XXXV. Pieśń trzydziesta piąta

Argument

Historyków Jan dobry chwali z poetami.

Bradamanta, wielkiemi wsławiona dziełami,

Króla z Sarce kopią z Frontyna zrzuciła,

Co go jej przeszłych czasów panna utraciła,

I w Arli go posyła Rugierowi swemu,

Aby ku pojedynku gotów beł przyszłemu.

On się nie wiedząc, kto go wyzywa, dziwuje;

Ta męstwo nad inszemi zwykłe ukazuje.

Allegorye

W tej trzydziestej piątej pieśni przez osobę Rodomontowę honor, który jest bojcem wspaniałych animuszów, widzieć się znacznie daje; bo lubo to on poganinem będąc, wzgardzicielem wiary i Boga, wszystko na świecie lekceważył sobie, nie chce jednak Bradamancie rycerskiem obiecanej słowem nie dotrzymać wiary. W Bradamancie, która konie wysadzonych z siodeł rycerzów ludzko na zad wracała, widzisz jawny wizerunk serdecznych bohatyrów, którem tak przystoi być mężnemi, jako niemniej ludzkiemi.

1. Skład pierwszy

Kto wnidzie, o biała płci, do nieba pierwszego,

Aby rozumu bańkę przynieść chciał mojego?

Bo jako z jasnych oczu waszych bystre strzały

Przeraziły mi serce, zmysły mi ustały.

Nie skarżęć się ja na was ani mi żal tego,

Jeno na potem cierpieć nie chcę nic takiego;

Bo inaczej tak głupi, tak będę szalony,

Jako Orland, do szczętu w rozum obnażony233.

2

A bych mądrość straconą znowu mógł mieć zasię,

Nie potrzeba mi i piór i skrzydeł brać na się

Ani do nieba luny, do raju niższego

Latać, bo tak wysoko niemasz zmysłu mego:

W słonecznem wzroku waszem, w piersiach najpiękniejszych,

W twarzy, nad śniegi bielszej, w ustach najwdzięczniejszych

Został, zapomniawszy mię; zaczem ja, strapiony,

Przez całowanie ponno muszę mieć wrócony.

3

Gdy tak po pięknych gmachach grof chodził wspaniały,

A to tam, to sam bawił wzrok i słuch zdumiały,

Pilno na pierwsze naszych lat patrząc początki,

Które miały uporne w mocy swojej prządki,

W kącie jednem z przędziwa oczy jego chciwe

Uraził płomień, co go blaski niecierpliwe

Miotały; nigdy kruszec, ślicznie wygładzony,

Nie lśnił się, tak i perła z orlentalskiej strony234.

4

Tem barziej mu się piękność wełny podobała,

Im wdzięczniejszą nad insze światłością błyskała.

Zaczem ewangelisty wnet pyta świętego,

Komu należy, hasłem żywota czyjego.

Ten mówi: »Kiedy, synu, dzień zjawi się taki,

»Z którem na świat wynikną złotych wieków znaki,

»Wszyscy w najrozkoszniejszem pokoju usiędą,

»A pisać do piąciuset lat dwadzieścia będą.

5

»W ten czas urodzi się mąż serdeczny i śmiały235,

»Mąż, przed którem odległe kraje będą drżały;

»Temu łaskawe nieba chęci swe gotują,

»Co naszemi, jako chcą, myślami kierują.

»Bo jako lubą insze jasnością przechodzi

»Ta przędza, z której płomień słoneczny wychodzi,

»Tak więc w ten czas fortuna szeroko na ziemi

»Szczęścia rozsieje, nędzny lud bogacąc niemi.

6

»Nad brzegiem, gdzie monarcha rzek236 wysokie rogi

»Wałów pienistych wznosi nie bez wielkiej trwogi

»Kraju, co z jednę stronę wkoło chałupkami,

»A z drugą otoczony kołem bagniskami,

»Przydzie czas rączem krokiem, przydą z niem i lata,

»Iż tam sławniejsze miasto237 u wszystkiego świata,

»Sławniejsze z przedniejszych miast stanie, które swe mi

»Przejdzie obłoki niższe mury wyniosłemi.

7

»To podniesienie prędkie i niespodziewane

»Nie przypadnie, trafunkiem od szczęścia nadane;

»Ale je sam Bóg zrządzi najwięcej dla tego,

»Aby męża, o którem powiedam, wielkiego

»Wydało; dopiero on dziwnemi cnotami

»Ozdobi je, a potem rozumem, naukami.

»Tak więc rzemieśnik złoto uczony gotuje,

»Gdy niem drogi dyament wkoło obejmuje.

8

»Żadna dusza w tem ziemskiem królestwie nie miała

»Śliczniejszej wełny, coby z jego porównała;

»Rzadko i barzo rzadko z nieba wysokiego

»Równy duch temu zstąpił do kraju naszego.

»O zacny Hipolicie, przedwieczna Myśl tobie

»Dała wszystko, co jeno człowiek życzy sobie;

»Bo Hipolitem z Estu ten będzie nazwany,

»Komu bogatej wełny, jak widzisz, dar dany«.

