ODSŁONA 2

U Dantona wieczorem. Świecznik na stole, okna szeroko otwarte: ciepła noc wiosenna. Danton i Delacroix wchodzą w przemokłych płaszczach. Nie zdejmują kapeluszy. Danton przystaje na środku; rozgląda się roztargniony. U Delacroix znany już szatański wyraz spółwiedzy. Stoją jakby w cudzej sieni; długie milczenie.

DELACROIX

ledwo zaznaczając parodię

Jak ten nagły, wonny deszcz orzeźwia! Dziś pierwsza prawdziwie wiosenna noc: cicha a wezbrana. Czuję taki napływ soków żywotnych, że chciałbym uścisnąć świat cały.

pauza

DANTON

obejrzał się na niego jakby przebudzony. Po chwili

Po coś ty tu wszedł?

DELACROIX

Miło mi w twoim towarzystwie... cisza nieco złowroga Cóż: zdecydowałeś się nareszcie?

DANTON

Na co?

DELACROIX

No, uciekać, do diabła?! Danton odwraca się, wzruszając ramionami. Po chwili Czyś ty nieprzytomny, Danton? obchodzi go. Staje twarzą w twarz Poznałeś chyba obecny stan swoich akcji... co?

DANTON

z ponuro opuszczonymi oczami

Co do charakteru tłuszczy nigdy nie miałem złudzeń.

DELACROIX

Istotnie. Przypominam sobie. mruży oczy A że Westermann aresztowany, o tym zapewne także wiesz?

DANTON

leniwie spogląda na niego. Siada ciężko

Kiedy?

DELACROIX

Godzinę temu. znów przerwa. Silnie zniecierpliwiony No więc?!

DANTON

bezwładnie potrząsa opadłą głową

Nie.

Wstaje. Z rękami w kieszeniach płaszcza staje u okna.

DELACROIX

No, to bądź zdrów, braciszku. — Straciłem przez ciebie całą noc... a to może już wiele znaczyć. Teraz muszę czekać do piątej rano: zauważono by mnie u rogatek, od drzwi Niechaj ci ziemia lekką będzie, Georges.

Wychodzi. Danton zdaje się go nie słyszeć. Po chwili zapada się znów na krzesło. Rozsypuje, rozpływa się na wszystkie strony. Kapelusz mu ciąży: ściąga go bezwładnie i rzuca na podłogę. Aż spostrzega swój stan i dźwiga się ciężko.

DANTON

Danton: nie rozklej mi się, przyjacielu! ściąga płaszcz i rzuca na poręcz krzesła. Zmęczony tym wysiłkiem siada na brzegu szezlonga. Przeciera czoło; podchodzi do szafki, otwiera ją, nalewa sobie duży kieliszek i pije chciwie, jak gorączkujący. — Wpada bez pukania oszalały Desmoulins, w rozpiętym płaszczu, bez kapelusza. Danton obejrzał się z kieliszkiem w ręku No? A ty czego chcesz?

CAMILLE

Rozmówić się z tobą, bestio przeklęta ty!

DANTON

dopija resztę i odstawia

Hej, ho! Z temperamentem zaczynamy. Będę ci wdzięczny, jeśli mnie trochę rozerwiesz. siada Proszę: produkuj się. Camille oparł się o stół i wpatruje się w niego bez słowa No?... Zapomniałeś, co dalej?

CAMILLE

powoli

I ja w ciebie... w ciebie wierzyłem?!... Ależ ty jesteś wprost ohydny, Danton...

DANTON

z śmiechem nieco gorzkim

Co za zmysł spostrzegawczy! — Więc toś mi miał zakomunikować?

chwila nieruchomego patrzenia na siebie

CAMILLE

nagle

Danton: mówiłem ci, żeś wielki i że chciałbym dla ciebie zginąć. Teraz odwołuję najdobitniej każde słowo.

DANTON

Twoje słowa! Czyż ja cię kiedykolwiek brałem na serio, osesku78?

CAMILLE

Zdjęto mi łuski z oczu. Trochę nagle... ale jakoś to przeżyłem. — Byłem ślepy — ślepy jak kret... w was, nędznych łotrach, widziałem herosów! Za to teraz... O, teraz przejrzałem.

