XLIII. Pieśń czterdziesta trzecia

Argument

Rynald serdeczny słucha rycerza ludzkiego,

Gdy przyczynę nieszczęścia powiada trefnego647,

Jako głupio utracił małżonkę kochaną,

Zdradą chytrej niewiasty zwiedzion niesłychaną.

Potem swą łódź do pięknej Rawenny prostuje

I na wyspie zwyciężcę Orlanda najduje.

Pustelnik, na odludnem co mieszka ostrowie,

Krzci Sobryna, przywraca markiezowi zdrowie.

Allegorye

W tej czterdziestej trzeciej pieśni przez żonę rycerza mantuańskiego znaczy się podłość animuszu i głupstwo wielu nikczemnych małżonków, którem lub to łakomstwem zbytniem uwiedzieni, lub nieszczęściem swojem przyciśnieni, własne dają w małżeństwo ojcowie córki; w Fiordylizie nie rzekę rzadki, ale własny i przyrodzony, po którem cnotliwe białe głowy, iż słuszną nakłonione są miłością, poznać snadno, ukazuje się przykład szczerej, nieodmiennej, w obojej fortunie jednakiej miłości.

Skład pierwszy

O, przeklęty tysiąckroć i nienasycony

Głodzie, z łakomstwa w samem piekle urodzony!

Co za dziw, gdy parszywą zarażasz chciwością

Podlejszy gmin, któremu cnota z uczciwością

Mniej smakuje; lecz wyszsze iż prowadzisz stany

W temże pęcie, to rodzi żal nieporównany.

O, jako siła mądrych, godnych, dobrych siła,

Którem niesytość drogę szczęścia zagrodziła!

2

Ten morze, ziemię, niebo przepędził i skryte

Ich wyroki zrozumiał w płanetach wyryte;

Więc aby badał samej tajemnic natury

Pod obłoczne, jako ptak, myślą lata góry,

Więtszej chęci, starania nie mając więtszego,

Od żądła ukąszony szkodliwie twojego,

Jeno pieniądze zbierać, bogatem być, brzydkie

W tem chęci utopiwszy i nadzieje wszytkie.

3

Rwie wojska nieprzyjaciół drugi, waży zdrowie,

Blachy, choć je robili sami Wulkanowie,

Kruszy najdoskonalszą szablą, nadstawuje

Swych piersi we dnie, w nocy nie sypia, pracuje,

Królestwa, prowincye posiada i bierze:

Cóż potem, chciwość taż go trapi w jednej mierze.

O drugich pisać nie chcę, co serce w bezdennem

Pogrążyli łakomstwie i zysku codziennem.

4

Co rzekę o piękniejszych paniach w przedniem stanie,

Które na łzy, posługi, prośby i wzdychanie

Najrozkoszniejszej młodzi nie jeno nie dbały,

Ale marmurem twardem, srogie, skamieniały?

Twój to despekt, Miłości, bo skoro kęs złota

Wzrok ich dopadł, wnet serce gorąca ochota

Kruszy twarde, mienią się — ktoby wierzył temu? —

I urodę w moc dają chłopu najbrzydszemu.

5

Rzecz mówię doświadczoną, lub się boję tego,

Aby kto nie rzekł, żech jest języka płochego.

Nic to, cnotliwy zawsze szczerościami robi,

Nie zmyśla, próżen obłud, prawdę prawdą zdobi.

Ale od przedsięwzięcia nie chcąc odstępować,

Tam swój, kędym umyślił, bieg będę prostować,

Wróciwszy się zarazem do grofa dobrego,

Co już, już wino miał pić z kubka tak dziwnego.

6

Wprzód jednak strasznem skutkiem rzeczy zamyślony,

Nim roztruchan do jego ust beł przyłożony,

Głosem rzekł: »Miedzy mądre słusznie się policzy

»Ten, kto szukać nie będzie, czego mieć nie życzy.

»Moja żona jest żona, a tyś świadom tego,

»Iż każda żona miękka i da się do złego

»Snadniej pociągnąć, zwłaszcza kiedy lubość rodzi

»I lub z miłości lubo z zalotów pochodzi.

7

»Dopuść mi, proszę, wierzyć o cnocie mej żony,

»Jakom wielą przykładów dobrych nauczony.

»Zła rzecz jest kusić Boga: groźniej zakazuje

»Takich czarów, niż jabłka, co go snać pilnuje

»Anioł w raju i które dziwnie przyczyniało

»Żywota, gdy namniejsze stworzenie go rwało.

»Każże wziąć ten kosztowny kubek z stołu swego,

»Bo nie mając pragnienia, pić nie będę z niego.

8

»Tych owoców choć bronił sam Bóg litościwy,

»Skosztowawszy w pierwszy wiek Adam niecierpliwy,

»Wnet śmiech na płacz frymarczył, a co lat zbywało,

»W pracach, bólach, kłopotach trawić się musiało.

»Tak jeśli kto będzie chciał postępki swej żony

»Skryte wiedzieć, biegłością648 głupią uwiedziony,

»Wpadnie, zbywszy rozkoszy, w żal, w lamenty takie,

»Których szepty, lekarstwa nie zleczą wszelakie«.

9

To mówiąc dobry Rynald, nienawisnej czary

Popchnie dalej, jakoby gniewał się bez miary,

I wraz na gospodarza pojźrzy siedzącego.

A temu hojny potok z oka zaćmionego,

Hojny wypada potok łez nieutulonych,

Które bieżą na ziemię wciąż z szat pomoczonych.

Jak zaś wytchnął, wstał i rzekł: »Gościu ulubiony,

»Ten kubek najkochańszej pozbawił mię żony.

10

»Czemum tak niefortunny, czemum nieszczęśliwy,

»Że mię przed dziesiątkiem lat przyjaźni życzliwy

»Węzeł z tobą nie ścisnął? Bo te rady twoje

»Wprzód, niż się niezrównane wszczęły żale moje,

»Mogły całą pomoc dać, a ja płaczu tego

»Nie lałbym dziś, który mię już czyni ślepego.

»Ale abyś rzecz wiedział, gościu mój kochany,

»Dziwną nieuleczonej dam ci sprawę rany.

11

»Wyszszej kęs mimo miasto649 biegłeś murowane,

»Od przeźroczystej rzeki wkoło opasane,

»Która do Padu wpada gościńcem szerokiem,

»A początek snać swój ma w Benaku650 głębokiem;

»Gdy mury rozwalono Agenorowego

»Węża651, w ten czas pierwiastki rosły miasta tego.

»Tam ja urodziłem się ze krwie dosyć znacznej,

»Lecz w ubóstwie, co krzywda fortuny niebacznej,

12

»Krzywda fortuny ślepej, która zaniedbała

»Mnie i moich, a bogactw namniejszych nie dała.

»Ale dobra natura z zwykłej łaskawości

»Na to miejsce dziwnej mię nabawia gładkości,

»Tak obficie, iż tysiąc żelesc w sercu czuje

»Każda panna, co twarzy mej się przypatruje.

»Więc miałem ludzkość wdzięczną do wzrostu ślicznego;

»Odpuść, iż głupie652 chwalę sam siebie samego.

13

»Beł w mieście naszem człowiek mądry i uczony,

»Ciężkiemi, zgrzybiałemi laty obciążony;

»Bo gdy głucha śmierć oczy zamykała jego,

»Sta dwudziestu ośmi lat doszedł wieku swego.