9

Tak mówił do Astolfa Jan błogosławiony,

Wodząc go po pałacach w te i owe strony.

Potem lekko wychodzą oba z wysokiego

Budowania, co moc ma żywota naszego,

I prosto się do rzeki piaszczystej udają,

W której ryby z czarnemi ptakami igrają.

Co imiona wynosił od Park w prędkiem biegu,

Tam staruszka ujrzeli onego na brzegu,

10

Wiecie o tem, nie wątpię, czerstwą starość jego

Wspomniałem w pierwszej238 pieśni czasu niedawnego;

Bo choć mu letnie czoło zmarszczki poorały,

Choć bielsze nad śnieg włosy skronie okrywały,

Biegał przecię tak żartko na dół i do góry,

Jako strzała, lekkiemi przyprawiona pióry,

I w rzece, którą Lete zowiemy, imiona

Topił, złupiwszy wełny różne i przędziona.

11

Bo skoro na brzeg wiru przyszedł czarnawego

Szczodry starzec, podołek239 rozpuszczał swojego

Płaszcza i w mętną wodę słowa wydrożone

Dobrowolnie upuszczał w brody nieprzebrnione.

Ginie bez liczby imion, piasek ich pożera,

Z któremi żywa pamięć zarazem umiera;

Ledwo ze sta tysięcy, co dna dosięgają

Samego, kilka liter po wierzchu pływają.

12

Wzdłuż i wszerz rzeki wielkiej sępów gwałt240 latało,

Kruków, kawek i ptastwa inszego niemało,

A różne ich wołania, wrzaski, krzyki, głosy

Aż pod samemi słyszeć snadno mógł niebiosy.

Potem do łupu biegli żartko bogatego,

Który starzec wyrzucał z łona przestronego,

To w pyski porywając, to w paznokcie krzywe,

Choć tem nie nasyca się łakomstwo ich chciwe.

13

Bo gdy już skrzydła podnieść na powietrze mają,

Moc ich ginie: ciężary liter przeszkadzają,

I muszą je upuszczać w wodę niezbrodzoną

Z pamięcią, w niepamięci rzecznej pogrążoną.

Między tak wielą ptastwa dwaj łabęciów241 było,

Ktorem łup i korzyść tę w pysk też chwytać miło;

A co w swe nosy biorą, to oba bezpiecznie

Precz biorą i chowają bez przeszkody wiecznie.

14

Tak przeciwko złej wolej starca upartego

Zostaje u nich, co on do wiru bystrego

Ciskał; lecz insze wszystkie zarazem przezwiska

Zapomnienie pożera, wyrzucone z blizka.

Sanie cnoty bieludinjch ptaków to sprawują,

Iż wolno pod obłoki z swemi ulatują,

Skąd zaś pobliżu242 rzeki na pagórek mały

Spuszczają się, kościółek gdzie jest okazały.

15

Miejsce to poświęcone snać nieśmiertelności,

Które nimfa jakaś ma w swojej opatrzności;

Ta, z ochotą wyszedszy, z pysków bierze one

Od łabęci243 imiona, w kruszcach wydrożone,

I zawiesza w pośrzodku kościółka ślicznego,

Przy obrazie, który beł z kamienia gładkiego;

Zawiesza, a ta praca bywa tak szczęśliwa,

Że ich pamięć na wieki zostaje tam żywa.

16

Ktoby beł ten staruszek, czemu imionami

Karmił najbystrszą244 rzekę i z jej głębinami?

Co ptacy znaczą różni: szarzy, czarni, biali?

Dlaczego się do kruszcu z krzykiem uprzedzali?

Więc pagórek, z którego piękna dziewka schadza,

A odbieraniem przezwisk łabęciom wygadza?

Chce Astolf dusznie wiedzieć i pyta swojego

Po wodnika; ten zaraz mówi tak do niego:

17

»Wiedz, iż się nic na świecie nie dzieje takiego,

»Coby znaku tu u nas nie miało swojego.

»Ledwie się liście245 ruszy na waszej nizkości,

»A my już w pierwszej wiemy o tem wysokości,

»Choć różniejszem sposobem: ten, co broda jego

»Suche piersi okryła do pasa samego,

»Podobieństwo roboty takiej odprawuje,

»Z którą się czas najprędszy u was popisuje.

18

»Nożycami ostremi nici ustrzyganie

»Tu od Park u was z duszą ciała jest rozstanie,

»Po którem mielibyście wieczną sławę pono

»Spraw swych na ziemi, choć z niej przez śmierć was wymkniono;

»Lecz jej nie dopuszczając róść, czas lekko ściera,

»A tu zasię niepamięć w tej rzece pożera.

»Bo ten starzec, jak widzisz, już w wiecznem milczeniu

»Pogrążywszy ją, szkodzi ludzkiemu plemieniu.