Zniszczyłeś mnie, zwierzę bezduszne. Zatrułeś mi umysł. Roztrwoniłeś moje siły. Dla ciebie talent mój zszargał się w żurnalistycznym rynsztoku. — Wiedz przynajmniej, że wyzyskany, zniszczony, zszargany, jeszcze — spluwam ci w twarz.

prostuje się, gotów iść

DANTON

zainteresowany

A, więc Robespierre jednak raczył palcem kiwnąć?

CAMILLE

zatrząsł się

Nie waż się o nim wspominać!

pochyla się ku niemu poprzez stół

Całe życie spędziłem na klęczkach przed wami. Wyczerpałem się na waszej służbie. A umieliście chytrze wykorzystać moje zaślepienie... Od dziś jestem człowiekiem wolnym. Co się ze mną teraz stanie, to obojętne: z wami, zgniłe bałwany, zerwałem na wieki.

odwraca się

DANTON

siedzi spokojnie

Camille!

CAMILLE

przez ramię

Czego chcesz?

DANTON

Wróć się. Camille zatrzymał się Co ty właściwie pleciesz? Co znaczy ten nawał metafor?

CAMILLE

Co tobie do tego?

DANTON

I co znaczy to „wy”? — Czyżbyś znów Robespierre’a obraził?!...

CAMILLE

Obraził! — Przejrzałem tego gada. — A byłby mnie o włos na nowo omotał!

DANTON

Jak to... Byłeś u niego?

CAMILLE

Ja!? — To on miał czelność przekroczyć mój próg — i łasił się do mnie najbezwstydniej przez cały wieczór! — Ale też dałem mu odprawę. Tak dobitną, że już się chyba nie waży do mnie zbliżać.

DANTON

Czy... czyś ty zmysły postradał, głupcze nieszczęsny!!! — Jak to?! — Więc dowiadujesz się wyraźnie, żeśmy straceni... a w kwadrans potem odpychasz jedyny, nieprawdopodobny, cudowny ratunek?!...

CAMILLE

mruży oczy, stara się ukryć przestrach

Co, my, straceni?...

DANTON

Więc nie słyszałeś przez drzwi naszej rozmowy?

CAMILLE

Ależ tyś go przecie pokonał...

DANTON

przechyla się wstecz

Ja go... Camille, twoja głupota przyprawi mnie o spazmy. — Zrozum: ja tego maniaka, tego piekielnie chytrego wariata pojąłem po ludzku — i jak ostatni dureń wyśpiewałem wszystkie swoje herezje, zasypałem go dowodami przeciw sobie, w najściślejszym znaczeniu wydałem na siebie wyrok śmierci!

dysząca przerwa

CAMILLE

otrząsa się

No to się obronisz! Masz przecie lud za sobą! — On wie, że ci nie sprosta: po cóż by nam schlebiał?

DANTON

zanosi się

Obronię się! — Lud! — Wracam właśnie z kilku lokali sekcyjnych. — Camille: motłoch już zdążył zapomnieć o moim istnieniu — a teraz patrzy na mnie tak miłośnie, żem z miejsca stracił ochotę przemawiać.

Jesteśmy izolowani jak trędowaci. Jutro lub pojutrze cała Konwencja runie na nas i rozszarpie nas na kawałki.

CAMILLE

znieruchomiały

Więc on mówił... prawdę... pauza. Naraz Ale po co, w takim razie?... Po co on...

DANTON

wpada w swą demoniczną wenę

...ciebie chciał ratować? fascynuje go To niepojęte... na pozór. — Dla mnie zupełnie jasne: jesteś jedynym człowiekiem na świecie, chłopczyku, którego ten potwór kochał... chrapliwe westchnienie Camille’a zaciekłą, boleśnie prawdziwą miłością.

długa cisza

CAMILLE

trzęsąc się, wybucha nagle łkaniem nerwowej radości

O Chryste!!! powściągnął się trochę Za... t-tę wiadomość, Danton... przebaczam ci wszystko.

zwraca się, by biec

DANTON

unosi się lekko w fotelu

Camille — dokąd ty?

CAMILLE

z śmiechem prawie histerycznym, w drzwiach

Do-kąd!!!

DANTON

wskazuje krzesło

Pozwól — jeszcze słowo. — Usiądź. Camille wraca niechętnie, ale stoi, oparty rękami o poręcz krzesła Widzisz... ja znam Robespierre’a lepiej od ciebie...

CAMILLE

Niestety — to prawda. — Boże mój, jakżem ja mógł w niego zwątpić!...

