonemu

Bajaniu, co niem dziecka624 tuli, niewieściemu.

Ale pódźmy do rzeczy. Gdy gospodarzowi

Czyniąc kwoli, słuchać go już byli gotowi,

On w pojśrzodku usiadszy, słowy zaraz temi

Historyą zaczynał powiedać przed niemi:

4

»Król Astolf625 w Lombardyej rozkazował młody,

»Kwiatem pierwszych lat śliczne okrywał jagody,

»Naj ozdobni ej szy miedzy rówienniki swemi,

»Których weselsze wieki czynią wdzięczniejszemi;

»Żaden miedzy ludzkiemi w tych czasiech narody

»Nie zrównał mu i kształtnej nie doszedł urody;

»Nigdy nie robił Zeuksys obrazu takiego

»Z Apellesem626, coby beł twarzy rówień jego.

5

»Nie chlubił on się z państwa tak barzo swojego,

»Z powagi, z dostojeństwa, z bogactwa zbytniego

»Ani stąd, iż miał książąt pod swą władzą wiele

»I mógł się królem więtszem nad innych kłaść śmiele;

»Z samej tylko piękności i wzrostu ładnego

»Miał z podziwieniem chwałę od świata wszytkiego,

»Wszyscy się zdumiewali, wszyscy, go chwalili,

»Wszyscy w oczach niebieskich źrzenice topili.

6

»Ten na dworze miał swojem miedzy zacniejszemi

»Fausta, którego ważył wielce przed inszemi;

»Z niem często odprawował ucieszne zabawy,

»Przezeń królestwa swego. wielkie robił sprawy.

»Nakoniec w posiedzeniu, gdy Faust gładkość jego

»Raz chwalił, król też wiedzieć szczerze chciał od niego,

»Jeśli widział osobę kiedy podobniejszą,

»Kształtniejszych członków równość i twarz nadobniejszą.

7

»Rzecze Faust: »Wedle tego, co uważam w tobie,

»»Rzadki, o królu, pewnie zrównać może tobie;

»»Ale ja znam Jokonda627, młodzieńca jednego,

»»Coć podobny i wzrostem swem doszedł twojego..

»»Brata chwalę, przyznam się, a nie bez przyczyny:

»»Prócz ciebie nie najdzie się gładszy nadeń iny.

»»Albo jeśli chcesz wierzyć, powiem ci bezpiecznie:

»»Jak ty wszytkich, tak ciebie on przeszedł skutecznie«.

8

»Zdziwił się, słowa o tem król rzec więcej nie da,

»Tusząc, niepodobieństwo iż jakieś powieda;

»Potem, wielką chciwością prędko uwiedziony,

»Życzy, aby nawiedził Jokond kraje ony.

»Dają ręce na zakład, koniec ten którego,

»Iż Faust stawić ma brata co prędzej swojego,

»Choć różne zrazu dawał wymówki królowi,

»Wiedząc, iż Rzym opuścić trudno Jokondowi.

9

»Jako żywo na jednę piądź z miasta wielkiego

»Nie mógł nikt nigdy wywieść brata Faustowego;

»Z tych dóbr kontent, Fortuna co mu użyczyła,

»Żył spokojnie, żadna go troska nie dręczyła.

»Sprzętu, który po ojcu został dość obfity,

»Ani przysparzał ani tracił, nieużyty.

»Tyczyn628 tak on rozumiał od Rzymu daleki,

»Jak te, co dzielą Indów z Ameryką, rzeki.

10

»Ale nawiętsza trudność w tem mu się być zdała:

»Wątpi, by przypaść na to żona jego miała;

»Tak niewymowną wzajem miłością gorzeli,

»Iż jedno we dwu cielech z duszą serce mieli.

»Chcąc jednak być posłusznem panu, co prośbami,

»Potem wolą zniewolił jego podarkami,

»Milczy, a przecię w drogę prędko się gotuje,

»Jako brata nachylić, z myślą się mocuje.

11

»Jedzie i po kilku dniach do Rzymu przybywa,

»Gdzie próśb dziwnych i sztucznych sposobów zażywa;

»Na ostatek poruszył tak brata swojego,

»Iż do króla pozwolił jechać lombardzkiego.

»Co więtszą, upór żony jego słowy swemi

»Odmienił: mówi jedno i jedno tchnie z niemi;

»Przekładał dobrodziejstwa, które małżonkowi

»Jej gotowe, jeśli w tem wygodzi królowi.

12

»Czas drodze znaczy Jokond, już sługi przyjmuje,

»Konie, o najcudniejszych gdzie wiedział, kupuje;

»Szaty mu drogie robią, by dziwną zdobiły

»Gładkość, co jej z swych darów nieba użyczyły.

»Dzień i noc żona, ciężar słodki, z szyje jego

»Wisi, chcąc duszę wylać na łonie u niego.

»»Takli mię to odjeżdżasz — mówi — mężu drogi,

»»A piersi nie przenikać śmierci postrzał srogi?

13

»»Ja, ilekroć pomyślę o tem, tyle razy

»»Umieram i z lewego boku nie bez skazy

»»Wykorzeniasz mi serce: raczej ręce twoje

»»Raz mię zabiwszy, w nizkie niech poślą pokoje!

»»Przestań, ma duszo złota« — na słowa zaś ony

»Jokond rzekł, w serce z żalu stem grotów trafiony —

»»Dwuch miesięcy tam dłużej nie zmieszkam bez ciebie,

»»Choćby mi z państwem dawał król samego siebie«.

14

»To ona usłyszawszy, kęs weselsza była,

»Bo tak długiem terminem przecię się dręczyła.

»»Wielki dziw — mówi — będzie, za rzecz miej prawdziwą,

»»Jeśli mię tu zastaniesz, gdy się wrócisz, żywą«.

»Ostatek słów wzdychaniem gorącem przerywa,

»Nie je, nie śpi, nie pije, twarz w hojnych łzach pływa.

»Serce się w piersiach pada z bólu Jokondowi,

»Żałuje, iż wiarę dał bratu i królowi.

15

»Potem z łańcuszkiem złotem z swej szyje zdejmuje

»Krzyżyk bogaty i wnet mężowi daruje.

