XLI. Pieśń czterdziesta pierwsza

Argument

Dudon więźnie z ochotą Rugierowi daje,

On z niemi w afrykańskie morzem bieży kraje.

Giną burzą straszliwą, samego łaskawa

Woda na skałę wnosi, gdzie przez chrzest poznawa

Drogę zbawienia pewną, gdy pustelnik stary

Rozwiązał mu prawdziwej tajemnice wiary.

Srogą bitwę samotrzeć512 Orland odprawuje,

Łby uciąwszy dwom królom, zdrowie odejmuje.

Allegorye

W tej czterdziestej pierwszej pieśni z Agramanta, który wzgardziwszy mądrą i roztropną Brandymartową radą, garło dał i królestwo stracił, przykład masz, jako szkodliwy ludziom wszelkiem, gdy mu się w korzyść dają, jest gwałtowny upór. Przez Rugiera, który już, już tonąc na morzu, przysięgę obiecaną i śluby iści, Panu Bogu poświęcone, zaczem i zdrowy wypływa cudownie i krzci się u pustelnika, znać się daje wielka i nieskończona łaska Boga naszego przeciwko tem, którzy lub to z prostoty grzeszą lub szczerą tknieni skruchą, poprawę obiecują.

1. Skład pierwszy

Najrozkoszniejszy zapach, w którem lub to szaty

Lub swój pieszczony zmaczał włos młodzian bogaty,

Młodzian, co go trwożliwa miłość często łudzi,

Gdy wnętrznych ogniów zapał zmysły słabe trudzi,

Jeśli przeciągiem czasu długiem nie zwietrzeje

Jego wonność i jeśli moc nie osłabieje,

Widomemi snadno to ukazuje znaki,

Iż cena jego dobra i skutek jednaki.

2

Wiecznej pamięci godnych Estensów krwi sławna,

Której i starożytność wieków przeszłych dawna

Ludzkości nie zwątliła, świecisz, jako złoty

Febus, gdy blask ciskają płomienne obroty

W najjaśniejsze południe; nie dziw, bo z takiego

Przodka idziesz, co nie ma porównania swego;

Nie migoce tak luna miedzy drobniejszemi

Płanety, gdy swój srebrny wóz złączyła z niemi.

3

Zawsze miewał w potrzebach wielkich Rugier śmiały

Przy męskiem sercu umysł wielki i wspaniały;

Zawsze jednaką ludzkość i powagę chował,

Lub pieszo lub na koniu wojn513 krwawych probował.

Zaczem i Dudonowi jawnie pokazuje,

Iż do zwycięstwa chromem krokiem postępuje;

Zmyśla mdłych członków słabość, siły przyrodzonej

Tłumi pożar, litując grofa w bitwie onej.

4

Widzi Dudon i przyznać namniej się nie wzbrania,

Iż go zabić nie myśli, iż go sam ochrania;

Widzi, jako wielekroć daremny raz jego

Wiatr tylko próżny siecze powietrza lekkiego.

Tak niewymowną zaraz ujęty ludzkością,

Chce onę miłość oddać wzajemną miłością,

Tem barziej, iż pomniejsze poznawa swe siły,

Które już od Rugiera nadwątlone były.

5

Krzyczy: »Pokój, dla Boga, pokój, o serdeczny

»Bohatyrze, uczyńmy miedzy sobą wieczny!

»Widzę jawnie wielką chęć twoję przeciw sobie

»I niezrównaną ludzkość w poważnej osobie«.

Odpowieda mu Rugier: »Przymierza lubego

»I ja chcę, lecz umowa ta niech będzie jego,

»Obowiąż mię do usług, mężu doświadczony:

»Daruj wolnością, wypuść z oków więźnie ony!«

6

Tak rzekł i ukazuje więźniów utrapionych,

Którzy w żelezie nieśli i w stryczkach kręconych

Pokrępowane nogi, ręce, szyje, boki.

Tych zaraz dobry Dudon bez wszelakiej zwłoki

Z chęcią oddaje, jechać pozwoliwszy z niemi,

Kędy chce, morzem, lądem, lasy zgęścionemi;

Nadto co lepszy okręt wybrać rozkazuje!

I wnet go Rugierowi ludzkiemu daruje.

7

Puszcza się ku Afryce Rugier odważony,

Bierze wiatr w swą moc żagle, w obłudach ćwiczony,

Rozbójca wiatr, i wprzód dmie wolnemi siłami

W gęste płótno, aby tak przyłudził zdradami

Snadniej żeglarzów biednych; brzeg się z nagła kryje

A morski rosół514 nawę chwiejąc gładką myje.

Aliści w mgnieniu oka słońce jasność traci,

Eurus515, Auster516 i Korus517 z sobą się rozbraci.

8

Dają jawny znak niezgód wichry zapalczywe,

Poprzecznem dęciem czynią upory straszliwe.

Okręt lata samopas, najeżone wały

Gwałtem oń swoje wściekłe jady roztrącały.

Chmury wzrok wydzierają, ciemność nieprzejrzana

Dzień bierze, śmierć zginieniem grozi niebłagana518,

Zginieniem oczywistem; sztyr, wiosła i żagle

Nie czynią powinności swej, ustają nagle.

9

Ryczy okropnem głosem, wydawszy się z wody

Dziw morski, stado brzydkie Proteowej trzody;

Szum gwałtowny rwie wszystko, trzeszczą wyniesione

Maszty, a w łódź powodzi wdzierają się słone.

Dziwnie twarz sztyrnikowi zbladła zlęknionemu,

Wzdycha ciężko, strach przykry sercu nieszczęsnemu

Dojmuje; raz rękami swem szyprom znak daje,

Raz najsmutniejszy woła, co mu garła staje.

10

Próżno, nie pomaga wrzask, daremny krzyk jego:

Niesie wiatr głosy w stronę powietrza czarnego.

Skwierk najbiedniejszych ludzi Echo szczebietliwa

Powtarzając, w odległych górach się ożywa;

Łamią o się wspólną moc powodzi gniewliwe,

Huczą z razów gwałtownych skały, brzegi krzywe;

Odjęła niepogoda słuch na wszystkie strony,

Uszy tylko napełnia płacz nieutulony.

