XXXVI. Pieśń trzydziesta szósta

Argument

Gdy srogi pojedynek Bradamanta z swoją

Czyni nieprzyjaciółką, jasną błyszcząc zbroją,

Obie wojska w zapędzie wielkiem się potkały

I krwie szarłatnej przykre zdroje wylewały.

Rugier z kochaną dziewką na stronę uchodzi

Dla rozmów, lecz je przerwać Marfiza jem godzi.

Wtem usłyszą głos jakiś z grobu kamiennego,

Który ją czynił siostrą Rugiera dobrego.

Allegorye

W tej pieśni trzydziestej szóstej przez osobę Marfizy, Bradamanty i kuriera znać się daje, iż wszelakie podejźrzenie, choć często dobrą przyjaźń w gniew, miłość w chciwy pomstę obraca, przecię Bóg i osobliwa łaska jego taką poda snadno okazyą, iż się prawda odkrywszy, do pierwszej miłości niezgodliwe przywiedzie serca.

1. Skład pierwszy

Tak musi być, jeśli kto serca wspaniałego,

Iż poszedł z najstarszej krwie domu przedniejszego;

A co od przyrodzenia wziął i od nałogu,

To zachowa do śmierci ostatniego progu.

Tak musi być inszemi znowu zaś sposoby,

Iż serce grubiańskie swą złość każdej doby

Ukazuje ani go oduczysz krnąbrności

Do samego ześcia stąd w dojrzałej starości.

2

Ludzkich postępków częste bywały przykłady

Miedzy dawnem rycerstwem, twojemi pradziady;

Lecz ich gdzie indziej niemasz: wszyscy tyrańskiemi

Pomazali swe serca dziełami brzydkiemi

W tej wojnie, Hipolicie, coś ją miał, wiesz kiedy276,

Gdyś kościelne znakami natknął ściany wszędy,

Piętnaście galer wziąwszy oraz Wenetowi,

Których z korzyścią swemu zwierzyłeś portowi.

3

Wszystkie nieprzyjaciela okrucieństwa twego

Przeszły złość Turka, Maura, Gety277 okrutnego,

Nie z woląć to, trzymam ja, Wenetów, bo oni

Stróżami praw, ludzkości są postanowioni:

Najemny żołnierz srogi ręce jadowite

Rozciągnął na twe państwo żyzne i obfite.

O, jako siła ogień miast pięknych splundrował,

Któreś dla swych pożytków i uciech zbudował!

4

Głupia pomsta, bo jeśliś ich Padwie dobywał

Z cesarzem, wielkiej zawsze skromnościś zażywał.

Wszystek świat wie, iż jedno twe staranie było,

Aby żołnierstwo bogactw cudzych nie ruszyło;

Ognia zaś jakeś bronił wszystkiemi siłami,

Tuszę, nieprzyjaciele powiedzą to sami;

Często zapalone wsi, miasta swą osobą

Gasiłeś z tej ludzkości, co urosła z tobą.

5

Ale zamilczę o tem ani powiem onych

Postępków, okrutnością takową zelżonych;

Ten wspomnię, co wyciśnie łzy z najtwardszej skały,

Bo tak żałośliwego wieki nie widziały.

Tego dnia, gdyś na wojnę krew swą wyprawował278,

Aby przy niej lud mężny twój Marsa probował,

Za nieszczęściem wojska ich tam się wprost udały,

Kędy nieprzyjacielskie mocny obóz miały.

6

Jako kiedyś z Eneą Hektor urodziwy

W śrzodek greckich naw wpadał, prędkiej pomsty chciwy,

Tak Herkul z Aleksandrem, serdeczną wzruszeni

Śmiałością, jadą na nich; oni wylęknieni

Uchodzą, na zasadki279 przywodząc zdradliwe.

Ci, przed wszystkiemi konie puściwszy pierzchliwe,

Lecą w przód, aż nakoniec tam, nędzni, wpadają,

Gdzie pomocy od swoich najmniejszej nie mają.

7

Ferrufin280 przecię uszedł; Herkul poimany

Sercu biednego ojca srogie zadał rany,

Kiedy staruszek patrzył oczyma smutnemi,

Jak syna okrywano szablami ostremi,

A potem związanemu, zdjąwszy szyszak lity,

Kazano, aby miecz wziął głowę jadowity.

Dziw, żeś, nieszczęsny ojcze, z widowiska tego

Nie wytchnął wespół z synem ducha ostatniego!

8

Srogi nieprzyjacielu! gdzieś nawykł tej złości?

W Scytyej — rzeczesz — gdzie są wszystkie okrutności?

Wątpię, bo i poganie więźnia związanego,

Broń mu samę odjąwszy, chowają żywego.

Iż ojczyzny ratował, to cię uraziło?

O słońce, jakoś w ten czas na ten grzech patrzyło!

Przeklęty wieku, coś tak Atreusów siła

Narodził, a ludzkość ci z dzielnością niemiła!

9

Uciąłeś serdecznemu głowę młodzianowi,

O którego dzielności późnemu wiekowi

Słodka napisze sława w ten kraj, kędy wschodzi

Płomienisty Apollo, i w ten, gdzie zachodzi.

Rozkoszne jego lata, twarz pełna wdzięczności

Odejmowały dzikie Gigantom srogości:

Ty, okrutniejszy nad nich, zły, nieuproszony,

Przeszedłeś Polifema, krwawe Lestrygony281!

10

Takowego przykładu miedzy dawniejszemi

Nie najdziem, upewniam was, ludźmi rycerskiemi.

Ich jedyne staranie po wszystek czas było

Tak z inszemi poczynać, jako samem miło.

O zacna bohatyrko! słusznie twemi tory

Ludzie mężni iść mają, biorąc z ciebie wzory;

Jaka ludzkość: oddajesz Sarracenom konie,

Z którycheś ich zrzuciła z kopią w obronie!

11

O tej nadobnej dziewce jużeście słyszeli,

Jako razy najtęższe od jej drzewa wzięli

Trzech Hiszpanów i jako zwyciężca282 łaskawa

Dzianety283, z których zbici, sama jem podawa,

Grandoniego z Wolterny, Ferata dzielnego

I Serpentyna prosząc, by do niej czwartego

Rugiera, co nań chętkę ma, zaraz wysłali,

A rycerską jej wiarę w tem swą pokazali.

12

Przymuje pojedynek Rugier odważony,

Hełm, bo już we zbroi beł, wdziewa doświadczony.

Po wojsku zaś szerokiem to szemranie było,

Co żywo żołnierza znać nowego życzyło,

Który tak najstraszniejszem dobrze drzewem władnie,

Iż przednich bohatyrów z siodeł zrzuca snadnie;

Wszyscy o niesłychanem męstwie rozmawiają

I Ferata, jeśli go zna kędy, pytają.

13

Odpowiada jem Ferat: »Wiedzieć pewnie macie,

»Iż się w mniemaniu znacznie swem oszukiwacie.

»Nie jest Rynald, Brandymart: z wejrzenia wdzięcznego

»Poznawam, którem widział z hełmu otwartego.

»Rzekłbym na Ryciardyna, gdyby jego siły

»Nie wiadome mi dobrze w różnych wojnach były;

»Siostra bez chyby jego więtszej nadeń mocy,

»Ale twarz właśnie taką ma, jak on, i oczy.

14

»Tak o niej powiedają, że równa mężnemu

»Dzielnością Rynaldowi bratu rodzonemu;

»Lecz ja z niebezpieczeństwem doznałem dziś tego,

»Iż przeszła i Orlanda i Rynalda swego«.

Jako przed wschodem słońca ślicznie się rumieni

Złota zorza, gdy czarne światło w mroki mieni,

Tak Rugier, słysząc słowa nad mniemanie ony,

Drży wszystek, spłonął wstydem, stoi zapomniony.

15

Niespodzianą w pół serca nowiną przebity,

Kędy kochanej dziewki obraz ma wyryty,

Pała ogniem miłości wewnątrz, a mróz srogi

Kości objął, co jakieś wzbudzały go trwogi;

Trwogi, które gniew przykry zaraz w niem zgasiły,

A miłość samę tylko w piersiach zostawiły.

Myśli, jeśli mu wyniść, czy z sławą niecałą

Zostawszy, na inszy dzień bitwę zwlec wspaniałą.

16

Na ten czas i Marfiza niedaleko stała,

Która do pojedynku chciwość wielką miała,

W zupełnej zbroi według zwyczaju dawnego,

Bo i sypiała rzadko bez blachu przedniego.

Widząc, że się wybiera Rugier, żartko skoczy,

Chcąc z nowem bohatyrem swej probować mocy;

Tuszy, iżby ją chwała zwycięstwa chybiła,

Gdyby Rugierowi iść pierwej dopuściła.

17

Na konia, jak szalona, wpadła i bojcami

Zwiera, prosto tam lecąc, kędy za murami

Amonowa nadobna rycerka czekała,

A po szerokich polach Rugiera patrzała;

Serce jej skacze, gniewem, miłością ujęte,

Myśli, gdzie go uderzyć, aby razy wzięte

Od niej mniej mu szkodziły. Tem czasem wychodzi

Marfiza z brony i swe drzewo składać godzi.

18

Feniksa ma na hełmie jasnem jedynego,

Podomno uniesiona pychą, a dla tego,

Iż się za bohatyrkę przednią rozumiała,

Której męstwu żadna moc porównać nie miała.

Bradamanta się piękna pilno przypatruje,

Lecz poznawszy, iż nie jest ten, co go miłuje,

Zaraz pyta o imię i słyszy chudzina,

Iż stąd przykrych jej żalów urosła przyczyna,

19

Poznawa dziewkę, co ją, jak ona wierzyła,

W miłości niecierpliwej chytrze podchodziła.

Z oczu jej płomień leci, tak ją serce boli,

Iż umrzeć, niż nie mścić się krzywdy jawnej, woli.

Obróci koniem, sroga, z gniewami wielkiemi,

Nie tak dlatego, by ją widziała na ziemi,

Jako same przepędzić chcąc piersi kopią,

A z głowy wybić sobie tem melankolią.

20

Od najtęższego razu Marfiza musiała

Stłuc się gwałtownie, z konia gdy przykro zleciała;

A iż jej, jako żywo, tak się nie przydało,

Ledwie ciężkie od żalu serce nie szalało.

Jeno ziemie dopadła, zaraz w mgnieniu oka

Najostrzejszej dobywa swej szable od boka.

