XXVI. Pieśń dwudziesta szósta
Argument
Malagizy figury z marmuru białego
Ukazuje na studniej źrzódła rozkosznego;
Gdzie Mandrykard przyszedszy, srogie wszczyna wojny
Z Rodomontem; tych zasię obu Rugier zbrojny
Wyzywa i krwawy bój stacza, odważony,
W dziele Marsowem z młodu dobrze wyćwiczony.
Doralikę unosi szkapa486 opętany;
Mandrykard ją z inszeni goni, rozgniewany.
Allegorye
W pieśni dwudziestej szóstej przez Wiwiana i Malagiza, których Sarracenka Lanfuza złemu Bertolagowi z Bajony przedać chciała, lecz od Rugiera i Marfizy w samem razie niebezpieczeństwa ratowani z upadkiem nieprzyjaciół wolni zostali, przypomina się nieskończona dobroć Boga miłosiernego, który nad mniemanie i rozum ludzki z ostatnich zwykł wyrywać niefortun zginionych. Przez osoby wielkie i chwały godne, co pierwej, niż się urodzili, na rytych od wieków mogli być poznani figurach, snadno uważysz, jako cnota nie jeno w niebie swoje ma mieszkanie, ale i w pamięci wszytkich ludzi ustawiczne na świecie: wspomnienie.
1. Skład pierwszy
Białą płeć przeszłe wieki tak wspaniałą miały:
Cnotę barziej, niż złoto drogie, miłowały;
Tych zaś późniejszych czasów rzadko się najdują,
Co zyskom ladajakiem marne nie hołdują.
Po trzy i po cztery kroć godne szanowania,
W dobrych postępkach swoje co tylko kochania
Ugruntowały; niechaj sławne będą wszędzie
I po śmierci i póki świat nizki trwać będzie.
2
Tak Bradamantę zacną nie mógł okazały
Skarb żaden ruszyć ani państwa, pełne chwały;
Cnoty wspaniałe, dzielność Rugiera mężnego
Upodobawszy, wzięła do kochania swego,
I słusznie, bo takowe dzieła jego były
Iż go światu wszystkiemu znacznem uczyniły.
Szanował on ją wzajem według pomyślenia
I rzeczy dla niej czynił, godne podziwienia.
3
Już się beł w drogę puścił z dwiema rycerzami
Rugier, jakom powiedział niedawno przed wami,
Aby bracią z więzienia wybawił ciężkiego
W które przez zdradę wpadli grabie bajońskiego,
Gdy ich zjechał bohatyr jakiś okazały,
A miał we środku samem swej tarcze znak mały,
Ptaka, jedyną rozkosz arabskiej krainy,
Co przez śmierć żywot bierze i rodzi się iny.
4
Ledwie ich zoczył, zaraz dał znać po postawie,
Że mu miłe igrzysko w Marsowej zabawie.
»Będzie podomno — rzecze — który z was tak śmiały
»I przy męstwie animusz ukaże wspaniały,
»Jeżeli dużem487 członkom są podobne siły,
»Co mi was na wejźrzeniu pierwszem zaleciły,
»Iż lub szablą lub drzewy spróbujem długiemi,
»Kto zostanie na koniu, kto będzie na ziemi«.
5
»Wygodziłbym ja — mówi Aldygier — wnet tobie,
»W jakiem jeno chcesz walki kosztować sposobie,
»Kiedyby zbytnia czasu ścisłość pozwoliła,
»Co nas w gwałtownej sprawie z domu wypędziła.
»Ledwie tych kilka z sobą słów przerzec możemy:
»Tak rączo i tak chyżo śpieszyć się musimy.
»Sześćset człowieka namniej czeka nas zbrojnego,
»Z któremi trzeba się nam bić dnia dzisiejszego.
6
»Miłość prawdziwa, miłość szczera rozkazuje,
»Która natwardsze serca miękczy i ujmuje,
»Byśmy własną z więzienia bracią wyzwolili
»I w obietnicach się jem swoich uiścili.
»Z tej przyczynyśmy zbroje wdziali na się twarde,
»Chcąc to sprawić, a w tamtych skrócić myśli harde«.
»Słuszną — odpowie drugi — wymówkę przymuję,
»A jednaką w was wszytkich dzielność upatruję.
7
»I dlategom miał wolą serc waszych spróbować,
»Chcąc doznać, kto z nas czterech męstwem ma przodkować;
»Ale, że tam ukazać macie wasze siły,
»Gdzie słuszność chce, aby się wszytkie obróciły,
»Przypuście mnie, proszę was, w lubą kompanią:
»Mam, jak wy, serce, męstwo, i me ręce biją;
»Doznacie, o doznacie bez wątpienia tego,
»Że towarzystwa godny jestem tak zacnego«.
8
Zda mi się, iż wy wszyscy, co dotąd nie wiecie,
Słyszeć imię rycerza nowego pragniecie,
Który się w towarzystwo wpraszał Rugierowi
Iz nim iść ku przyszłemu chciał zaraz bojowi.
Jestto mężna Marfiza, co raz tęgi dała
Szotowi i Gabryny pilnować kazała,
Gabryny, baby starej, do wszystkich chytrości
Sposobnej, pełnej niecnót, pełnej różnych złości.
9
Dwaj bracia z Jasnej Góry zaraz pozwolili,
Przyjaźni ucześniczką swych ją uczynili.
Rugier mniema, że to jest rycerz doświadczony,
Twarzy z hełmu nie mogąc widzieć z żadnej strony.
Wtem Aldygier ukaże towarzystwu swemu
Chorągiew naprzeciwko pagórku bliższemu;
Z nią wiatry po powietrzu łagodne igrały,
Lud do bitwy sprawiony, stał wkoło niemały.
10
Potem przypatrują się nowemu strojowi,
Co samemu zwyczajny tylko Murzynowi;
Poznali, że to właśni Sarracem byli,
Dwóch więźniów z twarzą smętną zacnych prowadzili,
Za których Maganzowie według słowa swego
Złota nagotowali najwyborniejszego.
Krzyknie Marfiza: »Czegóż dłużej czekać chcemy?
»Bankiet się nam otwiera, gdy już tych widziemy!«
11
»Wezwanych spełna niemasz — Rugier się ozowie
»I tak na onę mowę Marfizy odpowie —
»Przydzie czekać: wnet sławny, wnet taniec zaczniemy,
»Na którem krok skrwawiony wielom pomylemy«.
Ledwo wyrzekł, aliści obaczą na stronie
Drugą rotę; wiedziono przy niej muły, konie,
Złotem, srebrem i drogiem sprzętem naj uczone,
Co od grabie Murzyn brać miał za więźnie one.
12
Były szaty, obicia złotem przetykane,
Szable drogo oprawne, łuki malowane.
W śrzodku gminu dwaj bracia jadą poimani,
Do podjezdków podlejszych mocno przywiązani,
Nic więcej, jeno targu czekali skończenia,
Który ich miał wiecznego nabawić więzienia.
Sam Bertolag z ich starszem rozmawia niecnota,
Za ich wolność gromady nie żałuje złota.
13
Już tu ścierpieć nie mogli dalej Amonowi
Synowie, za swą bracią garło dać gotowi.
Tak ten, jak ów wnet w toki kopie włożyli
Iobadwa wraz zdrajcę niemi uderzyli.
Jeden w bok trafił, drugi niemniejszej beł szkody
Przyczyną, bo obiedwie przepędził jagody.
Padł Bertolag: bodaj tak koniec wszyscy mieli,
Co zyski sobie czynić z swoich szalbierstw chcielL
14
Rugier z Marfizą trąby inszej nie czekają,
Na onę kupę Maurów488, jak wściekli, wpadają.
Marfiza nie złamała wprzód swojego drzewa,
Aż trzech z koni zrzuciła, trzem wylała trzewa;
Rugierowej zaś godny sam wódz ich był ręki:
Leci martwy do ziemie, umiera przez dzięki489.
Taż drugiego, trzeciego posyła w te strony
Gdzie Pluto z Prozerpiną mieszka zasępiony.
15
Stąd wnet między obiema urósł błąd stronami:
Maganzowie mniemają, iż z Sarracenami
Zmówiwszy się ci czterej, tak ich pożyć chcieli;
Przeciwnem zaś sposobem oni rozumieli:
Grabiów zdrajcami głosem wielkiem nazywają,
Iż ich w ręce nieznanem żołnierzom wydają.
Czyn się Marsów zaczyna, świszczą żartkie strzały,
Drzewa trzeszczą, szable łby gęste zdejmowały.
16
Rugier, jak ptak, przepada w tę, to w owę rotę
I kończy należytą siłom swem robotę,
Raz dziesięciu obala, dwudziestu zaś potem.
Toż czyni i Marfiza, w swym szyszaku złotem
Nieznana: leci z siodeł zgraja wysadzona,
Których chętnie przymuje ziemia, krwią skropiona.
Tak ich bronią przyłbice, tak zbroje stalone,
Jak się broni pożarom drzewo wysuszone.
17
Chciejcie przypomnieć sobie, jeśliście widzieli
Albo przez czyje usta tę powieść słyszeli,
Co za zgiełki i jakie szemranie straszliwe
Zwykły więc pszczoły wszczynać, gdy swe garło chciwe
Głodna zołna490, aby ich pożarła, otwiera:
Drżą, lękają się wszystkie, siła ich umiera;
Tę połknie, tę zabije, bez liczby ich psuje
I nadzieję do życia wszytkiem odejmuje.
18
Tak z tem gminem Marfiza i Rugier zaczyna,
Głowy, ramiona, piersi szkaradnie rozcina.
Ryciardot491 z bratem w tamte strony się udali,
Gdzie Maganzowie w kupie z swoją rotą stali.
A iż beł, jako Rynald, serca wspaniałego
I obozy z młodych lat szczera rozkosz jego,
We dwójnasób przyczynia sił, męstwa, ochoty,
Płaci Magazeńczykom zdradę, złość, niecnoty.
19
Aldygier, sprawiedliwem gniewem poruszony,
Zdał się, jak w gęstej puszczej lew głodem zmorzony:
Przecina namocniejsze blachy bez trudności,
Spycha z koni rycerzów nawiętszej dużości492.
Ale któżby ochotny, ktoby nie był śmiały,
Ktoby nie był on Hektor i Ajaks zuchwały,
Mając w swej kompaniej Rugiera zacnego
Z Marfizą, męstwa wzorem jedynem dziwnego?
20
Serdeczna bohatyrka po stronach patrzała,
Kogo z więtszej dzielności przodkiem chwalić miała;
Dziwuje się, widząc ich siły niesłychane,
Ale ją Rugierowe, z żadnem niezrównane,
Do zdumienia przywodzą, bo on ciężkie razy
Zadaje, sam namniejszej nie czuje obrazy.
Zda się jej, iż na Marsa patrzy żelaznego,
Który na ziemię zstąpił z nieba aż piątego493.
21
Nieuleczone, gdzie się chynie494, czyni rany:
Jnż pułk Maurów, już drugi zdrajców pomięszany;
Szyszak się kartą być zda przeciw szabli jego,
Jeśli nią z blizka srogi dosięże którego,
Kruszy hełmy i przednie blachy w niwecz psuje,
Kogo tnie, śmierć mu w piekło drogę ukazuje;
Dzieli ciało od ciała, lecą w różne strony
Nogi po pas, brzuch od nóg z głową rozłączony.
22
Kogo zajmie, dusza go zarazem odbiega,
I koń się przy swem panu śmierci nie wybiega;
Głowę we mgnieniu oka z łopatek zdejmuje,
Rozcięte aż do krzyżów piersi ukazuje..
Jednem machnieniem piąci zarazem zabija,
Gdzie jeno z Balizardą ostrą się zawija.
Ostatka nie napiszę, bo nie uwierzycie
I snem raczej, niż prawdą, to męstwo okrzcicie.
23
Turpin, choć szczerze pisze, pozwala i tego,
By według podobania wierzył każdy swego;
Przedziwne tu wysławia męstwa Rugierowe,
Które wy zwalibyście raczej plotki nowe.
Jako pochodnia psować zwykła zimne lody,
Znowu je obracając prędko w mokre wody,
Tak przeciwko każdemu jest bojownikowi
Marfiza, co więc orzeł przeciwko wróblowi.
24
Rugier w niej oczy utkwił, pilno się dziwuje,
Ta zaś nad wszytkich w niem moc więtszą upatruje;
A jeśli go Marfiza Marsem rozumiała,
Nie mniejby mu się ona Belloną495 być zdała,
By beł wiedział, że pannę hełm z zbroją nakrywa,
Która wzrok i mniemanie jego oszukiwa;
I ponno urosłaby spórka496 między niemi,
Kto rozlał krwie, kto więcej ciał złożył na ziemi.
25
Atoli dosyć było czterem sił, śmiałości
Zbić dwie rocie i posłać w podziemne nizkości.
Leżą trupy na polach, ostatek ucieka:
Brat brata, powinnego powinny nie czeka.
Szczęśliwy, kto rączego jest pan zawodnika497:
Gdzie mógł, jak mógł, uchodził sam bez przewodnika;
Ale kto pieszy został, wnet sprobował tego,
Co to jest być bez konia, co zaś mieć żartkiego.
26
Został łup, pole wolne zwycięzcy zacnemu;
Prostą Magazensowie drogą ku swojemu
Uciekają domowi, tędy zaś Maurowie,
A z panów pozostali wciąż gonią służkowie,
Zostawiwszy dwu więźniów, sprzęt co kosztowniejszy,
Których wyzwolić skoczył Ryciard ochotniejszy;
Chłopięta zaś tłomoki z drogiemi rzeczami
Od mułów i od koni odwięzują sami.
27
Prócz wielkich sztuk od srebra, prócz dziwnej roboty
Jest siła zapon498, łańcuch jest niejeden złoty,
Więc i szat białogłowskich, w kwiaty rysowanych,
Perłami, dyamentem wkoło haftowanych,
Nuż obicia z potrzebę nad podziw ślicznego,
Z jedwabiów i ze złota napół utkanego;
Wiele, wiele zdobyczy inszej w drogiej cenie,
Wino, chleb i potrawy dziwne na jedzenie.
28
Wnet na zdjęcie szyszaków wszyscy się zdumieli,
Widząc, jak wielką pomoc w bitwie z panny mieli,
Gdy warkoczem wspaniała bohatyrka złotem
Błysnęła, wdzięczną twarzą, białą szyją potem.
Czczą ją i ważą wszyscy, proszą, aby swego
Nie taiła imienia, wieczności godnego;
Ona ludzka i zacnem kompanom życzliwa,
Niewiędziane jem dotąd swe imię odkrywa.
29
Nie mogą się nasycić, patrząc na dziewicę,
Gdy okazała złoty włos, zdjąwszy przyłbicę;
Ta zaś w Rugiera tylko wzrok bystry wlepiła,
Z niem mówi, jego serce i śmiałość chwaliła.
Wtem słudzy do obiadu proszą gotowego,
Który na stole mieli u źrzódła jednego,
U źrzódła, gdzie słoneczny promień mirt wysoki
Zakrywał, jak więc ciemne Cyntyą obłoki.
30
Jedna ze czterech dziwnych ta fontana499 była,
Co ręka Merlinowa kiedyś urobiła,
Najprzedniejszem marmurem wkoło otoczona,
Jak świeże mleko, białem, ślicznie wygładzona;
Widziałbyś beł wyrznione boską ręką prawie
Od Merlina obrazy w swej własnej postawie;
Rzekłbyś, że tchną i żyją, by mówić umiały:
Tak cudowne w robocie swej skutecznej stały.
31
Tam z lasu jakaś straszna wychodzić się zdała
Bestya szpetna500, brzydka, wzrok okrutny miała,
Uszy ośle, łeb, zęby wilcze, od wielkiego
Wyschła głodu, a łapy cztery lwa srogiego;
Ostatek liszki chytrej własna postać była;
I zdało się, iż cały świat w okrąg schodziła:
Pyszne Hiszpany, własną ziemię i Francyą,
Afrykę, Amerykę, Azyą, Anglią,
32
Wszędzież lud zabijając bez wszelkiej litości
Podły gmin, średnie stany i wielkiej zacności;
A nabarziej psowała, nabarziej szkodziła
Królom, książętom, panom, gdzie ich zaskoczyła.
Dosiągła okrutnością swą dworu rzymskiego,
Zabiła z kardynałmi papieża samego,
Poszpeciła od Boga stolec poświęcony
Piotrów, zgorszenie brzydkie dawszy w tamte strony.