»A beł relikwiami wewnątrz napełniony

»Od pielgrzyma, co wszytkie kołem zwiedził strony

»Palestyńskie; ociec jej przyjął w dom chorego,

»Gdy na zad z Jeruzalem wracał się świętego,

»Ten umierając, na znak miłości swojemu

»Dał go gospodarzowi z ochotą ludzkiemu.

16

»Tak drogi i tak piękną podarek robotą

»Przyjął wdzięcznie i włożył na szyję z ochotą.

»Ona prosi, aby ją tyle razy wszędzie

»Chciał wspominać, jako nań często patrzyć będzie.

»»Nie dla pamięci — rzekł jej — biorę go od ciebie,

»»Bo rychlej zapomniałbych sam samego siebie,

»»Niż tej miłości, którą takeś mię pożyła,

»»Iż w grobie i po śmierci chcę, byś ze mną była«.

17

»Tej nocy, co już blizki wyjazd poprzedzała,

»Ledwie na wdzięcznych jego ręku nie skonała;

»Mdleje, trupowi równa, jako martwa, leży,

»Strumień płaczu rzewnego wciąż po piersiach bieży.

»On godzinę przed świtem wstawszy z łoża swego,

»I do sług i do brata poszedł rodzonego;

»I pożegnawszy żonę, w drogę się puszczają,

»Którą wpółżywą dziewki w pościel odnaszają.

18

»Ci zaś jadąc, żartami trudów ulżywali;

»A gdy ledwo dwie mili spełna ujachali,

»Wspomniał Jokond, krzyżyka że nie wziął swojego,

»Który włożył pod głowy629 wieczora przeszłego.

»»Niestetyż — mówi cicho — jakom nieszczęśliwy!

»»Gdzie dar kochanej żony, gdzie jest, przez Bóg żywy

»»Jakie wymówki najdę? Będzie rozumiała,

»»Iż szczera miłość u mnie lekką wagę miała!«

19

»Nabiedziwszy się z myślą, wnet się rezolwował

»Wrócić, aby go sam wziął, jako go sam schował;

»Bo zdało mu się przecię coś niebezpiecznego

»Słać tam, gdzie żona spała, sługę nowotnego.

»Zatrzyma się i rzecze tak bratu swojemu:

»»Ku gościńcowi630 miej się prosto Bakańskiemu631,

»»Bo ja na zad do Rzymu stąd powrócić muszę,

»»Lecz nowu dogonić cię prócz zabawy tuszę.

20

»»Dziwnie gwałtownej, wiedz to, wygadzam potrzebie,

»»Ale nie wątp bynajmniej: stawię się do ciebie«.

»To rzekszy, rączo koniem do Rzymu obraca,

»Cwałem, co w szkapie siły, pilnej drogi skraca.

»Z sług nie bierze żadnego, a gdy świt różany

»Dawał znać, że już za niem dzień idzie rumiany,

»Wjechał w dom, udaje się do pokoju swego,

»Gdzie krzyżyka przede dniem zapomniał złotego.

21

»Dybie do łóżka cicho, jakby kroki mierzył,

»I ujrzy to, czemuby sam nigdy nie wierzył:

»Żona, snu zażywając bezpiecznie twardego,

»Trzymała z sług podlejszych na rękach jednego.

»Poznał cudzołożnika Jokond zadumiały,

»Zmartwiawszy, nie czuje się, jako skamieniały.

»Widzi, iż pięknie wiary szczerej dotrzymała,

»Choć stokroć, gdy wyjeżdżał w drogę, umierała.

22

»Jeśli się gryzł i jeśli z widzenia onego

»Beł kontent, niech rozumu każdy pyta swego.

»Bo, żebyście na żonach swych tej nie widzieli

»Próby, wierzyć podomno będziecie woleli.

»Co miał rzec, co miał czynić Jokond nieszczęśliwy?

»Ująwszy się za swą broń, pomsty prędkiej chciwy,

»Chciał zdrajców oraz przebić; lecz nie pozwalała

»Zbytnia ku żenie miłość i ręce wiązała.

23

»Jeśli go niewolnikiem swem nie uczyniła,

»Patrzcie, że nie jeno się mścić nie dopuściła

»Jawnej krzywdy, ale tak sercem włada jego,

»Iż ścierpiał w oczach swoich zdrajcy łoża swego.

»Stał długo, nie budząc ich, a potem westchnąwszy

»I krzyżyk z pod poduszki, gdzie go schował, wziąwszy,

»Na zad z pokoju idzie cicho przemierzłego;

»Wsiadł na koń i dogonił w drodze brata swego.

24

»Piękność ona, anielskiej co podobna była,

»Widzą wszyscy, jak się w niem do szczętu zmieniła.

»W pół serca iż mu dosiągł frasunek okrutny,

»Oczy, łez pełne, i sam wydaje wzrok smutny.

»Żaden nie śmie sekretu pytać nieszczęsnego,

»Wszyscy jednak snadno się domyślają tego,

»Iż miłość tych przyczyną melankolij była,

»Co tak prędko szpetną twarz z pięknej uczyniła.

25

»Oczu z niego nie spuści brat: tak się dziwuje,

»Mniema, iż mu dla tego żal przykry dojmuje,

»Że jednej tylko w domu swej odjechał żony;

»Ten przeciwnem sposobem jest zaś utrapiony,

»Bo samowtórą632 zdybał. Więc go rozmajtemi

»Cieszy słowy, on czoło marszcząc, z nadętemi

»W ziemię patrzy wargami, lekarstwa żadnego

»Nie chce brać od tych, rany bo nie widzą jego.

26

»Jedzie z niem, oraz o żal pytać nie przestaje,

»I coby miał umniejszać, bolu mu przydaje;

»Od którego zaledwie już ten nie umiera,

»Gdy drugi przykrem plastrem rany mu otwiera,

»Przypominając żonę, co niefortunnego

»Jest kłopota jedyną przyczyną onego.

»Nie je, nie pije we dnie, sen utracił w nocy

»I siły przyrodzone nie mają swej mocy.

27

»Oczy się w najeżonem łbie skryły głęboko,

»Nos, rozwlokły po wyschłem obliczu szeroko,

»Nie tylko równać mu się gładkością królowi,

»Ale najszpetniejszemu zabrania633 gburowi634.

»Przykra do tego febra tak w skok nastąpiła,

»Iż w Arnie635 zostać wszytkich zaraz przymusiła636;

»A jeśli jeszcze co w niem było nieszpetnego,

»Ginie, jak z kwiatu różej, dawno urwanego.

