Joasia

Dostałam teraz w spadku dziecko — małą Joasię, córeczkę kuzyna, który jest w Rosji, a żona jego zginęła w „kotle”. Joasia została ze znajomymi w kryjówce i ocalała. Dziewczynka ma osiem lat i rozum starego człowieka. Czujna na najmniejszy szelest, momentalnie gotowa jest do ukrycia się w schronie. Biegnąc, ciągnie mnie za rękę: „blokada, chodź”.

Nasz schron to zamaskowane wgłębienie w ścianie, które przypadkiem znaleźliśmy w mieszkaniu. Byli lokatorzy przebudowali go, ale długo się nim widocznie nie cieszyli, albo wysiedlono ich, szykując dom na mieszkanie dla Hofmana12, albo wzięli ich na Umschlag.

Mieszkanie ze schronem ma kolosalną wartość.

Pewnego dnia, kiedy siedzimy w schronie przytulone do siebie, a ja myślę o Jurku, który jest na dole, Joasia wyrywa mi się.

— Zostawiłaś — szepcze — garnek na ogniu, jak przyjdą, od razu zrozumieją, że tu ktoś był i będą bardziej szukać.

— Zostań — mówię — trudno.

— Nie, nie, zostań, ja pójdę! — woła Joasia — ty musisz zostać, ty masz Jurka, zresztą, ja jestem mała, prędzej wyskoczę i wskoczę — wyrwała mi się z rąk i wyszła ze schowka, aby po długiej jak wieczność chwili wrócić.

Słyszymy teraz jak wchodzą do mieszkania, ciężkie przesuwanie mebli. Zadrżała ścianka naszej norki, staramy się nie oddychać. Dostaję mdłości, zatykam usta, Joasia cichutko kładzie się swoim ciałkiem na moją głowę. Słyszymy strzały. Strzelają w naszym pokoju. Każdy strzał, zdawałoby się, trafia w głowę. Teraz ciszej, a potem rozmowa. Niemcy prawdopodobnie wybrali nasz pokój, aby dzielić się tu swym łupem. Słyszymy brzęk monet na stole i targi o pieniądze. Ktoś oparł się o naszą ściankę. Ugięła się lekko. Koniec. Małe rączki Joasi zaciskają się na czole.

A potem słyszymy szurania butami. Żołnierze wychodzą. Drzwi trzasnęły. Siedzimy cicho — jedni poszli, ale drudzy mogą przyjść.

Po pewnym czasie znów kroki, ktoś biegnie:

— Ema! — Głos Jurka.

Otwieramy kryjówkę.

— Moja, moja mała! Dopiero co przyjechałem. Już po blokadzie. Znów połowę zabrali — mówili mi, że tu u was strzelano, zanim was znalazłem, myślałem, że oszaleję. Ta skrytka jest taka marna.

Wieczorem Jurek przynosi zawsze coś do jedzenia. Wypakowuję mały chlebek, kapustę, kilka pomidorów, kalafior, chleb i jajko, prawdziwe kurze jajko. Zaraz zrobimy ogień z porąbanych mebli. Kapustę jemy trzy razy dziennie, bo to można dostać, więc gotujemy ją z solą z dodatkiem sacharyny.

Na deser dostajemy po kawałeczku chleba z pomidorem.

— Kalafior, to podarunek od „żółwia” dla ciebie — mówi Jurek. — On też pracuje w aprowizacji, dostali kalafiory.

Gotuję kapustę, myśląc, co można z niej jeszcze wykombinować. Żeby był tłuszcz, miałaby inny smak. Ale cóż — mam w swoim gospodarstwie wodę, sól, kapustę i sacharynę i nic innego zrobić nie mogę. Po dawnych lokatorach zostało w słoiku nieco kakao. Dzielę kakao na pół, połowa dla rodziców, a połowa dla nas. Tego wieczora mamy bal: kapusta, kalafior i kartofle.

— Gdybym nie wiedziała, że to kalafior — mówi Joasia — to bym nigdy nie pomyślała...

— Żeby tego było więcej — dodaje Jurek — ale jeszcze nie poczułem smaku, a tu już talerz pusty. Żartuje — a mnie serce kraje się w kawałki.

Chłopak cały dzień na wozie, ugania się, a wieczorem nie ma co jeść. Jak on wychudł, zmarniał, nie ten sam człowiek.

Gotuję kakao na wodzie z sacharyną i podaję deser. Jaka pyszna czekolada! Postanawiam ugotować mój ostatni zapas: pół pudełka sago13. Jurek kiedyś przyniósł. Połowę dałam ojcu. Gotuję sago i niespodziewanie zanoszę im. Ach, jak się cieszą! Wylewam na sewrskie talerze, ale starczy tylko dla dwóch osób.