33
Żaden mur przed straszliwą bestyą nie może
Wytrzymać i forteca żadna nie pomoże;
Z gruntu miasta wywraca, nikt się nie obroni,
Gdzie jeno kolwiek przydzie sroga, gdzie się skłoni.
Śmie jeszcze honorowi uwłaczać boskiemu501,
Chcąc się za Boga udać gburowi502 prostemu,
Tem śmielej, tem bezpieczniej503, aby rozumiano,
Że jej od nieba klucze i od piekła dano.
34
Potem rycerz, bobkowem wieńcem ozdobiony,
Na tem marmurze z drugiej ukazał się strony;
Trzej inszy obok przy niem, na nich haftowane
I w kwiat złotej liliej504 szaty złotem tkane.
Przy nich lew505, co zarazem rozgniewany godził
Na wspomniany brzydki dziw, poważnie wychodził#
Jedni na czołach mieli imiona pisane,
Drudzy u kraju szaty wierzchniej wyszywane.
35
Pierwszy, co swą utopił broń w brzuchu bestyej506,
Franciszkiem się mianował, król i pan Francyej;
Maksymilian drugi, równy cnotom jego,
Rakuszanin, tuż podle Karła stał piątego.
Ten nienatkany507 gardziel508 przepędził źwierzowi,
Mężny, dość wspaniałemu czyniąc zamysłowi.
Z ręki Karła przeszyła strzała ustalona
Piersi: krew ziemię broczy, gwałtem wytoczona.
36
Na kudłatem lew grzbiecie miał to pismo swoje:
»Dziesiąty«509; a za uszy dziw porwał boje
I tak trząsł, gryzł, mordował, tak długo obracał,
Aż kości zdruzgotane wszystkie w niem namacał.
Uweselił się zaraz świat i strachy wszytkie
Za fraszkę miał, porzucił pierwsze złości brzydkie.
Lud się schodził im dalej, tem więcej już śmiały
I patrzył na śmierć źwierza jeszcze zadumiały.
37
Tak Marfiza, jako trzej rycerze pragnęli,
Aby już dostateczniej zarazem wiedzieli,
Zrozumiawszy imiona, królów onych sprawy,
Co krwawe zdali się mieć z bestyą zabawy,
I czemu ją zabili i dlaczego ona
Świat zwodząc, potem ptastwu w pokarm zostawiona;
Patrzą na się, jeśliby który co z nich wiedział,
Aby tę historyą zupełnie powiedział.
38
Wnet Wiwiań wejźrzawszy na Malagizego,
Który słuchał, a słowa nie mówił żadnego:
»Tobie tę historyą powiedzieć potrzeba —
»Rzecze — boć to łaskawe wiedzieć dały nieba,
»Co zacz te są osoby, co jako sztychami,
»Tak żartkiemi pożyli bestyą strzałami«.
Ten odpowie: »Przyszłych to macie obraz rzeczy,
»Których autora niemasz; Bóg je ma w swej pieczy.
39
»Ci wszyscy, co imiona wydrożone mają
»W marmurze, w wiekuistej pamięci zostają
»I jeszcze ich świat nie miał: po sześćsetnem roku
»Z wysokiego spuszczani przybędą obłoku.
»Cień na tej studniej jakiś on prorok prawdziwy
»Spraw ich przyszłych ukazał i wizerunk żywy,
»Prorok Merlin, za króla co żył angielskiego
»Artura510, budowniczy źrzódła tak dziwnego.
40
»Ta bestya wynidzie z piekła onych czasów,
»Gdy granice stanowić będą pól i lasów,
»Gdy chciwa ludzka żądza pakta i pomiary
»Mieć zechce, cnocie, słowu nie dodając wiary.
»A chocia zrazu świata nie wzruszy wszytkiego
»I zostawi od jadów swych nieco wolnego,
»Ale potem różnych miejsc poturbuje siła
»I z bogatszemi będzie uboższych trudniła.
41
»Od zaczęcia do wieku na potem przyszłego
»Więcej coraz przybywać będzie dziwu tego:
»Straszny, okrutny, wielki i nieporównany
»Róść będzie, aż nakoniec zostanie skarany.
»Nigdy Piton511, o którem napisano siła,
»Ani Hydra512 tak sroga i okrutna była;
»Żadna bestya i śmierć nie wydoła temu,
»Coby szpetnością, złością rówień513 był naszemu.
42
»Srogie mordy uczyni, miejsca nie zostawi
»Wolnego, strachów różnych lud wszytek nabawi.
»Mało to, mało macie z wydrożenia tego:
»Więtsze grzechy popełni z uporu krnąbrnego.
»Świat będzie gwałtu wołał i prętkich ratunków,
»Na który głos, aby go zbawili frasunków,
»Wynidą ci, których to czytacie imiona,
»Jaśniejszy, niż Tytona zgrzybiałego żona.
43
»Coby się srożej zstawił dziwowi brzydkiemu,
»Królowi nie porówna żaden francuskiemu;
»I słusznie, iż on przejdzie drugich w tej dzielności
»Bo podobnego nie ma w cnotach i ludzkości.
»Siła po zad w królewskiej powadze zostawi,
»Wiele rozumem, męstwem swojem Frankom sprawi,
»Na ostatek, jak wszelka światłość ustępuje
»Słonecznej, tak on inszych dobrocią celuje.
44
»Ledwie pierwszego roku zdobić jego skronie
»Dopuszczą po obraniu królewskiej koronie,
»Alpes przejdzie i wszytko w okrąg popustoszy,
»Co potka, złamie, zwalczy, podłabi514, pokruszy;
»Tak słusznem i wspaniałem gniewem poruszony
»Sprawi, że będzie przeszły sławnie wstyd zniesiony,
»Ozdobę francuskiemu narodowi wróci,
»Z którem w nieprzyjaciołach zbytnią hardość skróci.
45
»Stamtąd się pomknie w pola kraju lombardzkiego
»Z kwiatem młodzi przedniejszej królestwa swojego
»I Szwajcary tak zetrze, tak pogromi snadnie,
»Iż trząść porożem515 na myśl nigdy jem nie padnie.
»Potem z kościołem bitwę i z Hiszpanem zwiedzie,
»Do wstydu Florentczyka wielkiego przywiedzie;
»Bo nad mniemanie wojsko tam zasię obróci,
»Gdzie niedobytą z gruntu fortecę wywróci516.
46
»Do wzięcia jej najlepiej będzie mu służyła
»Ta broń, która bestyej garła pozbawiła517,
»Broń twarda, ostra, mocna, godna uczciwości,
»Co światu lubych dała przyczynę radości518.
»Nie wytrzyma jej żaden miecz i głośne działa,
»Tył wnet każda chorągiew będzie podawała;
»Wszytko ona powali, przekopy trupami
»Wyrówna, przed nią miasta upadną z zamkami.
47
»Takiej Franciszek mężnej dojdzie wspaniałości,
»Jaką mieć ma monarcha nawiętszej możności;
»Sercem wielkiem wielkiemu zrówna cesarzowi,
»Roztropnemi dziełami zaś Annibalowi.
»Macedończyk go szczęściem nie przewyszszy swojem,
»Choć Indy, Persy, Greki krwawem stłoczył bojem;
»Szczodrobliwości dziwnej znaki poda takie,
»Iż mu nie wydołają przykłady wszelakie«.
48
To mówiąc Malagizy, wlał w wnich więtsze chęci,
Że prosili, by drugich z wiecznych niepamięci
Wyrwawszy, opowiedział przezwiski własnemi,
Co mają straszny bój wieść z dziwy piekielnemi.
Wnet Bernarda519 imieniem przeczytał pierwszego,
W proroctwach Merlinowych nasprawiedliwszego,
Bernarda, przez którego sławna Bibiena520
Tak będzie, jak jest piękna z Florencyą Sena521.
49
Żaden tam nie poprzedzi, żaden serdecznego
Gismonda522, Ludowika523 i Jana524 mężnego.
Tu Gonzaga, ten drugi jest z Aragoniej,
To Salwiat, wszyscy trzej głównemi bestyej
Są nieprzyjaciołami; po nich następuje
Franciszek525, ojcowskich zaś kroków naśladuje
Federyk526, a powinnych i zięcia blizkiego
Ma w Ferrarzu, w Urbinie książęcia wielkiego.