Krzyczy druga: »Co czynisz? Stój! Darmo szermujesz

»Więźniem mojem jesteś już, tem się nie ratujesz.

21

»Bo choć zwykłej zażywam z inszemi ludzkości,

»Z tobą nie chcę: twoje mię odwodzą hardości

»I grube obyczaje, com o nich słychała

»Częstokroć, pókim sama ciebie nie poznała«.

Na te słowa Marfiza jady szalonemi

Gore, ząb o ząb zgrzyta; tak nieściągnionemi

Morze wichry wzruszone burzy się, a skały

Z gruntu trzeszczą, kędy ich wściekłe tłuką wały.

22

Z gęby niezrozumiana mowa jej wypada;

Bliżej ku Bradamancie z bronią swą przypada,

Chce lub sarnę lub konia gdziekolwiek ugodzić.

Lecz ta rączemi skoki umie go uwodzić,

Potem kopią złotą znowu w nię zawadzi

I na piasek żółtawy haniebnie wysadzi,

Pałając niewymownem gniewem i zazdrością,

Gryzie ją zdrada srodze z zawistną miłością.

23

Zaledwie się pod koniem Marfiza ujrzała,

Wstając rączo, mocno ciąć Bradamantę chciała.

Znowu drzewo hartowne ona na nię złoży

I na ziemi trzeci raz szkaradnie położy.

A choć to Bradamanta dosyć silna była,

Moc jej Marfizie przecię nie takby szkodziła,

Aby za każdem razem obalić ją mogła:

Sczarowana kopia wiele jej pomogła.

24

W ten czas właśnie niektórzy z rycerstwa naszego,

Gdy się ten odprawował czyn Marsa krwawego,

Iż w półtoru mil284 tylko stanowiska mieli,

Umyślnie dla tej spórki285 kupą przybieżeli.

Widząc zwłaszcza tę dzielność, którą ukazował

Ich bohatyr, co z kilką pogan się probował,

Aby jednego wzgarda z jaką zelżywością

Nie potkała, przestrzegać chcą z wielką pilnością.

25

Więc dojrzeli z daleka i króla samego,

Jako do wału z ludźmi przedniemi miejskiego

Przybliżał się; żołnierstwu kazawszy drugiemu

Niebezpieczeństwu w mieście zabiegać wszelkiemu,

Sam za przekop głęboki wciąż szedł i za mury,

Jeśli gdzie jakiej w starszem nie postrzeże dziury.

Miedzy niemi beł Rugier, co mu ukwapliwa

Marfiza z Bradamantą potrzebę przerywa.

26

Zapalczywej miłości ogniem młodzian zjęty,

Patrząc na pojedynek, chwilę dobrą wszczęty,

Kręci się, serce z wielkiej bojazni drży jego,

Świadom męstwa Marfizy niewymówionego.

Zaczem niepodobna rzecz zrazu mu się zdała,

Aby kochana jego wygrać dziewka miała;

Lecz zaś ujrzawszy, jako szczęście jej zdarzało,

Zdumiewa się, wesele wzrok opanowało.

27

Potem, kiedy zażarta gniewami srogiemi,

Nie kończyła ludzkością bitwy, jak z drugiemi,

Ciężkie z głębokich piersi posyła wzdychanie,

Jużby nie życzył patrzyć, by mogło być, na nie;

W obu się kochał, życzył obiema dobrego,

Choć różne ma przyczyny, różna miłość jego:

Tę jako przyszłą żonę serdecznie miłuje,

Drugiej cnoty i męstwa wrodzone szanuje.

28

I myślił rozwieść spórkę286 straszną onej doby,

Jakiemi jeno kolwiek zdołałby sposoby;

Ale tem czasem mężna kompania jego,

Widząc, iż rycerz przodek ma z wojska naszego,

Skoczą żartko miedzy nie i w skok pomieszali

Gniewy ich, a rozeznać, kto wygrał, nie dali;

Nie leniwsza, widząc to, chrześcijańska strona,

Do obrony swojemu z chęcią nachylona.

29

Po obudwu obozach na pomoc wołają:

Ci w pole lecą, ci się w zbroję ubierają;

Swych chorągwi i znaków co żywo pilnuje,

Trąba wojenne rymy z surmą przyśpiewuje.

We wszystkie Sarraceny wraz biją muzyki,

Pod niebem mieszają wiatr głośne końskie kwiki.

Sercu sława najsłodsza dodaje otuchy,

Różne głosy, przykry wrzask wydzierają słuchy.

30

Krwawa się bitwa wszczęła, sroga, niesłychana;

Już pola nie znać, już krew z piaskami zdeptana

Nędzne czyni widziadło: ranni umierają,

Drudzy do wściekłych robót Marsa przybywają.

Najmężniejsza zaś dziewka żałuje serdecznie,

Że jej nie pozwolono pomścić się koniecznie,

Wzdycha, gryzie się, bystry koń wszędy obraca,

Aż gdziekolwiek Marfizę z Rugierem namaca.

31

Poznała go po białem orle w tarczej jasnej,

Gdy miedzy chrześcijany krew lał w kupie ciasnej,

I strętwiała oczyma patrzy utkwionemi

Na twarz najrozkoszniejszą z piersiami kształtnemi;

Widzi nieporównaną urodę, wzrok śliczny,

Co dla niego cierpi ból w sercu ustawiczny;

Widzi stan287 najśliczniejszy, wdzięczne obyczaje

I tak jadem ruszona, zaraz sobie łaje:

32

»Jaż dopuścić mam, aby te wargi rumiane

»Dla całowania inszej były zachowane?