— A dla ciebie? — pyta Jurek.

— Ach, ja już jadłam tam, w kuchni — kłamię.

— Na pewno?

— Na pewno.

— To nic, jedz z nami!

— Nie, nie — wołam — ja się na to sago już patrzeć nie mogę! — uciekłam do kuchni. Poczułam taki straszny, okropny głód, tak bardzo chciałam zjeść sago, poczuć w ustach coś, co nie przypomina kartofli, co nie ma nic wspólnego z kapustą i sacharyną. Musiałam uciec od widoku talerza z dymiącą, białą potrawą.

Znów mdli mnie. Wchodzi Jurek.

— Niedobrze ci? Nudzi cię, coś zjadłaś?

— Co zjadłam? Cóż mogłam zjeść, co my mamy do jedzenia?

I nagle roześmieliśmy się oboje strasznym śmiechem.

Joasia sprząta sewrską porcelanę i teraz rozlewamy w japońskie filiżanki kakao z sacharyną. Japońskie damy na porcelanie wysoko podnoszą brewki — do takiego napoju jak ten jeszcze nie przywykły.

— Bal! — cieszy się Joasia. — Ile u nas było dań! — liczy na paluszkach.

Pewnego rana Joasia znajduje u siebie w kieszonce sukienki dwa cukierki. Biegnie do mnie uradowana.

— Skąd to masz, Joasiu?

— To na pewno Jurek, widziałam przez sen, jak coś majstrował przy krzesełku, na którym leżała sukienka!

Każdego wieczoru czekamy obie z niecierpliwością na Jurka.

Nie wiem nigdy, kiedy i czy w ogóle wróci z miasta. Joasia na najmniejszy szelest wybiega na schody, a kiedy Jurek się spóźnia, siada mi na kolana, całuje i głaszcze po głowie.

— Nic martw się, zaraz przyjdzie, jeszcze pięć minut, jeszcze dziesięć.

Wreszcie kroki. Prędko wpada do mieszkania.

— Nareszcie, cały dzień szaleję z niepokoju, czy się co u was nie stało, czy jesteście żywe.

Joasia kręci się wokół niego.

— Dziękuję, Jureczku, za cukierki.

— Jakie znów cukierki?

Jurek myje ręce, a Joasia trzyma ręcznik w pogotowiu.

— Ach, nie udawaj, widziałam jak je kładłeś.

— No dobrze.

— Czekałam z nimi do wieczora, podzielimy się.

— Nie, Joasiu, to dla ciebie, zresztą, jeżeli chcesz się podzielić, to daj jeden Emie.

— Nie, nie, dla nas wszystkich.

Po kapuścianej kolacji przychodzą sąsiedzi. Rozmawiamy, skarżymy się, radzimy.

— Idź spać, Joasiu — proszę.

— Nie, nie, jeszcze trochę.

W końcu zostajemy sami i teraz w pięknej kryształowej bombonierce przynosi nam Joasia dwa cukierki, równo, sumiennie podzielone na trzy części.

— Joasiu — bronimy się — zjedz sama.

— Nie, nie, to ja was częstuję — prosi ze łzami w aksamitnych oczach — to moje przyjęcie, ja was częstuję.

O, biedna Joasia, ostatnie jej przyjęcie.

O szarej godzinie, kiedy czekamy na Jurka, Joasia przytulona do mnie zwierza mi się:

— Ja myślę, że mamusia już nic nie czuje, bo zabici nic nie czują.

— Dlaczego tak mówisz, Joasiu, może mamusia żyje.

— Nie, przecież sama wiesz, że nie. Ja dawniej myślałam, że jest drugi świat, a teraz wiem, że tam nic nie ma. Bo gorzej niż tu być nie może, więc każdy by chciał umrzeć, żeby zmienić sobie jakoś życie, a jeżeli wie, że tam nic nie ma, to strasznie pomyśleć, że wszystko się kończy.

— Joasiu, kochana, nie myśl o tym, zobaczysz, wojna skończy się, tatuś przyjedzie.

Ale Joasia kiwa główką.

— Nie, ja nie doczekam tego. Będzie ze mną tak, jak ze wszystkimi naszymi dziećmi...

Joasia ma silną gorączkę — majaczy. O piętro niżej mieszka lekarz — schodzę do niego. Zastaję go czytającego na głos Sen nocy letniej Szekspira. Żona słucha.

Ręka trzymająca książkę, drży. Żona ma twarz bladą, jakby skamieniałą. Zabrano mu dziś ostatniego brata, jej dziś zabito matkę.