50
Z tych jeden, Gwidobalda syn zacny dobrego527,
Nie chce rodzica wydać w wielkich cnotach jego;
Ottobon i Synibald z Fliszka528 tuż za niemi
Pędzą źwierza i razy mdlą coraz cięższemi.
Ludwik z Gazola529 puszcza tak miernie530 swe strzały,
Iż wszędzie w miąższej szyi zarazem zostały,
Strzały, które mu Febus z łukiem dał złoconem,
Gdy go Mars przepasował mieczem ustalonem.
51
Esteńscy Herkulowie dwaj531 z Hipolitami532
Gonią dziw za Gonzagą równemi stopami;
Przy nich Medici533 bieży i Hipolit534 trzeci,
Już go zdadzą się dopaść i trzymać za szczeci.
Juljan535 nie myśli być od nich pośledniejszy,
Ani Ferant536 od brata swego mniej rzeźwiejszy;
Andrzej Dorya z Sforcą tak chwały jest chciwy:
Nie życzy, by go człowiek miał poprzedzić żywy.
52
Zawołanej krwie bracia dwaj widzieć się dają,
Awalowie537, co za herb twardą skałę mają538,
A ta przyciska głowę Tyfeusa539 złego
Z nogami, które z węża są jadowitego.
O, jako siła srogich ran dadzą źwierzowi,
O czem przyszły wiek powie późnemu wiekowi:
Franciszek540 z Peskaryej541 to niezwyciężony,
Drugi Alfonsa542 z Wastu543 imieniem okrzczony.
53
Ale gdzieżem Konsalwa544 podział z Hiszpaniej,
Ozdobę i jedyną światłość Iberyej545,
Którego Malagizy sprawy znamienite,
Potem szczodrobliwości wychwalał obfite?
Z Monferu546 beł kompanem Wilelma547 onego,
Co też wzięła tęgi raz bestya od niego.
To ta trocha przeciwko silnej liczbie była,
Których ona pobiła i których raniła.
54
Tak w uciesznem igrzysku miedzy rozmowami
Po obiedzie zszedł jem czas temi zabawami;
A południowe słońce zaś oszukiwali,
Gdy obiciem promienie jego odbijali.
Więc dla niebezpieczeństwa uczynił obrony
Wiwian, rozsadziwszy lud swój w różne strony.
Po chwili kompania ona obaczyła
Pannę, co właśnie do nich naprost się śpieszyła.
55
A beła to Hipalka, Fronty na dzielnego
Której hardy Rodomont wziął Rugierowego;
Goniła go, czasem łzy z prośbami mieszając,
Czasem szkaradne słowa z gniewu powtarzając.
Ale u niebacznego gdy nic nie sprawiła,
Rugiera w Agrymoncie szukać powróciła,
Dowiedziawszy się w drodze, nie wiem tam, od kogo,
Iż go u Ryciardyna zastanie młodego.
56
Więc i miejsce wiedziała, bo tam razów wiele
Była i nawiedzała swoje przyjaciele.
Naprost podle fontany żywej się puściła
I tam siedzących w kupie owej obaczyła.
Zdumieje się, a mądrze chcąc poselstwo sprawić,
Wolała się do czasu jeszcze z niem zabawić;
Poznawszy Bradamanty swojej rodzonego
Zmyśliła, iż Rugiera nie znała żadnego.
57
Do Ryciardyna mowy swoje obróciła,
Jakby właśnie posłana do samego była.
Ten zaś poznawszy pannę, przeciwko niej skoczy,
Pyta, czemu tak smutna, czemu mokre oczy
I źrzenice dlaczego zapłakane miała,
Czy ją w drodze przygoda zła jaka potkała.
Ta, kędy Rugier siedział, bliżej przystąpiła
I głosem, aby sprawę zrozumiał, mówiła:
58
»Twoja rodzona wieść mi konia rozkazała,
»Co mu Francya równia548 w dobroci nie miała,
»Którego ona waży, którego miłuje
»I Fontynem jakiemsi najczęściej mianuje.
»I jużem we trzydziestu ponno milech była
»Pod Marsylią, gdzie mi czekać naznaczyła;
»Tam ona nie chcąc namniej w domu się zabawić,
»Po kilku dniach i sama miała się też stawić.
59
»A takem swemu szczęściu powierzała wiele,
»Takem na nie kazała549 i hardzie i śmiele,
»Że mię, gdybym wymówki zażyła takowej,
»Iż to koń jest kochany siostry Rynaldowej,
»Nie miał nikt despektować i ważyć się tego,
»Aby gwałtem wydzierał to, co jej własnego.
»Atom na Sarracena trafiła niecnotę,
»Który takową przecię wnet zrobił robotę.
60
»Wczoram i dziś cały dzień za zdrajcą biegała,
»Abym prośbami twarde serce ubłagała;
»Potem mię do łajania upór duży jego
»Przywiódł, gdym zrozumiała grabię nieludzkiego.
»Nakoniec odeściem go blizko stąd musiała,
»Alem już zemdlonego z prącej, z ran widziała;
»Bo się z jakiemsi potkał mężem doświadczonem,
»Który, tuszę, zemścił się mych krzywd w miejscu onem«.
61
Wstał Rugier na takowe Hipaliki mowy
I temi Ryciardyna prosi pilno słowy:
»Za moje dzieła niech tę otrzymam nagrodę,
»Abym wetować jechał z tą panną jej szkody.
»Pozwól, iż sam pojadę, daj to prośbom mojem,
»Chceszli chętnego doznać przyszłem sprawom twojem.
»Radbym widział rycerza co najprędzej tego,
»Co rozbójniczą ręką konia wziął cudnego«.
62
Nieludzka chocia się rzecz zdała Ryciardowi
Dopuścić nowych trudów wdzięcznemu gościowi,
Ale iż go zapłatą zaklął swych dzielności,
Dał na wolą, takiej się dziwując śmiałości.
Wsiadł Rugier, kompanią pożegnawszy lubą,
Upewnia, iż się panna najdzie z swoją zgubą.
Ci zaś o jego męstwie sobie rozmawiali,
Które przypominając, aż się zdumiewali..
63
Hipalka gdy opodal od swych odjechała,
Już bezpieczniej550 wszystkę mu prawdę powiedziała,
Jako od tej umyślnie posłana do niego,
Która obraz w sercu swem ma cnót wielkich jego;
I namniej nie ujmując, z pilnością kończyła
Wszytko, jak Bradamanta zacna poruczyła;
A iż nie powiedziała u fontany tego,
Ryciard winien, co go tam miała obecnego.
64
Potem rzekła: »Ten, co wziął konia w drodze tobie,
»Ledajak, widzę, waży twoję przyjaźń sobie.
»»Powiedz — rzekł — gdy go ujźrzysz, Rugierowi swemu,
»»Że się despektem karmię tem na wzgardę jemu;
»»A jeśli konia mieć chce, niechajże wie o tem,
»»Iż z wielkiem dobijać się musi oń kłopotem.
»»Rodomontem mię zową, którego dzielności
»»Światu tak jawne, jako słoneczne jasności««.
65
Ledwie skry nie wypadły z oczu zapalonych
Rugierowi, gdy słuchał słów i wieści onych;
Gore gniewem i wszystek na twarzy płonieje
Stąd, że konia jedyne wojn551 wzięto nadzieje,
Stąd, że od przyjaciela dar beł kochanego,
Stąd, że na więtszy despekt stało się to jego;
Zna zmazę na uczciwem, jeśli do pomszczenia
Chyżego nie uczyni zaraz pośpieszenia.
66
Prowadzi go Hipalka, namniej się nie bawi,
Tusząc, iż wedle myśli pomstę wnet odprawi,
I tam gdzie się dzieliły ścieszki, przyjechała:
Ta w równinę, ta w góry różną drogę miała.
Widzi z daleka miejsce, kędy zuchwałego
Pohańca zostawiła i konia swojego.
Przykrszą552, ale zaś prostszą zaraz wziąć wolała,
Dalszą w bok porzuciwszy, choć równinę miała.
67
Tak chęć pomsty despektu Hipalkę rozpiera,
Iż złą ścieszkę dla więtszej prędkości obiera.
Już na garle zdrajcy sieść swemu obiecuje,
Już i Fronty na bierze, już wzgard swych wetuje.