28

»Prawda to, iż Jokonda żal z serca Faustowi,

»Ale jakoby się miał wymówić królowi,

»Barziej myśli; kłamcą być, zwłaszcza u takiego

»Pana, któremu gładkość równał brata swego,

»Szkaradna to rzecz, widzi, więc w dobrej pamięci

»I obietnice swoje i jego ma chęci.

»Atoli, aby dalej ku Tyczynu jechał,

»Chociaż schorzały, dziwnych środków nie zaniechał.

29

»Nie chce jednak, żeby go widział tak brzydkiego

»Król nagle, by nie baczył, iż żartował z niego.

»Ale przez list oznajmił, iż u wszytkich dziwy

»Będą wielkie, jeśli z nim brat przyjedzie żywy;

»Bo i niewczas podróżny i powietrza złego

»Odmiana do kresu go pędzą ostatniego;

»Gorączka tak go trapi z febrami zimnemi,

»Iż nie jest ten, jakiego udawał przed niemi.

30

»Rad beł król, o przyjeździe usłyszawszy jego,

»Bo i wielce poważał przyjaciela swego

»I nic barziej nie pragnął pod ten czas na świecie,

»Jeno widzieć schwaloną gładkość, jako wiecie.

»Ani on o tem myślił ani się frasował,

»Lub pośledni637 w gładkości lub będzie przodkował;

»Wie dobrze, iż nie nazbyt źle dziać się z niem będzie,

»Choć niżej w porównaniu urodą z niem siędzie.

31

»Gdy przyjechał, złożenie638 w pałacu mu daje,

»Cieszy go i nawiedza, częścią z niem przestaje;

»Dostatki wielkie w piciu i w jedzeniu noszą,

»Czczą, szanują, aby beł dobrej myśli, proszą.

»Ten truchleje: rozkoszna wdzięczność z członków spadła,

»Trupowi podobniejszy, twarz rumiana zbladła;

»Żadne gry z gonitwami, słodkie luteń strony

»Nie cieszą go, jak prędko wspomni złość swej żony.

32

»Naprzeciwko złożenia jego sala była

»Stara, lecz insze gmachy wszytkie przewyszszyła.

»Tam on sam dla ulżenia bolu serdecznego

»Często chodził, kompana nie biorąc żadnego.

»Tam się troskami karmił, łzy pił, dręczył srodze,

»Tam rozpuszczał nieszczęsnem wolne myślom wodze;

»Tam naostatek nalazł — ktoby się spodziewał? —

»Lekarstwo srogiem ranom, dla których omdlewał.

33

»W kącie samem, gdzie ciemność, jako noc, się zdała,

»Żadnego bowiem tamta część okna nie miała,

»Postrzegł balka639, od muru kęs odwalonego,

»Przez który dawał promień blask słońca jasnego.

»Przystąpiwszy się, widzi rzecz zaraz cudowną

»I do wierzenia mało samemu podobną;

»Chocia w oczach ta sprawa toczyła się jego,

»Tuszył przecię, iż coś wzrok omamiło jego.

34

»Tą skałubiną640 wszystkie królowej pokoje

»Widać było, te zwłaszcza, w których drogie swoje

»I skarby i klejnoty przedniejsze chowała

»I do nich żadna panna wniść nigdy nie śmiała

»Prócz świadomszej tajemnic. Tam, gdy rzucił okiem,

»Ujrzał karła, dybiącem co wszedł cicho krokiem;

»Który wziąwszy się w pasy dość ścisło z królową,

»Pod się ją chyżo rzucił jakąś fodzą641 nową.

35

»Jokond mniema, widząc to, iż go sny bawiły:

»Tak rozerwane wtenczas jego zmysły były.

»Wytrzeszcza oczy: »Co to — mówi — prze Bóg żywy!

»»Spięż ja, czyli na jawie widzę takie dziwy?«

»Potem ledwie samemu uwierzywszy sobie,

»Na pojedynek, w trefnem co się wszczął sposobie,

»Patrząc, rzekł: »Takżeś i ty brzydką uwiedziona

»»Miłością, choć to króla przedniejszego żona?

36

»»Toć ja muszę swej za złe nie mieć, iż zgrzeszyła,

»»Bo przynamniej z raźnem się chłopcem pocieszyła,

»»I snadno ją wymówić to przede mną może,

»»Że z zbytniej chęci spólne znieważyła łoże.

»»Więc ta płeć ułomna jest od początku świata,

»»Gdy bystrej zwłaszcza krwi wrzeć młode każą lata.

»»Mniejsza to, choć z podlejszych sług wzięła jednego:

»»Ato ta ucześnikiem ma dziw642 łoża swego!«

37

»Wstawszy nazajutrz, nie chce uchybić godziny;

»Będzieli jakie bitwy wczorajszej przyczyny

»Dawać nierówna para, aby widział, życzy.

»Patrzy, czeka, kwadransy z minutami liczy:

»Wnet panią, gdy przed karłem wprzód weszła, obaczy,

»Potem zdrajcę, co do niej znowu zmierzać raczy.

»Radzi sobie, ale ta przykro utyskuje,

»Iż on ją nie tak, jako ona go, miłuje.

38

»Dziwnie, słysząc te skargi, Jokond się zdumieje;

»Żal mu króla, co tak się niedobrze z niem dzieje,

»Barziej, kiedy czwartego dnia zaś ujrzał potem,

»Iż po karła onego z żalem i z kłopotem

»Trzykroć pannę królowa cicho posyłała,

»Ta zaś, iż do niej nie chciał przyść, odpowiedziała,

»Dla szeląga, który on utracił jednego,

»Gdy się grą z towarzystwem bawił dnia onego.

39

»Na tak cudowny widok Jokond rozwesela

»Oczy, zwykłej czołu twarz śliczności udziela;

»Ociera łzy, już lepszej pełen jest nadzieje,

»Płacz w radość mieni, sercem i usty się śmieje.

»Wraca się do pokoju swego, odmieniony,

»Tłuściejszy, z cerą lepszą, jak urumieniony.

»Z królem brat, słudzy inszy, co w niem upatrują

»Taką odmianę prędką, znowu się dziwują.

