XXXIX. Pieśń trzydziesta dziewiąta

Argument

Rwie umowę Agramant i w szcząt porażony,

Do Afryki uchodzi, gwałtem przyciśniony.

Astolf ściska Bizertę, dniem, nocą szturmuje,

Mury tłucze, drabiny długie przystawuje.

Orland jakiemsi437 szczęściem przypadł tam szalony

I bierze od grofa zmysł, marnie utracony.

Agramant, gdy bezpiecznie morskie siecze wały,

Wpadł na naszych: gromi go, wstrąca Dudon śmiały.

Allegorye

W tej trzydziestej dziewiątej pieśni przez Agramanta, który rwie przysięgę, potem porażony ucieka, przypomina się, jako w każdej religiej Bóg jest surowy mściciel złamanych przysiąg; przez Orlanda, który dla zbytniej oszalawszy miłości, z nieba ratunku szukać musiał, wiedzieć się daje, jako w ważniejszych potrzebach naszych, co się tknie dusznych i cielesnych, nieuleczonych rozumem ludzkiem chorób, zawsze ci prędką od Boga pomoc odnoszą, którzy jedyną w Niem pokładają nadzieję.

1. Skład pierwszy

Frasunek przykry, srogi, tęgi, niepojęty,

Którem najutrapieńszy Rugier dziwnie zjęty,

Przechodzi insze wszystkie kłopoty mem zdaniem,

Serce w niem drży, haniebnem przejęte lękaniem,

Miedzy dwiema śmierciami; jednej się wziąć boi,

Wielkooki strach myśli najsmutniejsze dwoi:

Zabijeli go Rynald, króla sławę straci;

Pożyjeli Rynalda, z żoną się rozbraci.

2

Lecz zaś Rynald przeciwnem sposobem serdeczny

Gwałtem zwycięstwa pragnie, berdysz niebezpieczny

Topiąc w twardej odzieży Rugiera dobrego,

Rąbie tarcz, psuje nity hełmu stalonego.

Ten się umyka rączo, krok krokiem zakłada,

Najokrutniejszem razom tylko co się składa;

A jeśli uderzyć chce, tak to czyni bacznie,

Iż drugiemu nie szkodzą cięcia jego znacznie.

3

Część pogańskich hetmanów więtsza, co patrzyli

Na bój srogi, o państwie afryckiem zwątpili:

Szczerze swą bronią robi Rynald odważony,

Rugier jakoś słabieje, zda się, nademdlony.

Wzdycha ciężko Agramant, z bojaźni blednieje,

Różny koniec tuszy wziąć od wszczętej nadzieje;

Sobrynowi staremu wszystkę winę daje,

Rady jego przeklina, grozi, fuka, łaje.

4

Tem czasem okropnych gusł zrzódło i studnica,

Najdoskonalsza wieków owych czarownica,

Melissa, stara baba, króla algierskiego

Wziąwszy postać, przybiegła do wojska swojego.

Wszyscy Rodomontowę twarz widzą i oczy,

Wszyscy znają na piersiach twardy łupież smoczy;

Jego własną do boku szablę przypasała,

Jego paiż438 na lewe ramię przywiązała.

5

Potem w oczach stanąwszy króla afryckiego,

Co pojedynku czekał skończenia onego,

Wyniosłem głosem, krzywiąc brwi z czołem, mówiła:

»Królu, czyja cię kolwiek rada przymusiła,

»Abyś ciężar państw twoich młodzikowi temu

»Zlecił, w surowych wojnach mniej jeszcze biegłemu,

»Bez chyby przyjacielem nie beł i on tobie

»I ty w tak ważnych sprawach płochoś począł sobie.

6

»Przeto broń i nie daj brać spórkom439 skutku swego,

»Które za sobą ciągną całość państwa twego;

»Niech się wojska uderzą, nie dbaj na umowy:

»Dziś Rodomont za sławę twą umrzeć gotowy,

»Rodomont, który tysiąc Rugierów przechodzi,

»A we krwi chrześcijańskiej, gdy jeno chce, brodzi«.

Ledwie to rzekła wiedma, wnet w gwałtownem skoku

Uderzył się Agramant o nasz obóz z boku.

7

Mniema, że król z Algieru w tropy za niem bieży

W najtwardszej afryckiego robaka odzieży.

Tak mu ufał, tak wielce ważył jego siły,

Iż przymierze stargane za fraszkę ważyły.

Leci co żywo z królem do wściekłej roboty,

On jem drogę toruje, sam pełen ochoty.

Melissa, skoro burdy znowu sporządziła,

Znika zaraz i w lekki wiatr się obróciła.

8

A zacna bohatyrów para, gdy postrzegli,

Iż z wojskiem swem hetmani przeciw sobie biegli,

Ręce hamują żartkie, na broniach się wsparli

Według postanowienia, które współ zawarli,

I wszystkie winy oraz sobie odpuszczają

Ani się przy swych paniech wiązać dotąd mają,

Pókiby nie wiedzieli, świętej związek wiary

Kto stargał: czyli Karzeł, czy Agramant stary.

9

Nadto przysięgą nową na placu stwierdzili,

Aby nieprzyjacielmi wraz obadwa byli

Łamcy440 przymierza, co ich w hańby podał takie,

Skąd osławy i sromu zmazy są dwojakie.