»Odludny żył, póki żył, jak w puszczej chowany,

»Nie znając, co jest miłość, co są jej odmiany.

»Lecz ta, iż pojął żonę, mściwa przymusiła,

»Z której się cicho dziewka piękna urodziła.

14

»Ażeby płochej matce podobna nie była,

»Co wiary, co i wstydu mocno uroniła,

»Przedawszy drogą czystość, czystość ulubioną,

»Czystość nad wszystkie złota, perły wyniesioną,

»Zamyka ją na miejscu pustem, osobliwem,

»Aby w życiu kwitnęła niewinnem, cnotliwem;

»I ten pałac budowny, wyniosły, bogaty

»Djabłom postawić kazał dla niej bez swej straty.

15

»Samę zaś białem głowom zlecił podstarzałem,

»Które z pilnością wielką, z kłopotem niemałem

»Młode dziewczę ćwiczyły i wychowywały,

»Z żadnem mężczyzną rozmów mieć nie pozwalały,

»Więc przykład ustawiczny aby w oczach miała

»Uczciwych pań i torem cnoty iść umiała,

»Różne obrazy, różne dał wyryć figury,

»Które się zakrywają pod temi marmury,

16

»Nie tylko tych, co wzięte z swej czystości były

»U świata, którą wiek on dawniejszy zdobiły,

»I których wieczna sława do późnych podaje

»Prawnuków, gdzie zapada i gdzie Febus wstaje,

»Ale i inszych wielu, co dni świeższych żyły,

»A cnotami włoski kraj wszystek rozświeciły,

»Jakoś swemi oczyma widział sam ośm one,

»W alabastrze gładzonem kształtnie wydrożone.

17

»Potem, gdy piękna dziewka lat swych dorastała,

»A do małżeństwa ojcu sposobną się zdała,

»Lub tak moje nieszczęście lub szczęście sprawiło,

»Mnie jej mężem za wolą wszystkich naznaczyło.

»Szerokość pól obfitych, które wkoło leżą,

»Stawy, jeziora, rzeki, co ich gruntem bieżą,

»Na dwadzieścia mil wielkich staruszek zgrzybiały

»Dał mi z chęcią w posagu i skarb pozostały.

18

»Tak nadobna, tak wdzięcznych obyczajów była,

»Iż najpiękniejsze wieku swego przewyszszyła;

»Co się tknie w haftowaniu subtelnej roboty,

»Zrównać jej Pallas temi nie mogła653 przymioty.

»Chód wspaniały, roztropna mowa, gdy śpiewała,

»Niebieski głos, nie ludzki wszystkiem się mieć zdała.

»Ociec biegły w rozumie, biegły i w mądrości,

»W naukach ją od najpierwszej wyćwiczył młodości.

19

»Z najostrzejszem dowcipem, z cudowną gładkością

»Łączył się wesoły wzrok, napełnion słodkością.

»Same najtwardsze skały, głuche, nieme skały

»Jej anielskiem jakby się wdziękom radowały.

»Cóż za dziw, że i teraz na samo wspomnienie

»Czuję w piersiach biednego serca rozpadnienie!

»Najwiętszą radość, wszystkę chęć z pociechą miała,

»Aby ze mną, gdziem jeno stąpił, przebywała.

20

»W sześć lat, jakom małżeńskiem wieńcem beł ściśniony,

»Rozstał się z światem ociec, laty obciążony.

»Zaczem i na nas fortun ślizkich kołowroty

»Przywiodły po weselu frasunki, kłopoty;

»Powiem, jakiem sposobem, powiem, gościu drogi,

»Dla oczywistej stadłu drugiemu przestrogi.

»Biała głowa nadobna w tem kraju mieszkała,

»Która zajrzawszy mię raz, dziwnie zakochała654.

21

»Od pierwszych lat były jej gusła zabawami,

»Umiała rozkazować i władnąć djabłami;

»Wszystkie miesiąca, wszystkie słońca tajemnice,

»Wszystkie sztuki przedniejszej wiedząc czarownice.

»Cóż potem: wiary mojej nie mogła wyszpocić655,

»Nie mogła ran swych zgoić, bolu, troski skrócić,

»Bo najkochańszej żony miłość pilnowała

»Mnie wszędy i tej krzywdy wyrządzać nie dała.

22

»Nie mogła mię pokonać groźbą i prośbami,

»Gładkością, gorącemi dziwnie miłościami;

»Tysiąc lubych słów, tysiąc podarków dawała,

»Tysiąc razy w godzinie jednej namawiała,

»Nigdy nie dopinając, abym chęcią małą

»Leczyć pozwolił miłość tak zapamiętałą;

»Żadnej skry nie pobudził płomień jej szalony

»We mnie: cnotą żony swej byłem uzbrojony.

23

»Cnotą, wiarą, przysięgą namniej niewątpliwą

»Takem utwierdził miłość w sobie zapalczywą,

»Iż najpiękniejsza córka Ledy656 zawołanej,

»Choć przeszła rozkoszny świt jutrzenki rumianej,

»Próżnoby się kusiła, daremneby były

»Obietnice, które trzy boginie czyniły657

»W Idzie658: niepożytem beł, do tysiąca razy

»Odrzucałem ją, strzegąc w łożu swem tej zmazy.

24

»Lecz jak moje nieszczęście chciało dnia jednego,

»Zdybawszy mię opodal pałacu mojego

»Melissa — takie wiedma krzcone imię miała —

»Najłagodniejszych słówek zwykle zażywała;

»Potem, obłudy pełna, sposoby najduje,

»Któremi słodki mój wczas, wdzięczny pokój psuje

»I z serca, gdzie gospodę czystość lubą miała,

»Podejrzaną zazdrością wiarę wyrzucała,

25

»»Chwalę twą cnotę — mówiąc — że nie zdradzasz żony,

»»Choć o jej wstydzie jesteś mniej uwiadomiony.

»»Lecz jeśli ona wierna temże kształtem tobie,

»»Jako probujesz, w którem dowodzisz sposobie?

»»Mniejsza rzecz, iż swojego z niej nie spuszczasz oka,

»»Mniejsza rzecz, iż ją jakaś podle twego boka

»»Wiąże miłość, bo nigdy mężczyzny żadnego

»»Nie widzi z wolej twojej, z rozkazania twego.

26

»»Odjedź jeno na mały czas, a głos659 puść taki,

»»Iż cię z domu gwałt pędzi, gwałt nieladajaki

»»Ważnych spraw, niech się o tem wsi, miasta dowiedzą,

»»Co o bliższą granicę z grunty twemi siedzą;

»»Daj czas młodzi rozkwitłej, ich listom pieszczonem,

»»Gorącem prośbom, darom drogiem, ulubionem:

»»Wytrwali, nie złamawszy wiary przysiężonej,

»»Do śmierci godna łaski twej nierozdzielonej«.

27

»Takie i tem podobne mówiąc ze mną słowa,

»Wiedma złośliwa, sztuczna, chytra biała głowa

»Pociągnęła snadniuchno wolą na to moję,

»Żem umyślił sieć proby na małżonkę moję

»Rzuciwszy, precz odjechać; lecz przecię w tej dobie,

»Jaki znak cnót jej będę miał, myślę zaś sobie,

»I po czem, wróciwszy się, poznam, że dla wiary

»Złamanej godna gniewu, godna będzie kary.

