XXVII. Pieśń dwudziesta siódma
Argument
Rodomont z Mandrykardem, gdy nie dogonili
Doraliki, prosto się do wojska puścili,
Gdzie z Marfizą przybywa Rugier doświadczony,
Karta gromią, on w Paryż uchodzi przestrony;
Potem dawne urazy przypomniawszy swoje,
W pojedynkach krwie ciepłej przykre leją zdroje.
Rodomont precz odjeżdża, serce mu żal kraje:
Gardzi niem i w pośmiech go Doralika daje.
Allegorye
W tej dwudziestej siódmej pieśni przez bohatyrów z wojska Agramantowego przedniejszych, którzy zostawszy zwyciężcami, w pokoju i w próżnowaniu do domowej obrócili się niezgody, widzieć się jawnie daje, jako wielcy królowie i hetmani po wielu wspaniałych imprezach zbytniem próżnowaniem opojeni, domowemi częstokroć upadali rozruchami.
1. Skład pierwszy
Nierozmyślne porady lepsze zawdy były
Białej płci, z któremi się mało co biedziły;
Łaskawe za jakiś dar dały jem to nieba,
Iż prędko ratować się mogą, kiedy trzeba.
U mężczyzny zaś rozum częściej płochy bywa,
Jeśli się nań z rozmysłem pilnem nie zdobywa;
I gdy co bez uwagi czynić chce zacnego,
Zbłądzi, a sprawa skutku nie weźmie dobrego.
2
Zdał się dobry postępek ten Malagizemu,
Przez który bratu pomódz myślił stryjecznemu;
Bo się, jakom powiedział wyszej, przeląkł srodze,
W niebezpieczeństwie nagłem widząc go i w trwodze,
Gdy rozkazał piekielnych djabłów co gorszemu
Rodomontowi zadać, także tatarskiemu
Królowi kłopot jaki, któremby do swego
Pociągnął ich zarazem obozu wielkiego.
3
Ale, by beł na to się rozmyślił statecznie —
Wszyscy uwierzyć temu możemy koniecznie —
Dałby on i ratunek słuszny bratu swemu
I wojsku nie szkodziłby tak srodze naszemu.
I mógł bezpiecznie zaraz rozkazać duchowi,
Aby albo na zachód albo ku wschodowi
Zaniówszy Doralikę, w tych kątach zostawił,
Gdzie prócz skazy579 Francyej woląby swą sprawił.
4
Już to nieopatrznością stało się tak jego
I wierę tu rozumu nie zażył ostrego;
Bo pewnie ci rycerze tamby ją gonili,
Paryż od przykrej klęski wolny ostawili.
Albo też złość, na ziemię z nieba wypędzona,
Krwią, ogniem, porażkami co bywa karmiona,
Sprawiła to, że Karzeł i lud wszytek jego,
Zbity, musiał ustąpić do miasta swojego.
5
Szkapa580, który djabła miał jeszcze w swojem boku,
W tak zapędzonem poniósł Doralikę skoku,
Iż go rzeka gwałtowna, las, przekop szeroki
Nie hamuje; wyniósł ją prawie pod obłoki.
A pierwej nie zawściągnął polotnego biegu,
Aż Sekwany głębokiej dopadł rączy brzegu,
Minął wojska francuskie, hetmana szockiego
I stanął przy namiocie króla granackiego.
6
Mandrykard z królem z Sarce długo ją gonili
Dnia onego, ale cóż, gdy nic nie sprawili.
Ledwie z daleka, ledwie tył sam upatrują,
Potem cień konia i jej sobie ukazują.
Nakoniec w mgnieniu oka kiedy ją zgubili,
Jako psi, co się źwierza szukać nauczyli,
Bieżą śladem i prędko przypadli w kraj iny,
Gdzie, iż u ojca była, doszli tej nowiny.
7
Strzeż się, Karle, bo pewnie szaleństwu wielkiemu
Nie zdołasz, które tobie i wojsku twojemu
Gotują; do tych czterech Gradasa srogiego
Z Sakrypantem na szkodę masz królestwa swego,
A szczęście, aby w samo serce cię dotknęło,
Zrzenicę wójsk, dwu wielkich rycerzów, ci wzięło,
Którzy rozumem, mocą najprzedniejszy byli:
Niemasz ich, jak ślepego, ciebie zostawili.
8
Orlanda i Rynalda wspominam mężnego.
Jeden z tych szalonem już został z tak mądrego,
Nie wie, co deszcz, co zimno, co śliczna pogoda:
Tak mu nieszczęsna zmysły zmieszała przygoda.
Nagi po górach, skałach i lesiech zgęścionych
Tuła się, wylewając pot z członków zemdlonych.
Drugi, mało co mędrszy, jechał precz od ciebie
Szukać dziewki, której dał w moc samego siebie.
9
Zdrajca sprawił to jeden czarnoksiężnik stary,
Oczem mówiłem przedtem, iż mu dodał wiary,
Jakoby Angelika z bratem zjechać miała.
Zaczem żałość serce mu zawsze przerażała,
Żałość, jakowa nigdy żadnego inszego
Nie trapiła rycerza najserdeczniejszego;
Potem, gdy do Paryża przyszedł zagniewany,
Kazano mu z Angliej przywieść lud zebrany.
10
Pod Paryżem gdy krwawą bitwę zaś odprawił
I Agramanta w swojem obozie zostawił
Zamknionego, starał się sposobem wszelakiem
O wiadomość, jeśliby w domu, w zamku jakiem
Albo też w monastyrze581 piękna Angelika
Nie została; ale gdy pewnego języka
Nie zasiągł, iż z Orlandem, tak mniemał, jachała
I szukać ich rzecz mu się najsłuszniejsza zdała.
11
Tuszy, że w swem Anglancie delicyj zażywa;
Chęć dlatego jechać tam wielka go porywa,
A kiedy ich nie zastał, po różnej krainie
Błąka się, łaje bratu i zdradnej dziewczynie.
Wszytkie, gdzie podobieństwo jest, nawiedza strony,
Rannego przecie serca nie leczy strapiony.
Powraca do Paryża, serdecznie styskuje,
Mniema, że ich gdziekolwiek w mieście poszlakuje.
12
Czasem dzień, czasem dwa dni w Paryżu się bawi,
Czeka, jeśli Orlanda szczęście jakie stawi;
Ale, iż go nie słychać, w drogę się udaje,
A tęsknica w niem przykra, jak przedtem, zostaje.
Po całem dniu, po całej smętny szuka nocy,
Żadnej nie zna w gorących zapałach pomocy;
Gdzie go słoneczny promień, gdzie miesięczny wiedzie,
Tysiąckroć jedną drogą wraca się i jedzie.
13
Stary zaś nieprzyjaciel, co słowy chytremi
Ewie radził jabłka rwać rękoma chciwemi,
Zazdrościwe na Karła podniósł oko swoje,
W krwawą porażkę lube obrócił pokoje,
Widząc, iż Rynald mężny nieblizko od niego,
Na zgubę wojska wściekły uparł się naszego,
Co namężniejsze zewsząd zgromadził pogany
Śmierć dawać, czynić naszem niezleczone rany.
14
Sakrypantowi, z zamku co sczarowanego
Z Gradasem wespół wyszedł czasu niedawnego,
Tak nieujęte podał do serca chciwości,
Iż zaraz pędem bieżą swych sił i dużości
Próbę czynić w bezpiecznych wojskach chrześcijańskich
I z obleżenia królów wyzwolić pogańskich;
Sam jem wodzem, sam dobrą drogę ukazuje,
Przez najprostsze powiaty przebyć usiłuje.
15
A drugiemu poruczył zaś towarzyszowi,
By z Rodomontem kazał biedź Mandrykardowi
Tym śladem, kędy trzeci królewnę prowadził,
Aż na miejsce, gdzie strachu pełną z konia zsadził.
Więc rączo wyprawuje zaraz i czwartego,
Aby z Marfizą przywiódł Rugiera dzielnego;
Ale ten, co ostatniej pary rządził wodze,
Opóźnił się i trochę pozostał na drodze.
16
Z Marfizą Rugier, para już sobie życzliwa,
Półgodziniem582 za niemi nierychlej przybywa.
Bo najchytrzejszy djabeł, chcąc chrześcijańskiemu
Duże razy przez nich dać wojsku Karłowemu,
Opatrzył, aby zamysł niecnotliwy jego
Nie wziął wstrętu poswarkiem o Rugierowego
Konia; bo pewnieby się zwada odnowiła,
Gdyby pospołu z niemi ta para przybyła.