Ale ten z Mandrykardem w pola się udawa,
Wciąż, jako z proce, leci ani omieszkawa;
Równinę gładką obrał i tak rączo idzie,
Że z Rugierem potkać się pewnie mu nie przydzie.
68
Już byli nienawiści oba swe złożyli
Dla króla Agramanta, któremu życzyli
Dać posiłki naprędsze. Więc jako tej zwady
Z Doraliki nadobnej poniechali rady,
Wiecie o tem; teraz zaś, u źrzódła onego
Co było po odeściu Rugiera śmiałego,
Słuchajcie, gdzie Aldygier z Ryciardem zostali,
Aby zacną Marfizę mile zabawiali.
69
Która porozumiawszy ich wolą, już była
Ubrać się po panieńsku chętnie pozwoliła.
Beł ubiór, co Lanfuzie miedzy swemi dary
Magazeńczyk z Bajony posłał grabia stary;
A choć to rzadko zbroję z siebie zdymowała,
Szable nigdy od boku nie odpasowała,
Najrozkoszniejszą w ten czas płeć i członki swoje
Na ich prośby okrywa w białogłowskie stroje.
70
Jak prędko jadąc z blizka Tatarzyn ją zoczył,
Co naprędzej dopaść jej z wielką chęcią skoczył,
Doralikę nagrodzić chcąc Rodomontowi
I tak spólnemu koniec uczynić gniewowi.
Nie wie, głupi, iż miłość gardzi frymarkami,
A szczera wszelakiemi brzydzi się targami;
Ani to jest podobna, aby nie żałować,
Gdy twoję wziąwszy, cudzą każeć kto miłować.
71
I tak, aby opatrzył Rodomonta swego,
A piękna Doralika była żoną jego,
Marfizę, iż mężnego godną być najduje
Bohatyra, gwałtem wziąć zaraz się gotuje.
Mniema, że jej dostanie, jako pierwszej, snadnie,
Mniema, że i król z Sarce sam na to przypadnie.
Bez wszelakiego tedy wyzwał omieszkania
Rycerzów, których widział przy niej, do potkania.
72
Malagizy, Wywian, co we zbrojach byli,
Jako dla bezpieczeństwa straż swych zawodzili,
Porwą się z miejsca oba, bo tak rozumieli,
Że z tamtemi obiema razem czynić mieli.
Ale Afrykan dał znać, iż chce być w pokoju,
Podobieństwa żadnego nie czyniąc do boju.
Zaczem już pojedynkiem przydzie z nich któremu
Przeciw Mandrykardowi stanąć też jednemu.
73
Wiwian zaraz męską uczynił ochotę,
Iż odprawić gotów beł takową robotę;
Najokrutniejszą wziąwszy kopią prostuje,
Niemniejsze, jak Mandrykard, serce ukazuje.
Mierzą i znaczą oba, gdzieby uderzenie
Z więtszem niebezpieczeństwem swe wzięło zemszczenie.
O hełm pogański drzewo Wiwian swe. skruszył:
Nie jeno go nie zrzucił, ale ani ruszył.
74
Sarracen, potężniejsza co jest jego siła,
Stłukł tarcz Wiwianowę, jakby z lodu była,
I z siodła go wyrzucił; ten na ziemię leci,
Zostaje między kwieciem w trawie bez pamięci.
Malagizy probować szczęścia chce lepszego
I zemścić się despektu, bolu, krzywdy jego.
Cóż potem: ledwie drzewo złożył, ledwo skoczył,
Zaraz się w kompaniej przy swem bracie zoczył.
75
Wsiadł beł przedtem na konia Aldygier surowy,
Ich stryjeczny, we zbroi, do bitwy gotowy.
Tych dwu na ziemi widząc, popuścił koniowi
I z drzewem leciał żartko ku Mandrykardowi.
Z szyszaka wypadł głośny dźwięk uderzonego,
Bo też trafił, jako chciał, króla tatarskiego;
Drzewo na czworo złamał, trzaski precz leciały:
A ten nienaruszony, a ten został cały.
76
Ale Mandrykard z boku uderzy lewego;
A iż od bohatyra raz był potężnego,
Żadnej tarcz, żadnej zbroja pomocy nie dała,
Raczej, jak skórka jaka, subtelna się zdała.
Srogi grot przeszedł ramię Aldygierejowi,
On ku bliższemu z konia spadł wnet pagórkowi.
Zbroja krwią opłynęła: tak się gwałtem leje,
Twarz zbladła, słabe zdrowia zostają nadzieje.
77
Z taką młody Ryciardyn biegł zapalczywością,
Bólem i srogą brata wzbudzony litością,
Aby ukazał, jak więc często ukazował,
Że się francuskiem słusznie książęciem mianował.
Czego na ten czas pewnie doznałby beł śmiały
Mandrykard ani z placu zjechałby mu cały:
Koń szwankował, niestetyż, nieszczęście tak chciało,
Co mu paść, jego srodze przycisnąć kazało.
78
A kiedy już nie widział rycerza żadnego
Tatarzyn, coby skusić z niem śmiał szczęścia swego,
Mniema, iż wiecznej godne chwały jego siły
Słusznie tak pięknej dziewki panem go czyniły.
»Kiedy niemasz — mówi jej — rycerza takiego,
»Coby za zdrowie twoje wsiadł na konia swego,
«Moja jesteś, o panno: prawa i wolności
»Żołnierskie same mi w moc dają twe wdzięczności«.
79
Podniowszy bohatyrka wzrok z twarzą wstydliwy:
»W jednem się mylisz — rzekła — w drugiemeś prawdziwy.
»Tak jest, jużbych ja twoją była prawem wojny —
»Widziałam twoje męstwo i coś czynił zbrojny —
»Gdyby którykolwiek z tych, coś ich zrzucił z koni,
»Mojem beł i swej dla mnie dobył na cię broni.
»Wiedz, żem wolna, i to wiedz, żem jest własna swoja:
»Mnie odemnie wziąć ręka niech spróbuje twoja!
80
»Szablą, tarczą, kopią umiem i ja robić,
»Zsadzać z koni rycerzów, męstwo siłą zdobić
»Nie nowina mi. — Drzewo i konia mojego
»Daj!« — gniewliwa na giermka krzyknęła swojego.
Suknię i białogłowski strój długi zdejmuje,
Ozdobę dużych członków, mężna, ukazuje,
Członków, co wyrażały Gradywa samego,
Prócz twarzy Kupidowej, wzroku niebieskiego.
81
Już zbrojna miecz do boku swój przypasowała,
Chyżej nad podziwienie na konia wsiadała,
Tam i sam obracając, ostrogami kole,
Zawściąga i w szerokie wypuszcza go pole.
A potem Mandrykarda wyzywa hardego,
Drzewo kładzie okrutne do toku dużego;
Tak Achillesowego męstwa próbowała
Pentesylea553, kiedy Trojej pomagała.
82
Po same gałki, jak śkło, drzewa się strzaskały,
Ostatki pod obłoki skrami poleciały;
Mocno Mandrykard w siedle, mocniej siedzi ona,
W zad nie była o jeden palec poruszona.
Patrzy Marfiza, jeśli pohaniec zuchwały,
Co siłą swą dopiero tak beł okazały,
W ściślejszem wojny skusić będzie chciał sposobie,
Aby skoczyła z mieczem k niemu w onej dobie.
83
Ten żywioły niezbożnik przeklina i nieba,
Widząc, iż w siedle siedzi panna, jako trzeba.
Ta zaś, co mu tarcz przeszyć mocą wielką chciała,
Iż cała, markotno jej i przykro łajała.
Oboje szabel chyżo od boków dostali
I ciężkie po swych zbrojach razy zadawali,
Po zbrojach, co ich ciała wkoło otoczyły,
Aby najostrsze554 bronie szkody nie czyniły.
84
Jeśli u tej blach mocny, i u tego duży555,
Żaden miecz, żadne drzewo przebić go nie służy;
Choćby dwa dni, złożywszy, oboje się bili,
Najmniejszej szkody pewnie by nie uczynili.
A syn też Ulienów556 w pośrzodek ich wpada,
Krzyczy na Mandrykarda, iż winę przepada;
Bo jeśli boju pragnie, on pierwszy do niego,
Co słuszne ma przyczyny mścić się żalu swego.
85
»Ale w pokoju dotąd, wszak wiesz, być musiemy,
»Aż królowi posiłki swemu uczyniemy,
»I inszej strzedz wszelakiej powinniśmy zwady:
»Te pakta, takie spólne czyniliśmy rady«.
To rzekszy, wnet Marfizę, skłoniwszy, przywita,
A poselstwo od króla Agramanta czyta;
Przypomina zarazem ustne posła mowy,
Nad ich wojskiem upadek jak już jest gotowy.
86
Potem prosi nie tylko, aby opuściła
Gniew słuszny, ale żeby siły z ich złączyła
I ku wielkiemu zaraz biegła obozowi,
Aby śpieszniejszy dał się ratunek królowi,
Gdzie sławę nieśmiertelną aż do nieba wzniesie,
Gdzie godne dzieł wspaniałych podarki odniesie;
Czego przez teraźniejszą spórkę557 mieć nie będzie,
Choć nieprzyjacielowi na garle usiędzie.
87
Wspaniała bohatyrka, co zawsze życzyła,
Aby z francuskiem próbę wojskiem uczyniła,
I to samo z daleka pędzi ją w te kraje,
Pragnie widzieć strój, męstwo, ludzkość, obyczaje
I jeśli z prawdą sława słusznie się zgadzała,
Co o męstwie francuskiem siła powiedała,
Więc słyszy, iż król zjęty strachy ostatniemi;
Zaczem jechać w tę drogę już pozwala z niemi.
88
Rugier tem czasem w góry bieży zapalczywy,
Jak prowadzi Hipalka, pomsty prędkiej chciwy;
A widząc, iż daremną drogę tędy czyni,
Gryzie się i nieszczęście zjadły swoje wini.
Poznał, iż równą ścieszką po onej fontanie
Udał się i pewnie tam rozbójcę zastanie.
Powraca, bieży za niem, napadł na ślad nowy,
Którem Rodomont jachał dopiero surowy.
89
Życzy, aby na Jasną Górę powróciła
Hipalka, skąd dzień jazdy jeden uczyniła.
Bo gdyby do fontany z nim na zad jachała,
Siła i barzo siła z drogiby już miała.
Potem rzekł: »Namniej nie wątp: konia mieć będziemy,
»Jeśli zdrajcę gdziekolwiek w miejscu zaskoczemy;
»O czem lubo to ja sam, lubo też kto iny,
»Niezadługoć pocieszne przyniesie nowiny«.
90
Dał jej i list, co pisał czasu niedawnego,
Tusząc, iż będzie skrycie Bradamancie jego
Oddany; nadto ustnie powiada jej siła,
Prosząc, aby go szczerze przed nią wymówiła.
Hipalka w swej pamięci wszystko, co rzekł, chowa
I tak lube poselstwo sprawić jest gotowa;
Żegna go i obraca rączo konia swego,
Żeby mogła być w domu wieczora przyszłego.
91
Rugier za Rodomontem bieży uznojony
Jego śladem i w tamte, gdzie powrócił strony;
Ledwie fontany postrzegł, alić i samego
Z Mandrykardem u źrzódła obaczył chłodnego.
Ci obadwa, jakom rzekł, obiecali sobie
Pokój ani się więcej wadzić w onej dobie,
Ażby Agramantowi pomoc uczynili
I od namiotów jego Karła odpędzili.
92
Zaraz poznał Fronty na zacny Rugier swego,
Jeszcze prędzej, co na nim siedział, pana jego;
Złoży drzewo straszliwe i krzyknie surowy,
Aby słysząc Afrykan, bić się beł gotowy.
Rodomont wiele, wiele w ten czas czynił z siebie,
Bo kwoli tej ani chciał mężnem być potrzebie,
I tak uskromił baczny sierdzistości558 swoje,
Iż beł, jak głuchy, krwawe chocia lubił boje.
93
Pierwszy to i ostatni beł ten dzień, którego
Nie wszedł, wyzwany, w szranki Marsa ogromnego.
Tak go uczciwa żądza piecze i zdejmuje,
Tak zapomnieć wspaniałych gniewów rozkazuje,
Że choćby miał po wolej Rugiera mężnego,
Jako lampart w pazurach zająca lichego,
Nie zabawiłby nad niem swych sił i dużości559,
Aż królowi oddawszy własne powinności.
94
Przydam jeszcze, iż wiedział, jako dla swojego
Rugier z niem pragnął bitwy Frontyna dzielnego;
Słyszał często, jako beł rycerz doświadczony
I co w krwawych zabawach czynił odważony;
Słyszał, jak jego sława w górę pod obłoki
Wybiwszy, napełniła i ten świat szeroki.
Teraz z niem nie chce wojny560, zbrania się potkania
I jedzie do obozu dla ratunku dania.
95
Tysiąc mil biegłby pewnie on czasu inszego
Zakupić okazyą igrzyska takiego;
Dziś, Achilles choćby go wyzywał serdeczny,
Zostałby, jako Rugier, od niego bezpieczny.
Okrutnych gniewów uśpił tak twardo płomienie,
Iż na żaden nie czułby wrzask i uderzenie;
Przyczyny, czemu nie chce bić się, Rugierowi
Powieda, prosząc, by z niem biegł ku obozowi.
96
Bo jeśli to uczyni, wielką przy ozdobie
Zjedna u króla swego wiarę, sławę sobie;
Którego kiedy wyjmą prędko z obleżenia,
Wolne pole, wolny plac najdą do czynienia.
Rugier mówi: »Przypadnę snadno do wszytkiego
»I z wami zaraz jadę do wojska naszego,
»Byśmy Trojanowego ratowali syna,
»Jeno wprzód chcę, abyś mi tu wrócił Frontyna.
97
»Sam przyznasz, żeś rzecz męża niegodną dobrego
»Uczynił, mdłej dziewczynie wziąwszy konia mego,
»Dziewczynie, która jakoż bronić ci go miała,
»Gdy cię niespodziewanie zbrojnego potkała?
»A jeśli chcesz, abyśmy bitwę odłożyli
»I przymierze do czasu tu postanowili,
»Daj konia, bo inaczej ja tu umrzeć wolę,
»A na zgodę namniejszą z tobą nie pozwolę«.
98
Gdy Rugier z Afrykanem wiedzie spór takowy,
Aby konia dał abo bić się był gotowy,
Ten zaś zwłócząc, wymówek tysiąc pokazuje,
Któremi bohatyrów gniew już, już ujmuje,
Z drugiej strony Tatarzyn przypadł rozgniewany,
Iż tarczą Rugierową zdobił malowany
Ptak, co inszem wspaniały poważnie króluje,
A Rugier go za swój herb światu ukazuje.
99
W polu błękitnem Rugier miał orła białego.
Trojanie zażywali przedtem herbu tego;
A iż wiódł od Hektora ród swój zawołany,
Nosił go jako swój znak przywilejowany.
O czem Mandrykard hardy nie wiedząc, wyzywa
Rugiera i wielkiem to despektem nazywa,
Aby kto inszy herbu miał zażywać tego,
Który on od Hektora ma namocniejszego.
100
Miał też Mandrykard ptaka, co Ganimedowi
Uczynił w porwaniu gwałt kwoli Jowiszowi,
A wziął go pod fortecą za wielkie nagrody
Cnoty, niebezpieczeństwa i na zdrowiu szkody.
Wiecie o tem z drugiemi już historyami561
I jako prorokini z wielkiemi chęciami
Dała mu go przy dużej zbroi Hektorowej,
Co pracą boskiej ręki beła Wulkanowej.
101
Już po kilkakroć przedtem o to się wadzili,
Końca burdom dla przeszkód różnych nie czynili;
Kto ich rozwadzał, godził kto zapalczywości,
Podano to do waszej dawno wiadomości.
Atoli do zjechania nie przyszło spólnego,
Aż teraz, kiedy Rugier konia szukał swego;
U którego Mandrykard, jako ptaka zoczył,
Zgrzytając, z tak przykremi zaraz słowy skoczył:
102
»Widzę, że z herbem znak mój nosisz, uporczywy;
»A już to po kilkakroć, zgody spólnej chciwy,
»Dawałem ci przestrogę, ty zaś, jak szalony
»I na swoje nieszczęście marnie odważony,
»Swą porzesz562 anić serca uporu dużego563
»Nie wypędziły groźby me do czasu tego.
»Więc mi przydzie ukazać, jako z lepszem twojem
»Uczyniłbyś, nie gardząc rozkazaniem mojem«.