40

»A jeżeli król z serca życzył sobie tego,

»Aby wiedzieć mógł zaraz przyczynę nagłego

»Wesela, niemniej Jokond pragnie wszelakiemi

»Sposoby powiedzieć mu, jako go sztucznemi

»Oszukiwano po te czasy fortelami.

»Lecz chce, aby mu swemi wprzód stwierdził ślubami

»Słowa o tem nie mówić nigdy namniejszego,

»Nie gniewać się, póki duch będzie w ciele jego.

41

»Przysięga król zarazem na to, iż wszytkiemu

»Dosyć uczyni, choć co opak Jokond jemu

»Powie na osobliwą szkodę państwa jego,

»Na zniewagę korony albo uczciwego,

»Ani się mścić zarazem ani potem będzie

»W cudzem państwie i swojem, w inszych krajach wszędzie;

»Nakoniec podobieństwa nie poda żadnego,

»Przez które winowajca domyśli się czego.

42

»Dopiero mu powiada Jokond temi słowy,

»Jak już dla zdrad żony swej umrzeć beł gotowy,

»Straciwszy i dobrą myśl643 i pociechy swoje,

»A z oczu tylko pędząc obfite łez zdroje.

»Gdy niewidomie psował frasunek go tęgi

»Dla zdrajczynej i ślubu łamce644 i przysięgi,

»Co ulubiwszy z chłopców podlejszych jednego,

»Była mu kwoli w oczach nieszczęśliwych jego.

43

»Ato przecię tak ważne w wyszszem zamku było

»Lekarstwo, iż żal wczora wszystek uśmierzyło;

»Bo choć to na uczciwem szwank nieladajaki

»Odniósł, ale iż on sam nie beł jeden taki,

»Rad wielce. Tak z niem mówiąc, do dziury go wiedzie,

»Przez którą, jak na cudzej klaczy kształtnie jedzie,

»Jak kole ostrogami, jako nią kieruje

»Brzydkie karlisko, wnet mu palcem ukazuje.

44

»Tak szkaradny postępek widząc król swej żony,

»Strętwiał, twarz się zmarszczyła, oczy, jak szalony,

»Wywraca, prosto ścianą chce tam skoczyć oną.

»Lecz Jokond obietnicę, przysięgą stwierdzoną,

»Przypomina; tak zamilkł, gniew przykry połyka,

»Choć w pół serca uczynek bezecny go tyka;

»Z źrzenic skry szczere lecą, twarz pała ogniami,

»Gryzie wargi, włosy rwie i zgrzyta zębami.

45

»Potem rzekł: »Co mam czynić? Powiedz, bracie drogi.

»»Dla ciebie skarany być występek tak srogi

»»Nie może; bo co do mnie, jako stoję żywy,

»»Już bych ja, już gniew pomstą napasł sprawiedliwy«.

»»Opuśćmy — rzecze Jokond — oba zdradne żony,

»»A udajmy się wespół różne widzieć strony,

»»Abyśmy taki figiel cudzem oddawali,

»»Jaki naszem służkowie marni wyrządzali.

46

»»Obaśmy młodzi, oba rozkoszną pięknością

»»Tak uczczeni, iż trzeci naleźć się z trudnością

»»Będzie mógł dla jakiego porównania z nami.

»»Już tak, milcząc, puśćmy się rychło w drogę sami:

»»Snadno białych głów wszędzie dostaniemy takich,

»»Co z naszą wolą myśli będą też jednakich.

»»Jest gładkość, są pieniądze: wprzód się nie wróciemy,

»»Aż z tysiąca żon cudzych korzyść odniesiemy.

47

»»Wiesz dobrze, jako i czas i pielgrzymowanie

»»Dawniejsze troski z naszych serc i frasowanie

»»Niszczą, starą zaś miłość i serce zranione

»»Goją zabawy, z białą płcią indziej wznowione«.

»Król to słysząc, puścić się w drogę dnia onego

»Zaraz chce: tak mu rada podoba się jego.

»Wychodzą, giermków tylko dwu sobie obrawszy,

»Spólną miłość i spólną przyjaźń obiecawszy.

48

»Odmieniając się w szaty, już przeszli Francyą,

»Włoską ziemię, Niderland z wesołą Anglią,

»A takie do białej płci szczęście wszędzie mieli,

»Iż wnet jem pozwolono wszytkiego, co chcieli.

»Jeśli oni podarki kosztowne dawali,

»Tysiąckroć upominki na zad droższe brali;

»Siła proszą pań, by jem chęć swą oświadczały,

»Lecz więcej tych, co się zaś w ich miłość wpraszały.

49

»W tej prowincyej miesiąc, a w tej dwa mieszkają,

»Nie ruszając się, aż gdy próbę pewną mają

»Osobliwej czystości białych głów i wiary;

»Cóż potem, jeden wszystkich widzą zwyczaj stary:

»Jaka w ich domiech, taka i tu się najduje

»Cnota; żaden z nich lepszej nigdy nie szlakuje.

»A potem w jednej tylko już się kochać chcieli

»Dla niebezpieczeństwa, co wielkie stąd widzieli.

50

»Jednę nalazszy, chować spólną uradzili,

»Byle gdzie obyczajną, piękną utrafili,

»Coby zarówno wolej obu wygadzała,

»Zwłaszcza iż zazdrość w sercach ich postać nie miała.

»»Bo czemuż — mówi mu król — dwaj w jednej nie mamy

»»Kochać się? Białogłowski wszak obyczaj znamy;

»»Sam wiesz, iż takiej na świat natura nie dała,

»»Któraby na mężczyźnie jednem przestać miała.

51

»»Tak będziem bez wszelkiego mogli mieć silenia

»»Przyrodzone, gdy jeno zechcem, pocieszenia.

»»Spórki645 żadne nie będą trwały między nami:

»»Jeśliby co przypadło, wnet pogodziem sami.

»»Więc każda snadno na to, tuszę ja, pozwoli,

»»Bo któraż za jednego dwu w łóżku nie woli?

»»I wierniejsza podomno mężom będzie dwiema,

»»Wiarą, cnotą popisać chcąc się przed obiema«.

52

»Słysząc mowę Rzymianin króla swego taką,

»Na zdanie i na wolą z niem przypadł jednaką.

»Chodzą po różnych miejscach, zwykłe odprawują

»Igrzyska, na ostatek, co chcieli, najdują.