19

»A jako tu sępowie i kawki z krukami

»Z inszem ptastwem nad temi wiszą głębinami,

»Pilnując, aby z wiru mogły smrodliwego

»Wyrwać jaśniejsze kruszce z imionami jego,

»Tak na waszej nizkości zwodnicy, błaznowie,

»Łgarze, pochlebcy, co ich szanują panowie,

»Mażą imiona wielkie i sławę do szczęta,

»Gdy dobrzy w cieniu kędyś siedzą niebożęta.

20

»Co cięższa, są dworzany u nich przedniejszemi,

»Iż na złe pozwalają, iż trzymają z niemi,

»Dotąd w łasce pływając, póki sprawiedliwa

»Nici Parka i tego i tych nie urywa;

»Szalbierze najbrzydliwszy, gnuśni, lekcy, podli,

»Urodzili się na świat, aby godnych bodli

»Najadowitszem kłamstwem, a swój brzuch niesyty

»Tuczyli, pański jedząc obiad znamienity.

21

»A jako z chęcią biali łabęcie oddają

»Całe imiona, których w Lete nabywają,

»Tak dobrzy poeto wie wierszami swojemi

»Bohatyrom zaginąć nie dają na ziemi.

»Trzykroć, czterykroć mądrzy królowie, hetmani,

»Jeśli od nich godni są ludzie szanowani

»Kształtem Augusta, bo go oni uczynili

»Wiecznem i z niepamięci głuchej wyzwolili.

22

»Rzadko, o jako rzadko poetę dobrego

»Najdziesz teraz, rozumu co jest subtelnego:

»Niebo samo tak każe, niebo uradziło,

»Aby godnych niewiele tu na ziemi było,

»Dla panów najłakomszych, co za chciwośdami

»Udawszy się, wielkiemi gardzą dowcipami;

»Gardzą i cnotę cisną, aby wywyszszali

»Hultajów, których się dziś obrońcami zstali.

23

»Zaślepieni, Astolfie, od Boga dla tego,

»Straciwszy całą mądrość rozumu ostrego,

»Iżby z śmiercią ozdoby wszystkie ich ustały,

»Które za poezyą na wieki trwać miały;

»Niegodni są abowiem przez swe liche cnoty,

»Wydzierstwa, zabijania, wszeteczne roboty

»Słodkiej sławy, choć ci też mało o nię dbają:

»Dość, kiedy przy pochlebcach bezwstydnych zostają

24

»Nie beł nigdy tak duży246 Achilles u Trojej,

»Nie beł tak doskonały w pobożności swojej

»Zdrajca Anchizyades247, Hektor, Troil248 śmiały,

»Aleksander serdeczny, Hannibal zuchwały;

»Przydano jem coś więcej, przydano dlatego:

»Byli dobrodziejami poety wielkiego.

»Miała godność zapłatę, nauka swoje dary:

»Miasta, zamki a podczas i boskie ofiary.

25

»Nie beł tak Oktawian dobry i łaskawy,

»Choć nauczony Maro pisał jego sprawy.

»Wszystko to wdzięczność pańska sprawiła z hojnością,

»Zaczem on darowan też jest nieśmiertelnością.

»Ktoby beł brzydkie zbrodnie wiedział Neronowe,

»Kto późniejszych cesarzów wszeteczeństwa nowe?

»Nie umieli szanować, ani czynić sobie

»Przyjaciół z mądrych ludzi w najmniejszem sposobie.

26

»Homer Agamemnona i z jego Grekami

»Uczynił, Trojany lżąc mężne, zwyciężcami,

»Cnotą, wiarą małżeńskiej ozdobił czystości

»Penelopeą i jak najprzykrszej249 trudności

»W zalotach od rozmajtych mężów doznawała,

»Póki męża w królestwie sierocem nie miała.

»Prawdy szukaj: wnet doznasz, iż Troja zwalczyła

»Greków, a ta przeciwnie mniej cnotliwa była.

27

»Z drugiej strony słuchaj zaś, jako złupił onę

»Niesprawiedliwie Maro z cnoty jej Dydonę,

»Choć na swoje uczciwe tak się oglądała,

»Iż dla niego śmierć obrać straszliwą wolała.

»Nie beł jej przyjacielem: tu tego przyczyna,

»A przecię przy niej został grzech, przy niej i wina.

»Ty się nie dziwuj, iże słowy szerokiemi

»Chwalę pisma: pisarzem sam byłem na ziemi.

28

»I słusznie Chrystusowi dziękuję mojemu,

»Iż nie użyczył takiej mądrości drugiemu,

»Której tysiącletni wiek i śmierć zazdrościwa

»Nie popsuje, póki świat, będzie trwała żywa.

»Lecz tych złych czasów ludzkość, iż wrota zamyka

»Uczonem, to mię boli, to mi serca tyka;

»Bo choć kołacą do nich, wyschli i zgłodzeni,

»Z swą sromotą bywają szpetnie odrzuceni.

29

»Cóż za dziw, jakom wspomniał niedawno przed tobą,

»Że cnota ginie u was i z swoją ozdobą.

»Mało godnych uczonych, coby ją chwalili:

»Niemasz baczenia na nie, niemasz, skądby żyli«.

Tak rzekł Chrystusów uczeń, Jan błogosławiony,

Srogiem na twarzy jasnej ogniem zapalony;

Z oczu płomień wynikał, lecz zasię wnet jego

Śmiech luby uweselił Astolfa dobrego.

30

Ale już niech zostaną tu oba tem razem;

Ja chcę gdzie indziej od nich poskoczyć zarazem

I udać się z pierwszego w nasz niższy kraj nieba:

Do pięknej bohatyrki wrócić mi się trzeba,

Którą zawistna miłość do żywego kraje

I srogie w pół wnętrzności biednych rany daje.

Wiecie, żem ją zostawił tam, gdzie trzej królowie

Zbici od niej kopią przy zamkowym rowie,

31

I jako do kasztelu250 wieczora późnego

Przybywszy, słyszała wieść dobrą od swojego

Gospodarza, który jej o bracie rodzonem

Powiedział, iż Agramant od niego zwalczonem.

Zaraz strapiona dziewka, zaraz umyśliła,

Skoroby swe jutrzenka ognie zapaliła,

Do Prowence obrócić, bo Rugiera swego

Spodziewa się oglądać w Arii dnia którego.

32

Jedzie najprostszą drogą, myśli w onej dobie

O swych zapałach: alić ujrzy przeciw sobie

Wdzięcznej twarzy dziewczynę; na koniu siedziała

Bieluchnem, twarz i oczy zapłakane miała,

Wzdychaniem wiatry miesza, wszystka zamyślona,

Głowa ku ziemi na dół jakby pochylona:

Ta to jest, co na moście Brandymarta swego

Zostawiła w więzieniu u króla dzikiego.

33

Po wszystkich biedna dziewka krainach szukała

Bohatyra skądkolwiek, coby z niego miała

Pomoc w nieszczęsnym razie przeciwko srogiemu

Pohańcowi, który wziął wolność jej miłemu.

Tę smutną Bradamanta jako prędko zoczy,

Do smutnej w bystrem biegu zarazem poskoczy

I ludzko ją pozdrowi, pyta, czemu swemi

Oczyma na dół patrzy tak zapłakanemi.

34

Wzniosła wzrok Fiordylizi, zda się jej, że mówi

Z rycerzem, co może być zaraz pogotowi251

Potrzebie jej; powieda o przeszkodzie drogi

U mostu, na którem król mieszka z Sarce srogi,

Jak jej małżonka wydarł sposoby chytremi,

Nie mocą, nie siłami, zdrajca, bojowemi,

I jako już niejeden został w sidłach jego,

Nie mogąc nigdy minąć mostu wąziuchnego.

35

Potem mówi: »Jeśli jest męstwo takie w tobie,

»Jaką piękność po twarzy znam i po osobie,

»Zemści się, namężniejszy rycerzu, mojego

»Żalu, wróć mi, bo możesz, męża straconego!

»Zemści się, abo dodaj takiej, proszę, rady,

»Za którą wetowaćbym mogła przykrej zdrady,

»Bohatyra nalazszy gdziekolwiek takiego,

»Coby pohańca drzewem zrzucił z mostu jego.

36

»Uczynisz to nie jako z wrodzonej ludzkości,

»Co wielkiem ludziom, wielkiej przystoi śmiałości,

»Ale nadto oświadczysz te ochoty swoje

»Rycerzowi, którego szczerych ogniów znoje

»Stałej miłości grzeją i który cnotami

»Pod samemi wsławiony został niebiosami.

»AIe na cóż ta chwała, wielkie dzieła jego

»Na kształt Febusa świecą w południe jasnego?«

37

Wspaniała Bradamanta, której zawsze było

O krzywdę i zelżywość słabszych bić się miło,

Z chęcią pozwala, prosi, aby ukazała

Most tyrański, na którem strata ją potkała,

Tem barziej, tem ochotniej, im prędzej myśliła

Desperatka serdeczna umrzeć; tak zraniła

Miłość śmiertelnie duszę jej, iż lekce waży

Najstraszliwsze potkanie, najprzykrzejsze razy.

38

»Co moje zmogą siły — łagodnemi słowy

Mówi jej — na usługę twą jestem gotowy.

»Czynić dla ciebie despekt twój każe mi wiele:

»Pójdę, nadobna dziewko, do tych mostów śmiele.

»Wzruszyłby twój żal słuszny kamienne wnętrzności

»Dla tego, żeś jest z szczerych złupiona miłości.

»Ale to dziwy jakieś: zaż nietrudno z wielu:

»Obrać jednego, coby kochał252 w przyjacielu?

39

»Trudno obrać mężczyznę: zawsze odmienności,

»Zdrad pełni!« Po tej mowie z głębokich wnętrzności

Jak najcięższe westchnienie w obłoki puściła,

Iż najsroższą do żalu lwicęby wzruszyła.

Potem jedzie z nią żartko, aby dnia drugiego

Przybyć mogły za czasu do mostu srogiego.

Stanęły tam, straż woła i trąbką królowi

Dają znać, aby witał i rad beł gościowi.

40

Jako ich prędko dojrzał, woła haniebnemi

Głosy, iż jem rękami wnet utnie własnemi

Szyje, jeżeli z dzielnych wprzód nie zsiadszy koni,

Zbrój z grzbietów swych nie dadzą i od boków broni;

Bo on je chce zawiesić u grobu wielkiego,

Aby ubłagał ducha błogosławionego.

Bradamanta, iż wszystkę sprawę już wiedziała,

Z gniewem Sarracenowi w skok odpowiedziała:

41

»O, wściekłem, rozbójniku, jadem zapalony!

»Jam umyślnie, nie wątp nic, przybyła w te strony,

»Abym ci ukazała, że ty masz krwią swoją

»Omyć to, co złą ręką popełniłeś swoją.

»Tyś zabił: czemuż karzesz, zdrajco, niewinnego,

»Kochane biorąc zdrowie, konie, zbroje jego?

»Milsza ofiara, wierz mi, temu ciału będzie,

»Gdy z rąk mych twoje brzydkie swej duszy pozbędzie.

42

»I tuszę ja, że wdzięczniej przymie pracę moję

»Duch jej dobry, gdy szyję utnę dużą253 twoję.

»Bom taką, jaką ona kiedyś panną była,

»Jej krzywda tu w te strony biedz mię przymusiła.

»Mam chęć, mam serce mścić się, lecz wprzód uczyniemy

»Postanowienie z sobą, nim się bić będziemy:

»Ty, jeśli mię pożyjesz i dokażesz tego,

»Wsadzisz, jako i drugich, do kasztelu254 swego.

43

»Jeśli zaś Bóg życzliwszy mnie będzie, jak wierzę,

»I nad tobą zwycięstwo chwalebne odzierzę,

»Zaraz konia masz mi dać i te jasne zbroje,

»Któremi otoczyłeś harde ściany twoje;

»Więźnie wszystkie wypuścisz, swobodą darujesz,

»Których przykrem więzieniem niewinnie mordujesz«.

»Słuszna — mówi Rodomont — ale z tych żadnego

»Nie mam tu: do królestwa odesłałem mego.

44

»Do Afrykim ich posłał, jednak obiecuję

»Rycerskiem słowem, na co i rękę daruję,

»Stawić tu, jeśli z konia twojego zrzucony,

»Czarnej ziemie się dotknę, ty zaś z drugiej strony

»Na swojem się osiedzisz i wygrasz surowy

»Pojedynek, rzeczą się pobiwszy, nie słowy.

»Miesiąc to jeden sprawi: poślę ja rączego,

»Aby z Algieru przywiódł co do namniejszego.

45

»Lecz jeśli z konia chyżo ty będziesz zrzucona,

»Bo przystojniejsza tobie pilnować wrzeciona,

»Ja nie pragnę tak zbroje, jako chwały z ciebie,

»Którą snadno w panieńskiej otrzymam potrzebie:

»Anielską gładkość, coć jej użyczyły nieba,

»I przeraźliwe oko255, włos złoty dać trzeba.

»Albo cię, wdzięczna dziewko, bez bitwy daruję

»Polem, bo już urody twej kształtnej żałuję.

46

»Bo tak jest niezrównana moc moja i siły,

»Jakie w żadnem rycerzu na świecie nie były.

»Zaczem wstydu nie będziesz stąd miała żadnego,

»Choć od mojej kopiej z konia spadniesz swego«.

Rozśmiała się, lecz z gniewem śmiech beł zjednoczony,

Serdeczna Bradamanta, słysząc słowa ony,

I zaraz bojca256 dawszy w bok swemu koniowi,

Biegła z drzewem złożonem przeciwko Maurowi.

47

Nieleniwszy Rodomont Frontyna dzielnego

Zwarł mocno z drugiej strony mosteczka długiego.

Bieży, tęten257, co deszczki źle zbite dawały,

Głuszył wszystkich, o bliższe wstrącając się skały,

Barziej, kiedy kopią król złotą trafiony,

Spadł z konia, choć w rycerskiem rzemieśle ćwiczony.

Na huk głosu góry się, lasy odezwały,

A ten dużemi258 członki most zastąpił cały.

48

Zaledwie Bradamanta ma rozpędzonemu

Miejsce dziwne, węziuchne koniowi swojemu;

Z niebezpieczeństwem zdrowia niemałem swojego

O włos w rzekę nie wpadła do wiru wściekłego.

Ale Rabikan z wiatru, z ognia urodzony

Po samem kraju żartko deszczki przeszedł onej;

Nie dziw, bo tak z młodu beł w ćwiczeniu surowem,

Iż snadno i po tylcu259 biegać mógł mieczowem.

49

Skoczy na zad do niego dziewka urodziwa

I z najweselszą twarzą takich mów zażywa:

»Teraz snadno rozsądzisz i sam powiesz szczyrze,

»Kto wygrał, o najduższy260 kiedyś bohatyrze!«

Ten przemówić nie może słowa najmniejszego,

Lubo nie chce, strętwiały od wstydu wielkiego.