28

»Proszę o radę zdrową wieszczki nauczonej,

»Ta pozwala, wynosi moc nieprzepłaconej

»Czary, którą Morgana dla brata swojego

»Zrobiła we dni chmurne księżyca660 pewnego,

»Aby wstydu doświadczył żonej podejrzanej

»I troski, co go gryzła, pozbył niewytrwanej.

»Bo kto szczodrą ma, a z niej napić się chce wina,

»Rozlewa je do szczętu, macza pierś, chudzina.

29

»»Sprobujże też ty — rzekła — nim odjedziesz, tego,

»»Choć ja jeszcze o niej nic nie rozumiem złego,

»»I tuszę, iż uczciwa dotąd się najduje,

»»Uczciwą i prócz ciebie inszych nie miłuje.

»»Ale skoro się wrócisz, nie śmiem ręczyć tobie,

»>Abyś ją w teraźniejszej cnót zastał ozdobie.

»»Ślizka rzecz gładkość: ponno wylejesz przez szpary

»»Wino do jednej krople, gdy pić będziesz z czary«.

30

»Z chęcią mądrej mistrzyniej poradę przymuję,

»Kubka mocy cudownej przez wino probuję,

»Które w oczach jej do dna wypijam samego

»I dobry skutek wstydu widzę żeninego.

»»Patrz — mówi mi Melissa — żem prawdę mówiła,

»»Patrz, iżem za jej czystość niedarmo ślubiła.

»»Odjedźże kęs, a jeśli tem kształtem wypijesz,

»»Gdy się wrócisz, już jej wierz, już szczęśliwy żyjesz«.

31

»Mnie iż nieznośna przy niej nie być rzecz się zdała,

»Bo miłość serce skłóte stem grotów trzymała,

»Wymawiam się i proszę sposobu inszego,

»Przez który wziąłbym skutek zamysłu mojego.

»»Dobrze — odpowiada mi — zaraz ja to sprawię,

»»Więc przez snadniejszy środek w tem kresie postawię

»»Chęć twoję, do którego bieży: mowę, szaty

»»Twarz odmienięć, jutro mi nie będziesz brodaty«.

32

»Wiesz o najbliższem mieście661, tuszę, gościu drogi,

»Pod którem wznosi Padus straszny groźne rogi;

»Wiesz niemniej i o władzy, bo jego szerokie

»Rozciągnęły się kopce po morze głębokie.

»Miasto ludne, bogate; kształtem, wesołością

»Najprzedniejszemu nie da i starożytnością.

»Ostatki biednych Trojan, kiedy uciekały

»Przed Atylą, w porywczą ono zbudowały.

33

»Stamtąd do nas przyjechał młodzian urodziwy,

»Młody, kształtny, roztropny, bogaty, wstydliwy.

»Ten, gdy mu uciekł z ręku sokół dnia jednego,

»Trafunkiem do pałacu wpadł za niem mojego

»I ujrzy żonę moję, żonę dziwnie śliczną,

»Która mu niezgojoną ranę ustawiczną

»Niebieskiem zaraz wzrokiem przez piersi zadaje

»1 dziką nieludzkością biedne serce kraje.

34

»Czego nie czynił, czego nędzny nie probował,

»Aby jej jakokolwiek miłość pozyskował!

»Lecz tysiąc odmów czyni mądra biała głowa,

»Gardzi złotem, płacz, smutna nie ma miejsca mowa.

»Tak przestał, nieużytość widząc, utrapiony,

»Choć cudowną twarz pożar nigdy niezgaszony

»W jego wyrył pamięci; schnie, łzy gęste leje,

»Raz omdlewa, raz kona, pozbywszy nadzieje.

35

»Tem czasem ja też w drogę wyjeżdżam zmyśloną,

»Małżonkę pożegnawszy dziwnie zasmuconą,

»I nazajutrz chód, oczy, mowę, twarz, odzienie

»Biorę młodziana, który kochał się w mej żenie,

»Tak, jako chce Melissa, co też sługi jego

»Postać zmyśla i boku pilnuje mojego.

»Jedziem na zad, a prędszą chcąc wykonać zdradę,

»Dyamentów, rubinów bierzemy gromadę.

36

»Wszystkie skryte pokoje pałacu mojego,

»Wszystkie ścieszki wiedziałem, wszystkie drogi jego.

»Zaczem wszedłem, bezpieczny, tam, kędy siedziała

»Bez swych służebnic sama, jak fortuna chciała.

»Powtarzam próśb gorących, które żałosnemi

»Przerywają się łzami, stokroć obfitemi,

»I, bojce najostrzejsze szalonej miłości,

»Ukazuję klejnoty cudownej piękności.

37

»Powiadam, iż to jeszcze mniej kosztowne dary,

»Choć robotą, choć ceną wielką wyszły z miary,

»Przeciwko tem, które jej chowam, gdy swojego

»Użyczy mi, ludzcejsza662, wzroku weselszego.

»Zalecam czas sposobny, co nam wszystko sprawi,

»Gdy męża niemasz w domu, gdy się drogą bawi;

»Przypominam, iż miłość szczera, wielkie straty

»Jakiejkolwiek nakoniec godne są zapłaty.

38

»Obruszywszy się zrazu, słuchać mię nie chciała,

»Wstydem najpiękniejszą twarz swą zafarbowała.

»Ale błysk pałających, jak ogień, kamieni

»Powoli twarde serce i surowe mieni:

»Odpowiada łagodniej, a we mnie wnętrzności

»Padają się, niestetyż, od wielkiej żałości!

»Odpowiada, iżby chęć tęż, co i ja, miała,

»Kiedyby żywa dusza o tem nie wiedziała.

39

»Tem słowem, jako dardą663 srodze wyostrzoną,

»Poczułem duszę w poły srodze przebodzioną;

»W kości zaraz zimny mróz wkradł mi się i w żyły

»Stoję, jako słup, tają przyrodzone siły.

»Melissa też w tenże raz postać mi zdejmuje

»Cudzą, a własną moję pierwszą ukazuje.

»Uważ, gościu, jakowe żale ją napadły:

»Twarz chustą była, wargi rumiane pobladły.

40

»Oboje, trupom równi, strętwiawszy stojemy,

»Oboje wzrok spuszczony mając, nie mówiemy.

»Aż ja wprzód rozwiązałem język zasromany,

»Abym jad z niecierpliwej wyrzucić mógł rany:

»»Tak mię to, najkochańsza żono, zdradzasz, moja,

»»Za złoto? Tak to na nie łakoma chęć twoja?«

»Ona nic, milczy, gościu, jako kamień wryty,

»Z oczu tylko płynął jej zdrój płaczu obfity.

41

»Wstyd ją ujął, prawda to; ale gniew surowy

»Oddać mi on mój figiel oddać jest gotowy.

»Dwoi go w sobie sromem serce niecierpliwe,

»Źrzenice jej pałają obie zapalczywe;

»Nakoniec gdy na zachód Febus zniżał konie

»I już w Oceanowem zanurzył je łonie,

»Wpadszy na małą barkę, całą noc bieżała

»Rzeką, która szeroko po dżdżu rozlewała.

