Wtedy właśnie rozpoczęto propagowanie świętowania w dniu 1 maja. Wprowadziło mnie to w stan gorączkowego podniecenia; chciałam się do tego przyczynić i szukałam podobnie myślących towarzyszek. Zwróciłam uwagę na pewnego robotnika: nosił szeroki kapelusz54, miałam nadzieję, że to socjaldemokrata. Szukałam sposobności, by z nim pomówić, i odważyłam się na coś, czego dotąd nigdy nie robiłam. Przed końcem pracy robotnicy myli sobie ręce na podwórzu. Chodziło tam także wiele robotnic. Ja nigdy tam nie byłam, by nie musieć słuchać prowadzonych tam rozmów, dla mnie przykrych i głęboko obrażających moje uczucia. Lecz teraz wmieszałam się w tłum dziewcząt i udało mi się zagadnąć właściciela szerokiego kapelusza. Nie rozczarowałam się: był to poważny, inteligentny robotnik, członek związku pracowniczego. Jakże byłam szczęśliwa, wiedząc, że mam w fabryce towarzysza! On agitował wśród mężczyzn, ja wśród kobiet — i święto 1 maja powinno się było udać.

Jednak nie się udało. Ludzie za bardzo ulegali woli fabrykanta i nie mogli jeszcze pojąć, że robotnicy mogą coś przedsięwziąć z własnej inicjatywy. Zagrożono, że każdy, kto nie przyjdzie do pracy 1 maja, zostanie zwolniony z fabryki. Jeszcze ostatniego kwietnia starałam się przekonać robotnice w mojej sali, by przystąpiły do świętowania dnia l maja. Proponowałam, żeby wszystkie powstały ze swych miejsc, gdy przez salę przejdzie „pan”, a ja wyłuszczę mu nasze wymagania, potrzeby i zamiary. Wspólne opuszczenie miejsc miało oznaczać solidarność. Wiele robotnic w pełni się ze mną zgadzało, lecz starsze pracownice, zatrudnione tam od dziesiątków lat, zapewniały, że przez wzgląd na „pana” nie powinno się tego robić. Wszystkie więc siedziały, kiedy przyszedł. Chciałam w takim razie prosić o pozwolenie tylko dla siebie, lecz wieczorem ogłoszono: Kto nie przyjdzie pierwszego maja, ten może zostać w domu do poniedziałku. To mnie wystraszyło. Byłam przecie biedną dziewczyną: 1 maja przypadał na czwartek; czy mogę stracić pół tygodnia? Ostatecznie nie tyle bałam się tego rozporządzenia, ile tego, że mogą mnie całkiem wyrzucić z fabryki, a gdziebym znalazła tak dobrą pracę? A co stałoby się z moją biedną, starą matką, gdybym dłuższy czas była bez pracy? Cała moja ponura przeszłość stanęła mi przed oczyma — i poddałam się. Z zaciśniętymi pięściami i zbuntowanym sercem musiałam ulec.

Gdy pierwszego maja szłam w stroju niedzielnym do fabryki, widziałam tłumy idące na zebranie z majowym sztandarem. Mój brat i jego przyjaciel również znaleźli się wśród szczęśliwców, którzy mogli świętować ten uroczysty dzień. Bólu i cierpienia, które cały dzień szarpały mi serce, nie da się z niczym porównać. Z jakimże utęsknieniem czekałam, by przyszli socjaldemokraci i siłą uprowadzili nas z fabryki! Cieszyłam się tą myślą, podczas gdy inni drżeli z obawy. Okna cały dzień były zamknięte okiennicami, by strajkujący nie wytłukli szyb kamieniami. Podczas wypłacania pensji każdy z pracujących otrzymał zawiadomienie o treści: „W uznaniu dla wierności mojego personelu w dniu 1 maja każdy robotnik otrzymuje dwa guldeny, robotnica zaś guldena nagrody”.

Mój gulden, który z chęcią rzuciłabym pod nogi przedsiębiorcy, odniosłam do redakcji „Funduszu świętowania pierwszego maja”.