103
Jak rozpalona głównia na małe dmuchnienie
Oczywiście gwałtowne uczyni płomienie,
Tak sprawiedliwem gniewem Rugier zapalony
Odpowie, fuki przykre usłyszawszy ony:
»Wierę, ty mniemasz, że ja z tem w krwawej potrzebie
»Czas jaki życząc strawić, będę się bał ciebie?
»Doznasz wnet, jako konia zdołam odjąć temu,
»A Hektora sławnego tarcz tobie samemu.
104
»Jużem ja szczęścia z tobą probował swojego
»I miałem cię po wolej czasu niedawnego;
»A żeś szable u boku w ten czas nie miał swojej,
»Strzymałem się i szyje nie uciąłem twojej.
»Teraz, żeś dał przyczynę słusznemu gniewowi,
»Zabiteś, twój ptak memu ustąpi orłowi,
»Bo to jedyny dawno znak domu mojego:
»Ty go przywłaszczasz darmo, a nic ci do niego«.
105
Na takową Tatarzyn mowę zajątrzony
Zaraz dobywa broni, którą beł szalony
Orland przedtem porzucił w lesie zagęścionem,
A on zdrady fortelem załapił ją nowem.
Rugier, co zawżdy zwykł być serca wspaniałego,
Iż Mandrykard do miecza ma się tylko swego,
Zsiadszy z konia, swe drzewo na drodze porzucił,
A do swej namocniejszej szable się też rzucił.
106
Rzucił się i we mgnieniu oka jej dobywa,
Szable swej, Balizardą którą on nazywa;
Ale Afrykan wespół z Marfizą się wdali,
Pojedynek tak straszny aby rozerwali.
On Tatarzyna, ta zaś Rugiera porwała
I obudwu o pokój uprzejmie żądała,
A Rodomont narzeka, iż postanowienie
Mandrykard dwakroć złamał i zawiódł sumnienie.
107
Wprzód, gdy zwadę z Marfizą niepotrzebną czynił,
Ustawę znieważywszy, aż nazbyt przewinił;
Teraz, o łaskę króla iż mało dba swego,
Dał znać, Rugiera darmo turbując śmiałego.
»A jeżeli warchołem — mówi — już chcesz zostać,
»Nasze spórki564 skończmywprzód, którem ja chcę sprostać,
»Spórki nad insze wszytkie, wiesz dobrze, słuszniejsze,
»Co je nam zatrzymały ustawy późniejsze.
108
»Takiemi przyrzekliśmy pokój i przymierze
»Przysięgami i taki zakład spólnej wierze
»Daliśmy, iż jak prędko odprawię się z tobą,
»Ja i Rugier o konia mamy czynić z sobą.
»Potem jeślić co zdrowia z tej potrzeby zbędzie,
»Bić się z niem o swoją tarcz praca twoja będzie.
»Ale się ja spodziewami pewienem tego,
»Że ode mnie weźmiesz dość, nie trzeba drugiego«.
109
»Czem mi grozisz, odniesiesz pewnie sam na sobie —
»Odpowie mu Mandrykard — wygodzę ją tobie:
»Od stopy aż do czoła zapocisz się, tuszę,
»Jak na cię doświadczonej swojej broni ruszę;
»Weźmiesz za swe, spróbujesz samą rzeczą tego,
»Jeśli silę i siebie znam dobrze samego.
»A jako w żywem źrzódle nie ubywa wody,
»Tak zdołam ostatniej wam być przyczyną szkody«.
110
Przykremi słowy gdy tak na się nacierali,
Gniewy, fuki łajania co raz odnawiali.
Sam Mandrykard ze dwiema bój chce wieść zarazem,
Świszczy, błyska, straszliwy, swem ostrem żelazem.
Rugier, co we zwyczaju nie miał krzywd połykać,
Nie myśli o pokoju, chce się wnet potykać.
Marfiza srogie rozwieść swary usiłuje:
Prosi ich, trzyma, woła — daremnie pracuje.
111
Tak więc chłop, kiedy rzeka wylała brzegami,
Inszej ścieszki szukając, nowemi drogami
Broni, najutrapieńszy, czem i jako może,
Choć nawałności mało gwałtownej pomoże;
Bo ta, jak wściekła, bieży, uparcie się gniewa,
Rwie, psuje, wali łąki i zboże zalewa;
On tu robi i dużo nieborak tamuje:
Ta z więtszą szkodą insze gościńce najduje.
112
Gdy tak Rugier, Mandrykard i Rodomont śmiały
Swarzą się i bój chcą zwieść już, już okazały,
Ten nad tego swe męstwo i swoje dużości
Wysławia, a wszytkiem trzem przybywa śmiałości,
Marfiza szuka takiej tem czasem pogody,
Aby ich pojednawszy, przywiodła do zgody.
Ale czas traci marnie, próżno się strofuje565:
Nigdy serc nie porówna, w których gniew panuje.
113
Życzy Marfiza zacna pojednać ich gwałtem
I wszelakiem stara się sama o to kształtem;
Krzyczy: »Słuchajcie mojej porady, panowie:
»Idzie tu o uczciwe i o wasze zdrowie;
»Gdy królowi posiłki spólne uczyniemy,
»Do gniewów naszych znowu wrócić się możemy.
»Bo i ja z Mandrykardem chcę mieć swoje wojny
»I ujźrzę, weźmieli mię, jak rzekł, mocą zbrojny«.
114
»Pomoc Agramantowi byśmy dali swoję,
»Chęć i wolą obracam ja sam na to moję
»I nie przeczę — rzecze jej Rugier zawołany —
»Ale wprzód chcę, mój Frontyn aby był oddany:
»Albo mi konia zaraz niechaj wróci mego,
»Albo zdrowia w tem polu pozbędzie swojego.
»Na własnem koniu jechać chcę ku obozowi,
»Lub tu zostać, ratunku nie dając królowi«.
115
Odezwie się Rodomont: »Otrzymasz to snadnie:
»Przy śmiałości mam serce, co na to przypadnie.
»Ale też moja szczerość w tem się protestuje,
»Iż jeśli jaką szkodę król z wojskiem uczuje,
»Z twej przyczyny wszystko jest i z uporu twego,
»Bom ja gotów uczynić to, co słuszniejszego«.
Rugier słów i porady onej zaniedbywa,
Gniewem wzruszony srogiem, szable swej dobywa.
116
I rzuca się na króla z Algieru dużego566
Kształtem wieprza, gdy gniewy wypuści, dzikiego;
Tarczą ciężką tak gęsty raz daje i srogi,
Iż mu z strzemion musiały obie wypaść nogi.
Woła Mandrykard głosem: »Przestań, uporczywy
»Rugierze, albo wojny jeśliś tak jest chciwy,
»Ze mną czyń!« Poczem zdrajca, to mówiąc, poskoczy
I tnie go w wierzch szyszaka co z najwiętszej mocy.
117
Aż na kark głowę schylił Rugier konia swego
I wznieść jej prędko nie mógł z uderzenia tego.
Rodomont z drugiej strony zaraz poprawuje,
Straszne w szyszaku jasnem znaki zostawuje;
Ale ten, że beł mocny, jak dyamentowy,
Nie zaszkodził mu wiele Rodomont surowy.
Rugier się zapomniawszy, z lewej ręki wodze567,
Z prawej wypuścił szablę i leży na drodze568.
118
Nosi go koń po polu, namniej sił nie czuje,
Na ziemi Balizardę ostrą zostawuje.
Marfiza, co tego dnia swe serce do niego
Skłoniła, pała gniewem, boju chce krwawego.
Żal jej, iż sama jedna w pokoju została,
Drugich, nie dobywając broni, rozwadzała.
Do Mandrykarda rączo na swem koniu skoczy
I dużo569 w łeb trafi go, właśnie między oczy.
119
Rodomont za Rugierem bieży zapalczywy
I już, już go dopadał Frontyn, co biegł chciwy.
Postrzegł Wiwian zaraz i Ryciardyn młody,
Iż niefortunny Rugier nie ujdzie przygody;
Rzucą się: Rodomonta ten porwie zjadłego,
Drugi swą broń podaje własną w ręce jego.
On też z lekka do siebie tem czasem przychodzi
I rozdrażniony, krwawe igrzysko zwieść godzi.
120
Ledwie przyszedł do siebie kęs Rugier zemdlony,
Poznawszy, iż mu szable dodał odważony
Wiwian, zdrady się mścić i krzywdy napiera,
A w śmiałość przyrodzoną swe serce ubiera.