42

»I rano przyszła w pałac rycerza onego,

»Co ją przedtem miłował, co zdrowia swojego

»Tysiąckroć nie litował dla niej, a osoby

»Użyczył mi swej przez złe złej wiedmy sposoby.

»Jako mu wdzięczny beł jej przyjazd, gościu drogi,

»Jako szczęśliwe odtąd nazywał swe progi,

»Kto wierzyć nie będzie chciał? Stamtąd mi wskazuje,

»Iż już nie moja, iż mię więcej nie miłuje.

43

»Niestetyż, od tego dnia on lubej pociechy

»Z nią zażywa, a ze mnie stroi żarty, śmiechy.

»Ja zaś od smutku jęczę, stękam, schnę, boleję

»I łzami się rozpływam, co godzina mdleję.

»Bo żal im dalej, więtszy piersi mi przeraża,

»Skąd nieszczęśliwy na śmierć żywot się odważa.

»Jednak pierwszego roku, żem ducha biednego

»Nie wytchnął, tę przyczynę, a pewną wiedz tego:

44

»Przez dziewięć lat, co jeno kolwiek było gości

»U mnie dla ulżywania frasunków, żałości,

»Wszystkiem z tej nienawisnej czary nieszczęśliwej

»Dawałem pić, chcąc rzeczy doświadczyć prawdziwej.

»Każdy swe piersi polał, każdy się najdował

»W tem rosole664, którego jam naprzód skosztował.

»Zaczem lżej cierpię z wielą; tyś tylko tej doby

»Mądry beł, niebezpiecznej nie chcąc kusić proby.

45

»Lecz przecię wesołego od godziny onej

»Nie mam czasu, jakom zbył żony ulubionej,

»A ponno w tych dniach winny dług śmierci zapłacę

»Iz żywotem wzgardzonem wiecznie się rozbracę.

»Wieszczka zaś, mój żal widząc, dziwną radość miała,

»Bo się prędszych w swej żądzy skutków spodziewała;

»Ale darmo: tak ją wzrok kwaśny mój rad widzi,

»Jako psa nadgniłego, co się niem świat brzydzi.

46

»Postrzegła niepochybnie przykrej surowości,

»Postrzegła wnet, iż mój gniew płacić jej chytrości

»Koniecznie usiłuje; tak bez omieszkania

»Do inszego, żałosna, wędruje mieszkania.

»Nie dosyć na tem: bolu przyczyny swojego

»Nie chce mieć blizko, jedzie w kąt świata dalszego

»I tak sztucznie opuszcza te pobliższe kraje,

»Iż mi się wiedzieć o niej nic, nic nie dostaje«.

47

Gdy tak bolesną skargę, niezgojone rany

Przekładał Rynaldowi gospodarz stroskany,

Ten milczy, zamyślił się, litość w niem wnętrzności

Porusza i do spólnej przychodzi żałości.

Potem rzekł: »Złą poradę, złąć Melissa dała

»I szerszenie jakoby draźnić rozkazała.

»Ale niemniej samemu dziwuję się tobie,

»Żeś szukał, czego naleźć nikt nie życzy sobie.

48

»Nie dziwuj się, iż złotem piękna twoja żona

»Do złamania przysięgi spólnej przywiedziona:

»Nie pierwsza, nie dziesiąta, nie ostatnia była;

»Siłu w tem pasowaniu, siłu zwyciężyła

»Białych głów chciwość brzydka przednich, które cnoty

»Zapomniawszy, przedały wstyd za kruszec złoty.

»Mniejsza to; sroższąć powiem: srebro nieszczęśliwe

»Wydało niewinnego pana w ręce mściwe.

49

»Twoja słusznie tak straszną potrzebę przegrała:

»Niestrzymany szturm, sam mi przyznasz, na się miała.

»Albo nie wiesz, jaką ma moc, co złoto broi:

»Murów, wałów, dział, szabel, kopij się nie boi.

»Tyś zgrzeszył mojem zdaniem barziej, niżli ona:

»Niebezpiecznie w tak ślizkiem razie jest kuszona.

»Uważ sam, jeśliby cię nie zwiodła ochota,

»Choć mąż w swem statku jesteś, do pięknego złota«.

50

To rzekszy, wnet od stołu Rynald się porywa:

Tkwi mu w żywej pamięci cnota sławy chciwa,

Krótkość czasu ściska go, minuty godziny

Nie chce daremnie tracić bez ważnej przyczyny.

Tak gospodarza prosi zarazem ludzkiego,

Aby za pozwoleniem ukłaść się mógł jego.

Ten, iż wszelakiem wczasem wdzięcznemu gościowi

Wygodzie chce, na wolą daje Rynaldowi.

51

I mówi: »Jako z cery665 twej zrozumieć mogę,

»Pilną gdzieś, gościu miły, masz przed sobą drogę.

»Nie zbywam cię, Bóg widzi, bo mdłe moje siły

»Dziwnie wielką ludzkością twoją dziś ożyły;

»Ale jeśli cię pędzi gwałt, jako powiadasz,

»Czemuż z swem przewodnikiem w lżejszą łódź nie wsiadasz,

»Gdzie bezpiecznie śpiąc, drogi nie omieszkasz sobie?

»Ja z ochotą żywności rozmajtej dam tobie«.

52

Wdzięcznie od gospodarza chęć onę przymuje

Rynald i zniewolony uprzejmie dziękuje.

Potem bez omieszkania z pałacu wypada

I w gotową pomniejszą barkę rączo wsiada,

W której legł, długą jazdą przykro spracowany,

A sen mu pokój na wzrok przyniósł pożądany.

Łódź leci, jako strzała, puszczona z cięciwy,

Albo jak po powietrzu ptak, obłowu chciwy.

53

Leci łódź, sześcią wioseł raźnych rozpędzona,

Woda się ustępuje, w wały zgromadzona.

Potem, gdy już ferarskich blizko murów byli,

Jako prosił, Rynalda ze snu obudzili.

W lewej ręce Melara666 na brzegu zostaje,

A Sermido667 po prawej kęs się widzieć daje.

Figarellę668, Stellaty669 widzą nizkie progi,

Gdzie Padus srogi zniża rozdwojone rogi670.

54

Puszcza do Wenecyej gościniec szeroki,

A w prawy bok kieruje żeglarz sztyr bez zwłoki

I Bondenę671 w bok mija. Już wozy złocone

Apollo wyprawował na niebo przestrone,

Już z jutrzenką w ubierze złotem świt rumiany

Trząsł światem, mając wieniec na głowie różany,

Gdy Tealdu ujrzawszy Rynald wieże obie672,

Cicho mówić i myślić tak począł sam w sobie:

55

»Trzykroć szczęśliwe miasto! Nigdyć Febus wieczny

»Nie zgaśnie, jako mój brat z aspektów stryjeczny,

»Z aspektów upatrował na niebie utkwionych

»I z gwiazd tajemnie duchem wieszczem opatrzonych

»W ten czas, gdym w niedojrzałem wieku, dziecko małe,

»Z niem jeździł włoskie miasta widzieć okazałe,

»Które, gdy przydą lata, snadno niezrównaną

»Przejdziesz sławą, naukami, męstwem przeplataną«.

56

Gdy to mówił, żartka łódź, jakby skrzydła miała,

Po wysokich bałwanach Padowych leciała.

Potem od miasta wyspę najbliższą673 mijają,

W której tylko źwierzowie pomniejszy mieszkają.