»Bo gdy się w Walencyej646 czas jakiś bawili,

»Gospodarską trafunkiem dziewczynę zoczyli;

»Smagłej urody, kształtna i nadobna była,

»O rzecz domową z gośćmi staranie czyniła.

53

»Pierwszych czasów rozkoszne lata i wiek młody

»Nad śnieg bielsze zawsze jej rumienił jagody.

»Ociec, co niedorosłych synów miał niemało

»I któremu ubóstwo zbytnio dokuczało,

»Nie dał się długo prosić, kiedy nalegali

»O córkę i pieniędzy coś siła dawali;

»Dał ją jem, pozwoliwszy, by ją z sobą wzięli

»I do swego królestwa, jeśli będą chcieli.

54

»Biorą pannę i pociech z nią obfite zdroje:

»Raz ten, drugi raz zaś ów ma rozkoszy swoje;

»Tak więc wzajemne miechy jednako dmuchają,

»Gdy w kominach kowalskich płomień z węgla dają.

»Stamtąd Hiszpanią prześć wszytkę umyślili,

»Potem pragną, Afrykę aby nawiedzili.

»Jadą już z Walencyej, wieczora pierwszego

»W Zatcie647 u gospodarza stanęli jednego.

55

»I zaraz według swoich dawniejszych zwyczajów

»Idą kościoły, gmachy widzieć onych krajów;

»Bo tak, gdzie jeno, kolwiek w cudzej ziemi byli,

»Chcąc doskonalszą biegłość w rzeczach mieć, czynili.

»Dziewczyna zaś z drugiemi została służkami

»Dla słania, a ci koni by dojrzeli sami;

»Jedni na przyście pańskie wieczerzą gotują,

»Ci poruczonych sobie spraw inszych pilnują.

56

»Beł młodzieńczyk w gospodzie, co czasu przeszłego

»Służył, u gospodarza w Walencie onego;

»Z dzieciństwa w tej panience kochał się i ona

»Miłością była k niemu z pierwszych lat wzruszona.

»Postrzegł ją, jako prędko z niemi przyjechała —

»Czegóż miłość nie widzi, choć ślepą została? —

»Lecz z podejrzeniem zgiełku bojąc się jakiego,

»Przywitanie odłożył do czasu pewnego.

57

»Aż gdy goście odeszli, wnet się dowiaduje,

»Co to są za panowie, gdzie z niemi wędruje.

»Powiada mu Fiametta648 — gdy ją krzcić kazali,

»Takowe jej rodzice imię własne dali —

»Wszytkę sprawę. »Niestetyż, jako me nadzieje —

»Mówi Grek649, tak zaś służkę zwano — wiatr rozwieje!

»»Gdym się spodziewał z tobą żyć, kochanko moja,

»»U samego mię śmierci zostawiasz podwoja650!

58

»»Już dotąd ciepły z oczu mych strumień popłynie,

»»Póki ciało w proch, a duch w wiatr się nie rozwinie.

»»Takżeś to już jest cudza, takli mię odbiegasz,

»»Tak serce chcąc rozedrzeć me, gwałtem go sięgasz!

»»Jam umyślił, pieniędzy dostawszy z trudnością,

»»Twojem być, wiecznie twoją chlubić się miłością,

»»I na zad wróciwszy się do ojca twojego,

»»Prosić, aby mi szczęścia nie zazdrościł tego«.

59

»Ściskała ramionami uboga dziewczyna,

»Klnie się srodze, przysięga, iż nie z niej przyczyna,

»Lecz omieszkanie jakieś i niedbalstwo jego

»Trosk takowych z żałością nabawia samego.

»»Dopuść przynamniej — ten zaś mówi jej chudzina —

»»Kiedym tak nieszczęśliwy, gdy jest przy mnie wina,

»»Abym wylał na rękach twych ducha nędznego,

»»Nim ucześnikiem będzie wzrok odjazdu twego«.

60

»Gdy płacz gorzki i łkanie ciężkie upatruje,

»Fiametta poruszone serce w sobie czuje.

»»Wierz — mówi — jeślim z serca przedtem cię lubiła,

»»Iż wszytko i terazbym, co chcesz, uczyniła;

»»Ale czasu i miejsca nie widzę po temu:

»»Każdy z nich pilnować mię każe oku swemu«.

»On na to: »Jestli jaka miłości skra w tobie

»»Dawnej, każ mi posłużyć przyszłej nocy sobie«.

61

»»A to jako być może? Czyś zbył — rzekła — swego

»»Rozumu? Ja na rękach tego lub owego

»»We śrzodku każdej nocy sypiam między niemi,

»»Bawiąc ich rozmowami do świtu lubemi«.

»»Mniejsza to — odpowie Grek — nauczę ja ciebie,

»»Jak będziesz miała spólnej wygodzie potrzebie;

»»Tylko pozwól, a dzisia użałuj się mego

»»Nieszczęścia, do pokoju wpuściwszy mię swego«.

62

»Myśli trochę, słysząc to, potem mu kazała

»Przyść w ten czas, gdy w jnerwospy dusza każda spała;

»Jako drzwi otworzywszy miał postąpić sobie,

»Którędy przyść do łóżka, uczy w onej dobie.

»Grek czuły według nauki mistrzyni kochanej

»Godziny, jak posnęli wszyscy, pożądanej

»Dopatrzy, idzie cicho, drzwi otwiera małe,

»Dybie pomału, kroki włócząc ociężałe.

63

»Stopy szeroko kładzie, a zadnią się wspiera,

»Nos ściska, gębę dłonią dla tchnienia zawiera;

»Tak więc ostrożnie chodzić w pociemku pragniemy,

»Gdy gozdzia651 lub śkła zdeptać ostrego nie chcemy.

»Rękę przed sobą niesie, ślepej drogi maca,

»Chód, jako zawieszony, do łóżka obraca.

»Nalazł je, a przyjaciół dwu postrzegszy, nogi

»W zad cicho cofnął: strach go zrazu przejął srogi.

64

»Zaś przystąpił i miedzy Fiametcine obie

»Kolana wemknąwszy się w cudownem sposobie,

»Twarz z twarzą i swe ręce zrównał z jej rękami,

»Oczy, czoło i wargi całuje wargami;

»I tak trzyma się na niej aż do dnia samego:

»Jedzie mocno, bydlęcia dopadszy dobrego,

»Nie posztą652, bo odmieniać nie chce zawodnika653,

»Woli kłusem całą noc biedz bez przewodnika.