11

Żartkość wichrów szalonych miedzy skałubami519

Gwizd najstraszniejszy czyni, błyski z piorunami

Niewymownych trwóg dają przyczynę, a srogi

Szturm w obadwa okrętu tłucze przykro rogi.

Już go zwątlił, już wały, gdzie chcą, niem ciskają,

Już władzej marynarze strętwieli nie mają.

Poprzeczne wiatry w deszczki ustawicznie biją,

A te wierzchem i spodkiem morską wodę piją.

12

Oto świszcząc haniebna burza wnet przypadnie,

Którą Akwilo wzruszył, i raz wraz szkaradnie

Targa żagle, niosąc je na wieżate520 wały,

Które swą wysokością nieba dosięgały.

Łamie zła niepogoda wiosła, sztyr urywa,

Dusze ostatniej sztyrnik ledwie nie pozbywa,

W bojaźni utopiony sam sztyrnik ubogi,

A włosy mu strach zjeżył na łbie skrzydłonogi521.

13

Okrętu prawa strona tonie stłuczonego,

Dziury się rozdziewiły u oderwanego

Sztyru: wrzask w niebo leci, boskiej Opatrzności

Co żywo się poleca, swych nie tając złości.

Idzie ich na dno siła, zdrowia pozbywają,

A żywi na przeciwne szczęście narzekają.

Już odpierać nie może nawa skołatana

Krętem wirom, grąży ją woda, w wał zebrana.

14

Już najbystrzejsza burza i szturm jadowity

Zgubę niósł wszystkiem jawną i strach nieukryty;

Zda się, iże głowami nieba dosięgają,

Gdy łódź wały szalone wzgórę wymiatają;

Zda się, iż w piekielne zaś upadła ciemności,

Gdy ich znowu spuszczają w niezmierne nizkości.

Żadnej nadzieje niemasz, coby ręczyć chciała

Za zdrowie, śmierć się zewsząd mokra dobywała.

15

Całą noc w onem strachu chudzięta pływali,

Całą noc żale przykre z lamenty mieszali,

Jeżdżąc po rozgniewanem morzu, gdzie ich srogi

Wiatr pędził, pełen grozy surowej i trwogi.

Ledwo się dzień ukazał na wschodzie białawy,

Rozpuszczał zaś swe jady wicher niełaskawy

I do blizkiej ich poniósł z wielkiem pędem skały,

Której wody nadęte w pół nie zakrywały.

16

Po trzy i po czterykroć naukler522 wylękniony

Dusznie chce minąć miejsca niebezpieczne ony;

Nawraca w stronę okręt, według sił kieruje,

Cóż po tem: próżno robi, daremnie pracuje

Bez sztyru, wiatry mają żagle w swojej mocy,

Nie może jem ratunku przybrać i pomocy.

Leci okręt, podobny żartkiem orlem piórom,

Z niewymówionem strachem ku skalistem górom.

17

Tu dopiero o zdrowiu wszyscy swem zwątpili,

Gdy na widome nawy rozbicie patrzyli;

Lamenty, narzekania blada bojaźń dwoi,

Cisną się w bat, przy słabem co okręcie stoi,

I wnet go wielkiem gwałtem zaraz obciążają,

Ledwie weń bystre przez wierzch wody nie wpadają;

Tak strach, rozsądku próżen, gdy się nie odważa,

Tusząc, iż śmierci ujdzie, prędzej się naraża.

18

Postrzegł Rugier, w okręcie iż niemasz samego

Sztyrnika, bo już beł wpadł do batu małego;

Tarcz, zbroję zdjął, odpasał szablę swą od boku

I w rześkiem tam do niego puścił się też kroku.

Lecz bat przez zbytni ciężar snadno przemagała

Sroga powódź i na dno morskie pociągała;

Pacierze w każdym kącie z płaczem pomieszane

Przebijają gwiazdami sfery osypane.

19

Poszła nieszczęsna łódka, jako ołów, z temi

Na dół, których ma w sobie, utonąwszy z niemi.

Pomocy nie mógł nikt dać: żałośliwe głosy

Nieunoszony pędził wicher pod niebiosy.

Ostatek najłakomsze morze połykało,

Głuche morze, smutnych próśb co przyjąć nie chciało.

Już skarg więcej nie słychać, usta spracowane

Musiały pić przez dzięki523 wody rozgniewane.

20

Ten w głębokości morskiej bez dusze zostaje,

Ten rękę, aby mógł mieć ratunek, podaje;

Ten kilkakroć ukazał głowę z ramionami,

Ten jedną nogą bosą robi pod wodami.

Rugier, jak skoczył, gdy już tonąć miała, z łodzi,

Na wszystkie strony wzrok wzniósł przez one powodzi

I zaraz się udaje, bo najbliżej była,

Do skały, kędy okręt nawałność pędziła.

21

I z mocy, na jaką się mógł zdobyć, pracuje,

Wały nieubłagane ramionmi przejmuje.

Krople wzgórę pryskają, uchodzi częstemu

Woda tknieniu, on przecię wygadza swojemu

Z odwagą przedsięwzięciu. Tem czasem szalony

Wicher ciskał po morzu okręt opuszczony,

Opuszczony od ludzi nieszczęsnych, co z niego

Do batu, jak na pewną śmierć, uszli mniejszego.

22

O, głupia zjętych strachem topielców ufności!

Patrzcie: bezpiecznie nawa uszła surowości

Niezgodnych Ąkwilonów, gdy sztyrnik z swojemi

Uciekł do nich szyprami i z ludźmi wszystkiemi,

Bez rządu puściwszy ją; bo wnet, jak na zmowie,

Ucichł gniewliwych wiatrów szum i dał jej zdrowie.

Nastąpiła pogoda, która w inszą stronę

Obraca próżny okręt, biorąc go w obronę.

23

Tak leci bez wszelakich rządów ludzkich, wolny,

Gdzie go lekkiem dmuchaniem żenie wiatr swowolny,

Jakoby ku Bizercie na prost rozwalonej,

Dwie lub to trzy mile w bok od krainy onej,

Którą Nil żyzny moczy; w tem miejscu utkniony,

Został, jakby umyślnie, w piasku zostawiony.

W ten czas właśnie po brzegu Orland urodziwy

Przechadzał się z swojemi, tesknic niecierpliwy524,

24

Jakom przedtem powiedział; a chcąc wiadomości

Dość, coby za łódź była, jakich niesie gości,

Wziął z Oliwierem wespół Brandymarta swego

I w lekkiem czółnie bieżał do miejsca onego.

Przyjechawszy, wysiedli, ale się dziwują,

Iż żywej dusze w żadnem kącie nie najdują

Prócz Frontyna dobrego, zbroje ustalonej,

Szable, na wybór kształtnej, dziwnie wyostrzonej.

25

Rugierów to rynsztunek beł, odbiegł którego,

Gdy uchodził przed burzą do batu małego.

Przypatruje się Orland szabli i z radością

Poznawa Balizardę, którą swą dzielnością

Przeszłych czasów wydarł beł wiedmie525, gdy jej psował

Pyszny ogród i ręce we krwi zafarbował,

We krwi pogan obrzydłych; jako ją zaś potem

Ukradł mu chytry Brunel, czytaliście o tem.

26

I jako pod wysokiej Kareny górami

Rugier dobry z inszemi wziął ją podarkami,

Co za mocy, dobroci, co za kuźnie była,

Jako krew ludzką pijąc, zbrój gwałt526 pokruszyła,

Wiedział grabia; zaczem wzrok wzniówszy zapłakany,

Nizko przypadł do ziemie swojemi kolany,

Mówiąc: »Tak to wygadzasz dziś mojej potrzebie,

»O dobrotliwy Panie, który mieszkasz w niebie!

27

»Wielkiej mojej potrzebie, bo za święte twoje

»Imię jutro odważę z chęcią garło moje«.

Tak rzekł niedarmo, wiedząc, iż król z Serykany

Beł panem namocniejszej szable Duryndany

I Bajarda miał w mocy. Inszego rynsztunku

Nie chciał brać dla jakiego piersi swych warunku;

Lekce waży, choć złotem nabijana była,

Zbroję, i od drogich się kamieni bleszczyła527.

28

Dał ją Oliwierowi; broń tylko do swego

Przypiął, pełen radości, boku cierpliwego;

Konia Brandymartowi pozwala swojemu,

Aby beł sposobniejszy na niem ku przyszłemu

Pojedynkowi; dzieli bohatyr wspaniały

Miedzy swe zdobycz drogą i łup okazały.

Serce wielkie nie chce być samo ucześnikiem

Tych fortun, do których ma Boga przewodnikiem.

29

Wróciwszy się, do nowej potrzeby mieć chcieli

Nowe szaty, w którychby na koniech siedzieli.

Wysoką Orland wieżą na teleju528 swojem

Dał haftować, co ją Bóg zniósł piorunem trojem,

Oliwier psa w pancerzu, na którem gotowa

Obróż jest, a na tej zaś szyte w ten kształt słowa:

»Męstwu przy roztropności każdy ustępować

»Musi, chyba żeby chciał sromotnie szwankować«.

30

Brandymarte dla ojca swojego miłości,

Co szerokich, umarwszy, swoich odbiegł włości,

Nie chce, jeno czarny mieć strój na jasnej zbroi,

Listwa tylko białych go aksamitów dwoi

Po samym kraju, który dziwnie jest bogaty,

Bo go w różne perłami usadziła kwiaty

Nadobna Fiordylizi, złączywszy niemało

Dyamentów, od których blask słońce miotało.

31

Swą ręką najwdzięczniejsza dziewka to robiła

Tak szeroko, że szata i zad zasłoniła,

Po zbroi się zemknąwszy, konia wspaniałego,

A z przodu subtelny włos miękkiej grzywy jego.

Ale od pierwszego dnia tej swojej roboty,

Co beł znak zły, lubego śmiechu i ochoty

Żaden po niej nie postrzegł: zawsze smutna była,

Zawsze melankolia jakaś ją dręczyła.

32

Lękanie jej nad podziw przejmuje wnętrzności.

Świadoma odwag pięknych i dziwnej śmiałości,

Brandymarta swojego często widywała,

Gdy go we stu Fortuna prawa pilnowała,

We stu potrzebach przykrych; boi się odmiany,

Strach do tego srogi ją, z trwogą pomieszany,

Co raz trapił, a z onej nowej zaś bojaźni

Dwoją w niej bojaźń dwojem strachem serce drażni.

33

Już sporządziwszy wszystko, bohatyr serdeczny

Rozwinął żagle na wiatr, pogodny, bezpieczny,

A Sansonet z Astolfem u wielkiej zostali

Bizerty, którą świeżo z ziemią porównali.

Fiordylizi gęstemi oczy łzami psuje,

Nieba śluby obciąża, moc ich obiecuje;

Póki dojrzeć okrętu może najprędszego,

Trzyma w niem wzrok, z brzegu się nie da brać krzywego.

34

Zaledwie dobry Astolf z mężnem Sansonetem

Od morza ją z niemałem odniózszy kłopotem,

Przyprowadzili do jej pokoju własnego,

Gdzie utrapiona dziewka dopadszy swojego

Łoża, ciska się na nie, przykremi skargami

Wznawiając ból, głęboko co tkwi pod piersiami.

Tem czasem trzech rycerzów przyniósł wiatr życzliwy

Na wyspę, pojedynek gdzie ma być straszliwy.

35

Wysiadszy najmężniejszy Orland i z swojemi,

Pod namioty na brzegu stanął rozbitemi;

Ku wschodowi przedniejsze miejsca zastępuje,

Należące do bitwy potrzeby gotuje.

Tegoż dnia król Agramant i tejże godziny

Przypłynął i obrał plac naprzeciwko iny;

A iż z wieczorem zorza już się nakłoniła,

Wszystkich zgoda do rana bitwę odłożyła.

36

I z tej i z owej strony nocną odprawuje

Straż żołnierz i hetmanów swych zbrojny pilnuje.

Dobry Brandymart, gdy już w noc była godzina,

Szedł do Trojanowego sam umyślnie syna

Z pozwoleniem Orlanda, bo się przedtem znali

I przodkowie ich sobie sąsiady bywali;

Sam Brandymart, od ojca wyprawiony swego,

Do Francyej z niem wjechał pod znakami jego.

37

Po spólnem przywitaniu siła rozprawuje

Z Agramantem, przyczyny ważne ukazuje,

Któremi do pokoju kierował lubego

Z tej miłości, co ją ma z dzieciństwa do niego.