17
Czterej pierwszy na miejscu takiem się zjechali,
Skąd namioty ściśnione swoich oglądali,
Chorągwie rozwinione, w które wiatry biją,
Te różnem po powietrzu kształtem sobie wiją.
Zatrzymują się w miejscu, aby uczynili
Spólną radę, nakoniec tak postanowili:
Męstwem przysługę swemu uczynić królowi,
Z obleżenia go wyrwać, dać się znać Karłowi.
18
Złączywszy się w gromadę, drogę tę obrali,
Gdzie przedniejszy panowie chrześcijańscy stali;
Głosem krzyczą okrutnem, szable dobywają,
Iż są Sarracenami, jawnie powiadają.
Dźwięk broni słychać straszny, a między namioty
Trwoga roście; ci sobie dodają ochoty,
Naprzód najpierwszej straży ręce zabawiają,
Jednych zbiwszy, tył podać drugich przymuszają.
19
Tumultem chrześcijańskie wojsko poruszone
W niespodziewanej trwodze na okrzyki one
Snują się bez porządku i owszem mieszają,
Szturm szwajcarski iż to jest do Franków, mniemają.
Więcże większa część wojska nie wie nic pewnego,
Gromadzą się do znaku każdy z nich swojego,
Kto na dźwięk kotłów, na głos kto trąb przeraźliwych;
Wiatr gwiazd sięga z wzdychania ludzi na pół żywych.
20
Karzeł, prócz iż szyszakiem nie nakrył swej głowy,
Już w twardej zbroi wsiadał na konia gotowy;
Przedniejszych bojowników samo prawie czoło
Zgromadziwszy się, wnet go okrążyli w koło.
Pyta, coby to za zgiełk, kto obóz spokojny
Śmiał trwożyć, kto przyczyną niespodzianej wojny.
Widzi u swego ludu w twarzach srogie rany,
Kęs583 dalej na gwałt584 trupów patrzy zagniewany.
21
A te w polu szerokiem wszędzie się walają,
Zaledwie we krwi świeżej szkapy nie pływają.
Zdumiewa się, rozcięcia widząc niesłychane,
Które od cyrulików żadnych ratowane
Być nie mogą, a pewnie i czarnoksiężnicy
Zażywaliby swych gusł dla nich po próżnicy;
Nogi po ud585 i ręce z ramiony leżały,
Głowy ziemię skrwawioną odcięte kąsały.
22
Od najpierwszych namiotów aż do ostatniego
Różną śmierć, różne męki widzi ludu swego;
Bo gdziekolwiek serdeczna bieży kompania
Namężniejszych rycerzów, cesarskich zabija.
On słusznem na swej twarzy gniewem zapalony,
Dziwując się, dla prędkiej wskok jedzie obrony.
Tak, gdy w cudzy dom bije z szkodą piorun srogi.
Zwykli szukać, kędy wpadł, i ścieszki i drogi.
23
Jeszcze byli nie przyszli do obleżonego
Obozu ci rycerze Agramantowego,
Alić z drugiej przyjechał strony Rugier śmiały
Z Marfizą, a wzniówszy wzrok oboje wspaniały,
Z pilnością zacna para to upatrowała,
Skądby najprędzej swojem ratunek dać miała;
Żal jem serca przenika, litują swojego
Króla, co już do wolej syt strachu wielkiego.
24
Jako w podkopach ziemnych prochy podsadzone,
Namniejszą ognia, nie chcąc, iskierką dotknione,
Grzmot czynią, żartki płomień tak rączo wychodzi,
Iż go śmiertelny dojrzeć wzrok ledwie ugodzi;
Wali się mur potężny sztukami wielkiemi,
Kruszy, psuje, cokolwiek namaca przy ziemi:
Tak Rugier i Marfiza razem przypadają,
Razem śmierci i rany śmiertelne zadają.
25
Wzdłuż, poprzek, jak się trafi, bohatyr surowy
Piersi szerokie począł rozwalać i głowy:
Lecą łokcie z rękami, lecą i łopatki,
Konie noszą swych panów przeciętych ostatki.
Widział kto, kiedy wicher w zaburzone czasy
Rzuca się z jadem wściekłem na wyniosłe lasy,
Gdzie przejdzie, z ozdób swoich zdarte zostawuje,
Żadna góra, stoletni dąb go nie hamuje.
26
Wiele tych, co gniewowi Rodomontowemu
Szczęściem uszli, wiele tych, co Gradasowemu,
Rozumieją, iż żartkość i zbyt rącze nogi
Już ich śmierci odjęły, już zbawiły trwogi;
Aliści na Rugiera po zad natrafiają,
Bezpieczni, nad nadzieję zdrowia pokładają.
Bo człowiek, co swych w Bogu ufności nie miewa,
Tam naprędzej żegna świat, gdzie się nie spodziewa.
27
I choć niebezpieczeństwa ujdzie on jednego,
Wpada w drugie, płaci grosz cła nieprzebytego;
Tak z dziećmi naj chytrzej sza liszka maluśkiemi
Przed zębami tuszy uść brytana ostremi,
Kiedy w ojczystem gaju pasterz niecierpliwy
I na zysk, którego się spodziewa stąd, chciwy
Ogniem, dymem ostrożnie straszy ją u dziury:
Ta wypadszy, pozbywa wnet zdrowia i skóry.
28
W sarraceńskie obozy już się przybliżali
Rugier z Marfizą, aby skuteczniejszą dali
Pomoc swem, a ci widząc to, bogom dziękują,
Oczy z wzdychaniem w niebo wysokie prostują.
Nie jedno strachu zbyli, ale wyzywają:
Taką już śmiałość wszyscy, takie serca mają;
Na ostatek bez zwłoki to postanawiają,
Że szczęściem iść, a naszych w szcząt wygładzić mają.
29
Surm, bębnów, trąb pogańskich głos się precz rozlega
I subtelne powietrze ku niebu przebiega;
Na chorągwie wiatr wolno dmucha rozwinione,
Sroży się obleżeniem dopiero ściśnione
Wojsko i już na naszych z okrzykiem wypada.
Z drugą stronę też Karłów lud na konie wsiada
Z Anglikami, z Niemcami, a we mgnieniu oka
Z ran śmiertelnych ludzka się wylewa gosoka.
30
Tak wielka moc z dużością niesłychane siły
Rodomonta i króla tatarskiego były,
Także Rugiera niemniej nad nich ochoczego,
Gradasa, z męstwa światu wszystkiemu sławnego,
Marfizy, co w bój wchodzi najstraszniejszy śmiele,
Cyrkasa, z którem mężnych nie porówna wiele,
Iż zaledwie uchodzi w Paryż murowany
Przed oczywistą śmiercią Karzeł z swemi pany.
31
Tych bohatyrów, jako Marfizy serdecznej
Śmiałość, i sławy godna i pamięci wiecznej,
Nie jeno się opisać, wymówić bezpiecznie
Nie może, ale myślą objąć jej statecznie
Przytrudniejszemby było; dosyć, iż dnia tego
I sam cesarz i wszystek zginąłby lud jego,
Ucieczką ratowani. Ferat najsławniejszy
Przybył też i w tej bitwie nie beł pośledniejszy.
32
Tonie ich, gdy most strzymać nie mógł, w rzece wiele;
Niejeden Ikarowe skrzydła przy swem ciele
Mieć życzy, aby lotem śmierci uniknęli,
Którą na oko i w przód i po zad widzieli.
Prócz Ugiera, markieza z Wiednia586587 budownego,
Znaczniejszy poimani wszyscy do jednego;
Oliwier ledwo uszedł z ręką obrażoną,
Ugier się także wrócił z głową rozwaloną.
33
I by beł, jako Rynald, jako Orland śmiały,
Brandymarte opuścił cesarza wspaniały,
Żywo pewnie nie wszedłby do Paryża swego
Z porazu588 i pogromu tak niefortunnego.
To, co mógł, czynił dosyć rycerz odważony,
Długo furyą oną nie beł przestraszony;
Potem ustąpił, widząc, iż Agramantowi
Szczęście życzy, co przedtem śmiało się Karłowi.
34
Wdów ubogich płacz rzewny, ciężkie narzekania
Osierociałych ojców, dziatek małych łkania
Przebiwszy w lot powietrza tego subtelności,
Przyszły, gdzie Michał siedzi w niebieskiej jasności,
I zaraz te nowiny smutne powiadają,
Iż wojska nasze krukom, psom w pokarm zostają,
A jako pola wszytkie trupem się okryły,
A łąki krwie niezmierną moc ludzkiej wypiły.