Tem czasem obie wojska cieśniej się mieszają

I krew z najstraszliwszych ran hojnie rozlewają.

Próżne niemal obozy obadwa zostały,

Na gwałtowną potrzebę i słabszych wysłały.

10

Jako urodziwy chart, kiedy zwierza zoczył,

A on przed kupą gończych psów w bliższy chróst skoczył,

Wydziera się, targa smycz, na miejscu nie stoi,

Oczy jadem pałają, gniew w niem wściekłość dwoi;

Próżno grozi myśliwiec, daremnie hamuje,

Bo ten całą wydrzeć się mocą usiłuje:

Tak najwspanialsze w ten czas bojowniczki obie,

Iż krwie nie rozlewały, dziwnie tęsknią sobie,

11

Gryzą się, serca bodzie gniew niewymówiony.

W pokoju jem każe być pokój umówiony:

Te, próżnować niezwykłe, i ich ostre bronie

Pragną wojny, lub w cieśni lub w placu na stronie,

A przymierze ich trzyma. Lecz gdy bystrem okiem

Postrzegły, iż się w polu lud kupi szerokiem,

Ledwie najrętszych koni, jak wściekłe, dosiadły,

Zaraz, gdzie najgorętsza bitwa wrzała, wpadły.

12

Trzech Marfiza swem drzewem oraz położyła,

Trzem przez hełmy do zębów głowy rozczepiła;

Żaden szyszak nie strzyma szable jadowitej,

Żadnej niemasz obrony w tarczy niepożytej:

Wszystko to ona kruszy, jak śkło, wszystko psuje,

W ocemgnieniu najduższem Maurom łby zdejmuje.

Bradamanta, w kogo swą kopią zawadzi,

Lub zabije lub z konia w pół martwego zsadzi.

13

Tak różnem zapalone jadem w tej potrzebie,

Afrów gromią po obu stronach blizko siebie.

Potem w różne strony szły, gdzie podaje tyły

Pogaństwo i gdzie pułki nachylone były.

Któż pomnieć może wszystkich, co od uzłoconej

Kopiej brali tęgi raz w pogoni onej?

Abo kto zliczy głowy, które rozłączała

Srogą szablą Marfiza od własnego ciała?

14

Widział kto, kiedy deszcze i wiatry szalone

Pobudziły potoki dwa z Tatr niezbrodzone,

Jako straszliwie lecą, jak najduższe441 skały

Z gruntu rwie i precz niesie z sobą wir zuchwały;

A choć te różne drogi obie mają wody,

Przecię haniebnie ludziom biednem czynią szkody,

Wszystko z pól żyznych bierze powódź zapalczywa,

Chałup, obór, różnego bydła mnóstwo pływa:

15

Tak bohatyrki, gniewem zagrzane wspaniałem,

Sieką brodate twarzy Sarracenom śmiałem;

Gdzie jeno najbystrzejsze swe kierują konie,

Pełno ran, trupów, śmierci i krwie w tamtej stronie.

Uciekają wciąż wszyscy; próżno ich hamuje

Agramant, darmo sławę z zyskiem obiecuje.

Nakoniec strachem zjęty, sam pogląda wszędy,

Azaby Rodomonta mógł upatrzyć kędy.

16

Na słowa, chluby pełne, hardą mowę jego

Stargał związki przymierza poprzysiężonego,

A teraz go nie słychać, gdy ratunku trzeba,

Z wiatry cień próżny poszedł miedzy niższe nieba.

Co cięższa, i dobrego nie widzi Sobryna,

W żywe oczy gdzieś zgubił z Bulardem Gradyna.

Zaczem go blada bojaźń zrze, a ci już byli

Do Arie dla złamanej wiary powrócili.

17

Uciekł i sam Marsyli, śluby niestrzymane

Krają mu do żywego serce utroskane.

Dopiero swe upory król afrycki wini,

Dopiero mu w sercu ból płochość głupia czyni.

Tem czasem jadą na niem roty odważone

Z Niemców, z Włochów, z Anglików, Francuzów skupione.

Miedzy temi przedniej szych grabiów samo czoło

Świecą, jak tkana szata dyamenty wkoło.

18

Kto wychwalić będzie mógł serce niestrwożone

Gwidona, kto odwagi, sławą zapalone,

Oliwierowych synów, gdy świeżą moczyli

Krwią piaski, a przekopy trupami tłoczyli?

Siły z parą żołnierek złączywszy waleczną,

Odjęli Afrom drogę ucieczki bezpieczną

I tak wiele poganów mężniejszych pobili,

Iż mosty na głębokich rzekach z ciał czynili.

19

Ale odłóżmy na czas bój ten zapalczywy,

Bo nas Astolf do siebie ciągnie, szturmu chciwy;

Astolf którego dzieła i roboty śmiałe

Wszelkiego świata kraje napełniły całe.

Jakie mu rady dawał Jan błogosławiony,

Jak go z raju wyprawiał w afrykańskie strony,

Wiecie o tem, więc jako Branzard swoje roty

Przeciw niemu gotował do krwawej roboty.

20

Cokolwiek Afryka mieć ludzi mogła w sobie,

Wszystkich zbiera z Algazrem442 Branzard w onej dobie;

Nie może się w dojrzałej wymówić starości

Późny wiek, nie okupią młodych majętności.

Bo tak barzo w Afryce ludzi się przebrało,

Iż prócz letnich a dzieci mdłych nic nie zostało.