Od Nilu, kędy płynie najszerzej trojaki,

Po same Herkulesa najduższego529 znaki

Ofiarował mu kraje, jeśli brzydkie błędy

Porzuciwszy, Chrystusa chce wysławiać wszędy.

38

»Gdybym, o wielki królu, nierad służył tobie,

»Gdybym — mówił mu — krwie twej nie poważał sobie,

»Zamknąłbym usta słowom mojem, takowego

»Nie przynosząc ci szczęścia dziś osobliwego.

»Sprobowałem ja stokroć, jakie są przysady

»Szalbierskie w Mahomecie, jakie jego zdrady:

»Uwierz w Chrystusa, proszę, a doznasz sam snadnie,

»Iż ci wnet lepsze szczęście i twem wszystkiem padnie.

39

»Tu zawisła fortuna i uciechy twoje:

»Przymi, o przymi rady i żądania moje!

»Co wskórasz, lub pożyjesz Orlanda mężnego?

»Jeszcze nie upatruję ja stąd dobra twego:

»Sławę niebezpieczeństwo, sam widzisz, przechodzi,

»Która twe serce na ten srogi bój podwodzi.

»Bo jeśli Mars życzliwy będzie z naszej strony,

»Szyje, przyjaciół, królestw zbędziesz i korony.

40

»Położyli też grabia tu zdrowie i z nami,

»A wy trzej zwyciężcami zostaniecie sami,

»Twoje rzeczy nie będą tak ugruntowane,

»Jakoć porady z różnych głów tuszą zebrane,

»Ani Karłowa weźmie potęga odmiany,

»Chociabyśmy przez piękne zginęli tu rany.

»Sam wiesz, o zacny królu, jakich w wojsku swojem

»Ma hetmanów, bo nieraz dali się znać twojem«.

41

Tak rzekł serdeczny młodzian i jeszcze miał więcej

Przydać, ale gniewliwy Agramant co pręcej

Przerywa; ogniem mu twarz i skronie pałają,

Oczy szczere płomienie na wierzch wymiatają.

»Upór — mówi — z głupstwem jest w tobie pomieszany,

»Wrywasz się w rzecz, do której nie jesteś przyzwany;

»Bo któż twej rady pragnął? Skądeć to urosło,

»Że cię politowanie tu jakieś przyniosło?

42

»Rada, którą mi dajesz, jeżeli pochodzi

»Z miłości, co ją w sercu twem życzliwość rodzi,

»Ja nie wiem; lecz z Orlandem ponieważ cię widzę,

»Tak tą, jako i tobą samem się już brzydzę.

»Djabłom, którzy duszę zrzą, żeś siebie samego

»Głupie530 oddał, więc i mnie życzysz szczęścia twego?

»Zachowaj je dla siebie: już tak w piekło zatem

»Bezemnie wędruj, proszę, z chrześcijańskiem światem.

43

»Przegram — wygram, dostanę nazad państwa mego,

»Lub, wygnaniec ubogi, wieku mizernego

»Dokończę: mądrość twoja podomno nie zgadnie.

»Bóg sam wie, skąd w przyszły czas śmierć na nas przypadnie.

»Ale niech będzie, co chce: ja zawołanemu

»Nie uczynię, wiedz pewnie, urodzeniu memu

»Namniejszej hańby i dać jeśli garło przydzie,

»Upewniam, na męstwie mi, na sercu nie zydzie.

44

»Idźże precz, a poranku raczej jutrzejszego

»Szablą ostrą chciej poprzeć dzieła wspanialszego;

»Bo za fraszkę nie ważą u mnie rady twoje:

»Jam krwią rozstrzygnąć sprawy postanowił moje«.

Te ostatnie choć wielkiem głosem wyrzekł słowa,

Ledwo mu przecię z ust szła zrozumiana mowa:

Tak gniewem wściekłem pałał. Potem się rozeszli

A swem świeże nowiny nowych mów przynieśli.

45

Nazajutrz, skoro wyszła z morza głębokiego

Jasna zorza, wszyscy trzej do umówionego

Pojedynku się kwapią, wyborną robotą

Najdoskonalsze zbroje wdziewają z ochotą.

Zjechawszy się, namniejszych zabaw nie czynili,

Zaraz najokrutniejsze kopie złożyli. —

Ale wprzód do Rugiera wrócę się dobrego,

Bo w morzu nie zda mi się odbiedz tonącego.

46

Rękami i nogami tłukł bohatyr śmiały,

Siląc się bez przestanku, nieużyte wały.

Suknie przemokły na niem, z trudem mu przychodzi

O najniebezpieczniejsze kusić się powodzi.

Wzdycha, chęć serce grzeje do prawdziwej wiary,

Widzi, jak trudno ma uść pomst boskich i kary.

Bo iż nie chciał, gdy czas beł, w wodzie poświęconej

Krzcić się, musi podomno w tej gorzkiej i słonej!

47

Więc mu i związki w oczach tkwią przysięgi trojej,

Którą pięknej uczynił Bradamancie swojej,

Nuż Rynaldowi danie ręki, że przyjedzie

Do Karła, gdy na jego króla kto dowiedzie

Starganie bitwy spólnej; tak myśląc, ślubuje

Zostać chrześcijaninem, jeśli go ratuje

Bóg od widomej śmierci, w brzegu pożądanem

Pozwoliwszy stawić się nogom spracowanem,

48

I szable nie dobywać na pomoc brzydkiemu

Narodowi, co kłamcy wierzy przeklętemu,

Ale zaraz do Karła wróci się i jego

Sługą będzie, aż z ciała duch pójdzie zimnego.

Bradamancie nadobnej ślub spełni rzeczony,

Zapał w słusznej miłości zgasiwszy wzniecony.

Patrzcie cudu! Zaledwie to rzekł, wnet mu mocy

Przybywa, nowe siły, nowe zna pomocy.

49

Nową rześkość i serce niestrwożone czuje:

Dopieroć, pełen nadziej, z ochotą pracuje.

Nieuśmierzonem wichrem wyniesione wody

Same go wynosić się zdały z tej przygody.