35
Anielska twarz Michała wstydem czerwienieje:
Nie tak zstało się, jak chciał, mylą go nadzieje,
Od zdrajczynej589 Niezgody chytrze oszukany;
Bo ta uczynić miała swar miedzy pogany,
Serca w tych ogniem spólnej paląc nienawiści,
W których wiedziała więtszą zazdrość i hardości.
Widzi, iż wszystko opak jędza uczyniła,
A przedwieczna inaczej Dobroć mu zleciła.
36
Więc jako sługa dobry, co nie z powinności,
Ale z cnoty wygadza panu i z miłości,
Widząc, iż niepamięci podał rozkazanie,
O którem najpilniejsze miał czynić staranie
I ważyć je, jak zdrowie, w drogę się gotuje,
A prędkością występek przeszły poprawuje;
Ani się pierwej Panu chce ukazać swemu,
Aż to sprawi, co przedtem poruczył beł jemu.
37
Do klasztora, gdzie widział furye niezbożne,
Skrzydła obrócił ślicznem malowaniem różne590;
Nalazł Niezgodę, która na krześle siedziała,
Nowe urzędy nowem bratom rozdawała,
Rada, o brewiarze że namniej nie dbają, .
W nienależące sobie sprawy się wtrącają.
Porwał ją dobry anioł za łeb, raz nogami
Tłucze piersi, drugi raz twarz brzydką pięściami.
38
Po grzbiecie, po ramionach ciężkie razy daje,
A głowy bić złej z piekła jędze nie przestaje.
Ta pokorniuchno prosi i obłapia nogi;
On po staremu błagać nie daje się srogi,
Ażby do afrykańskich obozów jechała,
A miedzy nie z swarami gniewy rozsiewała;
Nakoniec okrutniejszem grozi jej karaniem,
Jeśli ich nie uczyni swem własnem mieszkaniem.
39
Gdy tak ramiona, głowę i grzbiet z każdej strony
Niezgoda od anioła miała potłuczony,
Drży nędzna i czegoś się spodziewa gorszego,
Bieży prosto w przepaści piekła podziemnego
I tam dwujętne miechy591 porywa, któremi
Waśni chce wzniecać miedzy królmi pogańskiemi,
Aby w sercach ich znowu były odnowione,
Co zostały przed bitwą na czas umorzone.
40
Rodomonta, Rugiera, króla tatarskiego
Tak grzeje jędza brzydka, iż zaraz do swego
Agramanta, by się bić pozwolił, bieżeli
I wprzód słuszne przyczyny gniewów powiedzieli.
Więc też niebezpieczeństwa nie widzą żadnego
Od Karła: przy nich sława zwycięstwa wielkiego.
Wzajem wszyscy chcą podledz jego rozsądkowi,
Proszą, aby naznaczył plac pojedynkowi.
41
Marfiza też znać daje o przypadku swojem,
Równem się z Tatarzynem chce rozeprzeć bojem,
Który przedtem u źrzódła na polu poczęła
I zniewagę z despektem nad przystojność wzięła;
Jednej godziny nie chce czekać i borgować,
Tak przed wszystkiemi pragnie wprzód się z nim kosztować.
Pragnie i prosi króla, by jej zaraz z hardem
Pojedynek pozwolił czynić Mandrykardem.
42
Niemniej Rodomont duży592 chce pola pierwszego,
Najsłuszniejsze przyczyny iż ma do swojego
Nieprzyjaciela — mówi — które rozerwała
Bitwa, Agramantowi gdy się pomoc dała.
Rugier powiada, dłużej iż też trwać nie będzie,
Aż rozbójcy, co konia wziął, na garle siędzie,
Którego on dotychczas zatrzymał niesłusznie;
O tę krzywdę i bić się i umrzeć chce dusznie.
43
Tatarzyn te niezgody zawikłańsze czynił:
O znak w tarczy Rugiera i łajał i winił,
Żadnem sposobem nie chciał pozwolić mu tego,
Aby ptaka nosić miał tak, jak on, białego;
Głupstwem, zapalczywością rozegrzany, woła,
Iż w dziele Gradywowem wszytkiem trzem podoła,
I razem, jeśli pole stawić śmieją, woli
Bić się z niemi, jeżeli Agramant pozwoli.
44
Król prosząc, dobrodziejstwa przypomina swoje,
Nie życzy, aby krwawe wznawiać mieli boje;
Pokój chwali i woła, jak najbarziej może:
Ci nie słyszą, z prośbą nic rada nie pomoże.
Chce przynajmniej, aby to porządnie czynili,
A w rozmierzonem placu parami się bili;
Do czego najlepsze być losy upatruje,
Których, aby słuchali, srodze przykazuje.
45
Pierwsza para Rodomont z Mandrykardem była,
Na piśmie do szyszaka która się włożyła;
Tych z Tatarzynem Rugier dobry naśladuje,
W trzeciej z Rugierem królik z Sarce następuje.
Marfizę z Mandrykardem po nich zapisano,
Niestatecznej bogini na rozsądek dano.
Każe król brać, aliści wyciągną pierwszego
Rodomonta, a przy niem Tatarzyna złego.
46
Wnet z Mandrykardem Rugier beł zaś po tych wtóry,
A Rodomont z Rugierem w trzeciej parze, który
Gniewa się, iż mu miejsca los nie dał pierwszego;
Marfizie z Mandrykardem szczęście ostatniego
Czekać placu kazało, lecz ta marszczy czoło
Ani chce dla tej patrzeć przyczyny wesoło.
Niemniej Rugier, bo pierwszej pary wiedział siły,
Boi się, by się spólną śmiercią nie skończyły.
47
Od Paryża na milę jedno miejsce było
Rozkoszne, wszystkim dziwne uciechy czyniło,
Przekopem niewysokiem wkoło obegnąne,
Igrzyskom ponno jakiem umyślnie oddane.
Zameczek beł tam kiedyś, pięknie wywiedziony,
Teraz ogniem, żelazem do szczętu zniesiony;
Drugi przy drodze widać, a podobny temu,
Gdy z miasta ku przedmieściu idzie kto wielkiemu593.
48
Tam beł plac dla tej sprawy zaraz wymierzony,
Z drzewa krótkiego słusznem kwadratem złożony;
Dwie bramie, dosyć wielkie, miał przeciwko sobie,
Kształtem i urobione w jednakiej ozdobie.
Dzień, co się zdał do bitwy sposobny królowi
I który on rozkazał obwołać ludowi,
Już przyszedł; przed namioty widzieć się też dają
Rycerze, a namniejszych wymówek nie znają.
49
W namiecie, co rozbity beł ku zachodowi,
Sakrypant łupież smoczą wdział Rodomontowi,
Który olbrzyma członków dużością przemaga,
A tej prącej naśmielszej Ferat mu pomaga.
W tem zaś, co na wschód słońca bokiem właśnie stoi,
Mandrykarda król Gradas w twardą zbroję stroi
Z Falzyronem pospołu i tarcz serdecznego
Hektora kładzie zaraz na ramieniu jego.
50
Król afrycki na krześle pięknem i wysokiem
Siedział, wspaniałem patrząc po swych wojskach okiem;
Z niem Hiszpan i Stordylan, przedniejszy panowie,
Których czczą, ważą wszyscy pogańscy wodzowie.
Szczęśliwy, kto pagórku dość może jakiego
Albo drzewa, żeby mógł wszytko widzieć z niego;
Tak wielki lud tak wielką ciżbę widząc wszędzie,
Łamią porządek ci, co stoją w pierwszem rzędzie.
51
Z królową kastylijską księżny i królowe
Siedziały, na surowy bój patrzyć gotowe;
Inszej białej płci dosyć tak z Aragoniej,
Jako z Granaty żyznej, więc i z Sywiliej.
Stordyłanowa córa w pojśrzodku siedziała,
A dwie szaty na pjzęchwał dziwnie drogie miała;
Niedoskonale jedna czerwonawa była,
Zielona druga, a maść jakby swą traciła.
52
W krótkiem ubierze stała Marfiza wspaniała,
Jak zwykła do potrzeby bohatyrka śmiała;
W termoodońskich polach594 tak się ubierała
Hipolita595, gdy wojsko dziewcze szykowała.
Już z rozkazania przyszli Agramantowego
Iraldowie596 stanowić prawa wolej jego,
Których nie godziło się przestąpić nikomu
I słowem i uczynkiem, ażby byli w domu.
53
Gęsty gmin, co beł wielką chęcią uwiedziony
Na pojedynku widzieć bohatyry ony,
Długo na nich czekając, srodze tęsknią sobie.
