Choć tyle zajmowałam się socjalizmem, nie byłam jeszcze nigdy na ani jednym zebraniu, jednak z palącą ciekawością śledziłam wszystkie sprawy partii i znałam nazwiska wszystkich mówców. Wreszcie też chciałam znaleźć się na zebraniu. Gdy zaś przypadkiem w którąś niedzielę miało się odbyć zebranie, na którym miał mówić jeden z najsławniejszych i najlepszych mówców, uprosiłam brata, by ze mną tam poszedł. Było to w grudniu i od dawna panowała sucha, mroźna pogoda. Wielu ludzi było bez pracy i z utęsknieniem spoglądano w niebo, czy prędko spadnie śnieg. „Nawet Pan Bóg zapomina o biedakach” — te słowa można było słyszeć bardzo często. W tę ważną dla mnie niedzielę spadł wreszcie tak oczekiwany śnieg. Byliśmy zmuszeni formalnie przedzierać się przez zaspy śnieżne. Zebranie miało się odbyć w wielkiej sali w daleko położonej dzielnicy robotniczej. Gdy przyszliśmy, było już mnóstwo ludzi; chuchali i tarli ręce, tupali nogami, by się rozgrzać. Biło mi serce i czułam, jak pali mnie twarz, kiedy się przeciskaliśmy przez ten tłum, by stanąć bliżej trybuny. Byłam jedyną kobietą w sali i kiedy przechodziliśmy, wszystkie spojrzenia ze zdumieniem zwracały się na mnie. Nie mogłam dobrze dojrzeć mówcy, gdyż był otulony jakby obłokiem dymu papierosów i cygar. Mówił o „kapitalistycznym sposobie produkcji”52.

Były to znowu nowe, niesłychane dla mnie rzeczy. Wszystko, co czułam i czego nie umiałam jeszcze dobrze wyrazić, wszystko było tu wypowiedziane dokładnie i wyraźnie. Mówca rozpoczął wskazaniem na śnieżycę i za jego pomocą obrazowo oświetlił błędny i bezsensowny porządek współczesnego społeczeństwa. „To, co w społeczeństwie rozsądnym byłoby uważane za zjawisko naturalne i przeszkodę w ruchu, poczytuje się u nas za błogosławieństwo, dzięki któremu tysiące ludzi nie umrą śmiercią głodową, te tysiące ludzi bez zajęcia, którzy nie pracują nie dlatego, że nie chcą, lecz dlatego, że inni z powodu szalonych instytucji społecznych i krótkowzrocznych postanowień rządowych muszą pracować tak długo, aż padną pod ciężarem nadludzkiej pracy”.

Ten wstęp został w pamięci i długo o nim myślałam. Na drugim zebraniu byłam w wigilię Bożego Narodzenia, a oprócz mnie były jeszcze dwie kobiety. Mówca mówił o „konflikcie klasowym”. Mówił dobrze, z natchnieniem, porywająco. Słyszałam smutną historię moich własnych świąt wigilijnych i historię niedoli i nędzy biednych w kontraście do rozkoszy bogaczy. Wciąż miałam chęć krzyknąć: „Ja też o tym wiem, i ja mogłabym o tym wiele powiedzieć”. Nie odważyłam się jednak wypowiedzieć ani słowa; bałam się nawet okazać swój zapał dla mówcy. Uważałam to za nieodpowiednie dla kobiety i myślałam, że tylko mężczyźnie przystoi przemawiać. Na zebraniach mówili też wyłącznie mężczyźni. Żaden z mówców nie zwracał się do kobiet, których wprawdzie było tylko kilka. Wydawało się, że to wszystko, co czym była mowa, to wyłącznie męskie cierpienia i niedole. Bolało mnie bardzo, że nie mówiono nic o robotnicach, nie zwracano się do nich i nie nawoływano ich do walki.

Trzecie zebranie, na którym byłam obecna i które ze względu na jego charakter wspominam do dziś, było spotkaniem wyborczym.

Policja nie puszczała kobiet na te zebrania polityczne, a tak bardzo chciałam w nim uczestniczyć. Pewnego razu, prośbami udało mi się przekonać władzę, by mnie wpuszczono, musiałam jednak zostać w tyle, w kąciku. Po raz pierwszy słyszałam, co mówiono tutaj o militaryzmie z socjaldemokratycznego punktu widzenia. I znowu część mych dawnych poglądów rozpadła się w gruzy. Do tego czasu myślałam, że militaryzm jest rzeczą samą przez się zrozumiałą i niezbędną. Moją duszę przepełniała wielka duma, że bracia nosili cesarski mundur, i ten, kto nie spełniał tego patriotycznego obowiązku, nie wydawał mi się godny nazwy mężczyzny. Gdy w dziewczęcych marzeniach wyobrażałam sobie człowieka, który miał zostać moim mężem, jedną z cnót, jakie powinien był posiadać, była zdolność do służby wojskowej. Teraz padł i ten ideał. Militaryzm przedstawiony został jako ciężar publiczny i musiałam się z tym zgodzić. Wojna zaś, masowe morderstwo, nie była prowadzona, jak myślałam, w obronie granic kraju przed złym, dzikim wrogiem, lecz w interesie dynastii, podyktowana żądzą posiadania większych obszarów ziemi lub rozpoczęta z powodu intryg dyplomatycznych.

Wszystko, co słyszałam, było tak zrozumiałe, że dziwiłam się bardzo, dlaczego tak mało ludzi to rozumie.

Zebrania otworzyły przede mną jakiś zupełnie nowy świat i wszystko wrzało we mnie chęcią osobistego działania. Chciałam im pomagać i walczyć razem, nie wiedziałam jednak, jak się do tego zabrać. Dzięki tym wszystkim wpływom całkiem się zmieniłam. Ludzie, którzy nie rozumieli moich ideałów politycznych lub nie chcieli ich podzielać, byli dla mnie osobistymi wrogami. Chciałam wszystkich nawracać na zainteresowanie się polityką. Z braćmi i ich żonami zaczęłam odwiedzać towarzystwa, których przedtem unikałam. Nazywano mnie dumną i pyszałkowatą, radzono mi porzucić mój pustelniczy tryb życia i korzystać z młodości.

Dawniej, gdy przyłączałam się do nich, wydawałam się sobie kozłem ofiarnym. Teraz natomiast szłam z nimi chętnie. Chciałam mieć sposobność porozmawiania o socjaldemokracji, i byłam zdania, że można o tym więcej pomówić z mężczyznami niż z kobietami.

Wkrótce jednak spostrzegłam, jak dalece przeceniałam dojrzałość polityczną mężczyzn.

Chciałam zbierać składkę na fundusz wyborczy i gdy zdradziłam się ze swym zamiarem, jeden z uczestników zebrania, rzemieślnik, zapytał: „Na fundusz wyborczy? Któż to taki?53 Ach, już wiem już! To ten czyściciel wagonów, który miał wypadek!” I ja, młoda dziewczyna, niemająca żadnych praw, musiałam tłumaczyć tym panom, posiadającym prawo wyborcze, co to jest fundusz wyborczy i dlaczego trzeba robić na niego składkę. Dziwiono się bardzo, skąd to wiem, kto mnie tego wszystkiego nauczył. Zbierałam pieniądze nawet w fabryce, z początku tylko między bliższymi koleżankami, liczba ich jednak powiększała się z dnia na dzień.