Gryzie się, serce żale ciężkie przeraziły;

W oczach mężnej panny tkwią niezrównane siły.

50

Potem z ziemie cicho się jął podnosić smutny,

A twarz przykrego sromu płomień grzał okrutny;

Zrzucił tarcz, szyszak jasny, szablę od dużego261

Boku co w skok odpasał najtwardszą swojego,

Zbroję zerwał gwałtownie, to wszystko o skały

Roztrącił, a wzrok gniewem i skronie pałały.

Więc żeby dość uczynił słowu rycerskiemu,

Po więźnie jechać kazał zaraz z swych jednemu.

51

Sam biegł wciąż i nic o niem nie wiemy inszego,

jedno, iż wszedł w jaskinią u lasu jednego.

Tem czasem Bradamanta na cmyntarzu onem

Przypatruje się zbrojom, wszędzie rozwieszonem,

Czyta pisma nad niemi, a którą poznała

Z rycerstwa Karłowego, zdjąć prędko kazała;

Pogańskiem daje pokój, wszystkie zostawuje,

Do inszych wkoło onej wieże postępuje.

52

Prócz tej, co była syna Monodantowego,

Widzi Sansonetowę, trzecią brata jego,

Olwierowę; ci wszyscy Orlanda szukali

I razem króla z Sarce w sidła powpadali.

Samych w prawdzie nie było: dwiema przed tem dniami

Do Algieru z swemi ich odesłał sługami;

Te mężna dziewka z ściany wysokiej pobrała

I na wieży schowawszy, zamknąć rozkazała.

53

Miedzy temi widzi też zbroję tam jednego

Dziwnie piękną robotą króla pogańskiego,

Który za Rodomontem biegł dla Frontalina262

I złupion, jako drudzy, został tu chudzina.

Okrólu to cyrkaskiem powiedam wam, który

Po dość długiem błąkaniu przez pola, przez góry

Przyszedł do mostu, aby konia wziął własnego,

Lecz pozbeł za jakiemsi263 nieszczęściem drugiego.

54

Tak pieszo i bez zbroje poszedł, wypuszczony,

Z niebezpiecznego mostu z żalem w swoje strony.

Bo Rodomont każdemu, lub młody lub stary,

Wolność dawał, jeśli beł tej, co on, wiary,

Prócz tego, iż się wracać już na zad nie śmieli

W obozy dla despektu, co od niego wzięli; j

Wstyd ich kłół: że go stłuką, wszyscy się chwalili,

Kiedy przeciwko niemu od swych wychodzili.

55

Umyślił tedy — nowa chęć go jakaś grzała —

Kochanej dziewki szukać, która niem władała;

Bo wiedział albo słyszał, nie wiem tam, od kogo,

Iż do państwa jechała z nowożenią264 swego.

Zaczem — miłość go gwałtem bodła przeraźliwa —

Po niej biegł, choć nie była przy niem dusza żywa;

Obrócił krok do drogi świeżo bitej, nowej,

Ja też do córki idę znowu Amonowej.

56

Kiedy tak poganina złego okróciła,

Wiadomy okoliczny kraj wnet uczyniła

Przez listy, potem dziewki pyta utrapionej,

Co do mostu i wieże z nią przybyła onej,

Gdzie się obróci stamtąd. Ta zlawszy hojnemi

Twarz łzami odpowieda, skłoniona ku ziemi:

»Najmniejszego dotąd mieć nie będę pokoja,

»Aż się dowiem gdzie rozkosz i pociecha moja.

57

»Do Arie nam pojechać wolą, stamtąd zasię

»Nalazszy łódkę jaką, co w najkrótszem czasie

»Ku Afryce przez morze prostowaćbym chciała,

»Abym się o małżonku mem gdzie dowiedziała.

»Tysiąc sposobów, tysiąc śrzodków szukać będę,

»Aż go najdę, oglądam, do niego przybędę.

»Bo jeśli to są plotki, co Rodomont tobie

»Powiedział, pewnie umrę i zadam śmierć sobie«.

58

»Ja z tobą — Bradamanta ludzka do niej rzecze —

»Pojadę nieco, bo żal i ból mię twój piecze,

»Jeśli chcesz i do Arie, kędy z chęci swojej

»Aza265 i ty cokolwiek dla miłości mojej

»Uczynisz, spytawszy się o rycerzu jednem,

»U króla Agramanta w łasce niepośledniem;

»Temu chcę, gdy go ujrzysz, abyś dała tego

»Konia, com dzisiaj zbiła Sarracena z niego,

59

»Przydawszy to, iż rycerz jakiś doświadczony

»Umyślnie tu dla ciebie w te przybieżał strony,

»Chcąc to ludziom i światu ukazać wszystkiemu,

»Żeś, zdrajca, wiarę złamał, obiecaną jemu;

»Za co do pojedynku abyś się gotował,

»Ludzcejszy266, koniać tego przysłał i darował.

»Ty miej tarcz pogotowiu, szyszak, szablę, zbroję,

»Bo idzie o twe zdrowie, o uczciwość twoję«.

