XL. Pieśń czterdziesta

Argument

Gdy nieuczciwy morzem Afer tył podaje,

Z daleka swe zniszczone widzi ogniem kraje,

Wysiada smutny na ląd, gdzie Gradas serdeczny

Namawia go z Orlandem na bój niebezpieczny

I chce mieć, aby wyzwał choć samotrzeciego469,

A on w starciu łeb uciąć obiecuje jego.

Rugier zwodzi z Dudonem pojedynek srogi,

Pragnąc z oków wyzwolić siedmi królów nogi.

Allegorye

W tej czterdziestej pieśni, pełnej pamięci godnych przykładów, poznać możesz przez szturm bizerski doskonały sposób dobywania miast, ziemią i morzem umocnionych; z Agramanta przykład weźmiesz mądrego, serdecznego i mężnego pana, z Sobryna szczerego i roztropnego poradnika, w Gradasie prawdziwego i jednakiego w obojem szczęściu poznasz przyjaciela; w Dudonie i Rugierze niemniej ludzkich, jako i wspaniałych dwuch bohatyrach, sercem wielkiem i poważną skłonnością świecących, ujrzysz chwały godny pojedynek.

1. Skład pierwszy

Gdybym różne przykłady boju straszliwego

Pisać miał, zacny synu Herkula470 wielkiego,

Sowy do Aten471 według dawnej przypowieści,

Krokodyle zdałbym się nieść w egipskie włości.

Darmo do Samu472 z inszych państw kryształ przychodzi473,

Nie trzeba w las nosić drew, bo się to tam rodzi.

Ciebie miały hetmanem wojska zagniewane,

Ja śpiewam z historyków krwie dawno przelane.

2

Widział twój lud przez mury i brony otwarte,

Gdy żagle nieprzyjaciół hardych rozpostarte

Najłakomszy ogień żarł wespół z galerami,

A łby, dziwnie ostremi ucięte szablami,

W piaskach pogrzeb nalazły. O, jak ogłuszały

Przeraźliwe wrzaski świat i wiatry mieszały!

Padus krwią zafarbował wiry zrumienione,

Kręciły maszty sztyry, na poły spalone.

3

Przyznam, swemi oczyma nie widałem tego,

Bo dnia przed tą szczęśliwą porażką szóstego

Do Rzymu kazałeś mi, abym święte nogi

Pocałowawszy, twoje opowiedział trwogi

I ratunku wraz prosił; lecz cóż po tem było?

Po odjeździe mem wszystko dobrzeć się zdarzyło:

Takeś przytępił ostrych pazurów zjadłemu

Lwowi, iż szkodzić państwu już nie myśli twemu.

4

Ale Alfonsyn, Trotto, co beł w tej potrzebie

Z Morem, z Afraniem474, zdrowie swe kładąc dla ciebie,

Więc Annibal, Zerbinet, trzej Aryostowie,

Bania475 laty zeszłego dorośli synowie,

Powiedzieli mi samę rzecz, potem znak dały

Chorągwie, które w wielkiem kościele wisiały,

Niemniej piętnaście galer u portu z więźniami,

Co ich miedzy gęstemi wiązano śmierciami.

5

Kto te haniebne ognie i śmierci bladawe,

Kto wyroki złych losów widział niełaskawe,

Które się naszych domów popalonych mściły,

Gdy z ciał zimnych z jelity dusze się toczyły,

Może snadno swą objąć myślą i ten twardy

Stos476, co go wziął na morzu król afrycki hardy,

Kiedy Dudon serdeczny, Dudon zapalczywy

We krwi jego chciał gasić swój gniew, pomsty chciwy.

6

Noc była nazbyt czarna, tak, iż dla brudnego

Cienia nie widział jeden w okręcie drugiego,

Ale kiedy się srogie zabijania wszczęły,

A ognie siarką, smołą przyprawione, jęły,

Płomień żartki wybuchnął, w popiół i w perzyny

Obracając galery w minucie godziny.

Zaraz gęste ćmy z nagła uciekły, a wkoło

Blask z nocy dzień uczynił, wzrok ciesząc wesoło.

7

Dopiero najbiedniejszy król widzieć mógł siły,

Które jego potęgę słabszą przechodziły.

Trwoży, bojaźń za boki blada go chwytała

I strach w żyły, krwie próżne, okropny wlewała.

Bo póki nieprzejrzane mroki noc czyniły,

Póki mdłe ognie góry z dymów nie wybiły,

Lekce ważył ten rozruch i tak mu się zdało,

Iż wojsko jego snadnie uskramiać go miało.

8

Potem rzeczy mizerną postać obaczywszy,

A Sobrynowi swemu tylko się zwierzywszy,

Przesiadł się, troską zjęty, dziwnie skłopotany,

Gdzie skarby i Bryljador jego beł kochany.

Tak cichuchno na małej, lecz sposobnej łodzi,

Zostawiwszy nieszczęsne swe ludzie, uchodzi;

Którem woda, płomienie, szabla dokuczała,

A śmierć w trojakiej męce jeden żywot brała.

