SCENA TRZECIA
KONRAD siedzi zamyślony. Długa chwila przemija. Z prawej strony parku wchodzi wolnym krokiem Hanka bardzo zmieszana. Patrzy na Konrada, przystaje, podchodzi parę kroków i znowu przystaje. Konrad nagle ujrzał ją.
KONRAD
zbiegając z werandy do parku
Hanuś!
HANKA
zakłopotana
Tak pragnęłam panu powiedzieć dzień dobry.
KONRAD
Wiesz, jeżeli będziesz mi dalej mówić „panie”, to się na serio na ciebie pogniewam... Ale ty się tak dziwnie przez tę noc zmieniłaś, Hanuś! Ze zdziwieniem. Co ci się stało?
HANKA
Nic mi, nic, tylko tak źle spałam...
KONRAD
patrzy na nią uważnie
Ej Hanka! Spojrzyj mi w oczy. Ciebie jakaś przykrość spotkać musiała.
HANKA
milczy.
KONRAD
Hanka, powiedz mi szczerze.
HANKA
milczy.
KONRAD
Słuchaj Hanuś, uważałem, że twojemu ojcu było nieprzyjemnie, gdym z tobą poszedł oglądać stare kąty naszego gniazda. Może ci ojciec robił z tego wyrzuty?
HANKA
uparcie milczy.
KONRAD
Hanka, nie drażnij mnie twoim milczeniem. Czy nie możesz mi szczerze powiedzieć, jak swemu przyjacielowi, bratu...
HANKA
wybucha płaczem.
KONRAD
tkliwie
Czemu płaczesz, Hanuś? Co ci jest?
HANKA
łkając
Ojciec mi jak najsurowiej nakazał, bym cię unikała. A ja tak całą noc za tobą tęskniłam i płakałam. A rano patrzyłam tylko, kiedy pójdzie ojciec do kantoru fabryki i zaraz z domu się wykradłam, by ci dzień dobry powiedzieć... Dlaczegóż ojciec mój zakazuje mi widzieć cię? I wiesz, Konrad, może to tylko moje przewidzenie, ale wczoraj wieczorem zauważyłam, że i twoja matka też się dla mnie zmieniła. Była sztywna, ani razu nie zwróciła się i dobrym słówkiem ku mnie... Ach, jaka ja nieszczęśliwa!
KONRAD
Ale Hanuś, uspokój się. To tylko twoje przywidzenie.
HANKA
Może być, może być. Konrad bierze ją za ręce. Widzisz, Konrad, jąka się przyznam ci się szczerze... Jak przyszedł list od ciebie, z wiadomością, że przyjeżdżasz, to takie dziwne uczucia mną miotały. —
Urywa.
KONRAD
Mów, mów mi wszystko. Jeżeli o kim przez te dziesięć lat myślałem, to tylko o ojcu, matce i tobie.
HANKA
Ty, ty myślałeś o mnie?
KONRAD
Wiesz, to bardzo dziwne. Jak dojeżdżałem do domu, to już o niczym nie myślałem, tylko jedynie o tobie. I taka radość rozpierała moje serce i równocześnie lęk, jaką cię ujrzę? Czy cię taką zastanę, jaką cię w sercu nosiłem... Czyś się zmieniła... lękałem się, że mogłaś się stać inną, o mnie zapomnieć i wystaw14 sobie moją głęboką radość, gdym cię zastał taką, jaką zawsze dla mnie byłaś... tylko stokroć piękniejszą i słodszą... Widziałem tysiące kobiet, ale ty tylko jedna jesteś...
HANKA
Konrad!
KONRAD
ściska jej ręce
A teraz, gdy cię znów ujrzałem, zdaje mi się, że nigdy już więcej nie mógłbym żyć bez ciebie. Muszę cię widzieć. Muszę wiedzieć, że tu obok, w tym tam domu, żyje moja Hanka, może pracuje nad czymś, może myśli, może śpiewa, a może i płacze... A twoje łzy są dla mnie tak święte, jak łzy mojego ojca, które widziałaś spływające po jego policzkach.
HANKA
płacze
Nie wolno mi ciebie widzieć. Nie wolno!
KONRAD
podrażniony
Co to znaczy „nie wolno”? Ja jestem przyzwyczajony do wolności, ja nie znam, co to znaczy nie wolno, skoro nic złego nie robię.
HANKA
Ojciec nie pozwala i matka twoja nieufnym patrzy okiem.
KONRAD
zamyślony
To dziwne, dlaczego twój ojciec i moja matka patrzą takim niechętnym okiem na naszą serdeczną, braterską... urywa przyjaźń...
HANKA
Co cię tak nagle zastanowiło?
KONRAD
Nie, tylko czuję, że w mej duszy jest coś więcej, jak15 przyjaźń... Słuchaj, Hanuś, mogę ci szczerze i otwarcie powiedzieć?
HANKA
zakłopotana
Możesz...
KONRAD
jąka się
Więc widzisz Hanuś... Jak się goście rozjechali, rozmawiałem jeszcze długo z matką. Była już może piąta godzina rano... Byłem śmiertelnie znużony, a usnąć nie mogłem... Wiesz dlaczego?
HANKA
cicho i nieśmiało
Dlaczego?
KONRAD
Bo stałaś mi ustawicznie przed oczyma, bom uczuł nagle ten dreszcz, który mnie całego zbiegł, gdyśmy szli wczoraj do tych miejsc, w których nasze dziecięce lata upłynęły... Cicho... cicho...
Milczenie.
KONRAD
siada na stopniach werandy, zamyślony
Siądź tu przy mnie, Hanuś... Ojca mi brak w tym domu... A, Hanuś, nic więcej już nie pamiętasz?
HANKA
Nic. Widziałam tylko, jak z przewieszoną flintą16 szedł na polowanie, z którego już nie powrócił.
Milczenie.
KONRAD
Mam dziwne przeczucie, że lada chwila przyjedzie przyjaciel, o którym ci wczoraj tyle mówiłem.
HANKA
Konrad, coś tak nagle posmutniał?
KONRAD
Nic, nic, moje kochanie, tylko mi brak ojca i tak strasznie drażni mnie ta straszna, dziwna tajemnica jego śmierci... Zastanawia się. Ale powiedz, Hanka, dlaczego tak niechętnym okiem patrzą na to, że razem po parku chodzimy?
HANKA
cicho
Nie wiem.
KONRAD
Hanuś, ja u obcych ludzi nauczyłem się szczerości. Starzy ludzie patrzą innym okiem, jak my młodzi. Oni zaraz spostrzegli, ojciec twój i matka moja — w jednej chwili spostrzegli — że to, co zdawało się nam być przyjaźnią... jest miłością. Widziałem, jak skrzyżowały się ich spojrzenia, kiedyś stała drżąca i onieśmielona w drzwiach. Chwyta jej ręce. I dziś w nocy przejrzałem i ja... To nie była przyjaźń, tylko... miłość, miłość!...
HANKA
tuli się do niego.
KONRAD
zrywa się
Chodź, chodź. Pójdziemy daleko, w najcienistszy kąt parku, wiesz, ten nad stawem. Mam wrażenie, że tu nas ktoś szpieguje, że każde słowo podsłuchuje. Chodź, chodź, tam mówić będziemy o naszym szczęściu.
HANKA
jak echo powtarza
O naszym szczęściu...
Wychodzą. Scena pusta.