Następny dzień pierwszego maja świętowałam i ja. Nie przepuściłam ani jednego dnia, by za tym nie agitować. Wciąż jeszcze, po tylu latach, z zadowoleniem wspominam, jak dobrej użyłam taktyki. Niektóre z koleżanek były spokrewnione z majstrami oddziałów i dlatego pracowały na wyższych stanowiskach. Te pozyskałam dla święta pierwszego maja; wyjaśniłam im cele świętowania tego dnia i zgodziły się na udział w delegacji, która miała zażądać od naszego pracodawcy dobrowolnej zgody na świętowanie uroczystości robotniczej. Była to mała rewolucja! Żony, córki i siostry przełożonych przemawiające za świętem pierwszego maja! Mój przyjaciel z męskiego oddziału też sumiennie spełnił swój obowiązek i pozwolono nam obchodzić święto robotnicze pod warunkiem, że zapłacimy z naszej kieszeni stratę zarobków tym z robotników, którzy nie chcą świętować. Opustoszyłyśmy nasze skarbonki, oddając pieniądze składane na święta Bożego Narodzenia, gdyż znalazło się dwóch kolegów, którzy nie wstydzili się zażądać od nas zapłaty za stracony dzień.

Wkrótce potem wygłosiłam moje pierwsze przemówienie. Było to w niedzielę przed południem na zebraniu branżowym. Nie mówiłam nikomu, dokąd idę, a ponieważ często wychodziłam w niedzielę przed obiadem, by obejrzeć galerię lub muzeum, więc moja nieobecność nie była dla nikogo podejrzana. Na zebraniu zjawiło się trzystu mężczyzn i tylko dziewięć kobiet, jak dowiedziałam się później z gazety branżowej. Na zebraniu miało zostać omówione doniosłe znaczenie organizacji związkowej, w tej branży bowiem ważną rolę zaczęła odgrywać kobieca siła robocza, a dostępność tańszej pracy kobiet już dawała się odczuć robotnikom. Prowadzona w związku z tym specjalna agitacja, a choć w każdej z tego rodzaju fabryk pracowały setki kobiet, jednak na zebranie przyszło ich tylko dziewięć. Gdy przewodniczący to ogłosił, a prelegent zwrócił na to uwagę, poczułam wielki wstyd za obojętność moich współtowarzyszek. Wszystkie wyrzuty brałam osobiście do siebie i czułam się nimi głęboko dotknięta. Mówca opowiedział o naturze pracy kobiet i opisał zacofanie, brak dążeń i zadowolenie robotnic jako przestępstwa, które pociągają za sobą wszelkie inne nieszczęścia. Mówił też ogólnie o ruchu kobiecym i od niego usłyszałam pierwszą wzmiankę o książce Augusta Bebla55 Kobieta a socjalizm.

Gdy prelegent skończył, przewodniczący zwrócił się do obecnych, wzywając ich do wypowiedzenia się w tej ważnej sprawie. Poczułam, że muszę mówić. Zdawało mi się, że wszystkie oczy zwrócone są na mnie, że wszyscy oczekują, co powiem w obronie swojej płci. Podniosłam rękę i prosiłam o głos. Krzyczano „brawo”, zanim zaczęłam mówić, tak ogromny wpływ miał fakt, że będzie mówić robotnica. Gdy wchodziłam po stopniach na mównicę, pociemniało mi w oczach i skurcz ścisnął mi gardło. Jednak przezwyciężyłam ten stan i po raz pierwszy w życiu przemówiłam do zgromadzenia.

Mówiłam o cierpieniach, wyzysku i moralnym zaniedbywaniu robotnic. Na ostatnie kładłam szczególny nacisk, gdyż to zaniedbanie duszy i umysłu uważałam za przyczynę wszystkich innych hańbiących robotnice rysów charakteru. Mówiłam o wszystkim, czego doznałam sama i co widziałam u innych koleżanek. Domagałam się dla swojej płci oświaty, wykształcenia i wiedzy, a mężczyzn prosiłam, by pomagali nam w naszym zadaniu.

Zachwyt zebranych nie miał granic; okrążyli mnie i chcieli wiedzieć, kim jestem; z początku myślano, że należę do tej samej branży, i proszono mnie, bym napisała w gazecie branżowej skierowany do robotnic artykuł w tym samym sensie, co wygłoszona przeze mnie mowa. Było to dla mnie rzeczą bardzo trudną. Chodziłam do szkoły tylko trzy lata, o gramatyce i pisowni nie miałam pojęcia, a moja kaligrafia była zupełnie dziecinna, gdyż nigdy nie miałam sposobności się w niej ćwiczyć. Jednak obiecałam postarać się i napisać żądany artykuł.

Do domu powróciłam jak we śnie. Natchnęło mnie bezgraniczne uczucie szczęścia, zdawało mi się, że zawojowałam świat cały. Sen nie zamknął tej nocy mych powiek. Wkrótce napisałam artykuł do gazety; był krótki, a jego styl zupełnie prosty. Brzmiał, jak następuje: