Sądny dzień na Umschlagplatzu

— Dziś już, Emciu, blokad nie będzie — powiedział któregoś dnia Jurek. — Przejadę się rowerem do matki.

— Tak myślisz? — spytałam.

— Z pewnością. Już pierwsza, na mieście spokój, można odetchnąć. Ale ty siedź w domu, z bloku lepiej nie oddalać się.

I poszedł.

„Jeżeli spokój — myślę — to przecież i ja mogę iść do rodziców, mieszkają tak blisko, zaledwie o kilkanaście domów dalej”.

Prawda, że to niebezpiecznie wyjść z szopu, ale ja tak za nimi tęsknię, muszę koniecznie ich zobaczyć.

Szykuję dla nich paczkę żywnościową, dzielę nasze produkty na połowę itd. Biegnę szybko. Dom rodziców. Moi staruszkowie, jak zwykle, przy schronie, wymęczeni, bladzi, wystraszeni.

Boże mój, Boże, jak się zmienili! Całuję ich.

— Dziś będzie, podobno, spokój — mówię — mamusiu, chodźmy do mieszkania, pomogę ci coś ugotować, przecież wy głodujecie.

Idziemy na drugie piętro. Rozpalamy ogień.

— Po co tyle przyniosłaś, przecież to z uszczerbkiem dla was — strofują mnie.

— Ależ skąd, my mamy duże zapasy!

— Jak długo te łapanki potrwają? — pytają się.

— Już chyba niedługo — pocieszam ich.

— Tak się o ciebie, córuś, martwimy, czyś ty tam u siebie w bloku bezpieczna?

— Naturalnie.

Cóż, czy mam im powiedzieć, że przy wczorajszej blokadzie dwie trzecie kobiet zabrali?

— Nie mogę już wytrzymać — skarży się mateczka.

— Ach, jaka z ciebie kobieta — oburza się ojciec — taki masz wspaniały schron i jeszcze ci niedobrze, iluż ludzi zazdrościłoby ci.

Wspaniały schron! Wspaniały wyczyn mojego ojca, który, gdyby nie jeszcze wspanialsza wprawa niemiecka w tropieniu ludzi, utrzymałby przy życiu kilkadziesiąt osób.

Gdy blokady stały się coraz częstsze, a wszelkie „dokumenty” okazały się bez znaczenia, ojciec postanowił zbudować schron. Nie było to takie łatwe. Przede wszystkim nikt, prócz osób zainteresowanych, nie powinien był wiedzieć o tym. Budować można było tylko nocą, a zdobycie cegieł, to też niełatwa sprawa. Ale ojciec pokonał wszystkie trudności.

W naszej piwnicy było względnie cicho, zdobył cegły, zamurował wejście, zostawiając jedynie na dole mały otwór, przez który można było wczołgać się. Przy otworze zaś zbudował coś w rodzaju szuflady z przodem z cegieł. Szufladę tę zaciągało się po wczołgnięciu ostatniej osoby do schronu. Absolutnie nie można było domyśleć się, że za jedną ze ścian piwnicy, na przestrzeni jednego do trzech metrów kwadratowych, siedzi na ławeczce z zapartym oddechem dwadzieścia kilka przerażonych osób, które w całkowitej ciemności, z bijącym sercem i szumem w głowie czekają, czekają nieskończoną ilość minut, godzin, często dni na spokój, nie wiedząc, kiedy można będzie wyjść.

Zdarzyło mi się siedzieć w tym schronie. Po czterech godzinach byłam bliska szału.

— Mamusiu, jakaś ty wymagalna, doprawdy, źle ci w takim wspaniałym schronie?

Szykujemy obiad.

— Jaki przyjemny zapach, na pewno coś doskonałego będziemy jeść.

— Jak u „Simona i Steckiego” — żartuje papa. — Jestem głodny — przyznaje się.

Urządzimy sobie prawdziwą ucztę: kartofle, kasza. Kartofle na gorąco, co za specjał!

Nagle: co to?

Blokada! Schodzić na podwórze!

Wyglądam przez okno. Niemcy, Litwini, milicja żydowska, rozbiegają się po domu, ściągają ludzi, już pukają do drzwi frontowych, za chwilę wyważą je.

Uciekajmy! Skryć się w mieszkaniu nie ma gdzie. Wybiegamy na schody kuchenne. Może dostaniemy się do schronu. Boże! Czemuż ich namówiłam na ten nieszczęsny obiad.

