SCENA ÓSMA

HANKA

wbiega niespokojna

Panie Konradzie, matka pańska prosi, żebyś pan wyszedł w ważnej sprawie do niej do parku.

PRZYJACIEL

Ależ, proszę pani, ani na chwilę nie wątpię, że matka Konrada pozwoli chwilkę jeszcze dawnym i serdecznym przyjaciołom opowiedzieć sobie rzeczy, które zaszły w ostatnich czasach.

HANKA

jak zahipnotyzowana

Przepraszam pana... Jąkając się Takiego człowieka, jak pan, jeszcze nie widziałam... Przyznam się otwarcie, że matka Konrada wcale go nie wołała, tylko mnie samą zdjął taki jakiś dziwny lęk... Nie chciałam nadsłuchiwać, szukałam jakiejś wymówki, by wejść... i teraz otwarcie mówię: chcę pana od Konrada przemocą oderwać.

PRZYJACIEL

Przemocą? Nie! Żadne moce ani przemoce ludzkie nic zrobić przeciwko mnie nie mogą. Dziwnie i tajemniczo. Czasem łódka wielkiej szczęśliwości ludzkiej osiądzie na rafach koralowych wysp. Powinna przecież nie posiadać się z radości, że osiadła na takiej szlachetnej, niezmiernie drogocennej podstawie. A przecież ruszyć się nie może, ślimaki ją obsiadają, pleśnieje, pokrywa się szlamem i muszlami, gnije z wolna i całe błogosławieństwo życia ludzkiego staje się mierzwą19 zgniłych desek, zeschłych ślimaków, skorpionów, które już nic z ciał ludzkich wyssać nie mogły. Po chwili szyderczo. A może gniazdem mitycznych wężów morskich, albo też gniazdem, w którym jakiś nędzny robak swe jajko zniesie. I ot, kochana pani, to nędzne jajko, wylęgnięte w mierzwie i zgniliźnie, staje się zarodkiem nowego życia, a potem przychodzi jakiś pan Darwin20, Heckel21 lub Bűchner22 i my szczęśliwi i w dobrobycie żyjący ludzie dowiadujemy się, że początek nasz jest nie z wiek wieczności, ale z mierzwy i mułu.

HANKA

Wie pan, niech się pan wcale nie spodziewa, że mnie pan swoim dosyć brutalnym gadaniem zdoła wystraszyć. Miałam kuzyna, który mniej więcej w ten sam sposób postępował ze mną, a nie dałam mu się przestraszyć. Chciał się mną bawić: niegdyś płakałam ze złości i gniewu, a teraz się śmieję, śmieję, śmieję —

PRZYJACIEL

szyderczo

Ma pani słuszność, teraz wolno się pani śmiać... Ale prawda, to dzisiaj piątek, a wie pani, jak mówi przysłowie? Kto w piątek się śmieje, ten w niedzielę płacze, a czasami już w sobotę...

KONRAD

śmieje się

Dobrze, że tak długo z tobą żyję. inaczej bym myślał, że przyjechałeś po to, by złowrogie wróżby wygłaszać.

HANKA

rozweselona

A słyszałeś, Konrad, puszczyka Naśladując. Hu — hu — hu — hu! Do przyjaciela. Ale teraz, kochany panie, który w piątek płaczesz, a w niedzielę się śmiejesz, chodź pan do parku, a pokażę panu te miejsca, gdziem się z Konradem bawiła, gdyśmy dziećmi byli.

PRZYJACIEL

Z przyjemnością odwiedzę te miejsca, gdzie ludzie w niedzielę płaczą, a w piątek się śmieją.

KONRAD

Ha, ha, ha. Przekręciłeś przysłowie, ale mniejsza o to, chodźmy do parku. Poznajże i ty ten park, o którym ci tyle wspominałem.

Wychodzą. Scena chwilę pusta.