60

»Powiesz mu to, proszę cię; jeśliby co więcej

»Chciał wiedzieć, pódziesz z jego pokoju co pręcej,

»Nic nie mówiąc«. Wnet na to dziewka utroskana

Odpowiada: »Twej wolej wszystkam ja oddana.

»Rozkaż, o najmężniejsza bojowniczko moja,

»Coć się podoba, bom ja niewolnica twoja,

»Zdrowie me dam dla ciebie«. Wtem Frontyna bierze,

Którego Bradamanta poleca jej wierze.

61

Tak mówiąc, jadą wespół nadobne dziewczyny,

Przykrych oszukiwając zapałów godziny.

Przyjechawszy do Arie, Bradamanta swego

Zastanowiła konia u wału miejskiego,

Gdzie morze brzegi tłucze, a straszliwe wały

Z haniebnem grzmotem wody najsłońsze mieszały,

Ażby czas Fiordylizi dosyć wczesny267 miała

Do oddania Frontyna, co mu go posłała.

62

Bezpiecznie268 piękna dziewka do wzwodu269 samego

Jedzie, a w bramie z sobą wziąwszy świadomego,

Przybywa w stanowiska rączo Rugierowe

I poselstwo zarazem sprawuje surowe.

Potem najdzielniejszego Frontyna oddała,

Ażeby się już więcej tam nie zabawiała.

To sprawiwszy, nie czeka żadnych odpowiedni,

Śpieszno do konia idzie i już na niem siedzi.

63

Rugier, w myślach głębokich wszystek utopiony,

Dziwuje się, zdumiewa na powieści ony:

Kto go wyzywa, kto jest poselstwem tak srogiem

Groźny, a kto zaś ludzki upominkiem drogiem?

Kto mu na oczy wiarę wymiata złamaną?

Przez kogo to ta zdrada ma być pokaraną?

Nie wie, rozdwojony jest ani się spodziewa,

Aby to Bradamanta, co się nań tak gniewa.

64

Podejrzenie na króla ma z Sarce dla tego,

Iż z niem niedawno boju kosztował przykrego.

Lecz aby kiedy wiary nie dotrzymał jemu,

Nie czuje się, Bogu to zlecając samemu,

Chocia po kilka razów swary spólne mieli

I krwawe rozpierania czynić z sobą chcieli.

Tem czasem najpiękniejsza żołnierka z Dordony

Wyzywa i trąbi w róg, złotem oprawiony.

65

Dano znać Marsylemu i Agramantowi,

Iż rycerz nieznajomy ku pojedynkowi

Co przedniej szych pragnie mieć. On na Serpentyna

Kinął, któremu wojny były nie nowina;

Do tego jasną zbroją wszystek beł okryty,

Miecz hiszpański u boku wisiał jadowity.

Wsiadł na koń, wziął kopią; młodzi, starzy, mali

Szli na mur, aby na bój straszliwy patrzali.

66

Skoczą żartko do siebie, lecz z siodła swojego

Serpentyn zaraz wypadł od grotu złotego;

Koń do miasta obraca nogi nieleniwe,

Tak rączo, jakby skrzydła u nich miał pierzchliwe.

Ale go Bradamanta dobra zatrzymała

I do rąk sarraceńskich przywiódszy, oddała.

»Wsiądź — mówi — a odemnie proś króla swojego,

»Aby tu wysłał w pole nad cię mężniejszego«.

67

Agramant taką ludzkość i mało słychany

Postępek widząc, z swemi zdumiewa się pany;

Wychwala bohatyra, który po wygranej

Gniewom wodze270 i żądzy ujął niebłaganej271.

Bo choć jej własny mógł być zwykłem prawem wojny

I koń i sam, co z niego spadł, bohatyr zbrojny,

Obom wolność darował. Tem czasem do swego

Hiszpan króla przyszedszy, mówił o drugiego.

68

Wnet z Wolterny Grandoni, pychą uniesiony,

Prosi, aby beł po niem w pole wyprawiony.

Pozwala król, ten zaraz z ochotą wypada

I łając Bradamancie, duże drzewo składa.

»Wielka ludzkość, ktośkolwiek, nie pomoże tobie,

»Gdy cię zbiwszy, poimam na tej krwawej próbie,

»Abym szyje swą ręką nie miał uciąć twojej,

»Jeżelim dobrze świadom z mocą siły mojej«.

69

Odpowiada mu dziewka: »Grubiaństwo takie,

»Z chłopskiemi obyczajmi co ty masz jednakie,

»Nie wymoże, abym ja z wrodzonej ludzkości

»Twojej się sprzeciwiła272 nikczemnej wściekłości.

»Raczej życzę, jedź na zad do wojska wielkiego,

»Póki nie stłuczesz ziober, z konia spadszy swego.

»Jedź, a powiedz, iż namniej ciebie się nie boję:

»Lepszy niechaj wyjadą, dla których tu stoję«.

70

Uszczypliwa przymówka serce uraziła

W poganinie i ogniem gniewu zapaliła.