Wtem nowy rozruch jakiś słyszą w onej dobie,
Który z namiotu wyszedł króla tatarskiego;
Ale przyczynę iż dał do poswarku tego
Król serykański duży, uwierzcie bezpiecznie,
Gdy mu Duryndanę wziąć chciał jego koniecznie.
54
Już beł na Mandrykarda zbroję włożył hardy
Gradas i miecz przypasać chciał do boku twardy,
Miecz, co go Orland w lesie zarzucił szalony,
Kiedy różne obchodził bez rozumu strony:
Ujrzał pismo na samem u głowice kraju
Z herbem, który miał nosić Almont we zwyczaju;
A tę broń zacny Orland u źrzódła jednego
Wziął, Almonta zabiwszy w Asprmoncie dużego.
55
Gdy poznał Duryndanę Gradas doświadczoną597,
Która tak sławną była i tak ulubioną
Pana z Anglantu bronią, dla której przeszłemi
Czasy wyprawiwszy się z wojski przebrańszemi,
Kastylijskie królestwo podbił i zhołdował,
A Francyej według swej wolej rozkazował,
Zdziwił się, ale nie mógł domyślić się tego,
Jak się Mandrykardowi dostała od niego.
56
Pyta, jeżeli mocą lub przyjacielskiemi
Otrzymał ją od niego sposoby dobremi.
Ten powiada, iż krwawy dla miecza ostrego
Bój miał i gwałtem go wziął od grabie mężnego,
Który szaleństwo zmyślał w rozmajtem sposobie,
Tusząc, iż tak pokrywszy strach, uczciwiej sobie
Może radzić, strach, co go w ten czas trapił srodze,
Kiedy mu Duryndanę musiał dać na drodze.
57
Tak o zdrowie bóbr z chciwem myśliwcem targuje,
Na ostatek własnem je strojem okupuje.
»Wymyślaj ty przyczyny, jakie możesz, sobie —
»Gradas rzecze — ja pewnie miecza nie dam tobie.
»Słów próżnych słuchać nie chcę, znam twoje wykręty
»I rad ujźrzę, jeśli mi z ręku będzie wzięty.
»Tak wielem na to ważył ludzi, srebra, złota,
»A teraz czemu mój być nie ma bez kłopota?
58
»Starajże się o szablę z inszej sobie strony
»Na inszy pojedynek dla zdrowia obrony,
»Bo ja tej nie ustąpię, ani pragnę tego
»Wiedzieć, jeślić jej dostał od grabie głupiego.
»Swoje, gdziem zdybał, biorę: i to są słuszności,
»Kiedy każdy przy swojej zostawa własności.
»Przestańże na tem, chceszli: ja nie dysputuję,
»Raczej tą bronią słów tych poprawić ślubuję.
59
»I słuszniej, że ją męstwem sobie nagotujesz,
»Niżli się z Rodomontem dużem pokosztujesz;
»Bo i zwyczaj tak dawny służy żołnierzowi:
»Wprzód broń kupić, potem iść śmiele ku bojowi«.
Odpowieda Tatarzyn, wzniówszy harde czoło:
»Żaden głos uszu moich nigdy tak wesoło
»Nie uderzył: pódź, rzeczą spróbujem tej mowy;
»Gdy Rodomont pozwoli, jużem ja gotowy.
60
»Dokaż tego, abym się, wprzód obran, bił z tobą,
»Potem król z Sarce i ja będziem czynić z sobą.
»Nie wątp, wygodzę pewnie żądaniu twojemu,
»Ciebie zabiwszy zaraz, dam się znać drugiemu«.
Krzyknie Rugier: »Ja nie chcę, abyś sprawiedliwe
»Losy rwał; próżno gniewy wszczynasz uporczywe:
»Albo Rodomont w pole niech z tobą wprzód idzie,
»Albo mnie uderzyć się zaraz o cię przydzie.
61
»Bo jeśli Gradasowe słuszne są i twoje
»Słowa, iż przed bitwą ma dostać rycerz zbroje,
»Nie powinieneś orła zażywać białego,
»Aż mię zwyciężysz, aż mię męstwem odrzesz z niego.
»Alem ja nie jest sprzeczny: co szczęście kazało
»Słucham i komu pierwszy plac do bitwy dało,
»Ustąpię; wiesz, iż wtóre nasze jest potkanie,
»Jeślić po pierwszej bitwie siły co zostanie.
62
»Jeżeli też rozwiązać porządek przystojny
»Zaraz chcesz, nad umowę biorąc się do wojny,
»Wiedz, że i ja nie strzymam, rwać go pewnie będę,
»Aż ci tarcz wydrę, aż ci na garle usiędę«.
Odpowie mu Mandrykard, przykro rozgniewany:
»Choćbyś ty i on Mars beł, w dyament ubrany,
»Nie zabronicie miecza nosić mi dobrego
»Przy inszej jasnej zbroi Hektora wielkiego«.
63
Tak rzekł, gorącą wewnątrz kolerą ruszony,
A potem Gradasowi pięścią wymierzony
Zadał ciężki policzek, iż z prawice jego
Wypadł miecz najkochańszy Orlanda zacnego.
Ten, co się nie spodziewał i nie wierzył temu,
By tak głupio miał się dać uwieść drugi swemu
Gniewowi, stał na razie i miecza pozbywa,
Który Mandrykard zaraz z ochotą porywa.
64
Srogiej zapalczywości jadem Gradas błyska,
Twarz mu gore, z czerwonych źrzenic ogień ciska;
Wstyd go, padła nań zmaza despektu jawnego
Między kupą rycerstwa najwyborniejszego.
Pragnie pomsty, w zad jednem krokiem ustępuje,
A dużą ręką szablę swą ostrą wymuje.
Mandrykard tak jest śmiały, tak serca wielkiego:
Wyzywa i Rugiera z niem oraz mężnego.
65
»Pódźcie — woła — chcecieli, obadwa zarazem,
»I Rodomont niech wam da pomoc jednem razem
»Afryka z Hiszpanią, z inszemi narody:
»Nigdy się was nie zlęknę i nigdy do zgody
»Nie przydę«. Kręci srogi mieczem ustalonem,
Ten świszczy, po powietrzu idąc przerzedzonem;
Paiż598 na ramię kładzie, a gniew zapalczywy
Śle z bystrych na Rugiera oczu płomień żywy.
66
Którego Gradas prosi, aby to staranie
Nań włożył i pierwsze mu pozwolił potkanie.
»Uleczę ja — mówi mu — wnet szaleństwo tego,
»Co to chce tryumfować dziś z świata wszytkiego«.
Rugier nie myśli o tem, wstyd go mocny kole,
Krzywdę i pierwsze swoje być powieda pole.
Spórka599 między obiema trwa w dziwnem sposobie,
Tak ten, jak ów wprzód w placu stanąć życzy sobię.
67
Hamuje ich co żywo, wszyscy się zbiegali,
Aby w nich niepożądne600 gniewy uśmierzali;
Ale cóż, nie sprawiwszy, nadarmo pracują,
Niebezpieczeństwo cudzem zdrowiem swe kupują.
Nie przywiódłby ich ponno wszystek świat do zgody;
Sam zacny syn Trojanów bojąc się stąd szkody,
Przybiegł z królem hiszpańskiem, powagę którego
Znać po winne i wojsko słuchało jednego.
68
Pyta król, nienawiści co jest za przyczyna
Tak nagłych, przy kiem więtszą najduje się wina;
Sposoby rozmajtemi potem usiłuje
I dziwne pojednać ich środki wynajduje.
Prosi, aby przynajmniej na ten dzień dobrego
Miecza Tatarzynowi Gradas dał swojego,
Póki końca nie weźmie bój w placu surowy,
Gdzie Rodomont do bitwy czekał już gotowy.
69
Gdy Agramant koło tej sprawy pilno chodzi,
Z tem, z owem rozmawiając, pojednać ich godzi,
Inszy krzyk usłyszeli z namiotu drugiego,
Gdzie Rodomonta Cyrkas ubierał dużego.
Bo ten, jakom powiedział przedtem, z swej ludzkości
Zbroję na Rodomonta kładł dziwnej twardości,
Zbroję, co Nemrotowa własna kiedyś była,
Teraz z Sarce królowi w potrzebach służyła.
70
Przyszli oba, gdzie koń stał bogato ubrany,
Wędzidła złote gryząc, gęste ciskał piany,
Koń Frontyn, co nadeń nic Rugier kochańszego
Nie miał i z Rodomontem bić się chciał o niego.