Dwakroć na głowę stamtąd król wojska wywodził,

Gdy przez szturm, ogniem, szablą Paryża dochodził.

21

Zaczem tego motłochu ostatki strwożone,

Ledwie pułki ujźrzały Nubów uzbrojone,

W rozsypkę się udały, nogom polecają

Swe zdrowie, a do zwrotu nadzieje nie mają.

Goni serdeczny Astolf, Astolf niebłagany443

I szkaradne zadaje w sromotny tył rany.

Padł trup gęsty, Bucyfar draba podlejszego

Został więźniem, gdy bronił Branzarda swojego.

22

O, jako ciężkiem żalem Branzard jest ujęty,

Postrzegszy, Algazeru iż król w łyka wzięty:

Bizerta wielka w sobie wielkich potrzebuje

Obron, które bez niego daremne gotuje.

Myśli się różne roją w sercu do gromady,

Naprędce subtelniejsze biedny zbiera rady,

Na ostatek przypomniał, iż chrześcijańskiego

Ma więźnia, co krwią dosiągł króla francuskiego.

23

Beł to Dudon, w książęcem domu urodzony,

Wpadł w sidła, gdzie król z Sarce miał swój most ściśniony444,

I tak siedział w bizerskiej445 ciemnicy chudzina,

Gdy o niem dowiedzieć się nie mogła rodzina.

Tego w zamianę puścić Branzard usiłuje

I posły do Astolfa zaraz wyprawuje;

Jeśli się to nie uda, insze we łbie kręci

Przemysły: tak go strata towarzyska446 smęci.

24

Wysłuchawszy poselstwa grof dobry onego,

Rad z dusze, iż wybawi więźnia tak zacnego,

Z Branzardem wolej jednej jest, użyć się daje,

Bucyfara wypuszcza, a na swem przestaje

Dudonie. Ten stanąwszy przed niem, wyzwolony,

Dziękuje za staranie, prace i obrony;

Potem do wojennych spraw oba się udali,

Lud na okręty z lądu trwalszy przebierali.

25

Tak wielkie w ten czas wojsko Astolfowe było,

Iżby się oraz Afryk sześć nie obroniło;

Więc pomniąc wszystko dobrze, co mu rozkazował

Apostoł, na tę wojnę gdy się wyprawował,

Chce żyzną Sarracenom odjąć Prowincyą,

Skąd czaty447 naszych często mordują i biją.

Zaczem część jednę pułków na morze gotuje

I Dudona wyprawić z niemi obiecuje.

26

Gdy to w swej zamknął myśli, stanął nad wodami,

Napełniwszy swe dłonie obie gałązkami

Z cedru, z oliwy, z lauru; to razem na wody

Wyrzucił w najpiękniejsze zaranne pogody.

O, jak szczęśliwe dusze i błogosławione,

Co są miłości Bożej chęcią zapalone!

Patrz dziwu, co stąd urósł, patrz niesłychanego:

Ledwie rózgi dopadły morza głębokiego,

27

Alić tak wiele zaraz okrętów się rodzi,

Więtszych, śrzednich i mniejszych zakrzywionych łodzi,

Jako sama na ten czas potrzeba mieć chciała,

Co grofowi dzień i noc troski zadawała;

Maszty tkwią pod samemi długie obłokami,

A żagle rozpuszczone igrają z wiatrami.

Wszyscy na oczywisty cud się zdumiewają,

Wszyscy przedziwne sprawy boskie wychwalają.

28

Bo któżby się spodziewał, aby z rózg urwanych

Taki gwałt448 miał być galer pięknie zbudowanych!

Kto śmiał tuszyć o wiosłach, kotwicach z linami,

Iż w okamgnieniu staną gotowe z batami?

Nadto, ktoby tem rządził i wiatry szalone

Ujeżdżał, miał już na to grof mistrze ćwiczone:

Z Balearyckich wyspów i z blizkiej Korsyki,

Z Sardyniej pobocznej przybrał wnet sztyrniki.

29

Ci, jak prędko w okręty swoje powsiadali,

Ku Prowincyej pojazd449 prosty gotowali.

Dwadzieścia sześć tysięcy do boju godnego

Dał Astolf ludu z niemi, a Dudona swego

Hetmanem postanowił, moc, serce i męstwo

Znając, gdy przedtem z Maurów odnosił zwycięstwo.

Jeszcze armata w brzegu na wiatry czekała,

Gdy z daleka powiętszą łódź płynąc widziała450.

30

Siedziało w niej rycerzów przedniej szych niemało,

Którem się króla z Sarce w ręce wpaść dostało

U wąziuchnego mostu, przy kościółku onem,

Zbrojami różnych mężów w koło zasłonionem.

Beł powinny Astolfów, Sansonet związany,

Brandymarte, od swojej dziewki opłakany,

Nuż inszych wielka liczba ze Włoch, z Gaszkonjej,

Z Niderlandu, z niemieckiej ziemie i z Angliej.

31

Iż starszy jeszcze dotąd nie miał wiadomości,

Iż na niespodziewane natrafi tu gości,

Zaczem w porcie odpocząć myślił i swojego

Półokręcia451 połatać do świtu ranego.

Bo od potężnych wiatrów kęs beł nadwątlony,

Gdy go w przeciwne gnały pod Bizertę strony;

A widząc na lądzie lud, tak śpiesznie do niego

Biegł, jak zwykła jaskółką do gniazda swojego.