»Ja mam dopuścić, biedna? Nie wierz, nie wierz temu:

»Nie będzie ten, Marfizo, panem sercu twemu;

»Pierwej, niżli od żalu garło dam przez dzięki288,

»Pozbędzie on swojego od mej własnej ręki.

»Tak wolę, bo sposobem chocia go tem stracę,

»U podziemnych zaś duchów znowu się z niem zbracę.

33

»Więc i pospolite mieć zawsze prawa chciały,

»Mężobójców dekretem aby zabijały;

»Ma sam umrzeć koniecznie, kto śmierć drugiem daje:

»Takie sprawiedliwości świętej są zwyczaje.

»Co więtsza, ja niewinnie zdrowie dziś dać muszę,

»Ale on dobrem sądem chytrą wytchnie duszę.

»Co zabija, niestetyż, ja zabiję tego,

»A Rugier przyjaciela bezwierny289 szczerego!

34

»Pomóż, o moja ręko, gniewowi słusznemu,

»Otwórz dziś grotem serce zdrajcy wierutnemu,

»Co mi rany śmiertelne pod płaszczem miłości

»Zadaje, pełen figlów, zdrad, obłud, chytrości!

»Bądź śmiała: widzisz, jako utrapienie moje

»Śmiechem u niego, śmiechem i łez ciepłe zdroje!

»Zemści się tysiąc śmierci moich w jednej jego,

»A pokaż, iżeś wiernem członkiem pana swego!«

35

Tak rzekszy, konia mocno zewrze ostrogami,

Lecz wprzód temi poprzedza natarcie słowami:

»Strzeż się, o, strzeż się, zdrajco, obłudny Rugierze,

»Coś słowa nie dotrzymał przysiężonej wierze:

»Nie dopuszczę, wiedz pewnie, jeśli moje siły

»Wydołają, abyś beł inszej dziewce miły!«

Poznał głos Rugier żenin, który miał w pamięci

Odtąd, jako miłością pierwszą są ujęci.

36

Zrozumiał i to, czego chce surowa mowa,

Widzi być słuszne skargi, co je biała głowa

Oszukana powtarza, bo według umowy

Nie stawiwszy się, rzeczą zdradził ją i słowy.

Zaczem chce się wymówić, ręką ukazuje,

Iż jej zwykłem sługą jest, iż z serca miłuje.

Próżno, bo ta wściekłemi pałając gniewami,

Hełm spuszcza, z ostatniemi bieży nań siłami.

37

Ten zaś, kiedy ją postrzegł zajątrzoną srodze,

Swemu w miarę wypuszcza290 Frontynowi wodze291;

Drzewo trzyma w bok prawy trochę nachylone,

Aby ludzkością jady zgasić mógł wzniecone.

I wskurał, bo jej serce i umysł wspaniały

Nie mógł natrzeć na tego, co się zdał nieśmiały

Jako blizko przybiegła, pojrzy łagodnemi

Oczyma i już nie chce widzieć go na ziemi.

38

Tak drzewa obie skutku nie wzięły żadnego.

I słusznie, bo już miłość, używszy małego

Dzieciny, słodkiem piersi ich poprzebijała

Grotem, kiedy dwie serca w jedno złączyć miała.

Bradamanta, gdy przenieść nie może na sobie

Z Rugierem się potykać więcej w onej dobie,

Czyni dziwy tam, gdzie, wie, najgęstsza potrzeba,

Które trwać będą, póki kołem pójdą nieba.

39

Raz trzysta uzłoconem drzewem zrzuca z koni,

Drugi raz jeszcze więcej; żaden się nie broni.

Sama ona tak straszną potrzebę wygrała,

Sama murzyński szablą lud wyzabijała.

Rugier to tu, to owdzie na swem koniu skoczy,

Aby jej w ciasnem miejscu mógł gdzie zabiedzwoczy,

Woła: »Serdeczna dziewko! patrz, umrę przed tobą,

»Jeśli mi nie pozwolisz teraz mówić z sobą«.

40

Jako południowy wiatr i sople i lody

Ciepłem wianiem obraca prędko w mokre wody,

Harde rzeczki zebrawszy, w najbystrzejszem biegu

Straszą, gdy się kra ściera z umarzłego śniegu:

Tak prośby i lamenty, narzekania smutne

Miękczą serce zajadłe, gniewliwe, okrutne,

Miękczą wnet w Rynaldowej siestrze, a co była

Niedawno twardy marmur, ludzką się stawiła.

41

Wprawdzieć mu odpowiedzi tam żadnej nie daje,

Ale na Rabikanie swem w bok się udaje;

Potem nań ręką kiwa, aby do onego

Biegł miejsca, gdzie go czeka sama, bezludnego.

Maluśka szła tamtędy od wojska dolina,

Którą opasowała pomierna równina;

W pośrzodku gaj z cyprysów ciemnych niewesoły,

Jeno przegrodzon, jakby umyślnie, na poły.

42

W tem lasku beł z marmuru grób wygładzonego,

Dochodził swą kształtnością drzewa najwyszszego.

Kto leżał, krótkiem wierszem wydrożone było,

Snadno się mógł dowiedzieć, komu czytać miło.

Tam Bradamanta piękna przybywszy, czekała,

Ale starania wiedzieć, ktoby beł, nie miała.

Rugier za nią obraca konia i w bok kole

Bojcami, aż jej dopadł równiną przez pole.

43

Ale się do Marfizy wróćmy, co wsiadała

Już tem czasem na swój koń i chciwie szukała

Nieprzyjaciółki, która drzewem ustalonem

Zrzuciwszy ją, na błocie odeszła zgęścionem.

Widzi, kiedy wzrok w stronę bystry obróciła,

Iż się daleko od wójsk obu odłączyła,

A Rugier jej dopada; zaczem jest tych myśli,

Iż umyślnie dla bitwy spólnej znowu wyszli.

44

Skoczy rączo, na prost się za niemi puściła

I u cyprysowego lasku dogoniła.

Jako nie w smak obojgu było jej przybycie,

Snadno się, choćbym milczał, sami domyślicie.

Bradamancie skry lecą z twarzy i ze wzroku;

Widzi nieszczęsna dziewka podle swego boku

Przyczynę wszystkich żalów, bo pewnie, wierzyła,

Iż Rugierowa miłość tam ją przypędziła.

45

Dopiero rozgniewana swe jady odkrywa,

Najobłudniejszem znowu Rugiera nazywa,

»Aza nie dosyć — mówiąc — o mój zdrajco, tobie

»Krom oczu ze mnie biednej czynić śmiechy sobie?

»Czemuż, o wiarozmienny292, przed źrzenice293 moje

»Stawiasz jeszcze kochania i miłości twoje?

»Ja chcę umrzeć, wiedz pewnie; ale wprzód dokażę,

»Że was dzisiaj oboje z słodkich pociech zrażę«.

46

To rzekszy, jadowitsza, niż surowej żmije

Potomstwo, Marfizę w tarcz niedaleko szyje

Grożnem drzewem w zapędzie mocno uderzyła;

Ta lecąc w znak, na ziemię szyszakiem trafiła,

I co się chce poprawić, siodła pragnąc swego

Dopaść, znowu upada z razu okrutnego.

Jasnem hełmem rysuje w piasku, a swojemu

Nie może prędko pomódz spadnieniu ciężkiemu.

47

Amonowa zaś córa, co już umyśliła

Sama umrzeć, byle wprzód Marfizę zabiła,

Z konia skoczywszy swego, nie chce drzewem więcej

Być srogą, ale życzy łeb uciąć co pręcej,

Łeb Marfizin; odrzuca kopią staloną,

Szablą, jako piorunem, błyska wyostrzoną.

Leci, niewymowionem gniewem pobudzona,

Gdzie się z swem koniem biedzi Marfiza zrzucona

48

Na jej szczęście wprzód nogi z strzemion ratowała,

Niż druga z krwawą bronią do niej przybieżała;

Ale tak jady gore nieporównanemi,

Widząc się już piąty raz na piaszczystej ziemi,

Że Rugierowe prośby próżne i wołania,

Próżne najsłodsze mowy, rady, hamowania.

Wściekłe gniewy obiedwie dziewki zaślepiły,

Pojedynek swój na kształ szalonych czyniły.

49

Ściąwszy się kilka razy szablami srogiemi,

Hardością uniesione, siłami dużemi294,

O tem myślą, to jedno chcenie ich wspaniałe,

Aby się w pół ujęły; bohatyrki śmiałe

Bronie z ręku puściwszy, które wybornemu

Nie tak szkodziły, jak chcą, żelazu ostremu,

Żelazu na szyszakach, krótkich dobywają

Puinałów i na się, jak ślepe, wpadają.

50

Rugier widząc, że prośby jego w lekkiej cenie,

Na tem ostatnie musiał swe założyć chcenie,

Aby ich mocą rozwiódł, krótkie z ręki bronie

Wydarszy, które w gaju położył na stronie.

Te zaś, gdy sobie szkodzić nie mogą żelazem,

Pięściami się, nogami jęły tłuc zarazem.

Grozi jem Rugier srodze raz, a drugi prosi,

Próżno, skutku staranie jego nie odnosi.

51

Nie przestaje on przecię: tę sobą zawiera,

Drugiej ręce trzymając, siłami odpiera

Tak długo, aż nakoniec gniew niewymówiony

Marfizin wzruszył na się, która ten przestrony

Wszystek świat lekce waży i na przyjaźń jego

Mniej trwa; zaczem do miecza rzuci się swojego,

Opuszcza Bradamantę, a ku Rugierowi

Skoczywszy, takie słowa, gniewem zjęta, mówi:

52

»Grubo i głupie295 czynisz, Rugierze nikczemny,

»Nie obyczajnie nasz bój rozwodząc wzajemny;

»Ale ja wnet pokażę, żeć będzie żal tego:

»Zstanie mi, nie frasuj się, z sercem męstwa mego

»Na was obu«. Rugier zaś najludzcejszy296 swemi

Błaga ją, jako może, słowy łagodnemi;

Lecz ta nie słucha, wściekłość ją opanowała,

Śmiertelną broń na jego tarcz już, już spuszczała.

53

Dobyć i Rugier musi rączo szable swojej,

Znać mu gniew na jagodzie czerwonej obojej.

Wierzę, iż komedyej w Atenach nie było

Tak sławnej, na którąby pospólstwo życzyło

Z więtszą uciechą patrzyć, jak się radowała

Zawisna Bradamanta, gdy ten swar ujrzała.

Żal w niej taje pomału, radość wyszła z miary

I już lepszej o swojem Rugierze jest wiary.

54

Bierze broń swą powolej z ziemie i na stronę

Umknąwszy się, chce zwadę z chęcią widzieć onę;

Zda się jej, iż na boga wojn297 patrzy samego:

Tak jej miłe męstwo jest Rugiera dobrego.

Jędzę z piekła być mniema Marfizę gniewliwą,

Gdy swój wzrok nań obraca i twarz zapalczywą;

A lub to kilka razów przykrych mu zadała,

Przecię do swej obrazy długo nie wzruszała.

55

Wiedział bowiem moc szable swojej niesłychaną,

Która najtwardszą zbroję, trzykroć sczarowaną,

Jako papieru kartkę, snadno przecinała,

Gdzie jeno kolwiek lub w tarcz lub w blach zajmowała;

Rzadko odszedł, kogo nią Rugier ciął, bez rany,

Kruszył się namocniejszy szyszak, jako śklany.

Dla tego jej tak cierpiał, lecz nakoniec ona

Przywiodła go do pomsty złość jej zajątrzona.

56

Bez wszelakiego względu tęgi, niepojęty

Raz mu dała, gdzie karku obojczyk przypięty

Strzegł pilno; ten tarcz rączo wznosi dla obrony,

Na którą miecz haniebnie spada wyniesiony.

W prawdzieć orła, który beł w pośrzodku nie psuje,

Bo uczarowana stal moc mu odejmuje;

Ale ramię tak tłucze, iż gdyby nie zbroja,

Upadłaby, Rugierze, z niem i ręka twoja.

57

A stamtąd pewnieby się i głowie dostało:

Tak ciąć surowej dziewce w ten czas się udało.

Ledwie wznieść Rugier może ramienia lewego,

Ledwie dźwiga w puklerzu znak orła białego;

Zaczem, mając kolerą298 serce poruszone,

Z oczu płomienie ciska, gniewem rozżarzone,

I z jak najwiętszą siłą sztych podał w tę stronę,

Gdzie prędko przyść nie mogła druga na obronę.

58

Tu powiedzieć nie umiem, jako nalazł srogi

Raz nie tam, gdzie Rugier chciał, insze sobie drogi;

Bo w pniak miasto Marfizy cyprysa jednego

Wpadła najstraszliwsza broń na piądź dobrą jego.

Tem czasem on przygórek299 z równinami swemi

Zadrżał, iż mało wszyscy nie byli na ziemi;

Zadrżał przykro, a z grobu głos — o jakie dziwy! —

W ocemgnieniu wychodził okropny, straszliwy:

59

»O, dajcie zwadom pokój, przykrem, dzieci moje:

»Lube bratu i siostrze należą pokoje.

»Co za słuszność, prze Boga, aby rodzonego

»Siostra zabijać miała, wyszedszy z jednego

»Żywota; i brat siestrze nie ma śmierci dawać,

»Póki z sobą będą żyć i spólnie przestawać.

»Wierz, Rugierze, i ty wierz, Marfizo, bezpiecznie300,

»Iż, bliźnięta, z jednej krwie poszliście koniecznie.

60

»Wtóry Rugier wasz ojciec, matka zasię była

»Galaciella301, co razem obu urodziła.

»Tej bracia zdradą męża zabiwszy dobrego,

»Pomazali złe ręce krwią niewinną jego,

»Nie mając względu, że was w swem w ten czas nosiła

»Żywocie i najbliższą onych siostrą była.

»Samę potem, okrutni, w pół zimy na morze

»Pchnęli w starem czółnisku, gdy już gasły zorze.

61

»Ale szczęście, choć jeszcze na świat was nie dało,

»Iż do dzieł najsławniejszych od wieków przejrzało,

»Bat do brzegu przybiwszy pustego dziurawy,

»Port waszej matce czyni nieszczęsnej łaskawy;

»Gdzie potem urodzonych skoro oglądała,

»Radością nakarmiona, z światem się rozstała.

»A jako Bóg chciał, co strzegł żywota waszego,

»Ja trafunkiem do miejsca przyszedłem onego.

62

»I pozbierawszy z żalem lichej drewna fusty,

»Dałem jej pogrzeb, jaki kraj pozwolił pusty.

»Was w suknią uwinione biorę i i krok spory

»Czyniąc, niosę zarazem na Kareńskie góry.

»I kiedy ciałka kąpię biedne, z najbliższego

»Lwica lasku wypadła od płodu swojego;

»Ta dwadzieścia miesięcy swojemi piersiami

»Karmiła was, wzrok czyniąc wesoły nad wami.

63

»A potem jednego dnia odszedłem trafunkiem

»Z chałupki, chcąc i wam być i sobie ratunkiem

»W nabywaniu żywności, gdyście już podrośli

»I ponno na igranie w głębszą puszczą poszli,

»Kiedy rota arabskich zbójców was zoczyła

»I Marfizę, choć prosząc, twarz łzami zmoczyła,

»Poimali; lecz Rugier chyży uciekł rączo,

»Któregom, po szkodzie mądr, pilnował gorąco.