Sakrypant, który prącej podjął się takowej,
Zbrojnego do zabawy prowadzić Marsowej,
Pojrzał zaraz, warownie jeśli601 ukowany
I jeśli inszem dobrze rynsztunkiem odziany.
71
Gdy mu się tak król z Cyrkas pilno przypatruje,
Znaki, grzeczność, urodę kształtną ogląduje,
Bez chyby poznał prędko Frontalata602 swego,
Co kiedyś w wielkiem bywał kochaniu u niego
I po którem zbyt tęsknił, gryzł się i frasował,
Tysiąc poswarków, tysiąc bitew odprawował
Ani chciał więcej wsiadać na konia inszego,
Ale piechotą chodził aż do czasu tego.
72
Od Brunella na ten czas wzięty beł niecnoty
Przed Albraką, gdy ukradł Angelice złoty
Pierścień, potem kochaną szablę Orlandowi,
Balizardę, kiedy biegł czatą603 ku wschodowi,
Więc Marfizie miecz i róg, złotem oprawiony;
Wszystko to bieglec604 Brunel, w chytrościach ćwiczony,
Do Afryki przyszedszy, oddał Rugierowi,
Który przezwisko insze odmienił koniowi.
73
A kiedy go bez wszelkiej poznał wątpliwości
Król cyrkaski, zażywać nie chce cierpliwości.
»Wiedz — mówi — iż to mój koń, z dawna ulubiony,
»Co mi beł u Albraki chytrze ukradziony;
»Więcej świadków dam na to, niż włosów na głowie.
»Ale na cóż to dobra, co po próżnej mowie?
»Bo jeśli tego przyznać kto nie chce, zarazem
»Stwierdzę tych słów, dobywszy od boku, żelazem.
74
»Ato dla kompaniej i spólnej miłości,
»Co gorąca urosła w tej czasu krótkości,
»Na dzisiejszy dzień konia pożyczam ci tego,
»Bo nie zdołasz na inszem czynić tak strasznego
»Pojedynku; cnotliwem tylko słowem swojem
»Przyrzecz mi, że on już jest mojem, a nie twojem.
»Inaczej przywłaszczyć go byś miał, nie wierz temu:
»Prędzej w tem polu kupisz śmierć sobie samemu«.
75
Rodomont, co nad niego nigdy pyszniejszego
Nie było ani mistrza w bitwach bieglejszego,
Mocą do tego, siłą, sercem przedniej szemu
Zawsze bohatyrowi zrównał on każdemu,
Odpowie: »Sakrypancie! harde twoje mowy
»Przyniosłyby drugiemu upadek gotowy;
»I nie tak barzo pewnie sobieby zaszkodził,
»Kiedyby bez języka niemy się urodził.
76
»Ale jakoś powiedział, niedawno zawzięte
»Przyjacielstwo tak gniewy me rządzi ujęte,
»Iż wzgląd słuszny muszę mieć na cię, choć głupiego,
»I upomnieć, abyś się boju nierównego
»Strzegł pilno, aż wprzód ujrzysz bitwę dokończoną,
»Mnie z Tatarzynem w polu przez los naznaczoną.
»Obejmie cię strach, tuszę, i »Weź konia!« rzeczesz,
»A potem lub się skryjesz lub z placu ucieczesz«.
77
»Ludzkość ci pokazować głupstwo, widzę, wielkie —
»Rzekł Cyrkaszczyk — więc kiedy chęci moje wszelkie
»Nie mogłyć wzruszyć serca bynamniej grubego,
»Szczerzeć mówię, chciej konia zaniechać mojego.
»Bo ja dotąd, nie wątp nic, bronić ci go będę,
»Póki tej szable ostrej z ręku nie pozbędę.
»A nakoniec, gdyby to chybiło, zębami
»Kąsałbym się i drapał z tobą paznokciami«.
78
Od stów przykrych, gróźb, swarów, które gniewy rodzą,
Zaraz do bitwy, zaraz haniebnej przychodzą.
Nigdy najsuższe słomy takich nie wydają
Ogniów, zapalczywości jakie w nich wzniecają.
Ten od głowy do stopy żelazem odziany,
Ów prócz zbroje przecię w bój wchodzi niespodziany.
Lecz krzywda tak go uczy, słusznej pomsty chciwa,
Iż, jak szermierz nalepszy, bronią się okrywa.
79
Rodomontowe męstwo, potęga i siła,
Choć inszych niemal wszystkich w wojsku przechodziła,
Więtsza nie jest, niżeli ostrożność drugiego
Z chyżością, co ran broni ciała niezbrojnego.
Nie czyniła obrotów prętszych młyńska skała,
Kiedy ziarno dla starcia w mąkę przyciskała,
Jako w ten czas Sakrypant raz ręką, raz nogą;
Widzi, iż sztuki ledwie gwałtowi pomogą.
80
Szabel swych z Serpentynem Ferat dobywają
Iśmiele w pośrzodek ich zarazem wpadają;
Król Grandoni, Izoler śpieszą się za niemi
Z wojska sarraceńskiego z ludźmi przedniejszemi.
Huk, zgiełk głośny z namiotu wypędził każdego,
Który przeszedł okopy obozu wielkiego.
Mandrykard też i Rugier zaraz przybywają,
Aby ich pogodzili, pilno się starają.
81
Nowiny przyniesiono wnet Agramantowi,
Iż Rodomont o konia przeciw Cyrkasowi
Krwawy bój wszczął i z niem się, jak trzeba, próbuje.
Ten słysząc, niezgód takich serdecznie żałuje,
Potem westchnąwszy ciężko, rzecze Marsylemu:
»Tych baczeniu, o królu, poruczam twojemu:
»Miej, proszę, oko, aby do zgody się mieli,
»A dawnych, możeli być, gniewów zapomnieli«.
82
Kiedy Rodomont króla postrzegł idącego,
Cofnął się i w zad krokiem ustąpił od niego;
Z takiem go i Cyrkaszczyk przyjął szanowaniem.
Ten pyta, kto przyczyny pierwszem zgrzeszył daniem;
Z oczu powaga pańska i z słów się znać daje,
Twarz605 królewską wspaniałe zdobią obyczaje.
A kiedy się już od nich dowiedział wszytkiego,
Chce jednać, lecz pożytku nie czyni żadnego.
83
U Rodomonta dłużej aby beł koń jego,
Sakrypant nie pozwala i słowa żadnego
Nie da rzec, na ostatek sposoby inszemi
Pożyczyć go nie myśli, ażby pokornemi
Słowy Rodomont prosił. Ale ten zuchwały
»Ani niebo — mówi mu — ani ten świat cały
»Nie dokaże, abym się o to kłaniał tobie,
»Czego męstwem i szablą mogę dostać sobie«.
84
Król pyta Sakrypanta, coby miał do tego
Konia, kędy go stracił i czasu którego.
Ten powieda, a z żalu ledwie łez nie leje,
Na męskiej twarzy wszytek wstydem czerwienieje:
»Nigdy, królu, złodzieja, nigdy sztuczniejszego
»Nie widziałem, jako ten, co konia wziął mego.
»Zamyśliłem się, a on cztery kije włożył606
»Pod siodło: tak go ukradł, tak mię zdrajca pożył«.
85
Przyszła też i Marfiza na ten krzyk z drugiemi,
Gdy na Brunella Cyrkas skarżył przed wszytkiemi.
Słucha, na pięknej twarzy wnet się zasępiła,
Wspomniawszy, iż też swą broń dnia tego straciła.
Patrzy na koń, co ledwie nogami rączemi
Nie porówna w zawodzie z ptaki lekcejszemi.
Sakrypanta, którego przedtem nie widziała,
Poznawszy, zaraz ludzka chętnie przywitała.
86
Drudzy zaś, wkoło wielki co plac otoczyli
I chytrości świadomi Brunellowych byli,
Obróciwszy wzrok prosty i twarzy do niego,
Mruganiem dawali znać, iż to sprawka jego.
Marfiza podejrzenie nań ma, wszytkich pyta
I chciwemi uszyma nowe skargi chwyta
Tak długo, aż się pewnej rzeczy dowiedziała,
Iż to beł Brunel, przezeń co broni stradała,
87
Bruneli, co go Agramant dla dziwnych chytrości
Z tyngitańskich umyślnie wziął do siebie włości,
Godniejszy, aby stryczek gardziel niecnotliwy
Ścisnął mu, ciało krukom dał w pokarm brzydliwy.
Zastarzały Marfiza uraz607 przypomniała,
Zaczem uczynić pomstę zaraz obiecała;
Skarać chce zdrady, figle i fortele jego:
Tkwią troski, co ją gryzły dla miecza wziętego.