Pusta teraz, nieznaczna, przecię Rynald swemi

Oczyma na nię dziwnie patrzy wesołemi;

Wiedział bowiem, jako jej życzliwa być miała

Fortuna, skoro szturmy opaczne wytrwała.

57

Tą drogą z niem pospołu jadąc Malagidzi,

Co przyszłe rzeczy duchem czarowniczem widzi,

Powiedał, iż jej szczęście łaskawsze się stawi,

Gdy jad losów przeciwnych srogość swą odprawi.

I ledwie siedmset razy w czarnej baran sferze

W kędzierzawem się żartko obróci ubierze,

Będzie tak znaczna, będzie tak niewysławiona,

Iż jej druga nie zdoła, na świecie stworzona.

58

Onę, co się jedynem chlubić śmie kochaniem

Tyberyusza674, bacznem przejdzie budowaniem;

Pierwsze miejsce dadzą jej Hesperyjskie sady,

Gdzie nimfy dla swych uciech przebywają rady.

O, jak utuczy źwierza wszelką moc różnego!

Nigdy Cyrce675 w swem stadzie nie miała takiego.

Tu, Cypr swój opuściwszy, Wenus mieszkać będzie,

Tu z lubem Kupidynem Gracye przywiedzie.

59

Opatrzy ją niepodłą nakoło obroną

I uczyni bez chyby nieprzezwyciężoną

Ten, co miastu mury da i wysokie wały,

Za któremi bezpieczne domy będą stały;

Tak bezpieczne, iż cudzej nie pragnąc pomocy,

Wszystkiego świata snadno wytrzymają mocy.

Herkula ociec zacny najserdeczniejszego

Sprawi to i wyniesie możność miasta swego.

60

Taka bohatyrowa cicha była mowa,

Tak sobie przypominał proroctwa i słowa

Braterskie, o których więc często rozmawiali,

Gdy się wieszczbą spraw przyszłych dziwną zabawiali.

Jednak widząc pierwiastki drobnych chałup małe,

Podziwienie mu serce trwoży zadumiałe;

»Jako to, prze Bóg, ma być — myśli zaś — iż z tego

»Wielkie miasto wyniknie miejsca bagnistego?

61

»Jako rzecz jest podobna, aby w tej piękności,

»O której mi powiedał brat w pierwszej młodości,

»Urosło sławne miasto, miasto zawołane

»Na tem miejscu, co lgniącą kałużą zalane?

»Tu to pola być mają żyzne i obfite,

»Tu skarby, szczerość, ludzkość, cnoty znamienite?

»Szczęśliwe trzykroć miejsce, jak wielkich narobisz

»Spraw i dzieł, któremi świat napełnisz, ozdobisz!

62

»Bóg sam, Bóg, szczera dobroć, niechaj pany twoje

»Błogosławi i złote zdarza jem pokoje.

»Miłość, prawda, wstyd, wiara zszedszy się spółecznie,

»Niech w tobie przebywają na wieki bezpiecznie.

»Wszystkie najazdy wściekłe nieprzyjaciół twoich

»Niech tają, niechaj skutków nie odnoszą swoich.

»Na twe dostatki zazdrość niech zębami zgrzyta,

»Ty się śmiej, gdy złość będzie płakać jadowita«.

63

To rzekł serdeczny Rynald, a łódź takiem lotem

Rżnęła wody, iż prędzej błysk nie leci z grzmotem.

Nie prędzej żartki sokół na myśliwcze głosy

Lekkiem skrzydłem wiatr siekąc, wpada pod niebiosy.

Mija uczony szyper w prędkiem dziwnie biegu

Kasztelliki676, co stały na obojem brzegu;

W ocemgnieniu Gabanę677 po zad zostawuje,

Za którą w ręce prawej Fossę678 ukazuje.

64

Potem, gdy Febus wyszszej wóz kierował złoty,

A on z tych proroctw pięknej pełen beł ochoty,

Do stołu siadszy, żądzą morzą przyrodzoną

Potrawami, których dał moc niewymówioną

Mantuańczyk do batu i zaś po obiedzie

W drogę bez żadnej zwłoki przedsięwziętą jedzie.

Ginie z oczu Argenta, Giron w zad zostaje679

Z brzegiem, gdzie Santern głowę wspaniałą wydaje.

65

Wierzę, że jeszcze wtenczas Bastyej nie było,

Na którą Hiszpanowi dzisiaj patrzyć miło680.

Potem w prawo puściwszy łódź, lewy róg mija

Sztyrnik, a ta się, jako lekki wiatr, uwija;

Woda, wiosłami bita, szum głośny wydaje,

Grzbiet straszny kędzierzawiąc, i przy brzegach kraje.

Do przekopu w minucie godziny wpadają

I w Rawennie, dopadszy brzegów, wysiadają.

66

Tu Rynald odprawuje do domu żeglarza,

Który beł od dobrego dany gospodarza,

Oświadczywszy mu naprzód z wrodzonej ludzkości

Niepośledni bogatej znak szczodrobliwości.

Sam bieży, odmieniając często poszty681 rącze,

Nie wstrzymywa go wiatr, deszcz, grad, znoje gorące.

Przypadł do Aryminu, jeszcze słońce było

Brudów z nadobnej twarzy w morzu nie omyło.

67

Stamtąd ze wschodem równo Febusa ranego

W Urbin682 wjechał, gdzie dotąd Gwidona683 zacnego

Nie było z Federykiem684, Halszki685, Leonory,

Co gościa przymowali z chęcią w swoje dwory,

Gościa, który się jeno tą drogą nawinął;

Żaden bez wzięcia znacznej łaski ich nie minął,

Jako to dobrze widziem teraźniejszej doby,

Każdego czczą, szanują różnemi sposoby.

68

Mija to dobry Rynald, gdy go nikt za wodze

Nie wziął, potem na prawej Kali686 puszcza drodze.

Górą687, co ją Gaur688 dzieli i Metaur689 głęboki,

Jak najprędzej Apenin, przebiega wysoki,

Przez Umbry, przez Hetruski do Rzymu przypada

I tam na odpoczynek z konia trochę zsiada.

Stamtąd biegł do Ostyej690, a morzem do tego

Miasta, gdzie kości schował syn Anchiza swego691.

69

Tu zaś bat odmieniwszy, do wysepki onej

Kieruje, Lipaduzy, od wszystkich rzeczonej,

Gdzie srogą bitwę, skoro spólne hasło wzięli,

Sześć bohatyrów przednich odprawować jęli.

Przynagla Rynald szyprów, aby się śpieszyli

I zgromadzoną siłą wiosłami robili.

Pracują ci, lecz darmo: Zefiry uparte

Poboczną niepogodą dmą w żagle otwarte.

70

Zaczem opóźnić musiał, bo już urodziwy

Skończył Orland przez szablę swą bój zapalczywy

I duży afryckiemu przeciął kark królowi,

W sercu ostrą utopił broń Serykanowi.

Ale krwawe zwycięstwo wnętrzności mu psuje,

Wszystkie uciechy, wszystkę radość odejmuje;

Raz patrzy na Brandmarta, smutny, zabitego,

Raz na markieza, z bolu na poły żywego.

71

Potem zoczywszy brata, hojniej rozkwilony,

Prowadzi go, gdzie wiecznem leżał snem uśpiony

Syn Manodantów blady, a krwie czarnej szlaki

Ukazowały razu okrutnego znaki.