64

»Masz to pomnieć, Marfizo, i ty masz własnego,

»Rugierze, znać Atlanta mistrza zgrzybiałego.

»Jam wiedział z gwiazd — życzliwe nieba mi to dały —

»Iż cię umorzyć zdrady chrześcijańskie miały;

»Więc aby skutku wróżka302 zła nie wzięła swego,

»Różnych sztuk probowałem, starania dziwnego.

»Niestetyż, nie mogąc nic pomódz, tu z żałości

»Umieram, głuche w grobie tem schowawszy kości.

65

»Bo przed śmiercią widziałem duchem wieszczem mojem,

»Żeście się tu rozpierać krwawem mieli bojem,

»Tu w tem gaju; dlatego djabłów z otchłań nizkich

»Przymusiłem, aby skał naniózszy z gór blizkich,

»Ten piękny, jak widzicie, grób mi zbudowali,

»A z niego dusze mojej aż dotąd nie brali,

»Pókiby się przejźrzana zwada nie zaczęła

»Dwojga rodzonych, teraz co już koniec wzięła.

66

»Tak po tem ciemnem lasku duch mój długo chodził,

»Jakby ciało miał, a ja znowu się urodził,

»Na wasz przyjazd czekając. Ty zaś — mówię tobie,

»Bradamanto — zawisną nie kraj serca sobie

»Miłością: Rugier twój jest. Lecz już czas, iż moje

»Mowy zmilkną: osiągnie cień mieszkania swoje«.

Tu głos ustał, po którem strach niewymówiony

Nastąpiwszy, bojaźnią strwożył pola ony.

67

Z wielką radością Rugier za siostrę przymuje

Marfizę, obłapia ją, ściska i całuje;

Niemniej ona cieszy się, że na serdecznego

Brata patrzy, ozdobę co jest wojska swego.

Tak gdy jem serce pała wrodzoną miłością,

Przypominają, co się z pierwszą ich młodością

Działo przedtem i widzą dowody słusznemi,

Że to prawda, jako duch powiedział przed niemi.

68

Na ostatek wynurza przed nią i nie kryje,

Iż jedna Bradamanta w sercu jego żyje,

Jako mu siła dziwnych dobrodziejstw czas długi

Czyniła, którem żadne nie zdolą posługi.

Prosi, aby przyjąwszy najsłuszniejszą radę,

Odmieniła w skuteczną miłość przeszłą zwadę.

Ta słucha i już w niej gniew niezgodliwy taje,

Obłapić Bradamantę rączo z miejsca wstaje.

69

Prosi potem Rugiera, aby jej powiedział

Stan ich ojca, bo o tem od Atlanta wiedział,

Kto śmierci beł przyczyną i zabicia jego,

Czy w szturmie, czy w potrzebie pozbył zdrowia swego,

Tyrańskiem sercem kto zaś matkę utrapioną

Na morze puścił, aby była utopioną;

Bo choć w dziecinnych leciech kęs o tem słyszała,

Lecz do szczętu wszystkiego z czasem zapomniała.

70

Mówi Rugier: »Wiedz siostro, iż od trojańskiego

»Nasz przodek idzie wodza, Hektora dużego303.

»Bo jako Astyanaks najchytrszych304 srogości

»Uszedł Ulissesowych w słabiuchnej młodości,

»Podrzuciwszy dziecinę podobnego sobie,

»Który w ojczystem zań legł, udawiony, grobie,

»Sam po długiem błąkaniu, kędy go wiatr żenie,

»Nakoniec w Sycyliej panował Messenie.

71

»Jego zaś potomkowie część opanowali

»Kalabryej, a gdy się gęściej rozradzali,

»Do miasta, gdzie Mars krwawy ulubił mieszkanie305,

»Jechali, kochając się w tamtej miejsc odmianie.

»A nie darmo, bo byli wielcy cesarzowie

»Byli z nich — snadno dojdziesz z historyj — królowie,

»Począwszy od Konstansa i od Konstantyna,

»Aż do Karła, co synem króla beł Pipina.

72

»Z tych Rugier pierwszy wyszedł, Dziambar, Rambald śmiały,

»Rugier wtóry, któremu równego nie miały

»Przeszłe wieki; z niem, jakoś porządnie słyszała

»Od Atlanta, matka nas dwoje bliźniąt miała.

»Opuszczam inszych wiele, których zawołane

»Dzieła opowiedają kroniki pisane.

»Tam się doczytasz, jako z królem Agolantem

»Almont przyszedł i Trojan z synem Agramantem.

73

»Z niemi nadobniusieńka wespół dziewka była,

»Agolantowa córa, której tak służyła

»Siła, serce i męstwo, iż w oczach wszystkiego

»Wojska zbiła kopią męża niejednego.

»Potem w Rugierze z jego cnót się zakochała,

»Dla krztu i małżeństwa z niem od ojca zjechała«.