32

Rozumiał ich za swoje; ale skoro znaki

Cesarskie zoczył z ptakiem, co ma łeb dwojaki452,

I lilie francuskie, pardy z kły ostremi453,

Zbladł i chciał na zad cofnąć z więźniami swojemi.

Tak pasterz nieostrożny, gdy węża śpiącego

W trawie zdeptał, w skok kroku pomyka rączego

I w pół martwy uchodzi w stronę nie bez trwogi,

Gdy ten wzdyma modrawy brzuch, wznosi grzbiet srogi.

33

Obstąpiwszy go naszy, snadnie poimali

I Astolfowi wespół z więźniami oddali.

Wesół grof niewymownie, całuje starego

Oliwiera, obłapia Brandymarta swego;

Sansonetowi wszyscy chęć swą ukazują

I z niem pospołu wszystkich zaraz rozwięzują,

A Maurowi zapłatę aby słuszną dali,

Co ich przywiózł, do wiosła w poły przykowali.

34

Potem wspaniały Astolf bohatyrów onych

Do stołów potrawami bierze obciążonych..

Przy obiedzie szatami wszystkich opatruje,

Zbrój, koni, szabel wielki dostatek daruje.

Dudon zaś dla miłości dawnych przyjacieli

Odłożył żeglowanie, bo się nie widzieli

Przez czas długi, i życzy w tej szczęścia wygodzie

Nieco, się z niemi cieszyć, niż będzie na wodzie.

35

Różne o wojskach swoich wznawiają powieści,

Coby się z Karłem działo, jako mu się szczęści,

Co za skutki swych trudów odnosi Francya,

Jeśli ją ratowała w złem razie Anglia.

Gdy to mówią, gdy jeden powieda drugiemu,

Co wie, rozruchowi się zdziwili srogiemu,

Rozruchowi, co wrzaskiem tak głuszył ich uszy,

Iż każdy coś dziwnego w obozie być tuszy.

36

Syn Otonów i luba kompania jego,

Jako pospołu beli, na konia swojego

Każdy z nich wsiadł, więc zbroje już zupełne mieli,

Prosto na głos gwałtownych huków pobieżeli.

Kierują bystre konie, skąd. straszliwe krzyki

Wychodzą i gdzie widzą rot gęściejsze szyki,

Aż w pół obozu właśnie zoczyli z daleka

Z najokrutniejszem kijem nagiego człowieka.

37

Szermował niem z obu rącz, a jeśli którego

Dosiągł z blizka, wnet duszę wystraszył z biednego.

Co raz jednem mniej, kędy swe kroki prostuje,

Już za niem więcej, niż, sto, trupów się najduje.

Wszystkich trwoga objęła, co żywo się boi,

Nikt nie natrze, od strachu wstyd zwyciężon stoi.

Z boków tylko Nubowie trzcinami ciskali,

Ale blizko do niego nie przystępowali.

38

Niewymownie się wszyscy długo dziwowali

Najsroższej mocy, skoro bliżej przyjechali

Astolf, Dudon, Oliwier; wtem na pięknem koniu

W czerni pannę jadącą ujrzeli po błoniu;

Prosto bogate wodze454 do nich obracała,

Najwdzięczniejszą twarz w płaczu zatopioną miafa.

Ta zaraz Brandymarta poznawszy, całuje,

Wita, rękoma ścisło szyję opasuje.

39

Fiordylizi to, której najprzykrsze455 żałości

Nie mogą namniej ulżyć niezmiernej miłości;

Tak jej serce codziennem ogniem rozpalała,

Iż na śmierć niefortunna dziewka pozwalała

Od tego czasu, jako Rodomont surowy

Na jej kochanka włożył u mostu okowy.

Teraz wziąwszy wiadomość, iż siedzi w Algierze,

Umyślnie wyzwolić go w tamten kraj się bierze.

40

Do Marsyliej jadąc, okręt natrafiła,

Co go od wschodu burza gwałtowna przybiła;

Miał w sobie bohatyra w leciech podeszłego,

Który z królestwa płynął Monodantowego,

Od najsmutniejszej z prośbą rodzice w te strony

Dla Brandymarta morzem śpieszno wyprawiony.

Szukał go w różnych państwach, aż też do Francyej

Wybierał się nakoniec z grubej Barbaryej.

41

Poznała Fiordylizi Bardyna456 starego,

Co ukradł Brandymarta ojcu maluśkiego

I na Sylwańskiej pilno fortecy go chował457,

Nim się do dzieł mężniejszych z laty przygotował.

A zrozumiawszy drogi tak pilnej przyczynę,

Siebie klnie, sobie daje, nieszczęśliwa, winę,

Powiedając, jako go w więzienie wprawiła,

Gdzie srogość króla z Sarce przeprawy broniła.

42

Tak wsiadszy z sobą w okręt, na zad powrócili

Do Afryki i ledwie ziemie się chwycili,

Mają wieść, iż Bizerty grof mocno dobywa,

Gdzie i Brandymarta chęć trzyma, sławy chciwa.

Atoż, jako w niem prędko bystry wzrok utkwiła,

Zaraz gorącą swoję miłość oświadczyła

I jawnie z pewnych znaków taką ukazuje

Ochotę, co z kłopotem żal przeszły celuje458.