9

Ucieka król, a mając przy sobie Sobryna,

Na widome nieszczęście narzeka chudzina;

Łzy gęste z oczu pędzi, dziwnie mu żal tego,

Iż rady, jako boskiej, nie usłuchał jego.

Niech się zrze; do Orlanda my się nawróciemy,

Który radami grofa nalegał zdrowemi,

Aby Bizertę z ziemią zrównał, nim w obrony

Nowe będzie skąd inąd Branzard opatrzony.

10

Tak jawnie po obozie wszytkiem wytrąbiono,

Iż dla szturmu trzeci dzień pewny naznaczono;

Statki wodne, co jeno jeszcze ich zostało,

Astolf Sansonetowi i wojsko w moc dało,

Sansonetowi, co jest rycerz doświadczony,

Lub morzem lubo lądem krwie nienasycony

Mars swoje proby czyni; ten w mili niemałej

Od portu ku Bizercie stanął okazałej.

11

Jak dobrzy chrześcijanie, surowo kazali

Orland z grofem, aby post wszyscy zachowali:

Wiedzą, że każde sprawy od Boga zaczęte

I koniec dobry muszą mieć i skutki święte;

Nadto porządkiem obóz cicho obwieszczają,

Iż trzeciego dnia kusić o mury się mają.

Zaczem na odpoczynek wolno iść każdemu

Dla obmyślania pociech sumnieniu swojemu.

12

Gdy takowem porządkiem toczyły się rzeczy,

A zmysł w bogobojnościach utonął człowieczy,

Powinni, przyjaciele, bracia się starali,

Aby pospołu z sobą przez on czas mieszkali;

Zajadłe morzą gniewy i wszelakie winy,

Choć to z najwiętszej kiedyś urosły przyczyny,

Obłapiają się wespół, łzy każdy z nich leje,

Jakby tracili spólnej miłości nadzieje.

13

W obleżonej Bizercie do meczetnych progów

Biedny lud pośpiesza się głuchych wzywać bogów;

Tłuką piersi chudzięta, a głosy smutnemi

Na Makona wołają, aby swą nad niemi

Litość pokazał prędką; o, jak ślubów wiele

I darów znamienitych wieszają w kościele,

Pamiątkę niefortunnych trosk, płaczu gorzkiego,

Najnieszczęśliwszych żalów, strachu widomego!

14

A gdy błogosławieństwo od każdego mieli,

Zbroje wdziawszy, do murów wyniosłych bieżeli.

Jeszcze jutrzenka nazbyt mdły słała i mały

Dzień, jeszcze mroki ciemne wszystko okrywały,

Kiedy z jednego boku z ludźmi przebranemi

Grof stanął, a Sansonet z drugiego z swojemi.

Potem głos usłyszawszy trąb krzykliwych, który

Chętne serca zapalał, skoczyli pod mury.

15

Morze głębokie ze dwu stron Bizerta miała,

Ze dwu drugich na suchej równinie siedziała.

Starą robotą wały, ale mur północny,

Gdzie woda nie zachodzi, nad podziw ma mocny.

Przekopy zaniedbane, bo do ich poprawy

Czas ścisły Branzardowi bronił i zabawy

Naglejsze; więc o cieśle przytrudniejszem477 było:

Co żywo się za wojskiem hultajską włóczyło.

16

Astolf z najprzedniejszemi skoczył Murzynami,

Którzy łukiem groźni są, kuszą i procami;

Lekce ważą śmierć, pełni wesołej ochoty,

Tak w letszych zbrojach jazda, jako i piechoty;

I już się do przekopów rączo przymykali,

Aby je równo z murem miąższem wyrównali,

Już gwałt478 chróstu, kamienia, ziemie, drzewa na dnie:

Idzie z rąk nieleniwych pilna praca snadnie.

17

Pomogło niemniej i to, iż wodę odjęli

Dniem przedtem, niż do szturmu lud przypuścić mieli.

Tak, choć się zbyt głębokie samy w sobie zdały,

Wypełnił je i dobrze i w skok Murzyn śmiały;

Zaledwie się haniebne murów nie tykają

Kupy skał, które gęste ręce w rów ciskają.

Astolf, Orland, widząc to, ludzie zgromadzone

Bez odwłoki na mury wiodą wywyszszone.

18

Więc i sami Nubowie, dawno ukwapliwi

Na zysk i zdobycz, której tuszą dostać chciwi,

Z wielką ochotą, tarcze niosąc nad głowami,

Skoczyli z rozwitemi na prost chorągwiami.

Ci ze spodu mur duży, walą, wywracają,

Ci naczyniem sposobnem brony wyważają;

Daje srogi, śmiertelny raz, niewytrzymany

Tram ścienie, wielką mocą wzdłuż rozkołysany.

19

Na zjednoczone siły Afrowie strapieni

Race, wieńce, gromadę spychają kamieni.

Ktokolwiek ukaże się z naszych, murów blizki,

Ognie, żelaza, różne nań lecą pociski;

Ciężkie drzewa, gwałtownie z obłamków479 spuszczone,

W trzaski kruszą zasłony, wzgórę wyniesione,

Kruszą i niejednemu zdruzgotały czoło

Przez szyszak; piasek mózgiem, krwią skropił się wkoło.