Westchnął serdeczny Rynald, litość go przejmuje,

Ściska trupa i wargi strętwiałe całuje.

Stamtąd do Oliwiera szedł i nogę jego

Obłapia, od strzemienia zgniecioną twardego.

72

I ból przykry uśmierza łagodnemi słowy,

Choć samemu dojmuje żal i gniew surowy,

Iż pogody omieszkał takiej i swojego

Nie ratował Brandmarta, dziwnie kochanego.

Tem czasem nad trupami swych królów czynili

Lament słudzy i w miasto z płaczem prowadzili,

W miasto bliskiej Bizerty, które gdy chowają,

Nieśmiertelne ich dzieła z męstwem wspominają.

73

Już też wieść świegotliwa w Bizercie latała,

A Orlanda zwyciężcą być opowiadała,

Cieszy się częścią Astolf i Sansonet śmiały,

Częścią wnętrza ich żale smutne przejmowały

Dla śmierci Brandmartowej i oka swojego

Nie chcą ukazać dziewce nadobnej smutnego,

Którą już wieszczy trapił ból z frasunkiem srogi

I serce przerażały jakieś nowe trwogi.

74

Tej nocy, co straszliwą bitwę poprzedzała,

Taki sen Fiordylizi najsmutniejsza miała:

Szatę, którą rękami robiła własnemi,

Kroplami pobroczoną widziała krwawemi,

Kroplami, które na nię spadały z wysoka,

Jako więc grad lubo deszcz z ciemnego obłoka,

Gdy w zawichrzeniu chmury powietrznem się schodzą,

A gwałtowne pioruny żartkie błyski rodzą.

75

Potem ocuciwszy się, mówi sama w sobie:

»Wżdyć nie w takiem zrobiłam szatę ja sposobie,

»Szatę kochanka mego: czarna, pomnię, była

»I czarnem ją jedwabiem ręka ma przeszyła.

»Skądże się ta krew wzięła? Niestetyż, złe znaki,

»Złe są i złej fortuny los to ladajaki«.

Wtem Astolf z Sansonetem obadwa pospołu

Wszedszy, u okrągłego siedli przy niej stołu.

76

Ledwie jem w smutne czoła i twarzy pojrzała,

Sto bolów czuje, strachem niezwykłem zadrżała.

Już o kochanem pytać nie chce mężu swojem:

Zna serce, iż w potrzebie okrutnem legł bojem.

Źrzeńce692 mgłą ćmi, z których łza gęsta, jak deszcz, spada,

Potem na ziemię, zimny trup, ciężko upada;

Zęby, perłom podobne, ścina, tchu żadnego

Nie czyni, traci wdzięczność czoła wesołego.

77

Gdy zaś przyszła do siebie, rzewnem płacze głosem,

Głowę szarpie, pokrzepłem najeżoną włosem,

Drapie najwdzięczniejszą twarz, łzy gorące pije,

Powtarza słodkie imię, pięścią piersi bije,

Woła, wrzeszczy, a prochem skronie posypuje;

Tak zwykł broić, gdy duch zły człowieka morduje,

Tak zwykł broić, swych zmysłów pozbywszy szalony,

W którem rozsądek, pamięć i rozum uśpiony.

78

Prosi o nóż to tego pilno, to owego

I niem do serca drogę chce otworzyć swego;

Potem ponurem patrzy ku portowi wzrokiem,

Gdzie dwu królu są ciała przy morzu głębokiem.

Nad temi pomstę czynić myśli przykrą, srogą

I zaś morską tam bieżeć zarazem odnogą,

Gdzie ostydła693 zewłoka694 Brandmarta wdzięcznego

Leży, aby umarła z niem i podle niego.

79

»Czemu, niestetyż, garła nie dałam przy tobie,

»Czemu mój grób nie miał być własny w twojem grobie? —

Chrapliwem krzyczy głosem — oszalałam była,

»Żem cię w niebezpieczny bój bez siebie puściła!

»Bo choć płochy ratunek mdła ręka dać może,

»Choć biała płeć jest słaba, choć mało pomoże,

»Krzykiem samem, gdy Gradas wzniósł broń niebłagany695,

»Przestrzegłabym, śmiertelnej żebyś nie wziął rany.

80

»Albobym twoje piersi swemi zasłaniała,

»Albobym, dobywszy jej, bronią cię składała,

»Raz z mej głowy czyniąc ci puklerz nieprzebity,

»Raz sztych nieprzyjacielski psując jadowity.

»Trafiłoliby się też w surowej potrzebie

»Paść i wytchnąć biednego ducha podla696 ciebie,

»O, jako tę szczęśliwą śmierćbym rozumiała,

»Która me zdrowie wziąwszy, twemu sfolgowała!

81

»Jeśliby też złe losy na to się uparły,

»Aby ostatnie wieku twego dni zawarły

»W tej utarczce, przynajmniej skropiłabym łzami

»Twarz bladą, usta zimne całując ustami,

»I wprzód, niżby duch wyszedł twój błogosławiony

»Z ciała, przez ręce w niebo anielskie niesiony,

»Rzekłabym: Idź w pokoju, droga duszo moja,

»Idź, w też tropy za tobą bieży dziewka twoja!

82

»A takież to królestwo, któreś obiecował,

»Kiedyś mi z cnotą wiarę małżeńską ślubował?

»Tak to w królewski stołek przyjmujesz mię złoty,

»Ten sceptr dajesz dziedzicznych państw drogiej roboty?

»Trzykroć szczęście okrutne, fortuna zdradliwa!

»Weź wszystko, kiedyś na mię tak nielutościwa;

»Bo czemuż przez śmierć nie mam ukrócić dni moich,

»Zbywszy pociech, rozkoszy wszystkich oraz swoich?«

83

Tak i więcej mówiła dziewka utrapiona,

Potem niewymówionem żalem przerażona,

Znowu targa włos złoty, znowu łamie ręce,

Twarz strętwieniem powłóczy, serce topi w męce;

Wzdycha ciężko i z wielkiem wszystkich użaleniem

Hojnem na ziemię gęste łzy leje strumieniem.

Niech się płaczem rozpływa i psuje niewczasem;

My do pana z Anglantu wróciem się tem czasem.

84

Ten z swojem Oliwierem, co nieodwłocznego

Potrzebował ratunku i wczasu lepszego,

Przeciwko górze, która noc jasną ogniami

Zawsze czyni, a dzień ćmi gęstemi dymami697,

Bieżeć chce, bo tam pogrzeb najukochańszemu

Brandmartowi ma sprawić, gdy czas jest po temu:

Widzi cichą pogodę, widzi wiatr łaskawy,

Który do tak sposobnej sam pomagał sprawy.

85

Po prawej ręce wyspę sławną blizko mieli,

Do której z ciałem jechać Brandmartowem chcieli.

Odpychają się, kotew wymują zębatą,

Gdy Febus swych promieni światu groził stratą,

A cicha Latonówna jasnem rogiem z góry

Ukazowała jem bród, rozpędzając chmury.

Nazajutrz na wesołem brzegu spoczynęli,

Skąd Agrygentę698 pięknie budowną widzieli.