88
Wnet od giermka kochaną przyłbicę porwała,
Bo żelaznego blachu nigdy nie składała
Od tego dnia, jako mu kształtne członki swoje
Przyzwyczaiła; ledwie z dziesięć dni bez zbroje
Widziano ją: tak żywot rycerski ważyła,
Tak wszytkie w nim rozkoszy swoje położyła.
Wziąwszy szyszak, biegła tam, gdzie miedzy pierwszemi
Beł Brunel, na bój patrząc oczyma bystremi.
89
W chytre piersi zarazem dużo go trafiła,
Zaś potem tak od ziemie prędko podnosiła,
Jako rozbójca orzeł pazury krzywemi
Matkę bierze zdumiałą z kurczęty drobnemi,
I niesie rączo franta tam, gdzie król z drugiemi
Miedzy bohatyrami gniew koił srogiemi.
Brunel niebezpieczeństwo widząc, ręce wznosi,
Płaczem twarz zlewa hojnem, o ratunek prosi.
90
Tak krzyczał, wołał Brunel, gwałtem utrapiony,
Aż głos rycerzów onych już beł zagłuszony,
Co poswgrkami wszytko pole napełniali,
Kiedy do bitwy swoje umysły skłaniali;
Raz pomocy, drugi raz żąda odpuszczenia.
Wszytko wojsko zbiega się na jego wrzeszczenia;
Ta go trzyma, a potem przed królem stanęła
I mówić, najweselszą twarz wzniózszy, poczęła:
91
»Ja chcę widzieć, o królu, zaraz łotra tego,
»By też przez ręce moje, tu obieszonego,
»Bo w ten dzień, kiedy ukradł złodziej konia temu,
»Mój też własny przypadał miecz sobie samemu;
»A jeżeli tu kto jest, coby słowom mojem
»Nie wierzył, niechaj stanie, niech się z męstwem swojem
»Popisuje przed tobą; bo ja chcę ukazać,
»Iż o krzywdę swą zkoni mogę mężów zrażać.
92
»Ale, aby płochości mej nie przyczytano
»Ani za rozsiewaczkęniezgód rozumiano,
»Bo wiem, iż wielką pracą, godząc ich, masz z temi,
»Co rycerzami w wojsku twem są przedniejszemi,
»Trzy dni mu sfolgowawszy, żywotem daruję.
»Ty w tem czasie wyzwól go; boć pewnie ślubuję,
»Iż jeśli sam nie zjedziesz lub nie poślesz swego,
»Tysiąc ptaków nakarmię trupem zdrajcę tego.
93
»Trzy mile stąd nowy mam kasztel, abyś wiedział,
»Mały gaj wkoło niego; tam on będzie siedział.
»Tam z niem jadę, a z sobą nie biorę nikogo
»Prócz dziewczyny niewielkiej a sługi jednego.
»Jeśli kto śmie gonić mię, niechajże spróbuje,
»Byle duży608, bo pracą nielekką poczuje«.
To rzekszy, rączem konie żartko obracała
W swą drogę ani czekać odpowiedzi chciała.
94
Brunel siedzi na karku końskiem, smutne głosy
Powtarza, ta go trzyma za zjeżone włosy;
Łzami kropi zanadrze, wołając częstemi
Imiony na pomoc tych, co wiódł przyjaźń z niemi.
Król, kiedy takie w rzeczach widział zamieszanie,
Biedzi się, rozwikłać to ma pilne staranie;
Ale mu to niemiło, zbytnie się frasuje,
Iż takową zniewagę od Marfizy czuje.
95
Nie dlatego, aby się w niem kochał, bo wszytkie
Sprawy Agramantowi były jego brzydkie
I często po zgubieniu pierścienia onego
Życzył widzieć na buku gdzie zawieszonego;
Ale postępek taki Marfizin bezpieczny609
Gryziego i wzbudza w niem żal z gniewem serdeczny;
Twarz wstydem pała, chce ją gonić swą osobą,
Aby pomstę uczynić kazał z niej przed sobą.
96
Sobryn, co na ten czas beł obecny u niego,
Odradza, uśmierzając sierdzistości jego.
»Nie zyńdzie się — powieda — stanowi twojemu,
»Byś tak wiele pozwolić miał gniewowi swemu.
»Co za sława i chwała, gdy z małej przyczyny
»Przez szablę będziesz jednej dobywał dziewczyny?
»Więtsza zmaza, choć pewnie, iż wygrasz, nadzieje
»Potuszą, a życzliwy Mars ci się rozśmieje.
97
»Mała uczciwość, wierz mi, a niebezpieczeństwo
»Stąd wielkie; raczej życzę, abyś swowoleństwo
»Brunellowe pokarał: niech jego niecnoty
»Ustaną, niech ma swojej zapłatę roboty.
»I choćbyś go wyzwolić mógł z więzienia tego
»Przez najpodlejsze środki, cóż sprawisz dobrego?
»Bo czemuż, gdyś jest na tem, nam sprawiedliwości
»Nie masz czynić i karać z występkami złości?
98
»Pośli raczej, tak radzę ja, z swoich którego
»Do Marfizy, aby cię obrała sędziego,
»Z obietnicą, iż stryczek dasz złoczyńcy temu
»Na szyję, powołaniu dosyć czyniąc swemu.
»Zostanie ona, tuszę, ukontentowana
»Ani przyjaźń mem zdaniem będzie rozerwana.
»Rzecz to równa, bo słuszność i sama chce tego
»Obiesić, szubienice wysokiej godnego«.
99
Baczny król rozsądnego usłuchał Sobryna;
Widzi, iż z Bruncllowych przebiegów przyczyna.
Już wojska za nią nie śle i sam nie pojedzie,
Terminu dnia trzeciego raczej czekać będzie;
Sobrynową skłoniony pozwala mądrością,
Aby posłał prosić jej, choć ci to z ciężkością,
Bo znieść rycerstwa gniewy chce zajątrzonego
I obmówiska610 zatrzeć obozu swojego.
100
Niezgoda rozruch widząc, z radości się śmieje,
O pokoju z przymierzem już niema nadzieje;
To tu, tu ówdzie biega po placu szerokiem,
Miejsca w sercu nie może uczynić głębokiem
Dobrej myśli. Pycha, z nią jędze nieszczęśliwe
W piersiach pogańskich ognie niecąc gniewów żywe,
Tak straszny wrzask w królestwo wyszsze posyłają,
Iż o swem Michałowi znać zwycięstwie dają.
101
Zadrżał Paryż, rzeki się od gruntu wzburzyły
Na krzyk piekielny, co go iarwy uczyniły.
Dźwięk głosów aż do łasa przeszedł Ardeńskiego
I źwierzów z legowiska wypędził własnego;
W Alpes i na Gebeńskiej górze611 się rozlega,
Echo Blaje612, Ruanu613 i Arie dosięga;
Ren, Rodan i z Garonną Sonna614 usłyszała,
A mać dziecko do piersi każda przyciskała.
102
Pięć bohatyrów, co już słusznie umyślili,
Aby przez szable krzywdy wprzód swoje skończyli,
Tak barzo powikłanych spór nagły zostawił,
Iż z trudnością Apollo samby ich wybawił.
Agramant węzeł sztuczny, nie chcąc, rozwięzuje,
Pierwszej pary gniew godzić raczej usiłuje,
Która dla pięknej córy króla granackiego
W placu ostremi mieczmi chce dowodzić swego.
103
Wszytkie obrócił mądry król starania swoje,
Aby uśmierzył straszne miedzy niemi boje;
Raz do tego, drugi raz idzie do owego,
Wraca się po wielekroć bez skutku żadnego.
Widzi jednako głuchych, nie słuchają rady,
Tak ten, jak ów, do krwawej ma się zaraz zwady.
Nie chcą pół godziny być bez kochania swego;
Stąd zdrój żywy wyniknął gniewu ich dużego615.
104
Na ostatek swoje jem zdanie ukazuje,
Przez które razem obu wnet ukontentuje;
Prosi ich, rozsądkowi aby się poddali
Nadobnej dziewki swojej, a słowo strzymali
Tem sposobem, iż będzie ten mężem jej wiecznie,
Którego ona przyzna, a prawdę koniecznie
Ma powiedzieć. Wnet na to oba pozwalają:
Tak jednaką w miłości jej nadzieję mają.
