A wypuściwszy wodze lotem błyskawicy

Przez dziedziniec, most, bramę pędzi ku stolicy.

Ja w oknie patrzę, czekam niecierpliwie końca:

Wszystko ucichło, zgasło koło wschodu słońca.

Wraca Litawor, Rymwid; i Grażynę z łęku

Wysadziwszy omdlałą, dźwigali na ręku.

Strach wspomnieć! Kędy stąpią, krwawy strumień pryska,

W pierś ciężko zaraniona i skonania bliska,

Padła niema, to nogi ściskając książęce,

To załamane k’niemu wyciągając ręce: