Moje karty
Pada deszcz. Błoto. Zachlapałam sobie nogi aż po kolana. „Trzeba dać boty do naprawy” — myślę, a potem zaraz — „Ile to może kosztować?”.
Na wszystkie moje osobiste wydatki muszę sama zarobić, nie mogę od nikogo brać. Kontroluję swój biedny budżet ustawicznie. Nigdy nie mogę wszystkiego kupić i zawsze trzeba odkładać na przyszły miesiąc. Składki towarzystwa, szewc, nici, woda kolońska, coś dla Jasi, coś rodzicom, coś dla domu. Wreszcie trzeba skreślić szewca i wodę kolońską. Jurek męczy mnie: „Rzuć tę robotę i tak nic z niej nie masz”. „Jak to nic?” „No nic. Absolutnie nic, na co ty wydajesz?”.
Jurek jest moim najukochańszym mężem, ale nie o wszystkim może wiedzieć, on zresztą też przede mną ukrywa, że daje pieniądze swojej matce. Czemu boi się mnie?
Jestem dziś rozdrażniona. To niełatwe użerać się z ludźmi, wysłuchiwać tysiące reklamacji, skarg i zarzutów, czuć wrogość ludzi do tych z okienka, do tych z gminy, co regularnie pobierają 200 złotych miesięcznie. Obliczymy to na chleb: można kupić około 20 bochenków razowego chleba, a licząc na kartofle, jest to dziennie 70 kg kartofli (piszę o czasach, kiedy był spokój w getcie przed wysiedleniem).
Pada deszcz. Jak ponuro i smutno, ach, żeby jak najprędzej być w domu. Myślę jeszcze o różnych „machlojkach” w gminie, o moich kolegach i koleżankach, którzy „na lewo” biorą karty żywnościowe. Właściwie komu wyrządza się tym krzywdę? Nikomu. Kogo się okrada? Niemców chyba, którzy na każdą osobę przeznaczają głodowe porcje. Mimo to — oszustwo i nieprzyjemnie, jeżeli się wyda, a karą — groźba utraty pracy. Wiem, wielu urzędników bierze po kilkadziesiąt kart miesięcznie, część sprzedają, a część zużytkowują dla siebie i zawsze mają fundusz na „złagodzenie kontroli”. Ale o tym tylko przebąkują, to trzeba umieć zorganizować, a ja przez moje cztery karty także mogę wpaść. Te cztery karty dławią mnie i palą. Wydaje mi się, że wszyscy w biurze widzą cztery wyszachrowane karty. W nocy śni mi się, że mój naczelnik wykrył to „przestępstwo”. „A ja do pani miałem takie zaufanie” — mówi.
Na przyszły miesiąc już nie wezmę, za skarby, przyrzekłam to sobie, ale... na przyszły miesiąc cztery karty — to jedno kilo cukru, kawa (wprawdzie ersatz) i chleb, a jeśli mamie ich nie dam, to sobie cukru nie kupi, a cukier taki drogi! Co robić?
W domu Jurek mówi, że za te 200 zł, które i tak się rozłażą, nie będę pracować, szkoda butów. „Lepiej byś cioci w domu pomagała”. „Przecież i tak pomagam!” „Ale o co się tak upierasz, czy tak lubisz użerać się z tymi brudasami? Tracisz tylko zdrowie i nerwy, przecież kart na lewo nie bierzesz?”. „A jeślibym brała, to by się opłacało?”
Przestraszyłam się. Czy ja mogę przez to stać się złodziejką?...
Ogłoszono kontrolę. Byłam zupełnie zdruzgotana. Boże, jak będą na mnie patrzeć w domu, mamie powiedziałam, że mi dali oficjalnie, co robić?
W nocy nie mogę spać, śnią mi się cztery gładkie, żółte karty, sypie się z nich cukier, potem zamieniają się na chleb i miód erzacowy, potem słodki mdlący miód zapycha mi gardło, dławię się. Chcę krzyczeć. Nie mogę. Czuję świeży zapach farby drukarskiej na bonach. Duszę się tym zapachem, ach nie, ja się duszę wyrzutami sumienia.
Od rana kontrola. Jestem blada i drżąca. Koniec. Córka tatusia, żona Jurka, popełniła... Przecież gdy czytałam kiedyś o takich przestępcach w gazecie, myślałam o oszustach z pogardą i obrzydzeniem, a teraz ja sama... Demoralizujemy się wszyscy, sprawiają to nasze warunki, to wina naszych ciemiężycieli, którzy chcą nas zniszczyć fizycznie i moralnie.
Kontrola trwa od rana. Przychodzi kolej na mnie.
— Ile pani bierze kart dla siebie? — pyta jeden z kontrolerów, mały siwy staruszek, adwokat.
— Cztery — jąkam się.
— Cztery? — podnosi wysoko brwi.
— Tak! — mówię i spuszczam oczy.