DANTON

...i dlatego obawiam się pewnego... nieporozumienia. Camille podnosi głowę z lekkim przestrachem Bo tyś coś mówił, żeś go obraził... ale nie zwymyślałeś go chyba od łotrów, Camille?...

CAMILLE

zdrętwiały

Zdaje mi się... że tak...

DANTON

zmartwiony

Hm... to fatalne, moje dziecko... to fa-talne... Widzisz: u tych ludzi z drzewa czy z kamienia taki wyjątkowy sentyment, raz zadraśnięty — zamienia się w nienawiść nieprzebłaganą. — Robespierre nie przebaczy ci nigdy. Jeśli spróbujesz się z nim widzieć — narazisz się tylko na dotkliwe przykrości.

CAMILLE

zaczerpnął oddechu

To nic. Niech się mści: ma rację. Zasłużyłem na najcięższą karę, — Ale muszę przed nim uklęknąć, cokolwiek ma mnie spotkać.

DANTON

łagodnie

Tobie to już nic nie pomoże, Camille...

CAMILLE

Mniejsza o mnie. Byleby on wiedział, że teraz rozumiem... i że... dławi się że mi... straszliwie... żal...

ociera oczy i nos

DANTON

z cichym uśmiechem

Więc ty myślisz, że on ci uwierzy? Gdybyś się nawet — cudem — zdołał do niego zbliżyć, cóż by on musiał sądzić o tej nagłej skrusze? Żeś nareszcie pojął swoje niebezpieczeństwo — i że przed nim tchórzysz.

A jak on umie dobić pokonanych — toś już miał nieraz okazję podziwiać. To człowiek mściwy jak sam diabeł. — Pamiętasz przecie, jak cię już raz ośmieszył, wykpił u jakobinów?

CAMILLE

opiera się ciężko o stół

Pamiętam... uratował mnie tym od wydalenia. ciszej, pochylając się ku płycie A ja — dureń — pojmuję to... dopiero dziś...

DANTON

Ho, ho! Uratować mógł cię tańszym kosztem. Zahaczyłeś o jego chorobliwą drażliwość — ale to był żart zaledwie, Camille!...

Zobaczysz: doprowadzi cię do samobójstwa ze wstydu.

CAMILLE

prostuje się bezradnie

Miałbym całe życie zatrute... muszę przynajmniej napisać do niego!...

DANTON

Opublikuje twój list... z komentarzami. Camille pada na krzesło. Długa cisza. Danton, z troskliwością Cóż... zaryzykujesz?...

CAMILLE

podnosi się, chwiejąc bezwładnie głową. Z trudem dobywa głosu

Nie.

Odchodzi jakby lekko pijany. Danton patrzy za nim. Nagle wybucha niespokojnym, bezgłośnym śmiechem. Szczerzy zęby w grymasie, ale oczy pozostają przygasłe i smutne. Wstaje, by się znów napić. Ale flaszka pusta; rzuca ją więc, lecz bez rozmachu. Stoi bezmyślnie. Naraz ożywia się; kopnięciem usuwa flaszkę pod łóżko, zamyka szafkę i puka do drzwi na prawo.

LOUISE

z wnętrza, niespokojnie

To ty, Georges?... Zaraz...

DANTON

Nie bój się, kochanie. Muszę z tobą pomówić. Otwórz.

LOUISE

Nie... nie wchodź. Zaraz przyjdę do ciebie. Danton czeka z opuszczoną głową. Louise wchodzi w białym peniuarze. Danton całuje namiętnie jej ręce i pociąga ją do stołu Daj spokój — o cóż ci chodzi?

DANTON

siedzi bez ruchu, zapatrzony w nią

Musiałem cię... zobaczyć. — Ty mały, gorzki cudu — ty.

LOUISE

I po toś mnie ze snu wyrwał?!

DANTON

Znasz mój egoizm...

LOUISE

Istotnie. wstaje Dobranoc.

DANTON

wstrzymuje ją

Musisz mnie wysłuchać, Louison. Usiądź, proszę. Louise siada niecierpliwie Twoi rodzice mieszkają nadal w Fontenay, czyż nie tak? zdziwione potwierdzenie Jakże im się dziś powodzi?