Tu wspomniał Rugier siestrze Beltramowe306 złości,

Jako w pokrewnej topił swe żądze miłości307;

74

Jako zdrajca ojczyznę, ojca, braty swoje

Wydał, gdy wściekłych ogniów paliły go znoje,

Rysę308 otworzył, w moc dał nieprzyjacielowi,

Co mogła najtęższemu odeprzeć szturmowi;

Jako Agolant z synmi najokrutniejszemi,

Brzemiennej Galacielle nie chcąc mieć w swej ziemi,

Na morze w złem czółnisku wyprawił bez wiosła,

Aby ją na pewną śmierć wzdęta woda niosła.

75

Długo z wesołą twarzą Marfiza słuchała

Brata swego i powieść w sercu rozbierała;

Cieszy się niewymownie, słysząc znakomite

Dzieła wielkich pradziadów, o których obfite

Wszędy z nasłodszą sławą idą wiadomości,

Gdzie Mongrana309 i Jasnej Góry310 leżą włości.

Widzi, iż z najwiętszemi zawsze porównali

Bohatyrami, co tu kiedyś przemieszkali.

76

Nakoniec, kiedy Rugier powiada jej, jako

Trojan z dziadem i stryjem zdradą ladajako

Ojca ich zamordował, a matkę ubogą

Wypchnął na morską wodę straszliwą i srogą,

Nie może dalej ścierpieć, przerywa mu mowy,

Odpowieda, wzdychając ciężko, temi słowy:

»Odpuść, bracie, słusznie cię każdy będzie winił,

»Iżeś dotąd nad niemi pomsty nie uczynił.

77

»Jeśli w Almontowej krwi serca zażartego

»Omieszkałeś zaprawić, nim zszedł z świata tego,

»Synom potrzeba było to oddać koniecznie,

»Bo zmaza ta na tobie musi zostać wiecznie.

»Żyje Agramant, żyjesz i ty, a swojemu

»Powinności nie dajesz ojcu kochanemu;

»I nie jenoś nie zabił jeszcze króla złego,

»Ale na więtszą mieszkasz zelżywość u niego.

78

»Ja obietnice takie z przysięgą oddaję

»Chrystusowi, co dzisiaj do niego przystaję,

»Iż szable nie odpaszę od boku mojego,

»Póki śmierci nie zemszczę ojca zabitego.

»Wszystkie siły i wszystkie dam na to starania,

»Aby się z niewinnej krwie nie cieszył przelania

»Zły naród i ty, maszli rozum, myślić będziesz

»O tem, jako mu wprędce na garle usiędziesz«.

79

O, jako z wielką tych słów słuchała radością

Bradamanta! Serce jej gorącą miłością

Przeciw Marfizie pała, bliżej przystępuje,

Aby tę radę przyjął, prosi, usiłuje.

»Poznaj — mówi — Rugierze cesarza naszego,

»Który o wielkiej sławie wie ojca twojego.

»Przyjedź, a ujrzysz, jako on poważa sobie

»Twą dzielność, nad inszych ją przypisując tobie«.

80

Odpowiada jej Rugier: »Dziewko piękna moja!

»Wielkiej wagi być musi u mnie wola twoja.

»Wiedz pewnie, żem ja dawno, dawno myślił o tem,

»Abym poświęcił żywot swój liliom złotem.

»Atom zamieszkał trochę; ta przyczyna tego

»Że mię zdrowia uczynił król rycerzem swego

»I sam mi miecz przypasał; zaczem złości zażyć

»Tej nie mogę, abym miał na krew jego ważyć.

81

»Wszak z mów i z listu mogłaś wyrozumieć mego,

»Iż słusznej okazyej, czasu sposobnego

»Szukać chcę, abym z moją stamtąd uczciwością

»Wymknąwszy się, twą siebie cieszyłem grzecznością.

»Bitwa wprzód z Tatarzynem dużem przeszkodziła,

»O której, że cię pewna wieść uwiadomiła,

»Nie wątpię; potem insze zabawy, kłopoty

»Nadpleniły311 tej we mnie z mem żalem ochoty«.

82

Z chęcią tę Bradamanta wymówkę przymuje,

Ledwie łzy w oczach jasnych wilgotne hamuje.

Nakoniec najpiękniejsze bojowniczki obie

W tysiącznem zaklinają Rugiera sposobie

I przysięgą stwierdzają, to postanowiwszy,

Aby bez żadnej zwłoki, swój czas upatrzywszy,

Do cesarza przyjechał; choć teraz swojemu

Ukazać się jeszcze ma królowi pierwszemu.

83

Cieszy Marfiza smutną Bradamantę swoję:

»Nie bój się, siostro, i wierz, na uczciwość moję,

»Iż się w kilku dniach Rugier znowu do nas wróci,

»A z tęsknicą żal spólny w dobrą myśl312 obróci,

»I musi nie znać odtąd za pana swojego,

»A to mu w oczy mówię, zdrajce afryckiego«.

Rugier pozwala, potem i siostrę i żonę

Obłapiwszy, już konia nawiódł w inszą stronę.

84

Ale wtem narzekanie i płacz żałośliwy

Z bliższych rowów o ich słuch uderzył się chciwy.

Na głos lamentów przykrych, które napełniają

Powietrze, cicho stojąc, uszu nadstawiają.

Zda się jem, białogłowskie jakby wrzaski były,

Politowania godne, co się precz szerzyły. —

Lecz o tem w drugiej pieśni, bo już strony moje

Nademdlawszy, zwykłe chcą mieć na czas pokoje.

Koniec pieśni trzydziestej szóstej.