20

Dodaje serca, otuch Orland niecierpliwy,

Ze wszystkich stron odnawia bój i szturm straszliwy.

W port z armatą Sansonet swoją wpadł bez zwłoki

I uderzył się o mur narożni szeroki,

Na który wojska z chęcią pną się natarczywe;

Szablami błyszczą, łuki wyciągają krzywe,

Dardy480, proce i długie drabiny gotują

I z przewagą ostatnią pod sam wierzch wstępują.

21

Oliwier z Brandymartem z drugiej także strony

I Astolf jedną ścieszką idzie odważony;

Krwawą bitwę wznawiają, wzrok podnoszą srogi,

Bezpieczniejsze do weścia upatrując drogi.

Raz bron patrzą spiżanych481, prędkiemi nogami

Obbiegając mocny mur z dużemi482 basztami;

Potem, kędy wre bitwa najniebezpieczniejsza,

Wpadają, nie trwoży ich strzelba483 najgęściejsza.

22

Widome być odwagi każdego musiały,

Sława najsłodsza, sromy serca dodawały;

Świadkiem dzielności jeden zostawał drugiego,

Snadno rozeznać gnuśnych od męża dobrego.

Ale wysokie wieże, gdy postępowały

Na kołach, Sarracenom najsroższe się zdały,

Niemniej słonie, co wielkie na swych grzbietach mają

Czyny484 wojenne, a wzwyż z murem podołają.

23

Najpierwszy, choć kamienny grad nań z wierzchu spadał,

Brandymarte z drabiną do muru przypadał,

Czem w sercach mężnych chciwe rozpala ochoty;

Bieżą z niem serdeczniejszy do pięknej roboty.

Nie dba na srogie strzelby, namniej się nie wzdryga

Pocisków, jedną ręką tarcz na sobie dźwiga,

A drugą już obłapił mury uchwycone

I zabija pogany, na się zgromadzone.

24

Nogami i rękami przy wysokiej wieży

Pracuje, na mur chcąc wniść, choć nań zewsząd bieży

Nieprzyjaciel zajadły, szabla kole, siecze,

Kaleczy; krew z ran srogich wzdłuż po morze ciecze.

Tem czasem drabina znieść ciężaru wielkiego

Nie mogąc, u wierzchu się złamała samego:

Wszyscy prócz Brandymarta w przekopy wpadają

I haniebne stłuczenia z miejsc wysokich mają.

25

Nie tracąc serca, oślep zaczętej dowodzi

Przewagi i już murów wysokich dochodzi.

Proszą, wołają wszyscy, aby opuszczony

Od swych, na zad obrócił krok swój ukwapiony.

Nie słucha ten, straszliwą twarz, oczy gniewliwe

W miasto niósł: w Maurach wnętrza topnieją lękliwe,

I z muru na trzydzieści łokci wysokiego

Wskoczył w samy pośrzodek gminu afryckiego.

26

Jakoby na słomę padł lub na miękkie pierze,

Nie stłukł się: taka chciwość w wielkiem bohaterze

Sławy serce paliła; potem rozgniewany,

Rwie gęsty lud i srogie zadaje mu rany;

Surowem grozi wzrokiem, tłucze i morduje,

Niezmierny strach w poganach wspanialszych sprawuje.

Naszy, co kiedy wskoczył, widzieli na oko,

Wzdychają, żalem zjęci, ciężko i głęboko.

27

Po szerokiem obozie wprzód ciche szemranie

Wieść rodzi świegotliwa, a potem lękanie;

Wszyscy zdumiałych uszu szeptom nadstawują,

Wszyscy jego śmiałości bystrej się dziwują.

Sława, co zwykła płonne rzeczy i prawdziwe

Roznosić, bodzie w grabi serce nieszczęśliwe,

Ani wprzód żartkiem skrzydłom odpoczynąć dała,

Aż Dudonowi z grofem wszystko powiedziała.

28

Na nowinę nieszczęsną zarazem pobladli,

Chcąc go ratować prędko, jak piorun, wypadli;

Drabiny co najwyszsze do muru stawiają,

A tarcze nad głowami złożone trzymają.

I już się ku wysokiej podemknęli ścienie;

Nie trwożą ich pociski, oszczepy, kamienie,

Nienasyconą chciwość mordów ukazują

Przez oczy, z których szczere ognie wyskakują.

29

Tak więc, gdy wściekłe wichry morze poruszyły,

W ocemgnieniu na gniew się zdobędzie i siły;

Grożą, śmierć niosąc mokrą, najstraszliwsze wały,

W żeglarzach martwe serca od strachu strętwiały;

Maszty trzeszczą, żagle rwie wiatr nieokrócony

I krzyk nieszczęsnych topniów485 pędzi w różne strony,

Bo skoro wzdęta woda w bok łodzi przypadnie,

Kruszy ją, wszystko z niej zrze i połyka snadnie.

30

Kiedy na mur skoczywszy ci trzej w onej chwili,

Sarraceńskie zastępy, jak bydło, pędzili,

Drudzy bezpiecznie w miasto wpadali bronami,

A miecz nieuchroniony karmił się śmierciami.

Krew ciepła prędkiem ciekła strumieniem, wrzask srogi

Napełnił domy, rynki, ulice i drogi;

Trupy lub wznak lub leżą twarzami ku ziemi

I zębami ją kąsać chcą rozgniewanemi.

31

Nie z takiem pędem leci, gdy Wisła wylała

I brzegi najwścieklejszą mocą rozerwała,

Choć nowe drogi łąką przestroną najduje,

Pola pustoszy, domy bierze, zboża psuje;

Nie mogą strzymać gwałtu obory zamknione,

Niosą ich z biednem stadem potopy szalone,

Psi z pasterzami toną, a gdzie gniazda liche

Ptak miał, przez wierzchy dębów ryby płyną ciche:

32

Z jakiem gwałtem zwyciężca bieżał ukwapliwy

Na dźwięk trąby, co hasło daje, przeraźliwej;

We wszystkich miasta kątach szerzy się miecz srogi,

Z roztarchanemi matki włosami niebogi

Do piersi nieszczęśliwych dziecka przyciskają,

Oczy łzami ku niebu zalane wznaszają,

Przeraźliwemi prosząc zlitowania słowy

U zwyciężce, co swój jad krwią karmi surowy.

33

Któż srogie razy, różne śmierci dnia onego

Wypowie, kto twarz486 nędzną miasta dobytego?

Kształtem jezior szerokich krwią ziemia opływa,

Pomsta boża najmiętsze serca zatwardzywa487;

Okropny strach trup czynił i pobojowiska,

Kiedy kto bystrem okiem pojźrzał na nie z blizka.

Zrze pałace wyniosłe płomień niezgaszony,

Gorzkich płaczów głos smutny w różne leci strony.

34

Ciężki łupem bogatem miasta przedniejszego,

Do obozu odchodzi mężny Murzyn swego,

Łakomem w pokarm ogniom zostawiwszy mury,

Które przez gęste dymy buchają do góry.

Idą żałosne matki na długie więzienie;

O, jako jem wnętrzności przykre utrapienie

Srodze rani, oczyma gdy patrzą mokremi,

Co zwyciężca z córkami broi ich własnemi!

35

Swą ręką Bucyfara Oliwier serdeczny

Zabił, kiedy w pół szturmu trwał bój niebezpieczny;

Zaczem Branzard, straciwszy wraz wszystkie nadzieje,

Własną przebity ręką, duszę ze krwią leje.

A Folwina poimał i chciał mieć żywego

Astolf, ale okowy nogom sprawił jego.

Tem trzem, kiedy odjeżdżał z wojskiem do Francyej,

Polecił rząd Afryki król i Barbaryej488.

36

Który przez morze, gdzie go najtwardszy mus wiedzie,

Z Sobrynem opuściwszy biedne wojsko, jedzie;

Wzdycha, z oczu obfite łzy się dobywają,

Widzi, jako wyniosłe płomienie pałają.

Zwątpił o swej Bizercie, zaledwie na brzegu

Usiadł, alić w najprędszem ma posłańca biegu

Z przykrą wieścią; dopiero nieszczęściem zwątlony,

Chce mieczem piersi przebić na obiedwie strony.

37

Broni Sobryn i oczu swych nie spuszcza z niego.

»Tak to — mówi — pociechę z przypadku srogiego

»Zostawić chcesz Karłowi, który wszystkie siły

»Waży, aby twe państwa w mocy jego były?

»Wie on, iż póki żyjesz, póki w ręce twojej

»Szablę masz, on chciwości nie utuczy swojej.

»O, jakby mu sprawiła wesołe nowiny

»Śmierć, którą zadać sobie myślisz tej godziny!

38

»Wszystkich poddanych oraz zbawiłbyś nadzieje,

»Którą jem z męstwem ludzkość twoja w serce leje.

»Przetrwaj szczęście opaczne; tak na świecie bywa:

»Rozkosz nędzą, weselem żal się przeplatywa.

»Nie czyń więźniami wolnych, bo za śmiercią twoją

»Z wolnościąbyśmy żegnać musieli się swoją.

»Żyj dla nas i dla swojej Afryki, prosiemy,

»Albo, lubo to nie w smak, twem torem pójdziemy!

39

»Porzuć niewymówioną troskę i frasunki:

»A to i od zołdana489 możesz mieć ratunki.

»Da on ludzi, tuszę ja, i pieniędzy tobie,

»W przyszły czas zachowując twoje chęci sobie.

»Więc Noradyn490 aza tak w gwałtownej potrzebie

»Nie odważy dostatków i samego siebie?

»Masz Turki, masz Araby, Persy i z Medami:

»Ci świeżemi wszyscy cię posilą wojskami«.

40

Tak najmądrzejszy starzec poważnemi słowy

Usiłuje kłopoty ciężkie wybić z głowy,

Czyni dobrą nadzieję, iż prędko Afryka

Stanie w zwykłej ozdobie, zbywszy przeciwnika.

Ten słucha, a serce w niem taje żałośliwe;

Trwożą go zebranych trosk skutki nieszczęśliwe,

Widzi, jak to ostatnia, gdy sił swych nie staje,

W postronne dla ratunku udawać się kraje.

41

Tkwią w głowie wizerunki dawniejszych przykładów,

Jako to niebezpieczna potężnych sąsiadów

Wzywać na wsparcie rzeczy państwa lecącego:

Łakomy beł zawsze sceptr i powaga jego.

Tak Murzyn Sforca zginął w teraźniejsze wieki,

Gdy go wziął Ludwik na ślub do swojej opieki.

Słusznie trzykroć za błazna mądrzy mają tego,

Co szczęścia cudzem rękom powierza własnego.

42

Myślał to, a kierować kazał ku wschodowi

Okręt, wsiadszy na morze, swemu sztyrnikowi.

Ten zaledwie opuścił port, gdy wicher srogi

Zatrząsnął blizko od nich pomniejsze odnogi,

I krzyknął głosem wielkiem, wzniówszy wzgórę oczy:

»Widzę — lecz próżne siły, próżne i pomocy

»Upatruję być nasze — nagłe niepogody,

»Które z gruntu poruszą te pod nami wody.

43

»Jeśli mojej usłuchać zdrowej rady chcecie,

»W lewej ręce wyspę tu mieć małą będziecie;

»Tam ja obrócić życzę, ażby wściekłe wały,

»Skoro wiatry ucichną, srożyć się przestały«.

Pozwala król Agramant, pędzić rozkazuje,

Gdzie bezpieczniejszy sztyrnik miejsce upatruje.

Tak leci i do wyspu491 żagle wielkie miece,

Co wszerz Afrykę, wzdłuż ma Wulkanowe piece.

44

Pusty wysep492 po prawdzie, lecz czynią wesoły

Różne drzewa i łąki z pachniącemi zioły.

A iż tam rzadko łodzie stania swe miewały,

Kochał się w miejscu jeleń, sarna, zając mały;

W miejscu wolnem, bo tylko sami rybitwowie,

Spracowani po długiem w letni znój obłowię,

Sieci swe rozwiesiwszy, w skok się przesypiają,

Ryby w morzu tem czasem bezpiecznie igrają.

45

W port przyjechawszy, kilka inszych widzą łodzi,

Które zegnały w ten kąt przeciwne powodzi;

Bohatyra wielkiego przy nich poznawają,

Co mu hołd serykańskie królestwa oddają.

O, jak wesołe czynią wszyscy trzej obrady,

Widząc, iż samo szczęście do onej gromady

Trafunkiem ich złączyło! Wraz się obłapiają,

Spólne trudy paryskich szturmów wspominają.

46

Ale skoro początek nieszczęścia przykrego

Wlał w uszy przyjaciela Agramant swojego,

Tak w niem pobudza żale, z gniewem zjednoczone,

Iż chce kwoli niemu dać garło odważone.

W egipską ziemię, która z dawna słynie zdradą,

Zabrania jechać mądrą i poważną radą.

»Wiesz — mówi — jako chytry król wodza rzymskiego

»Zabił, gdy uszedł z bitwy przegranej do niego.

47

»Z strony Synapa mniejsza trudność jest czarnego,

»Co ludu, jak powiedasz, do boju godnego

»Grofowi dał, twe państwo, nie mając przyczyny,

»Popustoszył, Bizertę obrócił w perzyny;

»Weźmie on swą nagrodę, lecz to u mnie dziwy:

»Snać tu z niemi jest Orland, on Orland prawdziwy,

»Który statecznie zbywszy niedawno mądrości,

»Wszędy znak czynił srogi wściekłej okrutności.

48

»Gorsza to, ale cóż rzec? Za hojne łzy twoje

»Żywot własny poświęcę ja i siły moje:

»Pojedynkiem go wyzwę, choćby beł z szczerego

»Żelaza, z dyamentu lubo najtwardszego.

»Co wilk owcy, kiedy jest długo przemorzony,

»Co chart, gdy kieł w zającu utopił skrzywiony,

»Zwykł czynić, tak postąpię z niem; ci zaś Nubowie

»Przez straszny mord zostawią w twej Afryce zdrowie.

49

»Na ostatek ich naród ruszę, co z tę stronę

»Nilu mieszka, a w szabli położył obronę,

»Różny wiarą, językiem; bliższych Arabami,

»Trochę zaś odleglejszych zową Makrobami493;

»Ci bogatego złota gwałt494 mają i słoni,

»Tamtem stada wojennych rodzą siła koni.

»Pod mem sceptrem posłuszni, ja jem rozkazuję

»I z nich prędką Nubowi pomstę nagotuję«.

50

Z płaczem król, obłapiwszy Gradasa, całuje;

Iż mu chęć swą w zginionych rzeczach ofiaruje,

Szczęściu chce być powinien, które go w te strony

Przywiodło, gdzie przyjaciel tak jest ulubiony.

Ale pojedynku zaś co się tknie przykrego,

Na zdanie nie przypada i na radę jego;

Znaczną stąd na uczciwem zmazę ukazuje,

Gdy cugu495 w sprawie takiej inszem ustępuje.