43

A Niemniej syn Monodantów najkochańszej żenie

Rad wielce, którą w większej ma, niż zdrowie, cenie;

Trzykroć ją ściska, trzykroć obłapia, całuje,

Tysiąc pociech w tak nagłych pociechach najduje;

Ledwie dowierza sobie oko ukwapliwe,

Choć patrzy na rozkoszy bez zasłon prawdziwe.

Potem na pierwsze poznał Bardyna wejźrzenie,

Bo z pieluch zaraz bierał od niego ćwiczenie.

44

Już swe wyciągnął ręce, aby go obłapił,

Chcąc spytać, po co w ten kraj z domu się pokwapił,

Alić srogi szaleniec niezrównanej mocy

Z kijem śmiertelnem bliżej przeciwko niem skoczy

I czyni skrwawiony tór przez długie obozy,

Rwie namioty, tłucze lud, zbroje, konie, wozy.

Ledwie go Fiordylizi nadobna dojrzała,

Głosem: »Awoż Orlanda macie!« zawołała.

45

Poznawa go i Astolf; od Jana świętego

Słyszał w raju, iż patrzyć miał na tak wściekłego,

Skutecznie mu opisał postępki i sprawy

Apostoł, które kilka miesięcy trwać miały.

Inaczej nigdyby beł sam swemu wzrokowi

Nie wierzył: tak twarz wyschła nędznemu grofowi.

Zarosły łeb, kosmate piersi, broda, nogi

Dają znać, iż nie człowiek, lecz zwierz z niego srogi.

46

Niewysłowioną Astolf ruszony litością,

Łez hamować nie może, serce mu żałością

Przykrą boleść przejmuje; mówi do swojego

Oliwiera, najbliższy co stał obok niego:

»Patrz, dla Boga, patrz bracie, jakie nieszczęśliwy,

»Cale rozumu zbywszy, Orland broi dziwy!«

Ten z Dudonem wzrok wznosi i z dusze żałuje

Iż go nikt w opłakanej biedzie nie ratuje.

47

Wszyscy z najgłębszych ciężko wnętrzności wzdychają,

Wszyscy nieutulone płacze wylewają.

Potem do kompaniej dobry Astolf rzecze:

»Lament, żal, narzekanie nigdy nie uciecze:

»Opatrzenia tu pierwej trzeba i pomocy«.

Tak mówiąc, sam ku niemu w przód rączo poskoczy,

Za niem Oliwier, Dudon, Sansonet w też tropy,

Pilnują Orlandowych kroków, dużej stopy.

48

Ten widząc, iż nakoło kilka ich zachodzi,

Njelutościwem kijem śmierć jem zadać godzi;

I Dudona, co pierwszy do niego przybywał,

A tarczą wyniesioną swą głowę nakrywał,

Tak gwałtownie uderzył, iż gdyby tem razem

Nie złożył go Oliwier najtwardszem żelazem,

Szkaradny raz, raz tęgi, przykry i surowy

Roztrąciwszy hełm z tarczą, wylałby mózg z głowy.

49

Skruszył jednak tarcz w niwecz, a w łeb tak uderzył,

Że Dudon na ziemię padł i sobą ją zmierzył.

W ten czas dobywszy szable od boku swojego,

Sansonet uciął kija dwa łokcia krwawego.

Zaczem śmielszy Brandymart porwał go dużemi459

Rękoma, pragnąc z tyłu rozciągnąć na ziemi.

Pomaga Astolf dobry, nogi obejmuje

I którąkolwiek podnieść wzgórę usiłuje.

50

Tak mocno Orland sobą zatrząsnął szalony,

Iż Astolf na sześć sążni leciał przez zagony,

Lecz go przecię Brandymart z ostatnią gromadą

Sił swych trzyma, jak zrazu wziął za plecy zdradą.

Zgrzyta grabia zębami, a potem letniego

Oliwiera w wierzch trafił szyszaka jasnego,

Trafił ogromną pięścią; ten padszy, blednieje,

Z uszu, z nosa, z gęby krew strumieniami leje.

51

I by beł hełmu nie miał najdoskonalszego,

Nie wstałby już beł, nie wstał od razu dużego460;

Bo i tak zapomniał się ani zbytnie głosy

Otrzeźwiły go, które szły z hukiem w niebiosy.

Tem czasem Dudon, Astolf wraz obadwaj wstali

I Brandymarta swego znowu ratowali.

Przypada i Sansonet, co piękny raz sprawił,

Gdy najostrzejszą szablą kija grabię zbawił.

52

Skoczy do Brandymarta Dudon w tył śmiałego

I z niem wespół w pół wziąwszy Orlanda głupiego,

Pokłada swe golenie miedzy miąższe nogi,

Aby na ziemię prędzej padł szaleniec srogi.

Ten się miece, wydziera, ciska, pomsty chciwy;

Tak więc w polu przy kupie łowców byk straszliwy,

Gdy kły w uszach brytani jego utopili,

Rycząc włóczy ich tam, sam, jakby z słomy byli.

53

Włóczy ich, lecz go oni przecię nie puszczają,

Raczej, co raz na więtszą moc się zdobywają.

Już też Oliwier, nieco przyszedszy do siebie,

Po nienadanej oczy przecierał potrzebie;

Porywa się i bieży, gdzie Astolf pracuje,

A widząc, iż w ten sposób darmo usiłuje,

Szalonego obalić inszy śrzodek chwali,

Tylko chce, jak starszego, aby usłuchali.