Tak zwykł lew, gdy rogami byk najduższy570 swemi
Podniesionego ciśnie i na twardej ziemi
Zostawi; ten przed wstydem nie czuje boleści,
W gorliwej rozedrzeć go chce popędliwości.
121
Cięższe coraz powtarza po szyszaku razy;
Ale ten, co się żadnej nie obawia skazy
Od szable, zwłaszcza prostej, głowy pana swego
Broni, bo na początku Rugier boju tego,
Jakom powiedział, miecz swój upuścił kochany,
Któremu ani zbroja ani hecowany571
Nie wytrzymałby paiż572 i sama przyłbica
Babilonu i wieże wysokiej dziedzica573.
122
Niezgoda rozumiejąc, że tam nic inszego
Prócz swarów być nie może i boju strasznego,
A przymierze z pokojem miejsc nie będą mieli
W zajątrzonych wnętrznościach, by najbarziej chcieli,
Mówi siestrze: »Już odyść możemy bezpiecznie:
»Miłość tu, śmiem upewniać, nie postoi wiecznie.
»Niech idą, my się jeszcze do bitwy wróciemy
»I komu beł życzliwszy Mars, szczerze powiemy«.
123
Tak przykre, tak straszliwe i ostatniej siły
Rugierowe na on czas uderzenia były,
Iż Rodomont łbem w siodło uderzy chudzina
I lecąc, twardą zbroją przycisnął Frontyna.
Po trzy, po cztery razy już spaść nakłoniony,
Ledwo się mógł pokrzepić, gwałtownie zemdlony;
Nakoniec miecza z ręku pozbyłby ostrego,
Ale bronią temlaki z sznura jedwabnego.
124
Tem czasem zaś Marfiza Mandrykarda swego
Obraca: pot się leje z twarzy, z czoła jego.
Wygadza on jej wzajem i niemniej dokucza,
Co to jest z mężem walczyć, białą płeć naucza.
U obojga tarcz, zbroja, szyszak doświadczony
Strzeże ran, broni głowy, piersi z każdej strony.
Tak w równem męstwie ponno dłużejby swe siły
Pokazowali, ale konie przeszkodziły.
125
Przykry Marfiza swojem obrót uczyniła
Na łące, co z niedawnych deszczów mokra była;
Ten się pośliznął i padł srodze w onej dobie
Ani ratunku mógł dać najmniejszego sobie.
Bo gdy się poprawował i ledwo podnosił,
Kilkoro uderzenia raz po raz odnosił
Od Bryljadora, którem z boku przeciwnego
Natarł gruby Mandrykard i serca dzikiego.
126
Rugier, kiedy. Marfizę ujrzał we złem razie,
Skoczył, Tatarzynowi chcąc być na przekazie.
Miał po wolej, bo jeszcze nie przyszedł do siebie
Rodomont, jako w łeb wziął od niego w potrzebie,
I tak uderzył w szyszak Mandrykarda srodze,
Iż wnet ogłuszonego zostawił na drodze;
Rozciąłby go beł pewnie w te czasy na dwoje,
By miał swą broń, a on tak dużej574 nie wdział zbroje.
127
Tak ze snu otrzeźwiawszy z Algieru król srogi
Przeciera wzrok, obraca źrzeńce575 koło drogi;
Ujźrzy Ryciarda i wnet przypomina sobie,
Iż dla niego o mały włos nie został w grobie,
Gdy miecza Rugierowi pożyczył własnego.
Dla pomsty z wielkiem gniewem poskoczył do niego
I skarałby beł pewnie; ale z nowej rady
Malagiza wnet one rozerwano zwady.
128
Tak on beł w czarnoksięskiej nauce wyćwiczony,
Iż mu żaden nie zrównał wieszczek nauczony;
A chocia ksiąg i pisma nie wziął z sobą swego,
Którem promienie słońca stanowi576 jasnego,
Przymuszaniem tylko swem, dziwnemi słowami
Ma moc i władzą wielką w piekle nad djabłami,
Kazał, by jeden w konia Doraliczynego
Wszedszy, do szaleństwa go pobudził jakiego.
129
W koń spokojny, na grzbiecie którego siedziała
Doralika i bitwy skończenia czekała,
Wszedł jeden duch niecnota z piekielnej ciemności
I rozmaj tych wnet się jął rozpościerać złości.
Bo co przedtem o żadnych narowach nie wiedział,
Prócz iż cichy wolno szedł, gdy kto na niem siedział,
Teraz strasznych uczynił kilkanaście skoków,
Wzdłuż na trzydzieści, a wszerz na szesnaście kroków.
130
Duże było porwanie; przecię z siodła swego
I z konia Doralika nie spadła durnego577.
Krzyczy, o zdrowiu żadnej nadzieje już nie ma,
Że ją z wysoka głupi szkapa zrzuci, mniema.
Ten bieży, od piekielnych furyj przymuszony,
Jakoby od samego djabła beł niesiony.
Już jej głosu nie słychać: nigdy, nigdy strzała,
Z cięciwy wypuszczona, prędzej nie leciała.
131
Cudem Rodomont takiem srodze przerażony,
Przestał bitwy i na głos, gdzie biegł koń szalony,
Ratować Doraliki pojechał zarazem;
Marfizie, Rugierowi już też swem żelazem
I Mandrykard nie szkodzi: puszcza się w też tropy,
Gdzie szkapa opętany ślad niósł lotnej stopy.
Pokoju i przymierza z sobą nie czynili:
Tak się rączo ci oba za nią obrócili.
132
Z ziemie Marfiza mokrej na ten czas wstawała,
Serdecznem żalem wszytka i gniewem pałała;
Myśli pomstę uczynić, ale ją omyli,
Bo Rodomont w dziesiątej ledwie nie jest mili.
Rugier, co taki koniec wojny spólnej widzi,
Gryzie się, ryczy, jak lew, sam się siebie wstydzi.
Niepodobna, by miały dogonić ich konie
Bryljadora z Frontynem: tak są w różnej stronie.
133
Rugier wojny poprzestać o konia swojego
Z Rodomontem nie myśli, aż dowiedzie swego;
Z Tatarzynem Marfiza nie chce się rozjechać
I bitwy, aż go lepiej spróbuje, poniechać.
Bo opuścić byłoby coś nieuczciwego:
Wzięli przyczynę wzgardy, despektu jawnego.
Na koniec taką sobie radę wespół dali,
Aby za winowajcy zarazem jechali.
134
A lub to aż w obozie, nie zjadą się z niemi,
Gdzie dla posiłku dania pobiegli z drugiemi,
Chcąc króla francuskiego złamać zbytnie siły,
Od którego ich wojska obleżone były,
Pozwalają udać się tam i bronić sławy,
Prawą drogę obrali i gościniec prawy.
Rugier wprzód jachać nie chce, ażby do swojego
Towarzystwa przemówił słów kilka miłego.
135
Wrócił się i na stronę wziąwszy Ryciardota,
Prosi, by mu nie ciężka była ta robota,
Rodzoną swoję żeby pozdrowił od niego;
On też w szczęściu, w nieszczęściu zawżdy chce być jego
I na każdą przygodę, przypadek wszelaki
Dozna, że mu życzliwy, dozna, że jednaki.
A to czynił tak mądrze Rugier nauczony,
Iż żaden podejźrzenia znak nie beł wniesiony.
136
A potem Wiwiana i Malagizego,
Aldygiereja przy nich pożegnał chorego
I tem się z posługami swemi ofiaruje,
Ochotnem na potrzeby ich być obiecuje.
Do obozu Marfiza tak się zaś śpieszyła,
Iż za chęci dziękować braciej zobaczyła578;
Ale oni śpieszno ją oba dogonili,
Swą ludzkość i powinny pokłon oświadczyli.
137
Toż Ryciardot uczynił; a Aldygier ranny
Leżał i nie mógł, choć chciał, mężnej żegnać panny.
Do Paryża wszyscy się naprost obrócili,
Tak ci, co Doralikę z jej koniem gonili,
Jako Rugier z Marfizą — ale przydzie potem
W drugiej pieśni powiedzieć dostateczniej o tem;
Atoli z wielką szkodą rycerstwa naszego
Ci czterej do obozu przybyli swojego.
Koniec pieśni dwudziestej szóstej.