51

»Jeśli — mówi — w złem razie fortuny surowej

»Na śmierci nam należy siła Orlandowej,

»Czemuż ja sam za krzywdę swą zdrowia własnego

»Ważyć nie mam, na Boga spuściwszy się mego?«

»Prawdę mówisz — rzeki Gradas — więc insze sposoby

»Podam, co zachowają wcale twe ozdoby.

»Daj grabi znać, kogo chce, aby przybrał sobie,

»Bo jutro będziem się bić dwaj z niem o tej dobie«.

52

»Temu nie przeczę — rzekł król, jakby kęs wesoły —

»I ja i on niegłodzien, tuszę, w przyjacioły.

»Niech będzie, co chce: nie dbam, kiedy w tej potrzebie

»Doświadczonego mam mieć pomocnika z ciebie«.

Gdy tak postanowili, Sobryn z drugiej strony

Boleje, wzdycha, iż jest od nich wyłączony.

»Starość — mówi — jeszcze mi nie zwątliła siły,

»A lata biegły w rzeczach rozum zaostrzyły«.

53

Jakoż duży496 beł jeszcze staruszek i w ciało

Serce męskie czerstwości ochocze wlewało;

Siwy włos, wojenny trud, prace nie wadziły,

Żywe oczy za śmiałość serdeczną ręczyły.

Tak widząc słuszną prośbę i żądania jego,

Pozwolili, aby beł z niemi za trzeciego,

I zaraz Orlandowi znać przez posły dają,

Iż trzej samotrzeciego497 w pole wyzywają.

54

I chcą, aby się stawił na wyspie rzeczonej

Lipaduza498, w bok prawy trochę nakłonionej;

Morze ją ze wszystkich stron jedno opasuje,

Lecz bezpieczny i wolny przejazd zostawuje.

Bieżą posłowie, żagle prędkie rozwinęli,

Już połowicę drogi kwapliwej minęli.

Przypadszy, widzą grabię, a on miedzy swoje

Dzieli złoto i srebro, więźnie, konie, zbroje.

55

O, jak ich wdzięcznie przyjął Orland zawołany,

Ogień śmiałości serce nieuhamowany

Rozpala; mile z niemi rozmawia, szanuje,

Upominki bogate posyła, daruje.

Słyszał od towarzystwa w tych czasiech swojego,

Iż Gradas Duryndanę u boku dużego

Nosił, po której takie żarły go tesknice,

Iż za indyjskie dla niej bieżeć chce granice.

56

Tuszył, iż tam Gradasa zadybie dużego499,

Bo o wyjeździe wiedział z państw francuskich jego.

Teraz, że tu pobliżej zasiągł o niem wieści,

Serce dla niepojętej skakało radości.

Więc Almontów róg piękny, róg złotem sadzony

Smakuje500 mu wyzwania niepodobnie ony,

W tąż501 Bryljador, co jako więźniem beł chudzina

W stajniej Trojanowego, zbywszy grabie, syna.

57

Obiera kompanią bez wszelakiej zwłoki —

Godziny zdadzą mu się, jak najdłuższe roki —

Brandmarta z Oliwierem: wie, jak jem dzielnością

Rzadki zrównał, serca zaś wszystkich trzech miłością

Jednaką zjęte były. Potem w onej chwili

Tarcz, zbrój, szyszaków szukać przednich umyślili,

Koni, szabel i kopij: świadomiście tego,

Iż z tych rzeczy z sobą nic nie mieli własnego.

58

Orland, szaleństwem zjęty, porozrzucał swoje,

A tem drugiem Rodomont przez surowe boje

Zdarł gwałtem, zastąpiwszy na ciasnej mościnie,

Gdzie niewstrąconem rzeka straszna pędem płynie.

Afryka nic nie miała, król ją ze wszystkiego

Złupił, kiedy Paryża dobywał wielkiego;

Więc w szturmie blizko przeszłem łakome płomienie

Brały z wiela rynsztunków, zrząc ich, pożywienie.

59

Zbiera po trosze Orland, gdzie może, dostaje,

Zardzewiałe co prędzej polerować daje.

Sam tesknice niecierpliw, nad brzegiem z swojemi

Chodzi, o pojedynku rozmawiając z niemi.

Gdzie skoro na morze wzrok wznieść mu się przydało,

Postrzegł, iż się łodzisko jakieś przybliżało

Ku miastu właśnie na prost; w żagle rozwinione

Wiatry dmuchały prędkie, niezastanowione.

60

Bez sztyrnika, bez inszych żeglarzów po wodzie

Biegła łódź w różnej wiatrów swowolnych niezgodzie.

Potem niedaleko tych, co się przechadzają,

W miałkiem miejscu stanęła, piaski ją trzymają.

Lecz tą razą o tem dość; Rugierowe cnoty

Wołają mię do siebie: ja z zwykłej ochoty

Idę i powiem, jako dwaj bohatyrowie

Po uczynionem ślubie stoją przy swem słowie.

61

Stoją; gniew, żal ich serca objął przykry, tęgi,

Ujrzawszy potargane umowy, przysięgi,

Kiedy w zapędzie żartkiem lud obojej strony

Gasił w strumieniach krwawych gniew niewymówiony.