105
Król z Sarce, co oddawał szczere jej posługi
Wprzód dobrze, niż Mandrykard, przez czas dosyć długi,
Wzajem ona zawsze mu chęć pokazowała,
Póki uczciwość zacnej panny pozwalała,
Rozumie, iż ten śrzodek będzie z lepszem jego
I uczyni go już, już, jak chciał, szczęśliwego.
A nie tylko on temu sam wierzy tak snadnie,
Ale afrycki wszystek lud, którem on władnie.
106
Wiedzieli o tem wszyscy, jako trudów wiele
Podjął, kwoli niej w szrankach czyniąc często śmiele;
Więc i w różnych potrzebach różne on ochoty
Pokazował, chcąc ją mieć swej zapłatą cnoty.
I gdyby na to przypadł Mandrykard, mniemali
Iż go postanowieniem tem już oszukali;
Ale ten, co często z nią swe uciechy miewał,
Z próżnych sądów prostego gminu się naśmiewał.
107
A gdy królowi stwierdzić swój ślub pozwolili,
Prosto do Doraliki pięknej powrócili;
Ta twarz wdzięczną i oczy wstydliwe schyliła,
Potem swem Tatarzyna mężem naznaczyła.
Na głos niespodziewany po sobie spojrzeli
Wszyscy i długo słowa przemówić nie śmieli.
Na pół zmartwiał Rodomont, słysząc to zdumiały,
Łzy mu ciepłe z zaćmionych oczu wyleciały.
108
Jak zaś gniew wygnał z serca żal i wstyd ciężkiego,
Wstyd, co twarz zarumienił najsmutniejszą jego,
Fałszywy dekret zowie i niekontent z niego,
Do miecza siągnął, który miał u boku swego,
Mówiąc: »W oczach zarazem ten waszych osądzi,
»Kto z nas ma sprawiedliwszą, kto w słuszności błądzi;
»Ja na zdaniu niewiasty lekkiej nie przestanę,
»Co często puszcza złą rzecz za dobrą w zamianę«.
109
Nie wycierpiał Mandrykard przykrej onej mowy,
Rzekł: »Jakoć się podoba, wszakem ja gotowy;
»A co mówisz, to mieszkasz616«. Zatem jużby byli
Nienawiści pokryte znowu odnowili;
Ale Agramant pojrzał krzywo na zjadłego
Rodomonta i zaraz zamknął gębę jego.
Mandrykard też widząc to, już ciższym zostaje,
Puszcza gniew, hamować się towarzystwu daje.
110
Dwojakiem wstydem królik z Sarce zapalony
Twarz ku ziemi i swój wzrok trzymał pochylony;
Niefortunę cicho klnie, z wojska ustępuje,
Królowi i dziewczynie płochej nie dziękuje:
Nie chce, aby tam dłużej noga jego stała,
Gdzie w oczach zacnych mężów wzgarda go potkała.
Jedzie, a z ludu swego dwu tylko sług bierze,
Których staraniu zdrowie swe zleca i wierze.
111
Tak żalu nie mogąc znieść, byk odchodzi srogi,
Gdy ostre utopiwszy w niem kilkakroć rogi,
Wyrzuca go od stada spółmiłośnik jego;
Ten wstydem zjęty, lasu szuka pochmurnego
I tam położywszy bok na piasku skrwawiony,
Gniew z rykami pospołu puszcza w różne strony;
Nie cieszą go z pastwiskiem najchłodniejsze źrzódła:
Wskróś wstyd, ból, srom, miłość haniebnie go zbodła.
112
Postrzegł Rugier, kiedy wsiadł na Frontyna jego,
Co igrzysko miał w placu mieć krwawe dla niego;
Bieży za niem, ale wnet przypomina sobie,
Iż z Mandrykardem bić się winien w onej dobie.
Tak został, chcąc ukazać wprzód Tatarzynowi,
Że krzywdy czynić nie da białemu orłowi;
Pragnie w szranki uprzedzić króla z Serykany,
Co przez bój chciał kradzionej dostać Duryndany.
113
Gryzie się jednak srodze, iże w oczach jego
Konia wzięto, a bronić on nie może tego.
Milczy, sposobniejszemu puszcza to czasowi,
Teraz ku przyszłemu się gotuje bojowi.
Ale Sakrypant, inszej co nie ma przeszkody,
Żadną miarą upuścić tej nie chce pogody:
Udał się prosto po niem i stóp naśladuje,
Które między inszemi świeższe upatruje.
114
I jużby go beł pewnie tam dopadł zarazem,
Ale przypadek dziwny trafnem beł przekazem,
Przypadek, do wieczora co gwałtem samego
Zatrzymał go i stracić ślad przymusił jego.
W Sekwanie piękna dziewka już była tonęła,
Gdyby była ratunku od niego nie wzięła;
Ale ten skoczył z konia, a potem do wody
I ledwie żywą wyrwał z ostatniej przygody.
115
Potem kiedy na konia chciał znowu wsieść swego,
Nie postrzegł, jako z ręku wnet się wyrwał jego
I ucieka wciąż pędem; ten wołając goni,
W ciasnych miejscach przebiega i ucieczki broni.
Nakoniec poimał go, lecz śladu dawnego
Już nie najdzie, choć. do dnia szukałby sądnego,
A raczej we dwuset mil prostą drogą będzie,
Niż krążąc Rodomonta najdzie i dojedzie.
116
Kiedy go nalazł, jako wespół się zjechali,
Jak z złem Sakrypantowem swego dokazali,
Bo konia utraciwszy, beł poiman potem,
Zamilczę teraz, niżej będę pisał o tem.
Wprzód mi trzeba powiedzieć serdeczne żałości,
Gniewy i zapalczywe mowy, zelżywości
Rodomonta, któremi króla i dziewczynę
Szczypał, obojgu dając swych niefortun winę.
117
Subtelne wiatry ciepłem wzdychaniem zagrzewał,
Gdy częstokroć poganin wzgardzony omdlewał;
Smutne wznawiając skargi, Echo głos niecały
Rozsyłała z padołu między bliższe skały.
»O lekkich niewiast — mówił — zdradziecki narodzie!
»Jakoś się mienić prędko zwykł ku naszej szkodzie!
»Tak to wiarę i służby lekko ważysz sobie!
»Nieszczęśliwy, mizerny ten, kto ufa tobie.
118
»Ani długi czas wiernych posług moich ani
»Szczera miłość, piersi me co i teraz rani
»I którejeś tysiącem znaków probowała,
»W powinnościach ci serca swych nie zatrzymała.
»Nie dla tegom ja pewnie od ciebie wygnany,
»Niegodniejszy abym beł, niż kto, rozumiany
»Łaski twej; lecz nieszczęścia ta mego przyczyna,
»Że niestateczna, płocha, odmienna dziewczyna.
119
»Wierzę, iż cię dla tego natura stworzyła,
»Przeklęta płci niewieścia, byś szalbierska była,
»A mężczyzna w uciechach nie prowadził swego
»Żywota, dał mu cię Bóg na złe więtsze jego.
»Tak on jadowitemu rodzić się wężowi
»Kazał, aby swem żądłem szkodził człowiekowi;
»A na co wilk z niedźwiedziem, bący i szerszenie,
»Kąkol w zbożu, na to nam złe twoje nasienie.
120
»Czemu Bóg nie pozwolił człowiekowi tego,
»Aby bez ciebie wszego mógł zażyć lubego?
»Tak gruszka, śliwa, jabłko swe owoce dają,
»Choć ludzkie tylko ręce róść im pomagają.
»A kiedy upatrować pilniej rzecz będziemy,
»I samo przyrodzenie we wszytkiem najdziemy
»Niedoskonałe, bo się natura mianuje
»Imieniem białogłowskiem, co w statku szwankuje.
121
»Jeśli harde dlatego wznosisz, pyszna, czoło,
»Że mężczyznami świat ten, jako wielki, wkoło
»Napełniasz: i różą też najwonniejszą rodzi
»Ciernie, a przecię kole, przecię wszytkim szkodzi.
»O marne i uporne, wszelakiej miłości
»Próżne, kłamliwe, chytre, złe, pełne zazdrości
»Bez porady i wiary, w fałsz, w zdradę ubrane,
»Na ten świat dla zarazy mężczyznom zesłane!«
122
Gdy tak łajał Rodomont i skargi rozwodził,
A od obozu co raz tem dalej odchodził,
Zdało mu się, jakoby doszedł uszu jego
Głos mowy zrozumianej z gaju co bliższego,
Iż niesłusznie zwaśniony, szkaradnemi słowy
Na uczciwem wspaniałe szczypał białegłowy;
Bo jeśli jedna lub dwie złość swą pokazują,
Tysiąc zaś na to miejsce dobrych się najdują.