Proszę, aby zaszedł do Joasi, a wychodząc, myślę — właściwie nic takiego nie myślę — gdybym zastała ich gimnastykujących się albo tańczących, albo śpiewających, też bym się nie dziwiła. Czytają wiersze. Nic dziwnego, bo jak właściwie człowiek powinien reagować na taką mękę, na tygodnie, miesiące najstraszniejszego czekania na śmierć swoją i swoich najbliższych, jak powinien reagować na to, że dzień po dniu — wyrywają mu serce kawałami, jak wypijają mu krew. Żaden płacz, żaden krzyk nie może być wyrazem tych cierpień. Przeciwnie. Płacz razi u człowieka tak cierpiącego. Wydaje się, że jeżeli ktoś może jeszcze płaczem wyrazić cierpienie, to znaczy, że ból jego jest do wytrzymania — wypowiedzenia.

Mijają dwa dni, a Jurek nie przynosi mi żadnego listu od rodziców. Wobec tego, że nie mogę mu nigdy wierzyć, czy był u rodziców i czy ich zastał żywych, więc za każdym razem przynosi od nich karteczkę. Teraz kręci.

— Późno było, nie mieli czym pisać w schronie, przysięgam ci, że żyją.

Ale ja mu nie wierzę.

W końcu Jurek złości się.

— Już sił nie mam, czego chcesz, widzisz, że ledwo żyję. Po całym dniu jeszcze leć do twoich rodziców, do matki, leć w strzelaninę, a potem zanim już wrócę do domu, szaleję sto razy, czy ciebie zastanę!

Daje mu spokój, ale następnego dnia przed wieczorem, kiedy na mieście jest nieco spokojniej, postanawiam iść do rodziców. Muszę przekonać się, czy żyją.

— Joasiu, ty na wszelki wypadek idź do kryjówki, pewnie blokady nie będzie, ale lepiej być uważną.

Joasia tuli się do mnie.

— Nie chodź, mogą cię złapać. Na ulicy tak niebezpiecznie.

— Muszę, Joasiu, muszę...

— Tak — mówi mała — jeżeli ja mogłabym zobaczyć moją mamusię i mojego tatusia, to też bym poszła przez piekło...

Rozglądam się. Przechodzę placówki, lecę przez opustoszałe ulice. Co pewien czas, kiedy z daleka widzę Niemców, chowam się we wnękach bram, albo za róg domu. Strzelanina. Kula przeszła mi ponad głową, druga trafiła w okno. Szyba z łoskotem spadła tuż obok.

Potem znów cicho i znów biegnę. Wreszcie jestem na miejscu. Schron pusty. Biegnę do mieszkania — cicho. Stukam pięściami — cicho — wtedy nieprzytomna, walę głową o drzwi i ryczę: — Mamo, mamo! — a oto szelest — ktoś otwiera drzwi zamknięte na sztabę. We drzwiach ojciec, a za nim matka. Moi, moi, moi!

— Zaryglowaliśmy, dopiero co przyszliśmy ze schronu, wolimy, żeby front był zamknięty, uciekać lepiej kuchnią!

Ściskam ich bez końca.

— Ale pani ma głos! — żartują mieszkańcy. — Tak pani przeraźliwie krzyczała, żeśmy zamarli ze strachu.

Okazuje się, że Jurek nie skłamał, co dzień przyjeżdża wieczorem i zawsze coś przynosi do zjedzenia. Jaki on dobry, dobry.

Znów ciężka droga do domu. Nareszcie u mety — przed bramą czeka Jurek. Jestem przygotowana na jego wymówki, że wychodzę poza teren szopu, ale on nic nie mówi, obejmuje mnie i całuje.

— Byłam u rodziców.

Idziemy na schody. Czuję, jak ręka Jurka, którą mnie obejmuje, drży.

— Co się stało? — pytam. — Twoja matka, Zosia?

— Żyją — mówi Jurek.

— Więc co się stać mogło?

— Joasia...

Jurek nie odpowiada. Wyrywam mu się i biegnę do mieszkania.

Schron otwarty. Na podłodze jeden mały bucik. Spadł z nóżki, gdy ją wyciągali. Tulę do siebie mały, przydeptany bucik. Joasiu, moja maleńka — jak się broniłaś, jak patrzyłaś na nich swoimi przerażonymi oczyma. Byłaś sama, zupełnie sama w tym ostatnim momencie.

Podchodzi Jurek.

— Przestań — prosi.

Podnoszę głowę i widzę, widzę jak płyną mu łzy po twarzy. Od czterech lat pierwszy raz widzę, jak płacze.

Jakie osierocone jest teraz nasze mieszkanie, jak puste bez Joasi. Teraz już sama czekam na Jurka wieczorami i każda minuta jest dla mnie wiekiem męki.