LOUISE

Wcale dobrze. Ojciec powinien mi być wdzięczny: za cenę kupna mojej osoby podreperował swój sklep79. Jest nawet jakąś grubszą rybą w swej komunie. — Ach, z pewnością znowu żebrał — co?

DANTON

Nie. — Ale będziesz musiała wrócić do domu, cudu.

LOUISE

poderwana błyskiem szalonej nadziei

Co... wyjeżdżasz?!!...

DANTON

przesuwa rękę po głowie, posępnie wpatrzony w stół

Tak jest — wyjeżdżam. — Na długo.

LOUISE

trzęsie się z radości — prawie szeptem

Fak-tycz-nie?!!... Danton spojrzał na nią — raptem przeszywa go piorun straszliwego bólu, od którego mu się twarz wykrzywia i ciemnieje, aż przypomina w swej bezradności wstrętną maskę noworodka. Zrywa się i staje twarzą do kominka, wstrząsany drgawkami w barkach i plecach. Louise podchodzi, obserwując go z odległości dwu kroków. Z odrazą, strachem i oburzeniem Georges! Co ty wyprawiasz? — Oszalałeś?!

DANTON

odwraca od niej głowę i bełkoce

Mhm... odejdź... to nic... odejdź stąd! ona przestraszona cofa się za szezlong. On wraca do stołu opanowany A-ach... zachłysnąłem się. Już dobrze. — Wróć i usiądź, Louison.

LOUISE

nieufnie stoi u stołu i obserwuje go bezlitośnie

Upiłeś się?

DANTON

Niestety nie... Więc chętnie wrócisz do domu... głos mu pęka co, Louison?...

LOUISE

niewzruszona

Bardzo chętnie.

DANTON

przełknął z trudem. Po dwu sekundach

Następnie: w moim biurku znajdziesz znaczną sumę. Nie w asygnatach, rozumie się. Nie powierzam jej panu Gély’emu80 dla ciebie; znając go — wiem, że sama lepiej upilnujesz swej własności. Tylko, dziecino, musisz być bardzo ostrożna i nie zdradzić się, że posiadasz większe wartości. Sławetna Republika skonfiskowałaby ci wszystko. Musisz poczekać, aż... aż wrócą warunki normalne. — Rozumiesz przecie?...

LOUISE

z wolna

To znaczy, że ty uciekasz... prawdopodobnie na zawsze?

DANTON

wybucha śmiechem bez powodu

Tak jest — prawdopodobnie! przechyla się ku niej w bok, zsuwa się na kolana i obejmuje jej uda Oooo, jedyna — jedyna — jedyna moja!

LOUISE

odczuwa pierwsze drgnienie litości. Zbiega mu dłonią po głowie

Georges: co tobie dziś jest?...

DANTON

z oczami zamkniętymi w ekstazie, ale rozsądnie

No, kocham cię, bardzo po prostu — kocham cię, maleńka... szeptem pożerającej namiętności kobieto...

LOUISE

zaniepokojona, nerwowo usiłuje się wymknąć

Puść mnie... proszę cię, puść mnie, Georges...

DANTON

zrywa się nagle. Chwyta ją powyżej łokci

Tę noc ostatnią darujesz mi... słyszysz? — Dziś mi się migreną nie wykpisz!

LOUISE

zastyga mu w rękach na posąg

Georges: jestem w ciąży.

DANTON

puszcza ją i opiera się biodrem o stół. Bez tchu, groźnie

...nie kłam!

LOUISE

wyniośle wzrusza ramionami

Wiem, że ci na dziecku zależy: więc musisz mnie oszczędzać. Pamiętaj, że nie jestem dorosła! Bóg wie, jak się to skończy...

DANTON

(oszołomiony przeciera czoło)

W ciąży... teraz... pada na krzesło O, do stu milionów siarczystych szatanów!!!

LOUISE

szorstko

Jeśli chcesz ze mną mówić — to zachowuj się po ludzku.

DANTON

spojrzał na nią, jakby był zapomniał o jej obecności. Bez żalu całuje ją w palce

Nie gniewaj się, najdroższa. Louise siada Odzyskasz teraz wolność, dziecko — pomyśl o tym i powiedz: czy ty mnie rzeczywiście... nienawidzisz?

LOUISE

Czy ja wiem — dotychczas owszem. intensywnie Dziś wieczór, Georges, po raz pierwszy w życiu spojrzałam na ciebie jak na człowieka... z nieskończenie ostrym uśmiechem Pomyśl!!

DANTON

przestraszony

Na Boga, Louison... i czemuż to? z łagodnością świadomej ofiary Przecie jam ci nigdy nic złego...

LOUISE

ze śmiechem megery81

Nic złego!! Kupiłeś mnie, jak psa; i zgwałciłeś mnie, nieświadomą a wystraszoną do utraty zmysłów! To moje przerażenie — istne męczarnie, jakie przechodziłam — sprawiały ci najwidoczniej specjalną przyjemność!

DANTON

aghast82

Dziecko jedyne... przysięgam ci, że nie przeczuwałem... byłem pewien, że gdy raz zakosztujesz rozkoszy...

LOUISE

z morderczym uśmiechem

Toś ty się nigdy w lustrze nie przejrzał, człowieku?... Danton czerwieni się jak chłopak, brutalnie zawstydzony przez dorosłego — aż Louise nieco mięknie Wiesz, Georges... gdybyś miał trochę delikatności, trochę zrozumienia... to kto wie nawet, czy... Ale nie ma o czym teraz gadać. Proszę cię, zapomnij o mnie — i nie szukaj mnie, gdy wrócisz. wstaje Niech ci się tam lepiej powodzi, Georges.

DANTON

wstaje trochę uroczyście; ujmuje jej dłonie

Louison... całuje prawą ja idę na śmierć. całuje lewą

LOUISE

nieruchomieje, mrugając

Jak to...

DANTON

wzrusza ramionami

Cóż — nienasycona zawiść Robespierre’a dopięła swego. Byłem znudzony do obrzydzenia tym wiecznym paskudzeniem się sprawami motłochu; polegałem na swych olbrzymich zasługach — no i stało się. Wykradł mi popularność. — A wobec bezbronnych nawet Robespierre bywa odważny; w najbliższych dniach da znak — i Konwencja, starannie wytresowana, rzuci mnie Trybunałowi na pożarcie.

LOUISE

Wiesz o tym... i leziesz prosto w ogień!... Ależ uciekaj, człowieku!...

DANTON

Nie, kochanie. Życie na takim świecie, jak ten — niewarte kiwnięcia palcem. Niechże ten adwokacina ma raz prawdziwą satysfakcję: niechże mu się zdaje, że potrafił Dantona powalić! — Wnet gorzko, oj gorzko, odpokutuje swoje ambicyjki...

szczerzy zęby, zapatrzony v przyszłość

LOUISE

zamyślona

Ciekawe... od samego początku przypuszczałam, że cię Robespierre prędzej czy później pokona.

DANTON

przeobraża się doszczętnie

O, przypuszczałaś?... A czy można zapytać...

LOUISE

zrazu zaskoczona, orientuje się i wyzyskuje złośliwie sytuację

Dlaczego?... Boś się zachowywał akurat tak jak ojciec... Danton blednie złowrogo gdy mu konkurencja Duvala groziła bankructwem. Danton przybiera postawę groźną; Louise siada i kontynuuje konwersacyjnie Wtedy od rana do nocy była mowa o Duvalu — o niedołężnym, głupim, zazdrosnym i podłym Duvalu; a im gorszy obrót sprawy przybierały, tym wyżej ojciec sławił własne talenta, tym wynioślejszy wyraz dawał swej pogardzie. — Więc gdy słuchałam, coś mówił o Robespierze i o sobie, musiałam dojść do prze...