86

Tam Orland jął gotować wieczora drugiego

Potrzeby do pogrzebu przyjaciela swego;

Które skoro w porządku słusznem zostawały,

Gdy po zachodzie słońca zorze zapadały,

Miedzy szlachtą z tamecznej zgromadzoną strony,

Miedzy kupą świec, które żal nieuśmierzony

Wzbudzają, przyszedł do mar młodziana dzielnego,

Co za żywota nadeń nie miał kochańszego.

87

Przy marach Bardyn, wiekiem ciężkiem znakomity,

Łzami się, biedny, karmił, a płacz pił obfity;

Oczy dwie źrzódła własne mając, brodę, skronie

Prochem miąższo posypał; sam niewymówionie

Wzdycha, najokrutniejsze niebiosa nazywa,

Złe gwiazdy, złą fortunę, co trosk jego chciwa.

Ręce siwy targają włos, a twarz zmarszczoną

Paznokcie pokrwawiły srogością szaloną.

88

Na przyście Orlandowe dopiero boleści

Wszczynają się, dopiero płacz, krzyk, żal, litości;

Bo ten, skoro u ciała bliżej kochanego

Stanął, od żalu blady, niemy padł ciężkiego.

Tak więc rano liliej kwiat, z różą urwany,

Wieczór, cerę straciwszy, więdnie zaniedbany.

Zaś gdy przyszedł do siebie po ciężkiem westchnieniu,

W hojnem zatopił ciepłych łez oczy strumieniu.

89

I rzekł: »O drogi bracie, o pociecho moja!

»Tuś umarł, ale w niebie żyje dusza twoja.

»Nie wydrzeć już rozkoszy wiecznych jadowity

»Sarracen: ten swej śmierci, ten masz zysk sowity.

»Odpuść mi, kiedy pojrzysz z nieba wysokiego

»Na mój płacz, bom tu został bez ciebie samego,

»Ani ja wiecznych pociech zażyć mogę z tobą,

»Ani cię tu na ziemi mam, jak przedtem, z sobą.

90

»Samem bez ciebie został, niestetyż, i rzeczy

»Tej nie widzę, cobych ją już miał mieć na pieczy.

»Lecz jeślim ci obok stał w wojnach ukrwawionych,

»Czemuż nie mam w pociechach być też nieskończonych?

»Garść to błota, co duszę zamyka, sprawuje,

»Iż mi śladu twych broni stóp, nie ukazuje,

»A słusznie, kto frasunku z kiem zażył ciężkiego,

»Ma też być ucześnikiem i radości jego.

91

»Ty zysk stąd masz, a ja zaś szkodę, bracie drogi,

»Tem więtszą, im cięższy żal i przykrzejsze trwogi

»Włoska ziemia, francuska, niemiecka poczuje,

»Z którą znowu w bój przykry pogaństwo wstępuje.

»O, jako wiele razy westchnie mój kochany

»Pan i wuj, na śmierć twoję wspomniawszy i rany!

»O, jak z cesarstwem kościół będzie utrapiony,

»Gdy usłyszy, iż z tobą pozbył swej obrony!«

92

Tak rzekł Orland; tem czasem mniszy czarni, biali

Pogotowiu pilnując swych urzędów, stali,

Więc księżej świeckiej liczba wielka, którzy swoje

Szepcąc słali modlitwy w niebieskie pokoje,

Aby duszy szczęśliwej i błogosławionej

Dał wieczny odpoczynek Bóg w ojczyźnie onej.

Świec tak wielka gromada wprzód i po zad była,

Iż z ciemnej nocy jasny dzień snadno czyniła.

93

Wziąwszy mary, ponieśli przedniejszy wodzowie,

Na przemianę książęta, rycerstwo, grofowie.

Szarłat okrywał trunnę, złotem przetykany,

U którego perłami kraj w krąg haftowany,

Po stronach nie podlejszą herby zaś robotą

Dziadów bitnych, co męstwem słynęli i cnotą;

Sam najmężniejszy leżał w takowejże szacie

Bohatyr, klejnotami ozdobion bogacie.

94

Postępowało trzysta ubogich z świecami,

Czerwonemi okryci do kostek sukniami;

Sto pacholąt po stronach trunny dzielnych koni

Sto wiodło, złote wodza699 w swej ściskając dłoni;

W jedwabnych kapach, wszystkie jednakiego kroju,

Których najczęściej rycerz zażywał do boju.

Te, jako pacholęta, co ich prowadziły,

Wzdychaniem częstem w sercach ludzkich żal budziły.

95

Siła chorągwi pozad, siła naprzód było,

Przez które umarłego męstwo się znaczyło;

On je sam najsroższemu nieprzyjacielowi

Powydzierał, gdy wściekłem bitwom i szturmowi

Mężne odpory dawał ręką wyprawioną,

Niszcząc hardość pogańską i moc odważoną.

Tarczy niezliczona rzecz700, herbem naznaczonych

Arabów i we krwi ich dobrze umoczonych.

96

Dwieście do pogrzebowej posługi oddano,

Dwiema set białe świece lane701 nieść kazano.

Za ciałem Orland smutny, Orland upłakany

Szedł, przydając do dawnych nowe sercu rany;

Oczy od ustawicznych łez mu sczerwieniały,

Twarz niewymownie zbladła, wargi potrętwiały.

Niemniej smutniejszy Rynald z lekka postępuje,

Zbolała Oliwiera noga zatrzymuje.

97

Długobym, długo zmieszkał, wszystkie procesye

Wyliczając i święte wdłuż ceremonie,

Któremi duchowieństwo Boga niebieskiego

Za duszę bohatyra błagali wielkiego.

Nakoniec w katedralnem kościele stawiają

Zimne ciało i nad niem płacze odnawiają.

Tak to, o tak to młodzian dobry, zacny, młody

Nie mógł uść srogich losów, śmiertelnej przygody!

98

Skoro próżne łzy, łkania, lamenty daremne

Ci, a księża z muzyką śpiewania wzajemne

Skończyli, na katafalk wielki kładą ciało,

Gdzie lamp tysiąc tysięcy różnych barw gorzało.

Znowu Orland szarłatem trunnę sam okrywa,

Klnie złą fortunę, nieba przeciwne nazywa,

Chcąc mieć, aby zewłoki tak jego leżały,

Póki nie będą grobu wspanialszego miały.

99

Porfirów posłał szukać i z alabastrami,

Rzemieśników z dobremi przedniejszych mistrzami

Zwoławszy, fodzę702 grobu najwynieślejszego

Ukazuje, więc długość i szerokość jego.

Tem czasem Fiordylizi smutna przyjechała,

A gdy i materyą i mistrze ujrzała,

Sama grób stawiać każe i słupy wysokie,

Sama gładzić marmury na ściany wysokie.

100

Potem płacze wylewa nieuhamowane,

Jęczy, stęka, boleje, włosy rwie złotawe,

Ani myśli już stamtąd odjechać przez dzięki703,

Póki śmiercią nie skróci nieskończonej męki.

I wnet wybladła dziewka komórkę buduje

Przy trunnie, swe sieroctwo w której opłakuje;

Tam mieszka, tam łzy pije, karmi się wzdychaniem,

Pacierze odprawuje z żałosnem szemraniem.

101

Skąd, gdy jej nie mógł grabia i swemi listami

I gorącemi długo odwabić prośbami,

Do niziuchnej komórki poszedł w swej osobie,

Aby w śmiertelnej jaką dał pomoc chorobie.

Raz ją chce towarzyszką widzieć Galerany704,

Raz Aldy705, potem mówi, iż ma zbudowany

Klasztor dla niej, jeśli swój żywot utrapiony

Pragnie oddać w czystości Bogu poślubiony.

102

Skały prosił, bo ona przy grobie siedziała,

A oczy zapłakane we dnie, w nocy miała.

Zaczem, gdy przyrodzonej mocy ubywało,

Złej Parce duszę z ciałem rozdzielić się zdało.

Umiera biedna dziewka przy kochanem ciele

I w temże od Orlanda schowana kościele;

Który z wyspy olbrzymskiej706 z przyjacioły swemi

Wodami nieodwłocznie popłynął słonemi.

103

Bez cyrulika jednak odjechać nie chcieli,

Bo markiezową boleść haniebną widzieli.

Straszliwie mu opuchła noga i zsiniała,

Kość stłuczona niezmiernej męki przydawała,

Której on nie mógł wytrwać, ale co godzina

Omdlewał, wołał, sarkał, narzekał chudzina.

Tak gdy o słabe jego zdrowie się lękają,

Od szypra wiadomego miejsc tę radę mają:

104

Radzi jem, powiadając sztyrnik, iż świętego

Męża najdą na skale wysepku707 jednego,

Który gdy się w przypadkach ludzie uciekają,

Nie zwłóczy, wszyscy na zad zdrowi odjeżdżają.

Wzrok ślepem snadno daje, żywot umarłemu

O jak przywrócił wiele razy niejednemu!

Wiatr uśmierza, stanowi krzyżem wicher srogi,

Uspokoja na morzu rozgniewanem trwogi.

105

Zaczem wątpić nie trzeba, gdy mnicha świętego

Uproszą, co wolą zwykł pełnić Boga swego,

Iż markieza, choć blizki śmierci jest, uzdrowi

I najprzykrzejsze zaraz bole zastanowi.

Podobała się dziwnie rada Orlandowi,

Wnet obracać rozkazał sztyr ku wysepkowi;

A gdy się najwdzięczniejsze świty zapalały,

Twarde skały swój ostry wierzch jem ukazały.

106

Z radością żagle jeden po drugiem zwijają

I do brzegu żeglarze cicho przypuszczają.

Potem z posiłkiem wiela sług utrapionego

Oliwiera z okrętu wynoszą krzywego

I z spólnych sprawiwszy mu rąk krzesło szerokie,

Na skały jako najlżej prowadzą wysokie;

Na skały, gdzie staruszek święty miał złożenie708,

Co Rugierowi przez krzest darował zbawienie.

107

Wdzięcznie pustelnik dobry Orlanda przymuje,

Ochotną twarz, wesołe oczy pokazuje;

Z błogosławieństwy wszystkich rozmajtemi wita,

O podróżne niewczasy i przypadki pyta,

Choć wiedział, upewniony z nieba wysokiego,

Że bez chyby przypłynąć dziś mieli do niego.

Orland mu odpowieda smutnie, a swojemu

Ratunków nieodwłocznych prosi powinnemu,

108

Który za wiarę świętą i Chrystusa swego

Ledwie ducha w złem razie nie wytchnął biednego.

Łagodnemi ten znowu słowy obiecuje,

Iż markieza uzdrowi zaraz i ratuje,

Lub to ziół panaceej709 nie zna i dyktamu710,

Drogich plastrów nieświadom z lekarskiego kramu.

Tak rzekł i do kościółka biegł sporo małego,

Gdzie Boga modlitwami błaga wszechmocnego.

109

Stamtąd skoro się wrócił, śmiały i wesoły,

Na utrapione wejrzał mile przyjacioły.

Potem w imię najświętszej i nierozdzielonej

Trójce u nogi bliżej stanął przytłuczonej:

O cudo niesłychane! rana wprzód przykrego

Zbywa bolu, on zdrowia dostaje pierwszego711.

Sobryn, co dotąd z naszych ceremonij szydzi,

Zdumiewa się, gdy wielki cud okiem swem widzi,

110

Okiem mdłem, bo i jego rany takie były,

Iż mu widomą śmiercią koniecznie groziły.

Zaczem skruchą ujęty, którą w niem duch nowy

Sprawował, brzydkie błędy wygnać myśli z głowy

Mahometańskie, na krzest dufność go podwodzi

I jakąś najweselszą światłość w sercu rodzi;

Prosi, aby go zaraz Chrystusowi swemu

Oddał starzec i pomógł do nieba staremu.

111

Krzci go ten i całe mu oraz zdrowie daje,

A w piersiach Orlandowych nowa radość wstaje;

Cieszy się z nawrócenia króla pogańskiego,

Cieszy się z uzdrowienia markieza zacnego.

Ale najbarziej serce pływa Rugierowe

W radości, jako prędko cuda ujrzał nowe;

Potwierdza w wierze świętej Sobryna i siebie,

Dopiero jest pewniejszej nadzieje o niebie.

112

Od czasu, jako z morza wypłynął srogiego,

Mieszkał serdeczny Rugier u starca świętego,

Który miedzy wielkiemi stał bohatyrami,

Niebieskiemi ich karmiąc wdzięcznie rozmowami.

Prosi, żąda, jeśli się chrześcijany liczą

I ojczyznę oglądać onę wieczną życzą,

Aby świecką rozkoszą krótką pogardzali

I do Boga wzniesione oczy obracali.

113

Tem czasem dobry Orland z okrętu swojego

Chleba przynieść rozkazał i wina starego;

Pustelnik rozkoszniejszych potraw choć smak stracił,

Jako się z zdrajcą światem dla nieba rozbracił,

Miłość jednak snadno go przywodzi, iż z niemi

Je mięso z przyprawami najwymyślniejszemi

I wina trochę pije; a gdy wypędzili

Głód przykry, do rozmów się świętych zaś wrócili.

114

A jako pospolicie bywa, iż człowieczy

Zmysł jednę zrozumiewa rzecz po drugiej rzeczy,

Pierwszy Rynald poznawa Rugiera dzielnego,

Z którem krwawą miał spórkę712 czasu niedawnego,

Kiedy ten o cesarstwo, ów o państwo swoje

Straszliwe rozczynali berdyszami713 boje.

Potem Oliwier, Orland wnet go poznawają

I mile obłapiwszy, rękę prawą dają.

115

Sobryn, choć zaraz wzrok swój utkwił w twarzy jego,

Gdy przy witaniu obok starca stał dobrego,

Ręki przecię zawściągnął, odłożył witanie,

Aby go nie zmamiło jakie oszukanie.

Skoro zaś nieomylnej doszedł wiadomości,

Iż to Rugier u świata sławny z swych dzielności,

Rugier, co męstwo, ludzkość przeplatuje cnotą,

Porywa się i z wielką ściska go ochotą.

116

O, jako znowu został u Rynalda wziętem,

Gdy usłyszał, iż krztem jest odrodzony świętem!

Przypada, raz źrzenice, raz usta całuje,

Łzy wylewa, rękami szyję opasuje,

Ofiarując mu ludzkość i chęć swoję wszędy,

Rad, iż brzydkie opuścił Makonowe błędy.

Dalej u pustelnika co się z niemi działo,

W inszej pieśni pióro wam będzie powiedało.

Koniec pieśni czterdziestej trzeciej.