Szeroko ramionami wał przez wał przejmuje,

Aż nakoniec na piasek żółtawy wstępuje

I z tej strony, gdzie kopiec widzi pochylony,

Idzie ku skale równią, do szczętu zmoczony.

50

Inszy wszyscy od morza groźnego połknieni,

Straszliwą burzą, gdy on patrzał, zwyciężeni;

On sam tylko, bo się tak Bogu podobało,

Wyszedł nienaruszony, zdrowy, czerstwy, cało.

I gdy przy onej skale pustej i odludnej

Po równinie niewielkiej chodził, ale cudnej,

Nowy strach zejmuje go, nowa bojaźń dusi,

Iż tu na tem wygnaniu umrzeć głodem musi.

51

Lecz serce niestrwożone przychodzi do siebie,

W skok zatopione łzami oczy utkwił w niebie,

»Cierpieć, cierpiećem gotów — mówiąc — Boże prawy,

»To wszystko, co twój dekret rozkaże łaskawy«.

Wtem chęć jakaś, która się w sercu dobrem rodzi,

Aby na wierzch skały wszedł, znowu go podwodzi.

Idzie i pojrzy w górę, alić siwiuchnego

Zoczy człowieka, na prost co idzie do niego;

52

Odzież ma pustelniczą. Ten wnet przeraźliwem

Krzyknął głosem: »Czemuś tak, Szawle, uporczywem?

»Czemu Chrystusa wiarę świętą prześladujesz?

»Krew toczysz chrześcijańską, lud dobry mordujesz?

»Tuszyłeś ponno morze, cła nie płacąc na niem,

»Przepłynąć za swem z wielką odwagą staraniem:

»Ale, patrz, jako ręka daleko dosięga

»Boska, patrz, jak się żaden przed nią nie wybiega«.

53

Miał świątobliwy starzec to o niem widzenie,

Iż mu go boskie stawić miało opatrzenie,

Wyrwawszy z niebezpiecznych szturmów i powodzi

Bez ludzkiego ratunku, pomocy i łodzi.

Nadto przyszłych spraw jego obraz Bóg swojemu

Ukazał słudze i śmierć naznaczoną jemu,

Syny, wnuki, więc wszytkę linią krwie jego,

Jak urostą, jak będą wielcy czasu swego.

54

Zaczem zaraz gromi go na pierwszem wejźrzeniu,

Aby zranionemu dał plastr zdrowy sumnieniu.

»Czemu — mówi — odkładasz? Czemu karku swego

»Pod słodkie jarzmo Boga nie schylasz mojego?

»Któremu nie tak miły mus: usty wolnemi

»Imię jego wyznane tu ma być na ziemi.

»Tyś beł łaski niewdzięczen: cóż za dziw, iż twemu

»Dał munsztuk uporowi tak wyuzdanemu?«

55

To rzekł najpobożniejszy mąż, a potem słowy

Łagodniejszemi daje ratunek gotowy:

»Ufaj, dobry Rugierze: Chrystus nasz przymuje,

»Choć kto zrazu leniwo za niem postępuje«.

I wnet o robotnikach powieda mu onych,

Na godziny od Pana różnie zgromadzonych

Do obfitej winnice, a ucząc go wiary

Idzie z niem lekko w górę ku skale mnich stary.

56

Na której samem wierzchu beł kościółek mały

Ku wschodowi, o który wiatry gniew wstrącały;

Trochę niżej z jałowcu, z lauru gaj wesoły,

Żyznemi przeplatany palmami na poły.

Krynic żywych moc wielka, które zasłaniają

Mirty, gęste, a ptacy z nich się ożywają

Najucieszniejszem głosem; śrzodkiem rzeczki małe

Bieżą i odżywiają trawy zagorzałe.

57

Mało nie czterdzieści lat brat błogosławiony

Na onej skale mieszkał, jakby rozłączony

Z światem i z rozkoszami jego, żywot święty

Prowadząc, dóbr niebieskich miłością ujęty.

Sam Bóg najdobrotliwszy miejsce to zbudował,

Sam żywność z palmowego drzewa nagotował,

Którą on, wypędzając głód, przy jasnem wzroku

Ośmdziesiątego dognał, zdrowy, czerstwy, roku.

58

W komórce nizkiej ogień z pilnością gotuje,

Suknie, włosy gościowi suszyć rozkazuje.

Przychodzi biedny Rugier do siebie z przestrachu,

Odżywia się owocem w najuboższem gmachu531.

Tem czasem subtelniejsze wiary tajemnice

Otwiera mu, z niebieskiej daje pić krynice.

Słucha Rugier nauk zdrowych, dziwnie się buduje,

Drogę prostą zbawienia i prawdy smakuje.

59

Drugiego dnia krzest święty przyjąwszy z radością,

Już nie tak tesknicami, już nie tak żałością

Związane czuje serce, bo mu troski z głowy

Ustawicznie wybijał pustelnik surowy.

Obiecuje, iż za dni kilka do własnego

Odeśle go niechybnie kraju ojczystego;

Raz o wiecznem bawi go niebie powieściami,

Raz, jako wnuki ma mieć zacne z potomkami.

60

Wiedział to on: skrytości Bóg co zna łaskawy,

Tak przeszłe, jako przyszłe objawił mu sprawy

Rugiera wspaniałego i jak nieszczęśliwy

Od przyjęcia krztu sześć lat tylko będzie żywy.

Zdradą dla Pinabella, w chytrościach mistrzowie,

Przyprawią go o nagłą śmierć Magazenzowie,

Dla Pinabella, który serdecznej dziewice

Poległ szablą, rozcięty u jednej krynice.

61

Co więtsza, tak to cicho sprawi złość przeklęta,

Iż namniejsza wiadomość nie będzie przejęta

Rozlania krwie niewinnej, bo przekłóte ciało

W tem miejscu sztucznie skryją, gdzie ducha wylało.

Zaczem żona i siostra rychłą pomstą swego

I gniewem nie nasycą serca zażartego.

O, jak siła dróg, aby była pocieszona,

Odprawi Brandamanta, płodem obciążona!

62

Między Brentą, Adygiem532, w końcu gór wysokich533,

Gdzie Antenor534 władzą miał swoich państw szerokich,

Gdzie tak rozkosznych wiele po łące zielonej

Rzek płynie, kędy w gajach niemasz zamierzonej

Uciechy, wyszła z kresu, a znać, gdyby znała

Wenus miejsce, z chęciąby Cypr frymarkiem dała,

Nakoniec skłopotaną, trudem nademdloną

Rozwiąże Bóg, dziecinę dawszy ulubioną.