DANTON

trzyma się, ale tchu mu brak

Wybacz: już mi je raz raczyłaś zakomunikować. odchodzi, wędruje. Za każdym nawrotem na pokój podejmuje wątek przerywanego monologu. Cicho Ha, ha!... Ona wiedziała... ona wiedziała od dawna, smarkula! twarz mu ciemnieje. Zbliża się do niej. Louise ukrywa z trudem przyspieszone bicie serca — ale wyzywa go nieruchomym uśmiechem Pha! Oczywiście: mój wróg, więc przedmiot najgorętszej sympatii... poprzez stół Najchętniej poleciałabyś mu się oddać, co? Louise zrywa się z gniewu, robi krok — on zwarty w sobie, z naelektryzowanymi dłońmi, onieśmiela ją nagłym rykiem Stój, gdzie jesteś, bo ci co zrobię!! Louise cofa się lekko, opiera się wstecz o stół. On obchodzi ją z daleka, drapieżnie O... jak się teraz cieszy... jak jej się oczy śmieją do mojej śmierci... wskazując To... to jest żona, psiakrew!!! dygoce chwilę, dysząc; odwraca się o dziewięćdziesiąt stopni; pochylony, ku podłodze, cicho Ja jestem rzeczywiście sam. idzie szybko ku oknu. Stoi tam chwilę — plecami do niej — aż ochłonął. Potem wraca i przystaje u stołu naprzeciw niej. Louise cofnęła się za krzesło, ale stawia się mężnie Samaś sobie winna. Byłbym się dał zarżnąć bez słowa; ale twoja niewiarygodna babska głupota wytrąciła mnie z równowagi. podgrzewa się znowu Mnie... mnie zestawiać z tym tłustym bydlęciem, starym Gélym! Mnie!! — Moją bezdenną pogardę dla tchórzliwych szykan tamtego cherlaka z Komitetu... coraz goręcej moją pogardę tak bezgraniczną, że nie raczyłbym mu nawet kości pogruchotać... porównać z miotaniem się kramarza! zaciska pięści w ekstazie pasji A gdy pomyślę, że motłoch też głupi jak baba... że cały motłoch gotów jeszcze lizać tej małpie buty za to, żem się jej dał zamordować!...

pauza. Dyszy ciężko

Och, skoro tak... to jednak wolę zadać sobie odrobinę trudu... i przydeptać nareszcie tę obmierzłą gadzinę, której uprzykrzone krętactwa zbyt długo lekceważyłem... prostuje się w przypływie energii Poczekaj tylko. Pokażę ja ci, co wart ten twój Robespierre... odrodzony, zastanawia się przez kilka sekund na środku pokoju Hej, przygotuję ja mu nagonkę!... On szczuł Konwencję na mnie miesiącami; ja odwrócę jego dzieło przeciw niemu przez jedną noc! Ja, bezbronny?! Ho, ho! przeszukuje kieszenie, pospiesznie zmienia ich zawartość, chwyta kapelusz Zorganizować bandę... natychmiast zacząć obrabiać Centrum. Obsadzić galerie... d’Espagnac83 wytrzaśnie dosyć forsy, żeby kupić całą kanalię paryską. — Ten pies wpadnie we własną matnię, aż... tężeje, już zwrócony ku drzwiom: słyszy hałas u bramy. Louise, rozpalona w napięciu drapieżnej mściwości, kocimi krokami podchodzi do stołu Już?! — To wyklu... kroki wspinają się na ich — ostatnie — piętro. Danton ma przez chwilę oczy obłąkane. Nagle uderza się w czoło ze śmiechem, niezupełnie udanym Naturalnie! — Gdzieżby on się ważył atakować mnie wolnego! Przecie musi mi naprzód związać ręce i nogi! kroki na korytarzu. Podniesionym głosem Ale póki mam pysk i płuca Dantona — póty na nic wasze podstępy!

LOUISE

z bladym uśmiechem, bez nacisku

Biedny pyszałku!

DANTON

rzuca się ku niej tak szybko, że nie zdążyła się wymknąć. Podczas gdy pukanie policji wstrząsa ścianami, chwyta ją i przyciska do siebie — sam nie wie, z miłości czy z pasji

Ty... och, ty!!! całuje ją przemocą, a pospiesznie Ciebie teraz śmierć tylko ode mnie uwolni. A za parę dni wrócę zwycięzcą!

biegnie wpuścić oficera municypalnego z czterema milicjantami

OFICER

Aresztuję was w imieniu Prawa, obywatelu Danton. wyciąga kartkę Oto mandat.

DANTON

Bardzo słusznie. na widok mandatu Wiem już, wiem — kapelusz mam; a płaszcz niepotrzebny w tak cudną noc... nie pada już chyba?

OFICER

zażenowany niesłużbowym pytaniem

Nie...

LOUISE

Dokąd mam przesłać mężowi rzeczy?

Danton odwrócił się od niej.

OFICER

uprzejmie, lecz zdziwiony jej spokojem

Do pałacu Luxembourg, obywatelko.

DANTON

Dalej! Marchons!84

Wychodzą. Louise zamyka drzwi; wciąga powietrze nienasyconym westchnieniem wyzwolenia; łokciem odsuwa włosy z twarzy — po czym najspokojniej zabiera świecznik i znika u siebie.