Na parterze łapie mnie dwóch milicjantów.

— Idźcie do schronu! — krzyknęłam rodzicom — błagam was, idźcie beze mnie!

Łapię milicjantów za ręce, nie wiem, skąd we mnie wzięła się taka siła, ciągnę ich obu z klatki schodowej na podwórze, zamykam przy tym drzwi, tak żeby nie dostrzegli schodzących do piwnicy.

Obaj są zaskoczeni.

— Co pani robi?

— Idę z wami, idę przecież! — krzyczę.

— No tak, a tamci? — pytają mnie.

— Nie wiem, nie wiem, dajcie spokój!

Przechodzą Niemcy. Jeden z nich, młody chłopak, zbliża się do mnie i bije mnie gumową pałką po głowie, plecach, karku. Nie boli mnie. Czy to możliwe, czy Bóg daje taką siłę człowiekowi, że nie czuje fizycznego bólu? Milicjanci odsuwają się ode mnie i zdjęci litością, przestają się interesować moimi rodzicami.

Ustawiają nas przed domem, po dziesięć osób w rzędzie.

Coraz to nowych ludzi wyciągają z ukrycia, bijąc ich. Ach, jak oni biją! Szczują psami, strzelają... Krzyk, jęk, wynieśli chorą kobietę. „Nie mogę chodzić” — żali się. „Zabij” — rozkazuje Litwinowi Niemiec. Po chwili huk. Kobieta leży martwa przed bramą.

Boże, żebyśmy już poszli stąd, żeby rodziców nie znaleźli, czy psy mogą ich tam wytropić?

Znów kogoś wyciągają z domu, wydaje mi się, że słyszę krzyk mojej matki... Nie, to nie ona, inną prowadzą.

Nareszcie ruszamy. Idziemy, okrążeni przez Niemców, Litwinów, naszą milicję.

Pilnują nas, trzymając broń w pogotowiu. Idziemy skazani na śmierć, za co? Za to, że ktoś zwariował, że kogoś opętało szaleństwo. Jak dziwnie jest kroczyć za własnym pogrzebem.

— Zimno pani? — pyta mnie ktoś.

— Będzie jej niedługo ciepło w gazówce — żartuje inny.

— Czy będą nas legitymować?

— Legitymować? Chyba na drugim świecie. Po co? Czy kandyduje pan do piekła czy do nieba?

— Część ludzi chyba zwolnią...

— Tak, zwolnią na dzień, dwa, może lepiej, żeby już raz był koniec, po co się tak męczyć?

Prowadzą nas przez Zamenhofa do Gęsiej. Ze wszystkich domów przybywają ludzie, na Gęsiej dołączają do nas wszystkich złapanych, oglądam się, ależ to pochód złożony z kilku tysięcy ludzi.

Na rikszy zajechał nasz rodzimy oprawca Szeryński, a otóż i jego adiutant Lejkin i inni „dostojnicy”. Pilnują porządku. To nasz „rząd” — prawa ręka Branda, wielkiego komendanta likwidacji getta warszawskiego, który potrafi sprawnie zorganizować wywózkę na śmierć kilkuset tysięcy ludzi. To nie byle co! Dostanie medal za zasługi. A może i naszemu Szeryńskiemu dostanie się jakieś odznaczenie, kto wie? Może podarują mu życie?

Zajeżdża auto Branda, oho! Cóż to dzisiaj za święto! Łapanka na większą skalę.

— Porządek! — krzyczy Szeryński. — Pokażcie, że umiecie równo maszerować, trzymać rzędy!

Dziwne wymagania. Może powinniśmy śpiewać? Z piosenką na ustach na śmierć! Gdyby tak można było nas zorganizować, wtedy Brand dostałby dwa medale, a Szeryński życie i odznaczenie. Z jakiegoś auta wynoszą aparaty fotograficzne. Będą nas fotografować.

Uwaga! Przyjemny wyraz twarzy. Potem nasze zdjęcia umieszczą w gazecie, a pod nimi napis: „Tak wyglądała nienadająca się do niczego, a szkodliwa masa żydowska, zjadająca po 10 dkg chleba dziennie na osobę i ¼ kg powideł buraczano-brukwiowych na miesiąc”. A pod spodem umieszczą zdjęcie składu mydła albo użyźnionego pola i napis: „Oto masa owa po przetworzeniu: mydło pełnotłuste, nie erzac, doskonały nawóz”. Jak nas pożytecznie można przerobić! Szkoda tylko, że nie nadajemy się na benzynę.