63

Ta torem bitnych dziadów męstwy kwitnąć będzie,

Krwią najzacniejszą dawnych Trojan słynąc wszędzie.

Potem, podrósszy sił swych, z odwagą Karłowi

Da ratunek przeciwko złemu Lombardowi535

I otrzyma margrabstwa tytuł zawołany,

Pan na Eście szerokich dzierżaw uczyniony;

Wiedział, jakiem sposobem mścić się miała swego

Rugiera Bradamanta zamordowanego.

64

Wiedział, iż się jej, gdy świt powiedzie białawy

Febusa, przebodziony ukaże i krwawy,

I o śmierci, jak mu ją zdradziecko zadano,

Powie i kędy ciało martwe pochowano.

Zaczem żalem ujęte bojowniczki obie,

W tysiącznem mścić się będą swych żałob sposobie;

Pontygier536 ogniem, szablą zniszczą, potem młody

Niewymowne Maganzom Rugier zada szkody.

65

Alberta, Adzia, Borsa, z któremi Obidzi

Obok stoi, Alfonsa, Hipolita widzi

Wieszczem wzrokiem pustelnik święty i Nikola537,

Izabellę538, a przy niej na końcu Herkola539.

Lecz język za zębami ma i tai tego,

Co milczeć rozkazano z nieba wysokiego;

Nic mu o przyszłej śmierci nie powieda, ani

Jako się jej wnukowie zemszczą rozgniewani.

66

Tem czasem z Brandymartem swojem Orland śmiały

Zbroję, od której blaski promienie ciskały,

Wdziawszy, do pogańskiego Marsa drzewo składa.

Z drugiej strony Agramant z markiezem wypada,

Dobry Sobryn z Brandmartem i groty stalone

Zniżywszy, mierzą w piersi, tarczą zasłonione.

Od najbystrzejszych brzegi poskoków zadrżały,

Morze szum więtszy dało, góry się ozwały.

67

Sześć kopij, jakby z lodu urobione były,

Do samych gałek w drobne trzaski się skruszyły.

Głosy rozlegających huków usłyszała

Francya, gdzie je Echo w lasy posyłała.

Zwarł się Orland z Gradasem; oczy jem pałają

Najwspanialszą kolerą540, zębami zgrzytają

I mogli sobie zrazu równi być dzielnością,

By beł Bajard drugiego nie przeszedł dużością.

68

Tak konia grabinego piersiami swojemi

Trącił, iż się rozciągnął, upadszy, na ziemi

Ani się mógł pokrzepić więcej od tęgiego

Razu, choć się dobywał z piasku chropawego.

Po trzy, po cztery razy bohatyr surowy

To mu do pochylonej sięga pięścią głowy,

To zaś bez cierpliwości, bez namniejszej zwłoki

Ostrem bojcem obadwa juszy mocno boki.

69

Próżno robi, wyskoczyć musi z siodła swego,

Chyżo szable dobywszy od boku dużego.

Z Oliwierem Agramant wraz w się uderzyli

I równem męstwem tarcze obiedwie przeszyli.

Lecz Sobryna Brandymart tak za pierwszem razem

Ugodził, iż go z strzemion wysadził zarazem:

Lub to końska lub jego pomniejszych sił wina,

Atoli wnet na ziemi ujrzał się chudzina.

70

Nie bawi się Brandymart nad niem, do wściekłego

Serykana prostuje Frontyna rączego,

Widząc, iż jego Orland, Orland ukochany

Z koniem upadszy, odniósł raz niespodziewany.

A miedzy markiezem zaś i Afryki panem

Wszczyna się bój, wzruszony gniewem niesłychanem;

Po zdruzgotaniu kopij szabel dobywają,

Srogie cięcia, śmiertelne sztychy wymyślają.

71

Orland, widząc Gradasa w potrzebie dużego

Z Brandmartem, już się więcej nie wraca do niego;

Bo ten ma dość mocy zeń541 i tak niem kieruje,

Iż się prędko Serykan upoci, zmorduje.

Tak w najrzeźwiejszem skoku do Sobryna bieży,

Co beł pieszo, jako on, w żelaznej odzieży;

Na grzmot stopy pierzchliwej góry się ozwały,

Niebo grzmi, huczą brzegi, jęczą lasy, skały.

72

Niestrzymany raz na się rzeźwy starzec czuje,

Chowa piersi pod paiż542, zasłania, ratuje;

Tak mało spodziewane na morzu odmiany

Widząc szyper, chce sztuką uść wściekłe bałwany,

Obraca sztyr i żagle do blizkiego brzegu,

Gdzie się bezpieczniejszego spodziewa noclegu.

Podnosi tarcz na srogi raz, nieuchroniony,

Sobryn, który nań Orland spuszcza rozdrażniony.

73

Lecz doskonałych hartów Balizarda była,

Weścia jej namocniejsza zbroja nie broniła,

Zwłaszcza w ręku grabinych, w ręku doświadczonych,

Co dużością543 równały moc Gigantów onych.

Rznie tarcz broń nieuchronna, przepada kręcone

Kolca544 i łuski, z stali szczerej zjednoczone;

Rznie tarcz do samych gruntów, potem jasnej zbroje

Blach kruszy i przecina ramiona oboje.

74

Nie dał żadnej pomocy obojczyk sowity545

I telej546 atłasowy, jedwabiem przeszyty;

Otwiera się szeroka rana, a onego

Krew uchodzi i zlewa ziemię w koło niego.

Oddaje wzajem Sobryn, wściekłością zażarty,

I chce mieć u mężnego grabie bok otwarty.

Próżno, bo i z przejrzenia i daru boskiego

Żadna broń nie jęła się twardej skóry jego.

75

Powtarza srogie cięcia Orland zajuszony,

Aby mu zniósł z łopatek kark, krwią pobroczony.

Widzi to mądry starzec, widzi i zna wielką

Moc Balizardy, szablę co przechodzi wszelką,

Zna i grabię dużego547. Zaczem chyżem krokiem

W zad cofa548; niedościgły tak więc pod obłokiem

Błysk leci. Lecz go przecię końcem w samo czoło

Dosiągł grabia; ten, nędznik, zwinął się wnet w koło.