Wzrok mu krwią bleszczy273, jadem źrzeńce274 ma pijane,

Obraca, nic nie mówiąc, drzewo hartowane

Ku Bradamancie prosto. Ta też z drugiej strony,

Grot złożywszy kopiej złoty ustalony,

W pół tarczy Sarracena trafiła hardego;

Ten lecąc, nogi w niebo wzniósł z razu tęgiego.

71

Konia potem, gdy już, już ucieka, porwała

I za wodze ująwszy, do rąk podawała.

»Lepiej było poselstwo — mówi — sprawić tobie,

»Jakom upominała, niż stłuc boki sobie.

»Wsiadajże, a powiedz tak, proszę cię, królowi,

»Aby najdzielniejszemu kazał rycerzowi

»Stawić się, który męstwu porówna mojemu

»I sławę towarzystwu przywróci waszemu«.

72

Ci, co po murach białych i basztach siedzieli,

Aby chciwe potkanie z obu stron widzieli,

Jeden drugiego pyta, ktoby beł ten nowy

Bohatyr tak serdeczny, ludzki i surowy.

Iż jest Rynald, snadno się drudzy domyślają,

Brandymarta niektórzy zaś być powiadają;

Bo przypadek nieszczęsny grabie szalonego

Wiadomy beł i w śrzodku wojska pogańskiego.

73

Trzecie potkanie aby syn mógł mieć Lanfuzy,

Życzą wszyscy, bo serce, moc, Gradyw mu służy.

Nie wymawia się i on, choć też mniej się śpieszy:

Spadniejnie go pierwszych dwu bynajmniej nie cieszy.

Atoli, dobry żołnierz, nie tak przecię stroni,

Aby do staj niej iść w skok nie miał, gdzie sto koni

Opatrowano własnych jego; miedzy temi

Obrał najprzedniejszego z obroty gładkiemi.

74

I wypadł zaraz w pole, gdzie dziewka czekała.

Którą on wprzód, ona go potem pozdrawiała,

Mile mówiąc: »Proszę cię, z rycerskiej ludzkości

»Podaj twoje do mojej imię wiadomości:

»Pragnę wiedzieć, coś zacz jest«. Ten się wiele prosić

Nie daje, odpowieda i czyni jej dosyć.

»Z chęcią — mówi mu znowu — z chęcią przymę ciebie,

»Choćbym inszego w tej mieć wolała potrzebie«.

75

»A kogo?« — spyta Ferat. Odpowieda ona:

»Zgadni, wszak dzielność jego u świata wstawiona.

»Bo i mnie, jako widzisz, wielkie jego dzieła

»Przymusiły, tem drogę w ten kraj przedsięwzięła

»I o żadną na świecie rzecz barziej nie stoję,

»Jeno, abym skruszyła swe drzewo o zbroję,

»O zbroję Rugierowę«. Ledwo domówiła,

Najpiękniejszą twarz wstydem wdzięcznem zrumieniła.

76

Znowu Ferat rzekł do niej: »Niechaj szczęścia tego

»Dziś doznam, żebym męstwa mógł być godny twego.

»Raz skoczywszy, rozsądziem snadniusieńko275 sami,

»Kto w rycerskiem potkaniu lepszy miedzy nami.

»Jeśli mi się to przyda, co inszych potkało,

»Dopiero przydzie tobie poczekać tu mało,

»Aby niesławy naszej i mdłych sił poprawił

»Ten rycerz, co chciwości takiej cię nabawił«.

77

Gdy z Feratem serdeczna dziewka rozmawiała,

Niebieskiej twarzy gładkość z hełmu ukazała.

Patrzy Hiszpan i już jest na pół zwyciężony,

Ostrych miłości strzałą w serce ugodzony.

Milczkiem sam w sobie mówi: »Prze Bóg, co za dziwy!

»W ludzkiem ciele anioł to z raju jest prawdziwy!

»Jeszcze kopia jego tarczy mej nie tknęła,

»A już mi oczu wdzięcznych jasność wzrok odjęła!«

78

Potem według zwyczaju z drzewem się rozwiodła

I Ferata uderzy tak, iż wypadł z siodła,

A konia uchwyciwszy, gdy ten z ziemi wstaje,

Łaskawa bohatyrka w ręce mu podaje.

»Weź — mówi — lecz chciej pomnieć obietnicę twoję,

»Mów Rugierowi, iż tu ma ukazać swoję

Moc z sercem«. Ferat jedzie do swych, zawstydzony,

Powiedając, iż Rugier w bój jest zaproszony.

79

Rugier dotąd nic nie wie, w sobie się dziwuje,

Kto go wyzywa, kto go w pole potrzebuje.

Wesoły jednak i już zwycięstwa wielkiego

Pewny, zbroję z kruszcu wdział najwyborniejszego.

Nie trwoży go bynamniej, choć jednej godziny

Miał do strachu z zbicia trzech z siodeł trzy przyczyny.

Jako na plac wyjechał i co się z niem działo,

Odpoczynąwszy, pióro będzie wam pisało.

Koniec pieśni trzydziestej piątej.