54

Kazał powrozów przynieść w skok mocno plecionych,

Lub miąższych lin od masztów, wzgórę wyniesionych;

Te na duże golenie, mocne barki jego

Z węzłami sztucznie kładzie i miedzy każdego

Dzieli końce, sam z niemi ciągnie w różne strony,

Aż nakoniec grabia padł, gwałtem obalony;

Tak kowal umiejętny konia upartego,

Tak wali rzeźnik wołu u jatek dużego461.

55

Nie mógł i Orland strzymać, na ziemię upada;

W tym razie Dudon na grzbiet szeroki mu wsiada,

Drudzy ręce i nogi twardemi sznurami

Ściśle wiążą; tego moc już próżna z siłami,

Daremnie się dobywa. Potem, go ruszyli

Z miejsca i z wielkiem żalem długo nań patrzyli.

Nakoniec mądry Astolf wieść go rozkazuje

Do morza i lekarskie potrzeby gotuje.

56

Sześć razy zanurzywszy, sześć razy go myje,

Brud miąższy z chudej twarzy zgarnia precz i z szyje;

A drudzy ogorzałe członki wycierają,

Najeżony łeb czeszą, brodę, wąs muskają.

Astolf zielonej trawy i kwiecia różnego

Garść wziąwszy, uślinioną zatkał gębę jego,

Bo tak chce, aby oddech, wprzód w ustach ściśniony,

Do samego beł tylko nosa obrócony.

57

To sprawiwszy, naczynie dziwne nagotował,

W którem najsubtelniejszy zmysł Orlandów chował,

I jak najbliżej nosa przytknął dwudziurego462.

Ten tchem mocnem porwał go dziwnie w się samego

— O cudo niesłychane! — a słoik drożony

Został we mgnieniu oka razem wypróżniony.

Wrócił się rozum na zad do głowy schorzałej,

Wrócił się i rozsądek przy mądrości całej.

58

Jako więc dziecko liche, snem twardem zmorzone,

Widzi straszydła, w brzydką postać obleczone;

Idą na oczy jego ćmy blade i larwy,

Chimery ksykające, sfingi szpetnej barwy;

Dziwuje się z bojaźnią niewidomej sprawie,

Chocia go sen opuścił, choć już jest na jawie:

Tak pozbywszy szaleństwa, gdy przyszedł do siebie.

Utkwił źrzeńce463 zalane łzami Orland w niebie.

59

Utkwił, słowa nie mówiąc, zadumiały siedzi,

Z myślami tylko swemi sam milczkiem się biedzi.

Potem na Brandymarta pojrzał kochanego

I na Astolfa, rozum co przywrócił jego.

Nie wie, jako tam przyszedł, jak się trafił464 z niemi,

Po stronach tylko patrzy oczyma smutnemi,

A nade wszystko to w niem wstyd wielki sprawuje,

Iż nagiem, iż związanem być się upatruje.

60

Nie wytrwał i pierwsze rzekł najbiedniejszy słowa,

Jako Sylen465 niekiedy, co mu jeszcze głowa

Winem mdleje wczorajszem: »Co to są za węzły,

»W których boki, ramiona, nogi me uwięzły?

»Rozwiążcie je, dla Boga!« Ci zaraz skoczyli

Rżną stryczki, potem szaty nowe nań włożyli;

Widzą, iż jadowity wzrok, co wynikała

Wściekłość niedawno z niego, dobroć w swą moc brała.

61

Tak wnet Orland do pierwszej wrócił się mądrości

I nadto zapomina bezecnej miłości;

Dziewkę, w której rozkosze utopił kochania,

Lekce waży, już nie chce o nię mieć starania.

A co przedtem nad insze piękniejsza się zdała,

Teraz tak brzydka w oczach i szpetna została,

Iż o tem tylko myśli, aby jej koniecznie

Zapomniał, przeszłych błędów wetując skutecznie.

62

Bardyn Brandymartowi zaś powieda swemu,

Że Monodant ustąpił przez śmierć państwa jemu,

Na które najsłuszniej szem prawem wprzód rodzony

Wzywa go, a potem lud, w jedno zgromadzony;

Lud, co w odległem mieszka królestwie wschodowem

Po wyspach siebie blizkich na powietrzu zdrowem,

Pełen rozkosznych bogactw, złota przedniejszego,

Bydła, ptactwa, ryb dziwnych, zwierza rozmajtego.

63

Namawia go i słowy wdzięcznemi przychęca,

Ojczyzny słodkiej lube uciechy zaleca.

»Porzuć — mówi — podaruj żywot teraźniejszy

»Biegunom466: już ci na wczas radzi wiek późniejszy«.

Odpowiada Brandymant, iż zdrowie Karłowi

Poświęcił, póki rogów nie przytrze Afrowi;

Jak prędko wojnę skończy za pomocą Boga,

On też do ojczystego w skok pośpieszy proga.

64

Nazajutrz swą armatę Dudon wyprawuje,

Czas weścia w Prowincyą z pogody miarkuje.