76

Zwinął się, od tęgiego razu ogłuszony,

Choć płazą549 w szyszak trafił Orland zapędzony;

A tusząc, iż go odbiegł duch, iż już nie wstanie,

Pojrzawszy, gdzie się silą dwaj duży550 poganie,

Skoczył i do Gradasa bieg z żartkością dwoi.

Idzie mu o Brandmarta, dziwnie się oń boi;

Wie, jako zbroją, szablą, koniem doświadczonem

Przechodzi go Serykan w pojedynku onem.

77

Lub to syn Monodantów na dzielnem Frontynie

Siedział, co swą żartkością na wszystek świat słynie

I którego beł własnem panem Rugier śmiały,

Póki między szalone nie wyskoczył wały,

Ma jednak z poganinem co czynić, bo jego

Niepożyta jest zbroja z kruszcu wybornego,

On zaś ma słabszą; zaczem rączo uskakuje,

Gdy ów szkaradne cięcia na szyszak miarkuje.

78

Niemasz na świecie konia mem zdaniem drugiego,

Coby lepiej rozumiał wolą pana swego;

Skądkolwiek Duryndana przypada straszliwa,

Jego noga unosi w drugi bok pierzchliwa

Jeźca z razów śmiertelnych. W kącie inszem zasię

Agramant z Oliwierem nacierają na się

I tak zapalczywy bój, gniewliwi, staczają,

Iż ich za bohatyrów przednich słusznie mają.

79

Odbiegł na ziemi, jakom powiedział, Sobryna

Orland i do srogiego bieżał poganina,

Chcąc dać Brandymartowi pomoc, a gdy spory

Krok czynił, ujźrzał konia w śrzodku pola, który

Piasek kopyty siejąc, biegł wciąż z wielkiem pędem,

Osiodłany i drogiem ozdobiony rzędem.

Sobrynow beł; udał się za niem grabia śmiały,

Tęten551, grzmot z biegów żartkich pola ogłuszały.

80

Nie długi czas, jako go rączy grof dopada

I jednem skokiem w jarczak552 uzłocony wsiada;

W prawej mu ręce bleszczy553 szabla wyostrzona,

A w lewej od nagłówka554 jest wodza ściśniona.

Postrzegł Gradas Orlanda, imieniem go woła,

Tusząc, iż w srogiem boju obiema wydoła.

»Pódź — mówi — pódź, Orlandzie, abyś nieprzespaną

»Wziął noc z mych rąk, nim zorze wieczorne nastaną«.

81

Tak rzekł i zaraz konia obraca rączego,

Opuściwszy Brandmarta, do grabie dużego

I sztych gwałtem prostuje srogi, jadowity

Do boku miedzy słabsze i przęczki i nity.

Ale się oszukiwa, bo z twardego ciała

Broń ostra krwie wytoczyć rumianej nie chciała.

Zaś Balizardę spuszcza grof; ta tarcz, przyłbicę

Skruszywszy, twarzy męskiej ścina połowicę.

82

Potem zbroję przenika, pierś, kolana srodze

Rani Serykanowi, krwi dając dwie drodze.

Ten pobladł, zdumiewa się i barzo dziwuje,

Iż sczarowany jego blach ran nie hamuje;

Uważa raz szkaradny, ciężki, niesłychany,

Co go dopiero Orland zadał niebłagany555,

Bo, by była kęs więtszy szabla uczyniła

Pochop, głowęby i brzuch razem rozdzieliła.

83

Tak nie chce ufać stali, widząc probę taką,

Raczej najbystrszem556 okiem, pilnością wszelaką

Umyka razom srogiem, rozumem sprawuje

Wzrok, rękę, nogę, tarczą miejsc słabszych ratuje.

Brandymart widząc, iż mu grabia zajątrzony

Z ręku bój wydarł, stanął z szablą z drugiej strony

W pośrzodku tej i owej pary, aby swojem

Dawał pomoc, jeśli mdleć będą Marsem trojem.

84

Gdy tem kształtem straszliwa bitwa się toczyła,

Sobryn, co go na ziemi już krew uchodziła,

Po małej chwili z lekka przychodzi do siebie,

Trzyma oczy z stłuczonem czołem w jasnem niebie.

Potem to w ten, to w ów bok patrzy mglistem wzrokiem

I ociężałem z ziemie podnosi się krokiem,

Widzi, iż w onej bitwie słabszy jest król jego;

Zaczem przybiega milczkiem na pomoc do niego.

85

Przybiega i markieza, co ma oczy swoje

W Agramancie, gdy srogie z sobą wiedli boje,

Obala surowy dziad gwałtem w onej dobie,

Swą przeciąwszy koniowi szablą nogi obie.

Upada z wielkiem grzmotem Oliwier na ziemię,

A nogę mu przyciska lewą twarde strzemię,

Której z pod konia dobyć próżne prace były,

Bo mu nie dozwalają wstać podcięte żyły.

86

Siecze tem czasem Sobryn szablą wyostrzoną

Markieza i przyłbicę psuje ustaloną;

Chce mu jednem zamachem szyję odciąć, ale

Broni zatyłek557 mocny i chowa ją wcale;

Zatyłek, co go Wulkan zrobił, Hektor zasię

Na razy niebezpieczne z hełmem wdziewał na się.

Bieży na pomoc Brandmart, co jest siły w koniu,

I strąconego starca zostawia na błoniu.

87

Lecz ten porywa się w skok i znowu koniecznie

Nie chce dopuścić, aby markiez wstał bezpiecznie;

Posłać go na drugi świat myśli, zaskakuje

Stąd zowąd, na śmierć prędszą miejsca upatruje.

Oliwier, iż ma rękę wolną, gdzie przypada

Sobryn, wyciąga szablę i rączo się składa;

Raz tnie, drugi raz sztych da i jak jest broń jego

Długa, tak ów daleki musi być od niego.

88

Spodziewa się, gdyby kęs miał w on czas pokoju,

Nogi z strzemienia dobyć, siebie z błota, z gnoju;

Widzi ściekłego starca krwią, którą tak leje,

Iż we mdłych siłach wściekły gniew jego niszczeje.