65

»Słyszał król, słyszał Jokond tenten654 biegu tego,

»Bo łóżko z niemi wespół z ruchania częstego

»Chwiało się; ale jednej obaj myśli byli,

»Przeszkadzać sobie spólnej jazdy nie życzyli.

»Grek potem, gdy swą drogę wesoło odprawił,

»Poszedł, a w pośrzodku ich Fiamettę zostawił;

»Która wstawszy, do panów chłopiąt zawołała,

»Widząc, słońcu jutrzenka iż ustępowała.

66

»Król zasię rzecze, wstając, Jokondowi swemu:

»»Leż ty, bracie, a spoczni utrudzeniu twemu,

»»Bo tej nocy tak wielką odprawiłeś drogę,

»»Iż się ja wydziwować tej prącej nie mogę«.

»Wnet Jokond rozśmiawszy się, tak odpowie jemu:

»»Raczej ty, królu, zdrowiu sfolguj, radzę, twemu;

»»Po tak ciężkiej robocie, chcę, byś go szanował:

»»Dosyć, iżeś całą noc na klaczy polował«.

67

»»Bez wątpienia — rzekł zaś król — uwierz mi żadnego,

»»Zemknąłbych beł zraz charta ze smyczy mojego;

»»Aleś ją sam tak dobrze osiadł przeszłej nocy,

»»Żeby cię beł nie zraził mąż najwiętszej mocy«.

»»Twój sługa — znowu Jokond — jestem — rzekł do niego —

»»Uczyń to, gdy jeno chcesz bez żartu takiego.

»»Znam ja moję powinność: rad ustąpię tobie,

»»Gdy tego szczwania częściej będziesz życzył sobie«.

68

»Kiedy temi żartami na się nacierali,

»A po nich do ostrzejszych słów przystępowali,

»Rozumiejąc, iż jeden śmieje się z drugiego,

»Gdy w nocy nie chciał konia ustąpić spólnego,

»Zawołali Fiametty, co pobliżu655 była,

»A twarz bladą z przestrachu bojaźń jej czyniła,

»Aby sama przed niemi szczerze powiedziała,

»Z kiem tak wiele mil, wespół leżąc, ujechała.

69

»Z krzywa patrząc, z Jokondem dowiedzieć się tego

»Chce król, kto przy nich wczasu zażywał lubego;

»Sami do odpowiedzi uszu nadstawują,

»Kto skłamał, kto się zaparł, wiedzieć usiłują.

»A ta do nóg królewskich nizko się rzuciła,

»Grzech wyznawa; aby go odpuścił, prosiła;

»Wątpi o zdrowiu, widzi, iż zdradę poznano,

»Co się jej, jako żywo, wziąć nie spodziewano.

70

»»Odpuść mi — mówi — panie i ty, proszę, drugi,

»»Żem na uprzejme wspomnieć musiała posługi

»»I na gorącą miłość chłopięcia jednego,

»»Która się już nie mogła zmieścić w sercu jego«.

»Potem szczerze rzecz samę zaraz powiedała

»Przed niemi, jako mu przyść do siebie kazała,

»Tusząc, że się żaden z nich nie domyśli tego,

»Raczej rozumieć będzie jeden na drugiego.

71

»Jokond z królem po sobie pojrzawszy, zdumieli,

»Dziwują się, bo jeszcze nigdy nie słyszeli,

»Aby kiedy inszy dwa byli oszukani

»Tak sztucznie i niewieścich zdrad w sieć uwikłani.

»A gęby otworzywszy, śmiechu serdecznego

»Zażywają, łóżka się ułapiwszy swego,

»Na które się pospołu oba porzucili,

»Trzymają się za piersi, oczy zamrużyli.

72

»Zaledwie już od śmiechów oddychają onych,

»Które jem wyciskają łzy z oczu zamknionych;

»Mówią: »Jako pilnować żon swoich będziemy,

»»Jeśli dwaj tej, z nią leżąc, ustrzedz nie możemy

»»Chociaby oczu miał mąż, jak włosów, na głowie,

»»Nie ustrzeże jej nigdy, wierz, królu, mej mowie.

»»Ato ta miedzy nami dość ścisło sypiała,

»»Przecię obu, sam widzisz, chytrze oszukała.

73

»»Tysiąceśmy białych głów pięknych probowali,

»»Miedzy temi i jednej jeszcze nie doznali,

»»Aby odmówić miała i gardzić prośbami;

»»Toż i drugie uczynią i postąpią z nami.

»»Jednaka ich jest wola, chęć i skłonność wszędzie,

»»Ale ostatnią próbą niech nam i ta będzie.

»»Słusznie tedy, iż do żon swoich się wróciemy,

»»Gdy cnotliwszych wyszukać nad nie nie możemy«.

74

»Tak rzekł Jokond, a potem Fiametcie kazali

»Po jej kochanka, bo chcą, aby go poznali.

»Ta go przyprowadziwszy, stawiła przed niemi,

»Ci zaś wziąwszy oboje, w domu przed wszytkiemi

»Posag, dostatki dają i ślub jem brać każą,

»A sami się do domu powrócić odważą.

»Wsiedli na konie, jadą wprost ku zachodowi

»Ani się chcą przeciwić swych żon występkowi«.

75

Tu gospodarz, po więtszej już zemdlony części,

Przestał i swojej koniec uczynił powieści.

Słuchał pilno Sarracen, słowa namniejszego

Nie mówiąc do skończenia prawie ostatniego;

Potem rzekł: »Ja się pierwszy nie dziwuję temu

»I wierzę, że przeciwko narodowi złemu

»Chytrych niewiast mężczyzna lekarstwa żadnego

»Nie najdzie, choćby szukał aż do dnia sądnego«.

76

Co słuchali pospołu, jeden miedzy niemi

Beł mędrszy i obciążon laty dojrzałemi;

Ten nie mogąc trwać, aby dłużej białe głowy

Miały być tak przykremi znieważane słowy,

Do gospodarza twarz swą obrócił onego

I rzecze: »Dosyćeśmy cierpieli twojego

»Fałszu, który namniejszej nie ma prawdy w sobie

»Nabajałeś się, bracie: czas już milczeć tobie.