Z Astolfem ku Bizercie Orland się udaje,

Gdy ranego Febusa złoty promień wstaje,

Pytając go o wojnie, jak się w sobie miała,

Dawno młódź Nubów mężnych miasto obegnała

Powieda grof i zaraz słucha jego rady,

Którą ostrą być wiedział przez różne przykłady

65

Jako się straszny zaczął szturm i dnia którego

Wielką wzięto Bizertę, z gruntu ostatniego

Wywróciwszy ją srodze, komu szczęścia sławy

Najpierwej w tej potrzebie Bóg życzył łaskawy,

Jeśli zamilczę teraz, niech was nie obchodzi:

Kęs w inszą stronę skoczyć moje pióro godzi.

Powiem tem czasem, jako Francuzowie dali

Maurom krwawą pamiątkę, kiedy uciekali.

66

W tak złem razie Agramant od swych opuszczony,

Słabiej e i ledwie się broni przymuszony.

Wielką część Sobryn ludu, więtszą wziął Marsyli,

Gdy do armaty oba żartko uchodzili;

Do której przyśpieszywszy, zarazem wsiadają,

Bo lądowi i murom w Arii nie dufają.

Z niemi niemało wodzów, żołnierstwa lepszego

Przybiegło, w trwodze króla zostawiwszy swego.

67

Sam Agramant na sobie przykre trzyma razy

W najtwardszej zbroi, która nie bała się skazy.

Potem gwałt widząc wielki, tył sprosny podaje

Do bramy, co mu weście, otworzona, daje.

A Bradamanta kole pierzchliwemu boki

Rabikanowi, aby żartkie czynił skoki;

Chce, dogoniwszy, sroga dziewka króla złego

Ściąć zaraz, iż jej bawi Rugiera dobrego.

68

W tropy za nią Marfiza leci odważona:

Śmierć niewinna ojcowska, śmierć niezapomniona

Serce jej kruszy mężne; swego konia, który

Z najlekcejszemi biegiem porównać mógł pióry,

Bojcami ustawicznie wzbiera i morduje.

Ale cóż, próżno robi, daremnie pracuje:

Uniosło Agramanta szczęście wprzód, niż one

Przypadły jedną pomsty chęcią zagonione.

69

Jako para sierdzistych tygrysic się wstydzi,

Kiedy po bok tłustego zwierza idąc, widzi,

Jeśli za pierwszym razem, puściwszy się z góry,

Nie połapią go w ostre kły, krzywe pazury;

Idą nazad, i gniewem i sromem ujęte,

A oczy skry ciskają, z jadów słusznych wszczęte:

Tak obie bohatyrki, iż nie przebieżały

Drogi Agramantowi, gryzły się, wzdychały.

70

Nie zatrzymały przędę koni swych dla tego,

Ale w pojśrzodek gminu uciekającego

Wpadszy, gniew po staremu swój zwykły chowają,

Śmiertelnie głowy, piersi, grzbiety rozcinają.

Walą się gęsto trupy szkapie i człowiecze,

Niewstrąconem potokiem krew z ran srogich ciecze.

Więc Agramant, lub z głupstwa lub z strachu wielkiego,

Zamknąć bronę od pola kazał przestronego

71

I wszystkie mosty znosić na bystrem Rodonie

Z przeprawami, których dość trudnych w tamtej stronie;

Tak ludzie nieszczęśliwi marnie garła dają,

Jak bydło, które na rzeź umyślnie chowają.

O, jako w rzece siła i w morzu ich tonie!

O jak wielom łby strzygą nieuchronne bronie!

Ściekły piaski posoką, a hartowne zbroje

Huczały z tęgich razów, jak grom w letnie znoje

72

Srogiej potrzeby, w której tak siła zginęło

Ludzi prócz tych, co w bystrych wirach potonęło,

Są dotychczas ogromne znaki w kącie onem,

Gdzie Rodon nurtem tłucze w brzeg nieokróconem:

Blizko murów budownych Arie wyniesionej

Mogiły nieprzejrzane aż do wody słonej,

Twoich rąk, Bradamanto, robota straszliwa,

Której szczerzeć pomogła Marfiza gniewliwa.

73

Król zaś uciekszy w miasto, okręty gotuje

I na morze głębokie z portu wyprawuje;

Zostawił jednak nieco tem, co po zad byli,

Lżejszych, aby swe zdrowie prędzej unosili.

Sam dwa dni zmieszkać myśli, ażby się zebrały

Ostatki niedobitków biednych, co zostały.

Trzeciego wnet rozpuścił żagle i do swego

Nakierował bez zwłoki państwa afryckiego.

74

Niemniejszy Marsylego strach gryzie, przejmuje:

Tuszy, iż Hiszpanią, Karzeł wnet starguje,

A on sam płacić będzie musiał cło swojego

Uporu, gdy zgasła moc króla afryckiego.

Do Walencyej tedy bieży, jak szalony,

Miasta mocni, fortecom przyczynia obrony;

To sprawiwszy, odnowił wojnę, która wzięła

Zły koniec, bo nadzieja z szczęściem się minęła.

75

Agramant ku Afryce płynie po staremu

I łaje, najsmutniejszy, szczęściu opacznemu;

Zdumiewa się, w okrętach widząc lud tak rzadki,

Cieszy, sam utrapiony, mizerne ostatki.

Cieszy, lecz ci w sercu swem myślą co inszego:

Pysznem, okrutnem, głupiem cicho króla swego

Nazywają najwięcej stąd, iż nie ratował

Tych, co po zad zwycięzca surowy mordował.