Gdzie stąpi, czerwony deszcz wychodzi strumieniem,

Słabo siecze i macha rozciętem ramieniem.

Snadnoby go mógł pożyć markiez, zaczem kusi

Sposobów uść z pod konia, co go ścierwem dusi.

89

Do Agramanta w lot biegł Brandymart serdeczny

I dał mu w sam szyszaka wierzch raz niebezpieczny;

Obraca się na koniu rączem w pełnem skoku,

To w piersi tnie, to zasię dziurę czyni w boku;

Frontyn, jak żartka cyga558, ciasne robi koła.

Już Agramant nadpocił, uskakując, czoła,

Choć też niepośledniejszy jest Bryljador jego,

Co Mandrykarda Rugier zrzucił przedtem z niego.

90

Ale doskonalszą zaś ma Agramant zbroję;

Ów porwał w prędkiem razie służebną, nie swoję,

Z niewymowną się chęcią kwapiąc do przyszłego

Boju, aby nie wydał559 grabie kochanego.

Złą ma zbroję, lecz serce wielkie, niestrwożone,

Co przechodzi najtwardsze odzieży stalone.

Bo choć srogi Afrykan dużem uderzeniem

Rozkrwawił mu łopatkę prawą i z ramieniem,

91

Choć najsilniejszy Gradas, Gradas niebłagany560

Uczynił mu w piersiach dwie niebezpieczne rany,

Przecię ów tak obraca króla wschodowego,

Iżby życzył poprzestać igrzyska onego:

Rozciął twarz, popsował blach, gdzie się schodzą nity,

I z prawej ręki strumień wypuścił obfity,

Strumień krwie hojnej; lecz to przeciw razom były

Żarty, które od drugiej pary się robiły.

92

Wierzch hełmu zniósł precz Gradas i obiedwie stronie

Boków: stąd zowąd widać grabi gołe skronie;

Rozczepił paiż561, zrąbał zadni blach i przedni,

Łęk w drobne trzaski skruszył u siodła pośledni.

Prawda, iż go nie ranił, bo najtwardsze ciało

Najduższy562 ostrej szable raz za fraszkę miało.

Ale Orland twarz przeciął i w brzuchu szkodliwą

Ranę zadał, z jelity krew mu tocząc żywą.

93

Już zdesperował Gradas, dwa dobre potoki

Widząc krwie swej, co jego pobroczyła boki,

A ów jeszcze nieranny, a ów niedraśniony,

Po wielu razach ciężkich prędszy do obrony.

Zaczem prawej swej ręce lewą pomagając

Spuszcza szablę; ta z góry haniebnie spadając,

Jak chce Serykan srogi, w czoło uderzyła

I wspaniałego grabię zaraz ogłuszyła.

94

Głowę, piersi, brzuch oraz miecz, przykro spuszczony,

Rozdzieliłby beł pewnie na obiedwie strony;

Lecz grabinemu ciału nic to nie wadziło:

Żelazo, jak od twardej stali, odskoczyło,

Skry jednak wyskoczyły z oczu Orlandowi.

Tak niesłychanemu się dziwuje razowi,

Potem wodzą563 nie władnie, powoli słabieje,

Szablę jedwabny temblak, z rąk puszczaną, chwieje.

95

Na dźwięk grzmotu strasznego koń się zląkł i uszy

Ścisnąwszy, gęsty piasek żartką nogą kruszy;

Leci wciąż, w siedle mając Orlanda dobrego,

Gdy w pół martwy nie trzymał munsztuka twardego.

Mgła mu oczy zaćmiła, twarz poty zlewają,

Mdłości serce ujęły, siły w pół ustają.

Skoczył za niem, skoro to postrzegł, Gradas srogi

I obie Bajardowi w bok włożył ostrogi.

96

Już go dopadał, kiedy w złem razie swojego

Ujźrzał króla od syna Monodantowego:

W pół go z zbroje obnażył, podziurawił blachy,

Szyszak rozwiązał, potłukł srogiemi zamachy,

Nakoniec puinałem gardziel usiłuje

Przebić; ów się nie broni z strachu i nie czuje.

Już mu i szablę wydarł z ręku posieczonych,

Niemasz żadnej nadzieje w karwaszach stalonych.

97

Tak chyżo w zad się cofa i grabie nie goni,

Przeciwko Brandmartowi swej chce użyć broni,

Który tusząc, iż Orland Gradasa od siebie

Nie puści, tyłu nie strzegł w okrutnej potrzebie,

Wszystkę myśl utopiwszy w tem, aby srogiemu

Sztylet w garło mógł wrazić panu afryckiemu.

Tem czasem przypadł Gradas i szablą straszliwą

Ciął z obu rącz w przyłbicę jego nieszczęśliwą.

98

Boże, który duchami władniesz niebieskiemi,

Męczennikowi twemu miejsce miedzy niemi

Daj, co już burzliwego morza straszne boje

Przeszedszy, w porcie zwinął dzisiaj żagle swoje.

Tak to, o Duryndano sroga, panu twemu

Oddajesz chęć, tak gubisz przyjaźń miłą jemu,

Srodze zabiwszy w oczach żałośliwych jego

Towarzysza, co nie miał nadeń kochańszego!

99

Kolco564 w miąsz na dwa palca kręcone żelazem

W koło hełmu, jako nic, przestrzygnął zarazem:

Tak beł niewytrzymany raz, tak duże565 siły

Gradasa, które szyszak na pół rozwaliły.

Odpada precz skofia566 z najprzedniejszej stali,

A Brandymart się biedny na dół z konia wali;

Pobladł, gwałtem haniebnem krew wylewa z rany,

Którą się piasek pieni, z mózgiem pomieszany.

100

Już też Orland raz wziąwszy ciężki, niesłychany,

Wzroku dobywał, co mgłą gęstą beł odziany;

Potem na ziemię pojźrzy: alić jego drogi

Brandymart krwie wylewa z głowy potok srogi.

Widzi zabójcę nad niem: tu go żal przejmuje,

Tu gniew z jadem do serca oraz przystępuje,

Do pomsty się sposobia — o czem w pieśni drugiej

Powiem; teraz tesknicę nie chcę wam dać długiej.

Koniec pieśni czterdziestej pierwszej.