77

»I temu ja nie wierzę, coć tę historyą

»Powiedział, nienawiścią rzecz swą zdobisz czyją.

»Choćby ewangelista dobrze beł ten isty:

»Już tu hojnie jad wylał na nich oczywisty

»I złem raczej mniemaniem mówił uwiedziony

»I z rozsądka zdrowego beł snać obnażony.

»Słyszałbyś beł, przysięgę ja tobie, od niego

»Insze słowa, gdyby gniew nie wrzał w sercu jego

78

»I kiedyby beł prawdę chciał powiedzieć tobie,

»Szersze pole chwalić ich i smakować sobie

»Z materyą mógł on mieć tysiąckroć prawdziwszą.

»Bo cóż za dziw, choć kiedy jednę mniej cnotliwszą

»Miedzy dobremi widział? Miałże już zarazem

»Lżyć, potępiać i mieszać dobrych z złemi razem?

»Wiedz, iż twój Waleryusz nie mówiłby tego,

»By się radził rozumu, a nie gniewu swego.

79

»I ty sam powiedz, jakoćjnił jest ten wiek stary,

»Z swemi gości, jeśliście dotrzymali wiary

»Żonom waszem, gdy różna czasem się trafiła

»Okazya, do cudzych co was prowadziła.

»Wiem, iżeście nie jeno dość często prosili

»Nadobnych, ale jeszcze i z chęcią płacili.

»Bo takiej nie mogliście, coby się kłaniała

»Wam sama, naleźć nigdy, choć złą sławę miała.

80

»Więc niepodobna to jest, aby miedzy wami

»Beł ten, coby poigrać z cudzemi żonami

»Nie chciał, nadzieję tylko wziąwszy przed się taką,

»Iż z swem zamysłem — wolą najdzie ich jednaką.

»Cóż, kiedyby was samych wprzód jeszcze wzywano,

»Albo podarki jakie umyślnie dawano!

»Wyskoczyłby i z skóry od radości drugi,

»Chcąc się zachować, chcąc swe oddać w skok posługi.

81

»Tych zdrad, których po żonach doznali mężowie,

»Jeśli każdy z nich szczerą o tem prawdę powie,

»Sami byli przyczyną w domu własnem, tego

»Nie biorąc, co chcieli mieć u sąsiada swego.

»Miłuj, bracie, aby cię wzajem miłowano,

»I bierz tą miarą z chęcią, jakąć dawać chciano.

»Na ten uraz656 lekarstwo prędkobyście mieli,

»Gdyby na zdaniu mojem wszyscy przestać chcieli.

82

»Niechby to prawo było, aby każda żona

»Dała garło, w tem grzechu brzydkiem naleziona,

»Jeżeli nie dowiedzie na męża swojego,

»Ze on też wszeteczeństwa winien beł takiego.

»Bo inaczej zażby beł sędzia tak surowy,

»Coby słusznie wyzwolić nie beł jej gotowy?

»Bóg sam rzekł, iż wyrządzać drugiem nie masz tego,

»Coć nie miło, obraża co ciebie samego.

83

»Sama tylko miłość w nich przyczytać się może,

»Co do osławy trochę u ludzi pomoże;

»Lecz na to miejsce my zaś jako wiele złego

»Czyniemy, porównania w tej mierze żadnego

»Mieć nie możem: hultajstwa, złodziejskie roboty,

»Zdrady, gry i pijaństwa, rozmajte niecnoty,

»Mężobójstwa tyrańskie, wydzierstwo z lichwami

»Są mężczyzn sprawki naszych, przyznacie to sami«.

84

A potem chciał przykłady dowodzić słusznemi,

Iż to prawda, dopiero co mówił przed niemi,

I jak darmo białą płeć na sławie szkalują

Ci, co jem uczciwego swą gębą ujmują.

Ale Sarracen, słuchać co nie myślił prawdy,

Bo przysiągł w nienawiści mieć ten naród zawdy,

Zgrzytnął, z krzywa pojrzawszy; ten też umilkł zatem,

Nie chcąc z Rodomontem w gniew zachodzić zębatem.

85

Który po onej spólnej obudwu powieści

Siadł jeść za stół, a potem, gdy gęste ciemności

Świat zaślepiły, w łóżko dla spania się kładzie.

Lecz żal gryzie go przecię, myśl wszytka o zdradzie:

Klnie swą dziewkę, a lub to zamknąć usiłuje

Powieki, świeża krzywda sen mu odejmuje;

Potem widząc Febusa promienie świeżego,

Wstał i morzem chce jechać do królestwa swego.

86

Więc i konia, na wzgardę co go Rugierowi

Wziął z sobą, żal mu było, jako rycerzowi

Dobremu, trudzić dalej, bo po dwa dni całe

Bez odpoczynku prace dawał mu niemałe

Ani go opatrował, troską obciążany,

Jako beł w gospodarskiej stajniej postawiony:

Na barkę go wziąć kazał, iść za życzliwemi

Wiatry spodziewa się być prędzej w swojej ziemi.

87

Sam wsieść bez omieszkania za niem się gotuje;

Jeszcze na brzegu stoi, a już rozkazuje

Odepchnąć się: zarazem wszytkie chęci jego

Zbyć z oczu co najprędzej kraju przemierzłego.

Wsiadł, barka zaś na Sonnie leci, jako strzała,

Bo i ludzi i rzeczy mało w sobie miała;

A wzgarda po staremu serce mu przejmuje,

Na wodzie i na koniu, wszędzie go najduje.

88

Ciężkie myśli mjeszkanie czynią w sercu jego,

Radę precz wypędziwszy, rozum, siłę z niego.

Nie widzi odpoczynku, nie widzi wytchnienia;

Domowy nieprzyjaciel, srożąc się, ulżenia

Namniejszego i we dnie i w nocy nie daje,

Z którem w piersiach straszliwa wojna co raz wstaje.

Biedzi się, żadnego mieć nie może ratunku

W niespodziewanych wzgardach, w nieznośnem frasunku.

89

Cały on dzień i całą noc wespół żeglował,

A lub to nienawistne brzegi zostawował,

Krzywda przecię głęboka we wnętrznościach tkwiała

I z królem Doraliki zapomnieć nie dała.

Jednaka męka z bólem jednakiem mu szkodzi,

Choć się umknął na morze, choć jedzie na łodzi;

Ani on gasi wodą ognia nieszczęsnego

Ani mieni trosk miejsca odmianą tamtego.

