Już sama kupowałam sobie co tydzień gazetę. Kiedy po raz pierwszy wstępowałam w progi gmachu, gdzie sprzedawano gazetę, zdawało mi się, że wchodzę do świątyni, gdy zaś przekazałam na fundusz wyborczy socjaldemokratów pierwsze 10 grajcarów z podpisem: „Silna wola”, zaliczałam już siebie do członków masy walczącej, choć nie należałam do żadnego stowarzyszenia i nie znałam ani jednego socjaldemokraty oprócz kolegi mego brata.

Ponieważ często czytałam na łamach swej gazety: „Werbujcie nowych czytelników! Rozszerzajcie swe pismo”, postanowiłam działać w tym kierunku.

Z niczym nie dało się porównać mojej dumy i wewnętrznego zadowolenia, gdy po upływie kilku tygodni kupowałam dwa, trzy, a wreszcie i dziesięć egzemplarzy gazety. Chodzenie po nie było dla mnie uroczystością, wydawało mi się jakimś pochodem triumfalnym. Tego dnia ubierałam się w najładniejsze suknie, jak kiedyś, gdy chodziłam do kościoła.

Choć w gazecie socjaldemokratycznej mało pisano o religii, byłam jednak wolna od wszelkich przesądów religijnych. Nie stało się to od razu, walka duchowa trwała długo. Nie wierzyłam już w jedynego Boga i w lepsze życie na innym świecie, zagrobowym, ale wciąż się zastanawiałam, czy może jednak to tak jest. Często w dzień starałam się wytłumaczyć koleżankom, że stworzenie świata w ciągu sześciu dni jest wierutną bajką, że nie może być jedynego wszechmocnego Boga, gdyż takie mnóstwo ludzi nie byłoby wtedy wystawione na tak ciężkie plagi losu; jednak wieczorem tego samego dnia, leżąc w łóżku, składałam nabożnie ręce do modlitwy i wznosiłam rozmodlony wzrok ku obrazowi Marii Panny. „A może jednak”, myślałam mimo woli. Nie zwierzyłabym się jednak nikomu na świecie, że męczą mnie takie wątpliwości. Posługiwałam się opisami Syberii i tych okrucieństw w Twierdzy Szlisselburskiej, o których pisano w gazecie, żeby dowieść koleżankom, że nie istnieje Bóg wpływający na ludzkie losy.

Moje socjaldemokratyczne przekonania były coraz pewniejsze, a z powodu nich musiałam wiele wycierpieć w fabryce.

Mój bezpośredni zwierzchnik, który rozciągał swą tyrańską władzę na całą salę, był zawsze brutalny i zrzędny. Dla mnie był teraz prawdziwym diabłem. Był to pierwszy człowiek, którego naprawdę znienawidziłam, i choć upłynęło już wiele lat, odkąd nie jestem pod jego władzą, jednak ogarnia mnie oburzenie i nienawiść, gdy myślę o nim. Jeśli z biegiem lat coś się we fabryce pogorszyło, bez wątpienia można to jemu przypisać. Był w stanie każdej pracownicy zmienić życie w fabryce w piekło, gdy z marnego powodu zasłużyła na wybuch gniewu lub próbowała się bronić przeciw niezasłużonej naganie. Dotychczas nigdy nie miał powodu, żeby zwracać na mnie szczególną uwagę. Teraz sytuacja się zmieniła, gdyż i on zauważył, jaki wpływ wywieram na koleżanki. Nie podobało mu się to i zaczął mnie obserwować. Począł kontrolować moją robotę i jeśli przedtem zadowalał się, gdy robił to raz na dzień, a często zupełnie o mnie zapominał, obecnie przychodził dziesięć razy dziennie. Nie byłam ani przez chwilę pewna, czy zaraz nie przyjdzie i nie szukać jakiegoś błędu w mojej pracy. Gdy czasem wstawałam, by wypić szklankę wody, szedł za mną, czekał, aż zaspokoję pragnienie, i znów towarzyszył mi do stołu. Śledził każdy mój krok, każdy wykonywany przeze mnie ruch.

Pewnego dnia pracodawca zawołał mnie do siebie i powiedział, że mój zwierzchnik ze mnie jest niezadowolony. „Pamiętajcie o tym, że musicie dbać o starą matkę”, powiedział mi na zakończenie. Byłam tak rozdrażniona i zmieszana, że nie wiedziałam na razie, co mu odpowiedzieć. Lecz gdy się uspokoiłam, starałam się znowu go spotkać i prosiłam go, by mi zechciał powiedzieć, dlaczego majster jest niezadowolony. Dowodziłam mu, że mimo częstych kontroli moja robota zawsze była w porządku. Fabrykant — już dawno nie uważałam go za „chlebodawcę” — patrzył na mnie przez chwilę, wreszcie odszedł ze słowami: „Dobrze, pracujcie tak jak dotychczas”.

O „sprawie kobiecej” nie miałam jeszcze żadnego pojęcia. W gazecie socjaldemokratycznej nic o tym nie pisano, a innych pism w ogóle nie czytałam. Nie znałam też żadnej kobiety, którą by zajmowała polityka. Poczytywano mnie za wyjątek i sama się za niego uważałam. Sprawy społeczne, jak je wtedy pojmowałam, uznawałam za zagadnienie męskie, podobnie politykę za zajęcie mężczyzn. Chciałam tylko również być mężczyzną, by mieć prawo zajmowania się polityką. Czytając program podczas zjazdu partyjnego, po raz pierwszy dowiedziałam się, że socjaldemokraci chcą wywalczyć równouprawnienie dla kobiet; nie miałam jednak jeszcze żadnego wyobrażenia, jak same kobiety mogą się przyczynić do zwycięstwa w tej walce. Wtem pewnego dnia w gazecie socjaldemokratycznej przeczytałam następujący artykuł:

,Kobieta w XIX stuleciu” to tytuł dużego festynu urządzonego na cele dobroczynne. Zasadniczą myślą tego oryginalnego widowiska było „przedstawienie działalności zarobkowej kobiet”.

Tylko lekkomyślne społeczeństwo naszych „dobroczyńców” mogło się odważyć obrać na przedmiot festynu najbardziej chore miejsce całego narodu, jątrzącą się ranę, która zawiera w sobie całą niedolę współczesnej ludzkości. „Kobieta XIX wieku” — niewolnica, która podwójnie jest uważana za żywy towar — jako przedmiot rozkoszy i jako przedmiot wyzysku, ta kobieta XIX wieku jest królową balu! Przedstawiono środki zarobkowania kobiet: zapewne radca towarzystwa akcyjnego mógł do woli podziwiać brudne, oblepione gliną pracownice cegielni lub koronczarkę otrzymującą 30 grajcarów za 16-godzinny dzień roboczy i wysłuchującą komplementy od swych wyzyskiwaczy, „opiekunów” koronczarstwa, lub niewolnice przędzalni i tkalni, którym panowie wyzyskiwacze starają się wytłumaczyć korzyść roboty nocnej, lub te biedne kobiety pracujące w fabryce igieł z pokłutymi, pokaleczonymi palcami — wszystkie one zapewne były tam, te wyzyskiwane, poniżone, zamęczane i prześladowane aż do deski grobowej.