Teraz Brand wysiada z auta i daje znak, kierujemy się na Umschlagplatz.

Z jakiegoś domu wybiega maleńki chłopczyna. Skandal! Jak „opracowano” kamienicę, jeżeli zostawiono małe dziecko!

— Brać! — krzyczy Brand a jego wyłupiaste oczy rzucają błyskawice.

Podbiega Żyd milicjant i z dzieckiem na ręku przechodzi obok Branda. Chłopczyk na widok błyszczących orderów na piersi Niemca, wyciąga rączki. Stoją tak przy sobie, twarz w twarz, Brand-kat i dziecko z rozwartymi ramionami i uśmiechniętą twarzyczką.

Na jedną sekundę oczy Branda i dziecka spotykają się, twarz Niemca zmienia się, łagodnieje. Czy dzikie bestie miewają przejawy ludzkości? Nie, zdawało mi się. Wielki likwidator nie zmienił wyrazu twarzy, skinął ręką — szybciej do szeregu.

Chłopczyk, jakby w przeczuciu śmierci, rozpłakał się, płacze głośno, rozpaczliwie. Chłopczyku! Idziesz na zagładę, jeszcze dziś na Umschlagplatzu zastrzelą cię albo wielki zbój, „specjalista od dzieci”, podniesie cię w górę, aby z siłą rzucić o asfalt, upadniesz martwy, a z główki wytryśnie ci mózg.

Tak, dziecko, nie zadadzą sobie trudu, aby zawieźć cię do gazowni. Idziemy. Szloch, jęki. „Zostawiłam moje dzieci, gdzie mój mąż, moja żona! Już swoich nigdy nie zobaczę!”.

A ja nie płaczę, czy możliwe, czy to już koniec?

Nie oczekuję żadnej pomocy. W szeregach szeptają9, że idziemy prosto do pociągów, żadnej segregacji nie będzie.

Jureczku! Kiedy przyjdziesz do domu, będę już daleko, daleko. Czy chciałabym, aby Jurek był ze mną, ach nie, nie, lepiej umierać ze świadomością, że moi najdrożsi żyją.

Jakaś młoda, ładna dziewczyna obok mnie płacze. „Tak chcę żyć, tak chcę żyć! Strasznie pomyśleć, że umrę i nic po mnie nie zostanie”.

Nie płacz, ładna panienko, zrobią z ciebie różowe pachnące mydełko, albo w miejscu, gdzie tobą użyźnią ziemię, wyrośnie różyczka, nic przecież w oszczędnym narodzie niemieckim nie ginie.

Maszerujemy, ach, żeby tak oprzeć się, nie iść — zbuntować się. Jest nas dużo, ale czym bić się, jak oprzeć się im?

Oni mają broń, oni są silni, a my słabi, głodni, wymęczeni strasznymi przejściami. Jak bronić się? Rzucić się na nich z pięściami — pewna śmierć, a tam, tam, może będzie segregacja, może jeszcze tym razem zwolnią?

Wchodzimy na Umschlagplatz. Jest to plac, z którego odchodzą pociągi w zaświaty, pierwszy i jedyny taki plac na całym świecie.

Stoimy w szeregach. Dzieci, chorych i starców przeważnie odrazu zabijają.

Niemcy są humanitarni, dla starych mają wyrozumienie, po co ich męczyć podróżą?

Z okna jednego z domów, wychodzących na Umschlag, żołnierze wyrzucają ludzi, jakąś kobietę z dzieckiem na ręku, a teraz młodego mężczyznę. Niech się chłopcy bawią, jeżeli im to sprawia przyjemność, czemu im bronić?

— Co za głupota — jęknął blisko mnie stojący Niemiec. — Wyrzucili przez okna Żyda w butach, trzeba było mu je wpierw zdjąć, z trupa będzie trudniej.

Deszcz zaczyna padać, brrr, zimno, zachoruję — jak to człowiekowi zdaje się, że zawsze będzie żyć. Jeżeli nawet przeziębię się, to już nie będę chorować.

Jest późno — czemu tak stoimy?

Szmer. Ostatnie grupy poszły do wagonów, załadowane pociągi odeszły.