Chcą wiedzieć, kto przyczynę podał do srogiego

Rozruchu, kto przymierza skaźcą502 jest ścisłego;

Bo tem barziej dręczy ich nagła mieszanina,

Im mniej wiedzą, na kogo ściągać się ma wina.

62

Tem czasem jeden sługa Rugiera dobrego,

Mądry, wierny, tajemnic wiadom pana swego,

Przebiwszy się przez wojsko, konia mu dodaje,

Gdy on tak skłopotany, gdy frasunek kraje

Serce biedne, a potem szablę wyostrzoną

Na jego bok przypasał, złotem oprawioną,

W tę bez chyby nadzieję, aby uzbrojony

Dodawał swojem, wpadszy miedzy nie, obrony.

63

Nie myśli on; jechać chce, lecz wprzód obiecuje

Rynaldowi, iż jeśli króla poszlakuje

Łamcą503 wiary swojego, tej zaraz godziny

W zad cofnie504, aby nie dał najmniejszej przyczyny

Do zgwałcenia przysięgi; potem wiarę jego

Złą porzuci, a do krztu uda się świętego.

Tak rzekł i do swej Arle drogę na prost bierze,

Jadąc, pyta, kto stargał, bezecny, przymierze.

64

Co żywo odpowieda, iż król uwiedziony

Próżną jakąś nadzieją, wszczął bój zabroniony.

Strętwiał, ciężkie z wnętrzności posyła wzdychanie,

Widzi, iż pewnie musi dość z królem rozstanie.

Nie jeno się w niem kochał, lecz i srogie znaki

Niefortun rodzą w sercu jego żal dwojaki:

Coś nie grzeczy, gdy szczęście mieni swe obroty,

Mienić miłość ku panu i spuszczać z ochoty.

65

Różne dyskursy w głowie, różne myśli knuje,

Co godzina się biedzi, dzień i noc frasuje,

Czy jechać ma, czy zostać: tu mus niepożyty

Uczciwego biedz każe, tu zaś ogień skryty

Serdecznej Bradamanty na powinność jego

Munsztuk kładzie i gwałtem wstrzymuje biednego.

Niemniej przysięga grozi, serce trapi, bodzie

I niemądrą powieda roztropność po szkodzie.

66

Z drugiej strony czujne go starania mordują

Sławy i najostrszemi505 bojcami przejmują

Bojaźń, strach: serceby mu przyznano lękliwe,

Jeśli zjedzie pod ten czas, kiedy nieżyczliwe

Szczęście pogan zrzuciwszy z wierzchu najwyszszego

Pociech, do dna niefortun posyła samego;

Więc takich wiele będzie, co z klątwą umowy

Słuszne nazwą, gdy tłumi Mars swoich surowy.

67

Tak cześć, sława i miłość gryzie ustawicznie

Serce w niem ani wytchnąć dopuszcza koniecznie.

Wątpliwe myśli rzuca na rozmajte strony,

Nie przychodzi do siebie, jako obłądzony.

Nakoniec postanowił, umyślił sam w sobie

Powrócić do Afryki rączo w onej dobie.

Siła mogła w niem miłość najgorętsza, ale

Uczciwe z sławą pragnie, aby było wcale.

68

Puścił wodza506 do Arle, mniemania jest tego,

Iż jeszcze jaki okręt zdybie króla swego.

Przybiegł i swój po brzegach wzrok obraca chciwy;

Nie widzi nic prócz trupów, co je zapalczywy

Miecz chrześcijański złożył; tu dopiero nowe

Skłóły żale wnętrzności wskróś bohatyrowe.

Myśli, twarz schylił smutną, potem ze wszystkiego

Pędu ku Marsyliej puścił konia swego.

69

Tuszy, iż tam przybiegszy, troską obciążony,

Przeprawi się na tamte co najprędzej strony,

Lub przez prośbę lub przez gwałt, w czyjejkolwiek łodzi

Takie w niem ciężka żałość myśli dziwne rodzi.

Już też pod Marsylią w port wszedł Dudon śmiały,

Skoro okręty nasze wstręt poganom dały,

I na milę od brzegu morze zastąpiła

Armata jego i co Afrom wzięta była.

70

Wszystkie nawy pogańskie, co ich jeno zbyło

W ten czas, gdy ogień drugie żarł, morze grążyło,

Wszystkie pod Marsylią Dudon w porcie stawił,

Potem korzyści dzielił, z więźniami się bawił.

Miedzy któremi nalazł stanu przedniejszego

Siedmi królów udatnych, wzrostu wysokiego;

Ci z swemi poddawszy się okrętami, stali

Na brzegu, a ku ziemi wzrok smutny trzymali.

71

Dudon, iż witać Karła miał wolą dnia tego,

Przywodził plon507 i więźnie do porządku swego,

Aby gdy z pompą wnidzie w miasto lud ochoczy,

Swój wzrok w nowem tryumfie utopił i oczy.

Zaczem więźnie wywiódszy na brzeg, rozkazuje

Swych urzędów strzedz wszystkiem, kto czego pilnuje.