Następuje dokładna kontrola, a po kilku godzinach żegnają się ze mną serdecznie.
Chcę pytać o moje cztery karty, ale nie śmiem.
W kilka dni potem woła mnie naczelnik.
— Przyznano pani półoficjalnie 12 kart żywnościowych miesięcznie!
Jestem zdumiona.
— Doprawdy? Pan żartuje.
— Nie, bynajmniej. Pani je uczciwie zarobiła.
Wszystko dziś na odwrót — zamiast kary, nagroda. Ale to nie jest w porządku. Okazuje się, że jestem mniejszym złodziejem niż inni — najmniejszym. Wydalono z naszego działu kilkanaście osób. Szepczą, że były tam ogromne nadużycia. Wszyscy są wciągnięci. Każdy musi brać na lewo. Trzeba żyć.
Jedna z moich koleżanek, którą wydalono, spotyka mnie na ulicy. „Nie każdy jest w takim położeniu, jak pani” — atakuje mnie — „pani traktuje swoją pracę jak „neben an”8. Pani ma męża, a ja musiałam z mojej pracy utrzymywać starą matkę i troje drobnych dzieci. Kraść? To nie kradzież, zresztą wszystko jedno, nie mogłabym patrzeć na głód moich dzieci, byłabym wyrodnym człowiekiem, jeślibym, mając jakiekolwiek możliwości, nie wykorzystała ich i skazywała moją rodzinę na skrajną nędzę. Bo przecież nawet z tego, co miałam, też nie mogłam im dać więcej, niż chleb, kartofle i trochę cukru. Nie brałam na rozrywki czy cukierki”...
Jakże straszne jest życie. Gdzie prawda, gdzie powinność, gdzie granica dobroci, uczciwości? Wszystko przekręcone do góry nogami.
Teraz mogę dawać rodzicom co miesiąc 12 kart, z których mama z kolei w tajemnicy przede mną daje kilka swojemu bratu Józkowi. Józek jest w strasznej nędzy, trzeba mu jakoś pomóc. Ale jak?
Jurek nic o bonach nie wie, jest to pierwsza tajemnica, pierwszy rozdźwięk między nami. Jeżelibym mu powiedziała byłby niezadowolony. „Ty wszystko pchasz w rodziców”.
A on? On pomaga swoim, nie mam o to pretensji, to jest naturalne, ale... ale dlaczego oni trzymają dziewczynę do pomocy, jeśli u nich jest Krysia i matka, czemu jego siostry nie żałują sobie na kosmetyki ani na papierosy, czemu jego matka krytykuje mnie, że oszczędzam pończochy i pantofle, że do pracy chodzę w starym palcie? Wygląda, jakby Jurek dawał aż na zbytki, podczas gdy my z ciotką wykonujemy najcięższe roboty, a oszczędzamy na wszystkim, bo lepsze rzeczy trzeba będzie sprzedać albo bardzo długo nosić, a nowych się na pewno nie kupi.
Tak, to są pierwsze rozdźwięki między nami.
Może tak nie powinnam myśleć, to nieładnie, ale myśli same przychodzą do głowy i kiedy ciocia zaczyna o tym mówić, bronię ich, ale chętnie przyznałabym jej rację. Jesteśmy biedni — nasze zarobki nie pokrywają nawet w dziesiątej części naszych wydatków, ale... sypiamy jeszcze na pięknej, czystej pościeli, nosimy jeszcze czystą bieliznę, chodzimy w całych butach i w porządnym ubraniu, jadamy na lśniących serwetach, porcelanie i srebrnej zastawie — urządzamy jeszcze święta, chociaż możliwie najskromniejsze. Z naszych produktów przyrządzamy zawsze przynajmniej dwa dania na obiad i chociaż na pierwsze są zawsze kartofle, to jednak za każdym razem trochę inaczej przyprawione. I nie możemy się rozstać z rzeczami. Przecież wrócą kiedyś dawne czasy, po co wszystko marnować? Część rzeczy po stronie aryjskiej chyba przepadła, więc chociaż te u nas trzeba zachować.
Ach, żebym miała obecne doświadczenie, żebym nie była wychowana na zasadach oszczędności, poszanowania dla rzeczy, ekonomicznym gospodarowaniu, powinnam była przecież wtedy zmusić matkę do wysprzedawania wszystkich cennych rzeczy i do życia tak jak trzeba. Powinnam była wtedy opróżnić nasze kufry i nie żałować niczego, a tak? Futra diabli wzięli, bo trzeba było oddać je Niemcom, a pozostałe rzeczy przepadły przy wysiedleniu. Teraz jestem wyleczona, nie wiem, czy to dobrze czy źle, ale już nie mam przywiązania do rzeczy. Dawniej każda dziurka w ubraniu, każde rozbite naczynie sprawiało mi przykrość, teraz nie robi to na mnie żadnego wrażenia.
Szkoda tylko życia ludzkiego, a więcej niczego nie szkoda na świecie.