Zosia
Zosia była małą dziewczynką, córką lekarza. Podczas „akcji” jeden z Niemców zwrócił uwagę na jej piękne czarne oczy — diamenty.
— Mógłbym mieć z nich dwa pierścionki, dla siebie i dla żony.
Kolega jego przytrzymał dziewczynkę.
— Zobaczymy czy ładne, a najlepiej obejrzeć je w ręku.
Wśród bractwa ogólna wesołość. Ktoś dowcipniejszy proponuje wyjąć dziewczynce oczy. Przeraźliwy krzyk i gromki śmiech żołdactwa, krzyk przebija nam mózgi, przebija serca, a śmiech rani jak ostrze noża wbijane w ciało. Krzyk i śmiech potęgują się, lecą do niebios.
— Boże, kogo wpierw usłyszysz?
W następnej chwili zemdlone dziecko leży na ziemi, a zamiast oczu widnieją dwie krwawe rany. Oszalałą matkę kobiety trzymają za ręce.
Tym razem zostawiono Zosię matce.
Po dwóch tygodniach przypadkiem zetknęłam się z dziewczynką. Był spokojny dzień i mała leżała w łóżku. Oczy miała przewiązane chusteczką. Gładziła matkę po ręce i uspakajała ją.
— Nie płacz, mamusiu, może właśnie tak powinno było się stać. Lepiej przecież, że mi oczy zabrali, niżby mnie mieli zamordować. Będę po wojnie jeździć z miasta do miasta, z państwa do państwa i będę wszystkim opowiadać, jak nas Niemcy męczyli, aby każdy zrozumiał, jak trzeba mścić się na hitlerowcach, a kiedy zdejmę opaskę z oczu nikomu nie będzie żal niemieckich dzieci...
W którejś z następnych blokad zabrano Zosię. Niewidome dziewczynki trzeba też przecież unicestwiać.
Nie będziesz, maleńka, jeździć z miasta do miasta, od kraju do kraju i opowiadać o naszych bestialskich ciemiężcach, nikt nie zobaczy twojej okrutnie okaleczonej twarzyczki. Przepadłaś. Nic po tobie nie zostało — oprócz wspomnienia.
Piszę o tobie, Zosiu. To wszystko.
*
W jednej z blokad pięcioletni chłopak, zakwalifikowany wraz z matką i nieco starszą siostrą na wywózkę, pokazał Niemcowi-„kontrolerowi” — język. Mały, różowy języczek. W chwilę potem języczek został przez tegoż SS-mana odcięty małym, zwykłym kieszonkowym scyzorykiem. Krew, jak gęsta śmietana, chlusnęła z ust chłopca. Wydawało się, że cała wypłynie z jego drobnego ciałka. Zalała go, zalała i matkę, klęczącą przy dziecku, biła jak fontanna. Czy nieszczęsny chłopiec wysunął język przez nieświadomość lub figiel? U nas nie tylko 5-letnie dzieci, ale nawet dwu- i trzyletnie, a właściwie każde dziecko, do którego świadomości dochodził smak jedzenia, ciepło i chłód, miało świadomy lęk przed Niemcami i ich okrucieństwem. Nasze dzieci rozumiały, że tak jak trzeba jeść i spać, tak samo trzeba kryć się przed Niemcami, że siedząc w ciemnym, dusznym schronie, nie wolno nie tylko płakać ani krzyczeć, ale trzeba nawet i oddychać cichutko; nasze dzieci umiały zwalczać głód, pragnienie i umiały nienawidzić. Nienawiść do wroga wyssały z mlekiem matki. 5-letni chłopczyk pokazał język świadomie. Był zbyt słaby, by rzucić się na wroga i w ten sposób chciał wyrazić swoją nienawiść i pogardę.
— Patrz, Niemcze! Żydowskie dziecko pokazuje ci język, gardząc twoim okrucieństwem i twoją siłą!