wschodziło właśnie słońce, siąpił właśnie deszcz.

Jakaś mała miejscowość; łaziłem po pustych torach

w czarnym płaszczu, jak gdybym przynosił tu dżumę.

Lecz nikt mnie nie obserwował, odezwały się właśnie koguty,

a do mnie z Ameryki nadleciał oczywiście Waits.

Tymczasem kobieta jakaś przyszła, usiadła przed stacją,

już od pół wieku pewnie pod ciągłą Bożą obserwacją,

a dla mnie nie mająca nic oprócz tajemnic,

zamknięta z nimi całkiem bezpiecznie w płaszczyku z krempliny,

który komu innemu zapewne powiedziałby wszystko.