Oddychamy z ulgą. Noc życia, a jutro rano przyjdą drugie pociągi, puste — po nowy towar.

Ktoś przejeżdża kilka razy na rowerze obok naszej grupy.

— Jurek! Skąd ty tu?

— Po prostu dowiedziałem się — szepcze — że była blokada u twoich rodziców, pojechałem dowiedzieć się co u nich i od nich dowiedziałem się o tobie. Wybłagałem od Hoffmanna przepustkę, przyjechałem tu i dowiaduję się, że cały prawie transport odesłany, pozostała tylko mała grupa, która się już nie mogła zmieścić w wagonie. Straciłem już nadzieję. A ty tu!

Podchodzą Niemcy.

— Odejdź, Jurek!

— Nie bój się — krzyczy z daleka — jeżeli cię wezmą, pojadę z tobą.

— Nie, nie, nie! — wołam za nim.

Zapada noc. Jurek dostarcza mi bochenek chleba i butelkę wody. Dzielę się z najbliżej stojącymi towarzyszami niedoli.

Rozlega się śpiew, dziwna melodia!

Patrzę i oczom swoim nie wierzę: Żydzi wyjmują tałesy, (z którymi się nie rozłączają) i tak w białych szatach modlą się, pochylają skatowane plecy, wyciągają błagalnie ręce.

Dziś jest Sądny Dzień10.

Czy może być coś bardziej makabrycznego? Ciemno, deszcz, jęki, białe postacie, chóralna modlitwa, śpiew przy akompaniamencie strzałów, Jehowo, popatrz na swe dzieci, wołamy cię! Czy widzisz nasze męki? Ty wielki, potężny Boże! Wywiodłeś nas z ziemi faraonów, na których rzuciłeś klątwę, pomściłeś nas dziesięcioma plagami, żywiłeś nas manną. Ty, Ty Wszechmocny, dokonaj i teraz cudu, oswobodź nas, ukarz naszych tyranów!

Nagle, co to? Warkot aeroplanów, jasność rakiety samolotowej, huk bomb! Nalot!

Rosyjskie samoloty bombardują Warszawę, pierwszy u nas nalot sowiecki11!

Ach, żeby bomba trafiła w ten przeklęty Umschlag!

Niemcy bohatersko powłazili w dziury, ale na straży postawili Litwinów, którzy strzelają bez przerwy z obawy, by ktoś nie uciekł.

Modlitwa nie ustaje, przeciwnie, błagania wzmogły się, ręce wyciągają się coraz wyżej, a plecy pochylają się nisko, nisko. Może to objawienie boskie, może to znak, że o nas nie zapomniano, że sprawiedliwość upomni się o swoje prawa, że my, opuszczeni i słabi, zamknięci w klatce, nie jesteśmy sami i chociaż zginiemy, zginiemy z myślą, że zostaniemy pomszczeni. Błogosławiony nalot!

Świta. Po nocy czuję się chora. Ucho spuchło mi jak bania. Męka oczekiwania na śmierć. W wyobraźni widzę, siebie duszącą się w komorze, widzę się w przedśmiertnych drgawkach, brrr... Żeby tylko Jurek ze mną nie pojechał. Na placu zjawił się diabeł: Schmerling — gospodarz Umschlagu.

— Będzie segregacja — oświadcza.

Ustawiają nas dwójkami, a potem pojedynczo.

Wyjmujemy dokumenty. Młody jeszcze Niemiec o twarzy buldoga sprawdza je. Sprawdza? Ledwie okiem rzuci, popatrzy tylko na ofiarę. Według swego widzimisię. Na lewo — śmierć, na prawo — życie.

Podchodzimy kolejno.

Od niego wszystko zależy, jeszcze chwila. Jak głośno bije serce, z daleka patrzy na mnie Jurek, jaki on blady.

Chcę się do niego uśmiechnąć, ale tylko krzywię się. Zagryzam usta do krwi, żeby się nie rozpłakać. Już moja kolej. Podaję przyszykowane papiery. Twarz buldoga. Oczy świni mierzą mnie od stóp do głów. „Wolna”. Przechodzę na prawą stronę. Czekam jeszcze na innych „wolnych”, aby grupą wrócić do getta.

Za bramą łączę się z Jurkiem. Całujemy się.

— Jesteś cudem ocalona.

— Ocalona? Nie, dostałam tylko małe odroczenie, a wyrok śmierci noszę w kieszeni.