Nubowie wkoło niego wrzaski wyniosłemi

Zwycięstwo krzyczą, głos swój Echo śle za niemi.

72

Ujrzał z daleka Rugier morze, co pianami

Toczyło, ujrzał brzegi, zakryte wiosłami,

Rad: tuszy, iż armata króla jego była,

Lecz dla pewnych w te kąty przyczyn powróciła.

Natrze żartko, alić wprzód króla z Nasamony

Poznał, widzi, łańcuchem iż w pół jest ściśniony;

Potem Balstra z Manlardem, więc i Faruranta,

Bambiraga, Rymdonta, swego Agrykanta.

73

Zdumiał się, a z dusze ich miłując, takiego

Przypadku znieść nie może: rozpuszcza swojego

Konia i w najbystrzejszem, jako piorun, skoku

Składa drzewo, gniew niesie w zapalonem oku

I wprzód tego, co ich wiódł, uderzywszy srodze,

Na ubitej bez dusze zostawuje drodze;

Potem szable dobywa, a w onej gromadzie

Więcej trupów, niżli sto, dziwnie prędko kładzie.

74

Słyszy Dudon różnego tumultu niezgody,

Widzi krwie potok srogi i śmiertelne szkody;

Tył pierzchliwi podają, wszyscy nogi rącze

Ku okrętom prostując przez piaski gorące.

Woła tarczej, na głowę szyszak bierze lity,

Bo już twardą na piersiach zbroją beł okryty;

Kopią, jako wściekły, pędem wielkiem chwyta,

Gniew i chciwość na krew go podwodzi niesyta.

75

Konia, włożywszy mu w bok ostrogi, kieruje

Na głos, a lud się w stronę rączo ustępuje.

Tem czasem namężniejszy Rugier tylo dwoje

Zabija Nubów, kruszy tarcze, hełmy, zbroje;

A zoczywszy Dudona, iż w te, zapędzony,

Kędy on ludzie biedne siecze, bieżał strony,

Ma za to508, że ich jest wódz, i prosto do niego

Z wielką chciwością konia obraca rączego.

76

Postrzegł Dudon, iż nie ma kopiej w swem toku;

Cisnął swoję, końskiego zatrzymawszy skoku,

Ani się słusznem gniewom daje tak uwodzić,

Aby miał w pierś rycerza tą bronią ugodzić,

Której on nie zażywa wzajem przeciw niemu.

Zaczem Rugier sercu się dziwuje wielkiemu,

Tuszy, postępkiem jego pięknem zwyciężony,

Iż pewnie jest bohatyr jakiś doświadczony.

77

I myśli wprzód: »O, gdyby jeszcze z tej ludzkości

Chciał podać imię swoje do mej wiadomości!«

A potem prosi o to. Wnet Dudon wspaniały

Powiada, iż jest tej krwie, co i Rynald śmiały,

Syn książęcia Danesa509; ale zaraz tego

Życzy, aby nie taił i on stanu swego.

Pozwala z chęcią Rugier; a gdy już wiedzieli

Swe imiona, do krwawej zabawy lecieli.

78

Groźny beł Dudon swoją buławą staloną,

Która w tysiąc potrzebach sławę niezginioną

Dała mu i z którą się tak dobrze sprawował,

Iż snadno stąd wysoką swą krew ukazował.

Niemniej szablą, co psuje hełm, najtwardszą zbroję,

Oświadczał namężniejszy Rugier dzielność swoję,

Gdy jej dobywszy, dał znać jawnie Dudonowi,

Jakiem w boju potrzeba być bohatyrowi.

79

Ale, iż miał tę wolą najkochańszej żony

Nie gniewać nigdy, by też gwałtem przymuszony,

Nie chce, od Dudona się dowiedziawszy tego,

Iż jej bratem jest, gniewu nań wylewać swego.

Więc i sam we Francyej miał te jeszcze wieści,

Gdy przedniejszych familij złączenia po części

Chciał wiedzieć, jako siostrą Beatryce była

Armeliny, Dudona która porodziła.

80

Z tej przyczyny, jak nie chcąc, swoją szablą kręci:

Tkwi mu wdzięczna Bradmanta w głębokiej pamięci.

Nigdy nie tnie, gdzie niegdzie płazą510 tylko zmierza,

Sam się buławie srogiej składa, nie dowierza.

Pisze Turpin, iż w ten czas mógł snadno mężnego

Dudona pożyć, gdyby wola była jego;

Ale miłość gorąca gniew, ręce wiązała,

Cięcia srogie, śmiertelne sztychy hamowała.

81

Płazą511 jednak, aby się nie zdał być nikczemny,

Dudonowej oddaje sile raz wzajemny

I tak ciężko na szyszak spuszcza ustalony

Szablę swą, iż zostaje zaraz ogłuszony.

Oczy mgła ćmi, pamięć w niem ginie w onej chwili,

Sam na przykre spadnienie z konia już się chyli.

Koniec bitwy do drugiej pieśni odłożemy,

A teraz jakikolwiek czas odpoczyniemy.

Koniec pieśni czterdziestej.