76

Jeden drugiemu, wierni zwłaszcza przyjaciele,

Zwierza się tego jadu tajemnego śmiele

I pospołu gniew wielki, słuszny, sprawiedliwy

Wynurzają z serc swoich przez język dotkliwy.

Agramant, iż nie słyszy tego w swoje uszy,

O ich przeciwko sobie wierze dobrze tuszy,

To dla tego, że twarzy wszyscy mu zmyślone

Pokazują, pochlebstwa, zdrady mówiąc płone.

77

Nakoniec postanowił w głowie i uradził,

Aby swych w port bizerski ludzi nie prowadził:

Miał od szpiegów wiadomość pewną i przestrogi,

Iż Nubowie wszystkie w moc wzięli lądem drogi.

Tak milczkiem dalej żagle puścić rozkazuje

I opodal Bizerty w bok zsieść usiłuje,

Chcąc, sporządziwszy wojska ostatek na ziemi,

Niespodziewanie przypaść i zetrzeć się z niemi.

78

Dobra rada, ale ją los wywrócił płochy

I zabronił cieszyć się z tej, co zbywa, trochy.

Z armatą, która śpieszny lot swój prostowała

Do Prowincyej, aby brzeg jej w mocy miała,

Potkał się, gdy noc wyszła z progu podziemnego,

Okrywszy czarnem skrzydłem krąg świata wszystkiego,

Noc niepodobnie ciemna, chmurna, niepogodna,

Do wykonania śmiałych zamysłów wygodna.

79

Nie miał jeszcze Agramant o tem wiadomości,

Aby pływał po morskiej Dudon głębokości

Z swem wojskiem ani ponno uwierzyłby temu,

Iż sto okrętów różne rózgi dały jemu.

Dla tego bez bojaźni pruł morze bezpiecznie,

Żadnych trwóg w myśli swojej nie mając koniecznie;

Prócz straży i prócz szpiegów biegł w domowe strony,

Wysoką fantazyą swą ubezpieczony.

80

Tak okręty, które miał od Astolfa swego

Dudon z niemałą liczbą żołnierstwa dobrego,

Wpadły nań niespodzianie i wnet się mieszają;

Lecz jak prędko po mowie Maurów poznawają,

Żelaz dobywszy krzywych, na to Dudon godzi,

Aby niemi zatrzymał budowne ich łodzi;

Krzyk mężów zapalczywych, chrzęst zbrój i dźwięk broni

Wydziera słuch każdemu i wiatr lekki goni.

81

Skoro w zapędzie mocnem wraz w się uderzyli,

Królewskich kilka galer stłukszy, utopili.

Więc iż po naszej stronie Mars służył życzliwy,

Za najpierwszem zdarzeniem lud nasz, boju chciwy,

Zaraz oszczepy, strzały i ognie ciskają,

Zaraz pogan strwożonych wiele zabijają.

Już morze krwią spłynęło, okryte trupami,

Już pożera szyszaki, szable z puklerzami.

82

Przyszedł czas, aby skarał Bóg pogańskie złości,

Pychę, krzywoprzysięstwo, chciwe wszeteczności;

Zaczem bohatyrowie, co z Dudonem byli,

Snadno ich w słonem morzu, gdy On chciał, grążyli.

I z daleka tak dają raz nieuchroniony,

Że ledwie sam Agramant, nieszczęściem zemdlony,

Cał dotąd; chmura na nich strzał pada, a z boku

Insze pociski lecą, niedościgłe oku.

83

Z machin ciężarów wielkich wyciśnione skały

Wszystko z wielkiem poganów strachem druzgotały;

Skałubami467 leje się szerokiemi woda,

Lecz przez ogień daleko nieznośniejsza szkoda,

Przez ogień, który jako prędko się zajmuje

Z małej skry, wszytko niszczy, gubi, trawi, psuje.

Niefortunny gmin to w ten, to w ów kąt ucieka,

Bólem, strachem ujęty, ledwie się nie wścieka.

84

Ci o zdrowiu zwątpiwszy, w morze się ciskają,

Ci na pomniejszych batach w stronę uciekają;

Tonie ich niezmierna moc, mroki niewidome

Ciałmi ludzkiemi wody karmiły łakome,

Gdy razem szkody, śmierci, rany i dzielności

Okrywała noc czarna płaszczem swych ciemności.

Więc i pomniejsze barki, jak znosić nie mogły

Ciężaru, do zginienia nędznikom pomogły.

85

Ci, co darskiem468 pływaniem śmierć oszukać chcieli,

Nadmordowawszy sobie, gdy już tonąć mieli,

Znowu do swych okrętów na zad powracają,

Które ogniem gwałtownem haniebnie pałają.

Strach utonięcia przykry, aby gardł na wodzie

Nie dali, tak ich dusi, przymusza i bodzie,

Iż gorające drzewa biedni obłapiają

I we dwu mękach jakby dwakroć umierają.

86

Siła ich, co pociskom gdy się umykali,

W nienasyconą morską głębokość wpadali;

Tak jednej chcąc się ustrzedz, wnet śmierć biorą drugą —

Ale żebym was razem nie zabawiał długą

Powieścią jednej rzeczy, odmieniwszy strony,

W inszej pieśni napiszę rym niedokończony.

Tuszę, iż na to z chęcią sami pozwolicie,

Bo coraz świeższe słyszeć nowiny wolicie.

Koniec pieśni trzydziestej dziewiątej.