123
Dał miejsce rozumowi Sarracen strapiony
I tak sam z sobą mówił, prawdą przyciśniony:
»Próżno to, choć te, w których aż do czasu tego
»Kochałem się, nic w sobie nie miały szczerego,
»Nie już drugie zarazem zdrajczyne617 być mają;
»Nieszczęścia raczej moje te męki mi dają.
»Siła była takowych, jest i będzie siła,
»Co ich cnota z dobrocią w niebo wprowadziła.
124
»Wżdyć jeszcze kiedykolwiek i ja doznam tego,
»Nim umrę, nim się włosu doczekam siwego,
»Że natrafię na taką, coby chęci moje
»Ważyła i wzajem mi oświadczyła swoje,
»Przysięgi dotrzymawszy; tak mi się nagrodzi
»Moja szczerość, co przykry dziś żal we mnie rodzi,
»A ja po, takiej próbie wszystkiemi siłami
»Chwalić ją i językiem będę i pismami«.
125
To mówił, ale wodzów618 nie ujął gniewowi,
Który przeciwko dziewce swej miał i królowi.
Tak tę ustawicznie klął, jako i owego,
Obojgu z dusze życząc nieszczęścia wszystkiego.
Radby widział królestwo jego wyniszczone,
Domy wszystkiej Afryki tak popustoszone,
Iż kamień na kamieniu nie zostałby cały,
A poddanych powietrza aby w grób posłały,
126
Albo żeby go z państwa wygnali własnego,
Przymusiwszy żywota jąć się żebraczego,
A on w nieszczęściach takich i w ciężkiem frasunku
Na stolicę go wsadził i dodał ratunku,
Szczerej swej wiary korzyść tę przeciwko niemu
Ukazując, iż służy, chocia niewdzięcznemu,
I jako przyjaciela nie zmienią wiernego
Najgwałtowniejsze razy szczęścia przeciwnego.
127
Tak pałając chciwością pomsty ku królowi,
Żadnego odpoczynku nie dał Frontynowi;
We dnie i w nocy bieży, od żalu umiera,
Sen łzami obciążonych powiek nie zawiera,
Aż na gościniec inszy przypadł dnia trzeciego
U Sonny, co do morza wiedzie głębokiego;
Którem do swej Afryki jechać się gotuje,
A wzgarda, jako przedtem, zrze go i morduje.
128
Tak ów, jako i tamten, oba brzegi miały
Statków siła, co przejazd dość wczesny619 dawały,
Któremi na potrzebę wojska pogańskiego
Żywności do obozu wieziono wielkiego.
Bo gdy się Sarraceni pod Paryż ściągali,
Wszystkie rzeki, jeziora w moc swą zaraz brali,
I te, co ku hiszpańskiem granicom się mają,
I co po prawej ręce pola zalewają.
129
Z bark zaś żywność na muły i wozy kładziono,
A lądem dróg świadomszem prowadzić kazano.
Pełno wszędy po polach bydła rogatego,
Tak za pieniądze, jako czatą620 dostanego;
Kupców rozmajtych dość targi odprawują,
Swój poprzedawszy towar, u drugich kupują.
Tem czasem wieczór nadszedł późny i każdego
Do stanowiska odyść przymusza własnego.
130
Król z Algieru, kiedy się noc dobrze skłoniła,
Czarne i ślepe wszędy powietrze czyniła,
Od chłopa beł proszony z tamtej wsi jednego,
Aby został i chęcią nie pogardzał jego.
On konie słudze dawszy, do stołu się śpieszy,
Pokarmem głodny nieco i winem się cieszy,
Winem, które do smaku tak mu przypadało,
Iż jako żywo lepsze nigdy się nie zdało.
131
Z dobrą wolą i z twarzą, pełną życzliwości,
Rjżne Rodomontowi czynił uczciwości
Gospodarz, bo uroda i stan okazały
Wydawał go, iż jakiś bohatyr beł śmiały.
Ale ten, jakby w piersiach nie miał serca swego,
Zapomniał i ludzkości i siebie samego;
Wszystkie myśli posyła wciąż ku obozowi
Do swej panny, jako głuch, siedzi, nic nie mówi.
132
Tak wiele on gospodarz sobie swą ludzkością
Sprawił u pogan, iż go wszystką majętnością
Darowawszy, namniejszej krzywdy nie czynili,
Praw i swobód zażywać dawnych pozwolili.
Oddawał on to wzajem czestował621 każdego;
I wtenczas, aby gościa ucieszył smutnego,
Kilku wezwał powinnych, ale ci nie śmieli
Nic rzec, utopionego gdy w myślach widzieli.
133
Frasobliwą twarz na dół i wzrok miał skłoniony,
W ziemię ustawnie patrząc królik zasmucony;
Huku nie usłyszałby ponno nawiętszego,
Zmysły ledwie nie wszystkie odbiegły od niego.
Potem, gdy długo siedział tak uspokojony,
Ciężko westchnąwszy, jakby ze snu ocucony,
Pokrzepił się, wzniósł oczy, łzami nakropione,
Na swego gospodarza i na goście one,
134
A przerwawszy milczenie, gospodarza swego
I gości spytał wszystkich, co byli u niego,
Jeśliby żony swoje i jak dawno mieli,
A ci, iż są żonaci zaraz powiedzieli.
Pyta zaś, co też o ich ku sobie szczerości
Rozumieją, jeśli im prawdziwej miłości
Dotrzymawszy, przysięgę swych ślubów spełniły,
Nakoniec, jeśli dobre i cnotliwe były.
135
Wnet oprócz gospodarza wszyscy powiedają,
Iż uczciwe i dobre, piękne żony mają;
Bo ten, trząsnąwszy głową, tak rzecze po chwili:
»Przysiągłbych, iż każdy z was w mniemaniu się myli,
»A który to twierdzić chce, ja mu powiem śmiele,
»Iż głupi i rozumu w głowie ma niewiele.
»Tuszę: i ten gość zacny mem słowom pomoże,
»Bo czarnego za białe ukazać nie może.
136
»Ale co po tych słowach próżnych? Dobrze wiecie,
»Jako jedyny feniks rodzi się na świecie,
»Tak to jest najpewniejsza, iż między wszystkiemi
»Jednej, co jest mężowi wierna, nie najdziemy.
»A choć kto dobrze trzyma o cnocie swej żony,
»Już tu jest od własnego rozumu zwiedziony;
»Bo jakoż to podobna, by sam szczęścia tego
»Dość miał, co nie potkało z nas jeszcze żadnego?
137
»W tem błędzie byłem i ja od czasu dawnego,
»O tej płci rozumiałem wiele sam dobrego;
»Lecz mądrość z Wenecyej szlachcica sprawiła,
»Którego w dom fortuna mój przyprowadziła,
»Iż mię prawdy nauczył przykłady jawnemi
»I jedno kazał z ludźmi rozumieć mędrszemi.
»Jan Waleryusz622 na krzcie imiona wziął dane,
»Które nigdy nie będą u mnie zapomniane.
138
»Zdrady, sztuki, chytrości, przebiegi, fortele,
»Co niemi oszukało swych mężów żon wiele,
»Wszystkie wiedział, jak trzeba, więc świeższe do tego
»I drugie, co się działy wieku dawniejszego,
»Tak czytał historye, iż snadno wszystkiemi
»Dowiódł, że się nie najdzie żadna miedzy niemi
»Cnotliwa, a jeśliby która się trafiła,
»Tem się działo, iż mądrze swych niecnót taiła.
139
»Ale miedzy inszemi, com słyszał od niego
»Jednę pamiętam powieść z początku samego,
»Bo się tak w mojej głowie dobrze wydrożyła,
»Iż głębszych nigdy liter ręka nie czyniła
»W marmurze, który wiecznej dać pamięci mają,
»Gdy dzieła bohatyrów wielkich poświęcają.
»Tę ja, byleście tylko sami chcieli wiedzieć,
»Na złość żonom zaraz złem mogę opowiedzieć«.
140
Odpowie mu Rodomont: »A cóż wdzięczniejszego
»Uczynić możesz, jako, kiedy żalu mego
»Ulżysz powieścią lubej historyej jakiej,
»Co będzie zrozumieniem mem woli jednakiej?
»Ale żebym cię lepiej mógł słuchać, bliższego
»Patrz miejsca, lub ja pójdę do ciebie samego«. —
Dalej co będzie, w inszej pieśni usłyszycie,
Jeżeli z Rodomontem słuchać pozwolicie.
Koniec pieśni dwudziestej siódmej.