90

Jako kiedy gorączka zemdliła chorego,

Szukać zwykł rozmajtych miejsc dla wczasu lepszeg

Raz na ten bok kładzie się, na drugi zaś potem,

Aby sfolgował z przykrem tęsknicy kłopotem;

Próżno pracuje nędznik, daremnie się sili,

Bo ta o zwykłej ledwie opuszcza go chwili:

Tak pohaniec nie może nigdy naleźć swemu

Pomocy, co go trapi ustawicznie, złemu.

91

Na ostatek zbrzydziwszy sobie statki ony,

Chce, by go żeglarz na brzeg wysadził przestrony.

Mija Lion z Wienną657 i Walencą zatem,

Bieży w Awinionie658 po moście bogatem.

Bo te wszytkie powiaty, jako długie stały,

Co ich u Celtyberu659 rzeki oblewały,

Oddają posłuszeństwo z Afryki królowi

Odtąd, jako ich minąć kazał obozowi.

92

Nad jeziorem po prawej stronie drogą jedzie,

A zbóż i win obfitość widzi wielką wszędzie;

Potem do wioski jednej przybył zmordowany,

Z której lud, żołnierzowi na korzyść wydany,

Rozbiegł się i uczynił puste domy swoje,

Gdy swawola i przykre dokuczały boje.

Stąd wały srogie huczą po morzu głębokiem,

Stąd kłosy w polu pływać zdadzą się szerokiem.

93

Tam się zastanowiwszy przy kościółku małem,

Który stał na pagórku blizko okazałem,

Beł i wewnątrz od pogan szpetnie spustoszony

I od księżej z bojainie dawno opuszczony,

Na mieszkanie do czasu obiera go sobie,

Dając znać, iż go smutek żywo kładzie w grobie.

Ażeby go wieść żadna nie doszła z wielkiego

Obozu, państwa nie chce dojechać swojego.

94

Odmienia przedsięwzięcie, Algierem się brzydzi,

Wczesne660 męczyć się smutkiem miejsce ono widzi.

Sług z wozami, co było, i konia dzielnego

Wprowadził do kościółka zarazem onego.

Od Monpoliera to miejsce blizko było,

Z pięknem kilka mil zamkiem w stronę graniczyło;

Wioska w bok nad wesołą rzeką pusta stała,

Wielki śrzodkiem gościniec jadącem dawała.

95

W tem miejscu gdy dzień mieszkał Sarracen strudzony,

W myślach przykrych, jako zwykł, wszytek pogrążony,

Przez łąkę, zielonemi trawami okrytą,

Ujrzał dróżkę, mało co wozami ubitą;

A po tej nadobniuchna panienka jechała,

W towarzystwie jakiegoś z sobą mnicha miała.

Za niemi koń dosuży661, na grzbiecie którego

Skrzynia, odziana dekiem662 z sukniska czarnego.

96

Kto to jechał i coby pod przykryciem mieli,

W pierwszej663 pieśni jużeście poniekąd słyszeli;

Najniefortunniejsza to Izabella była,

Co Zerbina swojego ciało grześć myśliła.

Staruszek ją nabożny przez ten kraj prowadzi,

Aby świat opuściwszy, mniszką była, radzi.

I tak mógł wiele sprawić słowami świętemi,

Iż chce z rozkoszami świat opuścić marnemi.

97

A choć tak smutnej twarzy i wejrzenia była,

Iżby snadno serc dzikich bestyj poruszyła,

Jedno za drugiem gdy śle z wnętrza głębokiego

Westchnienie, co wiatr grzeje powietrze wolnego,

Źrzeńce664, jako dwie źrzódła, z których ustawiczny

Strumień bieży, wzrok dwu gwiazd jaśniejszych ćmiąc śliczny,

Przecię miłość w swej władzej wszytkie członki miała

I razy nieuchronne z każdego ciskała.

98

Zajrzawszy jej pohaniec, zaraz myśli one

Precz rzuca, co w swem sercu miał postanowione,

W białej głowie, choćby też napiękniejsza była,

Nie kochać665, póki w ciele dusza będzie żyła;

Ale mu Izabella godną się być zdała,

Aby w niej wtóra miłość jego przemieszkała.

Tak gasi pierwszy zapał, z przysięgą się mija,

Obietnic zapomina, klin klinem wybija.

99

Wychodzi przeciwko niej, najłagodniejszemi

Myśląc się przypodobać wprzód słowy swojemi;

Pyta o urodzenie, jakiegoby była

Stanu, więc co za troska piękność poszpeciła.

Ta odpowieda, jako światu odmiennemu

Służbę wypowiedziawszy, już Bogu swojemu

Oddała się. Sarracen, co z nabożeństw szydzi,

Wiary nie zna, a niebo bajką mu się widzi,

100

Mówi jej, iż to zamysł lekki i zmyślony;

»Bo jako łakomego, co w skarb zgromadzony

»Swe serce wlał, przemierzłe skępstwo jest każdemu,

»Którem najmniejszych pociech sobie i drugiemu

»Nie czyni, tak i swoję rozkoszną urodę

»Chcesz skryć w klasztory światu wszytkiemu na szkodęt

»Niech się niedźwiedź, smok i lew zamyka z wężami,

»A ty, o wdzięczna dziewko moja, mieszkaj z nami!«

101

Mnich, co uszu przykładał na tę powieść jego,

Bojąc się, przedsięwzięcia aby tak świętego

Nie zraził królik żalem panny napełnionej,

Duchownem chce pokarmem zabiedz mowie onej;

Słów używa poważnych, rozkosz świecką gani,

Szczęśliwych zowie, na stan co mniski wybrani;

Rodomont, potrawami iż wzgardził takiemi,

Na zakonnika pojrzał oczyma wściekłemi.

102

I rzecz jego fukaniem gniewliwem przerywa,

Do swej u boku broni zaraz się porywa,

A potem wolne puszcza wodze swej wściekłości,

Milczeć każe i z konia bez wszelkiej litości

Zrzuca go — dalej zasię co się z niemi działo,

W inszej pieśni o wszytkiem będzie się pisało;

Żałować mnichowego przypadku będziecie,

O którem niezadługo wiadomość weźmiecie.

Koniec pieśni dwudziestej ósmej.